iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

ZAPLANOWAĆ SZCZĘŚCIE

Nie lubię robić planów. Śmieszne, biorąc pod uwagę jak dobrą jestem organizatorką. Kiedy trzeba, zaplanuję wszystko perfekcyjnie co do minuty. A jednak unikam planowania, szczególnie długoterminowego. Uważam, że to nakłada na mnie zbyt sztywne ramy. Skoro nie jestem w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za pół roku - jak mogę robić plan na najbliższych pięć lat??? Co innego marzyć, dążyć do czegoś, a co innego planować.

A jednak ludzie wokół mnie robią to cały czas. Na przykład planują wesela z dwuletnim wyprzedzeniem, licząc na to, że przez ten czas nic się nie zmieni. Wierzą, bo chcą wierzyć. I w niektórych przypadkach rzeczywiście nic się nie  zmienia, uczucie jeszcze się umacnia. Ale w wielu innych sytuacjach zmienia się wszystko. Narzeczony czuje się znudzony, narzeczona szuka pocieszenia w życzliwych ramionach... W życiu nie ma nic stałego ani pewnego. Moja koleżanka, R., wyszła dwa lata temu za mąż. Tuż po ślubie ukochany mężczyzna wyjechał do pracy za granicę, ona została tutaj. Tak uzgodnili. "Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć - mamy całe życie" - powtarzali. Pół roku po jego wyjeździe u R. zdiagnozowano ostrą białaczkę. Nie miała szans. Mąż zdążył się z nią tylko pożegnać. A mieli tyle planów! Miał być dom, dzieci, kariera... Zapomnieli tylko o najważniejszym - o byciu razem, o byciu ze sobą, o czasie dla siebie. Odłożyli go na potem. Ale "potem" nie było...

Rodzimy się z gotowym planem na życie. Nasi rodzice poświęcają dziewięć miesięcy na szczegółowy opis tego, kim będzie ich syn czy córka, jak to przejmie rodzinne interesy, jak będzie kontynuować rodzinną tradycję. Dobrze, jeśli na "gdybaniu" się kończy, a potem pozwalają nam pokierować życiem według własnego "widzimisię". Ale co jeśli to idzie dalej? Od najmłodszych lat wpajają nam ten sam schemat. Układają nam według niego życie, bez pytania czy się na to zgadzamy... Mówią: "Najpierw pójdziesz do szkoły, potem skończysz studia, założysz rodzinę, zrobisz karierę...".  Ta sugestia jest tak silna, że któregoś dnia budzimy się przeświadczeni, że musimy się spieszyć, bo mamy plan do wykonania. Tylko że to nie jest nasz plan. Ileż to razy życie pokazuje, że kolej rzeczy może być zupełnie inna! Szkoła tak, ale studia już nie - bo przyszło urodzić dziecko, bo nie było odpowiedniego zaplecza finansowego, bo przyszła ciężka choroba. Albo po prostu - chcieliśmy INACZEJ. Za przykład niech posłuży inna koleżanka, A., która tak bardzo zasugerowała się słowami rodziny o rychłym zamążpójściu, że całe dni, tygodnie i lata spędzała na poszukiwaniach kandydata. W rezultacie zaniedbała najpierw studia, potem pracę, wszystkich znajomych i samą rodzinę. Żyła jak w transie, o niczym innym nie mówiła. Stało się to jej obsesją, aż zaczęła podejmować desperackie kroki. Skończyło się ciężką depresją i próbą samobójczą, długą terapią. Dziś wie, że to wszystko wcale nie było jej potrzebne do szczęścia. Ona chciała żyć inaczej, ale nie umiała wyzwolić się z narzuconego jej schematu...

Są ludzie, którzy nie potrafią żyć bez grafiku. I nie ma to nic wspólnego z zatłoczonym kalendarzem i setką spotkań. To po prostu ludzie, którzy MUSZĄ mieć plan, aby odnaleźć się w życiu. Gdy nie mają gotowego planu - czują się zagubieni i zagrożeni.Tracą głowę, gdy wydarza się coś niespodziewanego. Nie potrafią reagować natychmiast - bo potrzebują planu działania. I nie wiem, czy takim osobom zazdrościć czy może współczuć...?

Plan jest dobry, jeśli przewiduje różne okoliczności. Plan jest dobry, jeśli potrafimy go dostosować do swoich potrzeb - a nie odwrotnie. Plan jest dobry, jeśli w żaden sposób nas nie ogranicza. I czasem dobrze go mieć, szczególnie w chwilach, kiedy wszystko wali się nam na głowę. Ale trzeba umieć być elastycznym...

Dlatego nie lubię robić długoterminowych planów. Życie mnie tego oduczyło. A jeśli już coś planuję - zawsze mam plan B, C i D, tak na wszelki wypadek. Zawsze biorę pod uwagę to, że będę musiała coś zmienić. Mój plan na życie uległ zmianie już wielokrotnie. I na pewno różni się od tego, co zaplanowali moi rodzice :). A mimo to (albo właśnie dlatego) jestem z tym szczęśliwa.

Robiąc dalekosiężne plany często zapominamy, że życie to wypadkowa wielu zmiennych i niewiadomych. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie pomoc, ani skąd zawieje wiatr. Dlatego robiąc plany nie wolno zapominać o tym, że żyjemy tu i teraz. I mamy prawo do szczęścia właśnie tu i teraz, a nie za dziesięć lat.

Komentarze (11)
Jak to życie potrafi zaskoczyć...

Nie było mnie, oj nie było mnie długo. Wyszłam za mąż i miałam zaraz wrócić, ale... wciągnęło mnie na dobre. Pranie, gotowanie, sprzątanie no i zagadka znikających skarpetek, o której pisze czarnapantera :). Żartuję. Z tym małżeństwem to trochę przesadziłam. Nie wyszłam za mąż - jakże bym śmiała nie poinformowawszy Was wcześniej :). Ale problem ze znikającymi rzeczami mam, a owszem. Czasami to sama czuję się tak, jakbym wpadła w jakąś czarną dziurę. Szczególnie deficytowy jest czas, który - uwierzcie - po prostu przecieka mi przez palce. Mam jeszcze tyle planów, spraw do załatwienia, tyle chcę zobaczyć, poznać, zrobić - a zwykłe 24h nie wystarczają mi by sprostać obowiązkom, których się podjęłam.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam. Zapomniałam uwzględnić sen i posiłki. Ale jakoś daję sobie radę :). Życie mnie nie rozpieszcza i wciąż potrafi zaskoczyć. Jak ostatnio...

Ileś lat temu poznałam człowieka, który zawładnął moim sercem bezgranicznie. Człowiek ów, nazwijmy go umownie X, jawił mi się jako stworzenie iście nieziemskie. Cóż to była za miłość! Taka, o której rozpisują się poeci, marzą wszystkie nastolatki, taka, której obraz nosi się w sercu do grobowej deski. I taka zupełnie mało mająca wspólnego z życiem, bo to właśnie życie nas rozdzieliło. Tego związku nie skończyło żadne z nas, po prostu musieliśmy się rozstać, rozdzieliły nas okoliczności. X podjął twardą i nieodwołalną decyzję nie widząc innego rozwiązania. A ja? Ja uważałam że inne rozwiązanie istnieje, z tym, że byłoby o wiele wiele trudniejsze do wprowadzenia w życie. Cóż, zawsze byłam nieco oderwana od ziemi... Czas mijał a ja wypłakiwałam sobie oczęta za panem X, marzyłam o chwili, w której do mnie wróci, powie, że zrozumiał błędy itd, tworzyłam coś na kształt poezji z deszczu, mgły i kilku wspomnień, które mi po nim zostały. Po nim i po naszej miłości. Marzyłam... Ale tylko marzyłam, bo wiedziałam, że X ma narzeczoną, z którą co prawda mu się nie układa, ale którą rodzina X jest zachwycona.

Tak więc płakałam i godziłam się z losem, prawie jak bohater romantyczny, wystarczyłoby tylko dołożyć konflikt wewnętrzny żeby targał mną na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przemóc, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym. To ten upragniony i wytęskniony X przekonywał mnie stale, że powinnam sobie ułożyć życie bez niego, założyć rodzinę, wychować męża (to ostatnie dopowiadałam sobie sama ;P )... Wreszcie doszłam do wniosku, że jestem na to gotowa. W końcu ile lat można opłakiwać coś, co skończyło się zanim na dobre się zaczęło? Szkoda życia! Nie udało mi się zapomnieć, ale udało mi się pogodzić z sytuacją i żyć dalej. W tym godzeniu się z losem i sytuacją bardzo pomocny okazał się Y, którego wówczas poznałam. Y wniósł do mojego życia wiele słońca i nadziei. Przy nim odżyłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem dla kogoś ważniejsza niż wszystko inne.

Od tamtej pory minął prawie rok. Okazało się, że miłość może uskrzydlać nie rozdzierając człowieka w środku. Że potrafi być bezinteresowna i przynosić poczucie bezpieczeństwa. Że stałe konflikty czy awantury nie muszą być jej częścią. Za to są nią spokój i harmonia.

Około 2 tygodni temu dowiedziałam się, że pan X zerwał ze swoją narzeczoną. Że bardzo żałuje wyboru jakiego dokonał przed laty. Że do dziś żałuje, że nie walczył - o mnie i o nas. Dostałam również intrygującą wiadomość od członka jego rodziny z prośbą: "Wróć".

Poczułam się tak, jakbym dostała cegłą w głowę. Wróć? Teraz? Po tym wszystkim? Przez dwa dni chodziłam skołowana i niepewna już niczego. Życie dołożyło mi konflikt wewnętrzny, o którym pisałam wcześniej :). Bo oto na wyciągnięcie ręki mam tą wyśnioną wymarzoną wytęsknioną miłość opiewaną przez poetów. A z drugiej strony miłość zrównoważoną, spokojną, jasną... Miłość, która nie nakłada na mnie ograniczeń i daje mi prawdziwą wolność.

Życie potrafi zaskoczyć. I ludzie, których znamy również potrafią nas zaskoczyć. Ale najbardziej zaskakujemy sami siebie, kiedy dociera do nas, że ta miłość - szalona, zwariowana, dla której gotowi jesteśmy skoczyć w ogień, to nie taka miłość której pragniemy. Prawdziwa miłość nie wymaga od nas bezsensownych poświęceń. Prawdziwa miłość to ta, która dodaje nam skrzydeł, byśmy mogli wznieść się wysoko, ale nie zakłada nam przy tym łańcucha na szyję.Wiele innych uczuć często przybiera maskę miłości, po to by po jakimś czasie ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie dajmy się temu zwieść...

Jak myślicie, którą miłość wybrałam? :)

Komentarze (8)
Przed przeprowadzką - refleksyjnie

W moim życiu wszystko stanęło teraz na głowie. Jedną nogą jestem już w innym mieście, muszę zorganizować przeprowadzkę i jak patrzę na ilość rzeczy, które KONIECZNIE muszę ze sobą zabrać, to zastanawiam się, jak dałam radę w Indiach. Całe życie w jednej średniej walizce i jakoś zdawało egzamin. No tak, ale ciągle narzekałam, że nie mam swojego miejsca, że przydałaby się taka czy inna książka, że gdybym była u siebie, to miałabym to czy tamto pod ręką. Teraz będzie inaczej. Okazało się, że jednak się starzeję i potrzebuję trochę stabilizacji. I ruchu w bardziej pożytecznym wydaniu. Już nie tyle podróżowania, co zdobywania wiedzy, rozwijania swoich umiejętności, podnoszenia kwalifikacji, pomagania innym.

Energia mnie rozsadza. Czasem myślę, że pod tym względem byłby to idealny czas na potomstwo. Ale potem tłumaczę sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dopnę kilka spraw. Że na to przyjdzie czas - wkrótce. Tylko nikt nie umie powiedzieć, kiedy to "wkrótce" nadejdzie, ani kiedy będzie ten "właściwy" czas. Obecnie często odkładamy macierzyństwo "na później". Najpierw kariera i samorealizacja, najpierw zabezpieczenie finansowe, stabilizacja, potem dzieci. A przecież tyle matek codziennie udowadnia, że można sobie poradzić także z dziećmi. Że można to godzić - tylko jakim kosztem? Myślę, że nie ma na to reguły. Dla każdej kobiety przychodzi inny czas, toteż wypowiedzi typu "w Twoim wieku powinnaś mieć już trójkę dzieci" po prostu mnie irytują. Nie muszę powielać czyichś zachowań. Z drugiej strony nie chciałabym odkładać tego na ostatni dzwonek.

Życie tak szybko mija! Jeszcze wczoraj bawiłam się w piaskownicy, łaziłam po drzewach, rozbiłam kolano spadając z roweru - a dzisiaj zastanawiam się jakie będzie moje dziecko... Zegar biologiczny tyka i przypomina o prawach natury. Cóż... Na najbliższe trzy miesiące zaplanowałam sobie tyle zajęć, że i tak nie będę miała siły myśleć o uciekającym czasie. Zapomniałam uwzględnić w kalendarzu dni wolne, toteż praktycznie ich nie będzie. Pracoholizm, na szczęście tylko tymczasowy. Z doświadczenia wiem, że jak dokładam sobie tyle obowiązków, to znaczy, że chcę o czymś zapomnieć. Coś mnie uwiera. Niestety, nie wiem co i niech tak na razie pozostanie. Wkrótce samo wyjdzie i wtedy będę się z tym zmagać.

Od przyszłego miesiąca zaczynam nowy rozdział życia. Na pewno nie będzie łatwiejszy, ale może barwniejszy? Po prostu inny, ciekawszy. I nie mogę się już doczekać :). Z czasem może być różnie, toteż nie obiecuję pojawiać się częściej, ale co jakąś chwilę zdam Wam relację z tego co się dzieje. Jak uporządkuję wszystkie sprawy, będzie szansa na to, że wrócę do starych nałogów ;), będę częściej odwiedzać Wasze blogi i swój też. Tymczasem miłego dnia życzę :) I pamiętajcie o uśmiechu - bo to uniwersalny klucz do serca każdego człowieka ;)

Komentarze (18)
Żyć znaczy doświadczać

Moja koleżanka nie chce mieć żadnych zwierząt w domu. Powodowana poniekąd ciekawością zapytałam czy nie lubi zwierzaków. Ależ nie! Nic z tych rzeczy. Uwielbiam zwierzęta - odpowiada. Zaintrygowana pytam więc dlaczego nie ma ich w domu? Czy to z powodu braku miejsca? A skąd! Miejsca jest pod dostatkiem. Wystarczyłoby nawet dla kilku zwierzaków. Podobną odpowiedź otrzymuję na pytanie o czas i finanse. Wszystko jest, niczego jej nie brakuje i marzy o tym, żeby mieć psa, kota lub inne zwierzątko. Słucham i przestaję cokolwiek rozumieć. Pytam więc dlaczego nie ma żadnego czworonożnego przyjaciela w domu. Izka przez chwilę patrzy na mnie, po czym mówi, że po prostu nie chce.

W tym momencie poczułam się zwyczajnie głupia. Bo jak to jest? Iza ma warunki i możliwości, żeby zaopiekować się jakimś stworzeniem, lubi zwierzęta, marzy o tym, żeby mieć jakieś, ale jak przychodzi co do czego, to jednak nie chce??? Poprosiłam Izę, żeby mi to wyjaśniła.

Kiedy była mała, Iza miała psa. Piesek pojawił się w domu, gdy miała pięć lat. Praktycznie razem się wychowywali. Iza dbała o psa, a pies o Izę. Byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, bawili się, razem poznawali świat, razem się uczyli. Trwało to dziesięć lat. Pewnego dnia pies nagle zachorował. Weterynarz podjął się leczenia, ale mimo to z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Okazało się, że dla pieska nie ma już ratunku. Pewnego dnia rano nie przyszedł do Izy, żeby ją obudzić. Nie przywitał się z nią, nie czekał by wyprowadziła go na dwór, jak to zawsze robiła. Tego dnia piesek po prostu się nie obudził. Iza bardzo przeżyła to, co się stało. Była bardzo zżyta ze swoim czworonożnym przyjacielem. Długo po nim płakała i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało. Wszyscy próbowali jej tłumaczyć, że takie jest życie. Od tamtej pory Iza nie chciała mieć już żadnego zwierzęcia. Bała się, że zaprzyjaźni się z nim tak jak ze swoim psiakiem, a potem przyjdzie czas się rozstać. Bała się, że znów będzie cierpieć i rozpaczać. Boi się do dziś...

Zastanowiła mnie ta opowieść. Kiedy odchodzi ktoś nam bliski - cierpimy, czy to zwierzę, czy to człowiek. Niektórzy mówią: przecież to tylko pies. No tak. Ale nie przychodzi im do głowy, że ten pies był wierniejszym przyjacielem niż jakakolwiek osoba. Nie opłakujemy psa. Opłakujemy przyjaciela. I w tym wypadku nie boimy się straty zwierzęcia - boimy się utraty przyjaciela, boimy się utraty kogoś bliskiego. Być może boimy się obcowania ze śmiercią, bo jest nieunikniona. Przerywa to, co wydaje nam się wieczne. Burzy złudzenia. A może nie boimy się śmierci, lecz tego co ze sobą niesie? Uczucia pustki, samotności, żalu, czasem wyrzutów sumienia, pytań bez odpowiedzi...

Niestety śmierć była, jest i będzie. Możemy nie mieć żadnego zwierzaka w domu, lecz  wciąż pozostajemy w kontakcie z wieloma ludźmi. Ludzie także są śmiertelni. Nie sposób przewidzieć ich losów. Nie sposób przewidzieć jak długo będą z nami. Otaczają nas. Nie można więc odciąć się od tego, co ludzkie. A mimo to wielu z nas próbuje tego dokonać. Nie utrzymujemy kontaktów towarzyskich nie dlatego, że nie chcemy ich mieć. Nie utrzymujemy ich, bo tak jest łatwiej. Bo mniej obciąża nas to psychicznie. Bo pozwala nabrać do wszystkiego dystansu. I nikt nie obarcza nas swoimi problemami. Dużo bardziej boli nas strata osoby bliskiej niż po prostu znajomej. Po co więc zbliżać się do kogoś? Po co kogoś kochać? Po co mieć dzieci? Przecież i przyjaciel, i partner, i dziecko może nas zranić...

Niestety, od tego nie da się uciec. Nie da się uciec od relacji, emocji, bo to wszystko jest ludzkie. To wszystko określa nas jako istoty myślące i czujące. Może więc nie warto uciekać od tego, co może nas zranić? Nie znaczy to, że powinniśmy dawać się niszczyć. Ale nie powinniśmy też w żaden sposób ograniczać się tylko dlatego, że boimy się bólu, smutku i żalu. Jeśli jest szansa przeżyć coś pięknego, a do takich rzeczy z pewnością zalicza się przyjaźń i miłość - nie powinniśmy się hamować tylko dlatego, że "coś" może nas zranić. A w chwili kiedy przychodzi czas rozstania - trzeba pamiętać te wszystkie dobre chwile, które dostaliśmy od losu. Bez względu na to co stanie się potem. Smutek i żal nie powinny nakładać na nas żadnych ograniczeń.

To tak jak z utraconą miłością. W chwili rozstania obiecujemy sobie, że już nigdy więcej... Ale mija czas. Mija i leczy rany. Okazuje się, że wciąż jesteśmy w stanie kochać. Jeśli więc możemy tą miłość komuś dać - kochajmy, zamiast bać się pustki, którą może ze sobą przynieść to uczucie. Życie jest pełne tylko wtedy, kiedy żyjemy naprawdę. A żyć naprawdę oznacza doświadczać - zarówno tego co dobre jak i tego co bolesne...

Komentarze (7)
Kolejna wiosna, kolejny rok - odkrywanie życia na nowo

No i przybyła mi dzisiaj kolejna wiosenka. Starzeję się :) i jeszcze na starość robię się sentymentalna :). Miałam nadzieję, że będzie wiosennie, tymczasem wczoraj cały dzień sypał śnieg i dziś zalega na drogach, drzewach, trawnikach. Ale tak też mi się podoba. Właściwie ten cały marzec dobrze oddaje moją zmienną i kapryśną naturę. Raz ciepło i pogodnie, innym razem chmurnie i deszczowo, jeszcze kiedy indziej melancholijnie...

Czy kolejny rok będzie inny? A któż to wie! Wiem natomiast, że zaszły zmiany we mnie samej, co z pewnością w jakiś sposób zaprocentuje i znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Nie robię żadnych postanowień, nie kreślę planów w wyobraźni. Jedyne plany jakie mają rację bytu, to takie, które zaczynamy natychmiast realizować, zanim życie zdąży je zniweczyć. Plany? Tylko na najbliższą przyszłość. I też planami bym tego nie nazwała, tylko raczej zamierzeniami, do których poczyniłam przygotowania.

Ostatni rok nie był rokiem straconym. Jak zwykle - zwycięstwa i porażki. Zwycięstwa cieszą, ale to porażki nas uczą. Wiecie co można nazwać sukcesem? Umiejętność przekształcania porażek w zwycięstwa :). A dzieje się tak, gdy wyciągamy wnioski z naszych doświadczeń i staramy się uczyć na popełnionych błędach. Przynajmniej na własnych - bo cudze błędy prawie nigdy niczego nas nie uczą :). Mało kiedy potrafimy odnieść cudze porażki do własnej sytuacji życiowej i własnego postępowania. Tak już jest. To sztuka.

Najważniejsze jest chyba to, by w każdym roku życia odkrywać je na nowo - jego radość, piękno, wagę... I w ten sposób odkrywać także siebie, poznawać mocne i słabe strony swojego charakteru, badać to, co jeszcze skrywa tajemnica... I wierzyć, że każdy kolejny rok będzie lepszy. W miarę jak przybywa nam lat, zmienia się perspektywa, z której patrzymy na życie. Dostrzegamy to, czego wcześniej nie widzieliśmy. Udaje nam się pokochać w sobie to,czego dawniej nienawidziliśmy. I uczymy się tego co najtrudniejsze, a mianowicie - żyć. Ale żyć naprawdę, pełną piersią, tęczą kolorów, nie oglądając się wstecz. Działać, zamiast czekać na cud. Bo cud możemy sprawić właśnie my - Ty i ja. Możemy stać się cudem dla kogoś lub ktoś może stać się cudem dla nas :)...

Życzę miłego popołudnia pełnego radości i uśmiechu :) pozdrawiam!!!

Komentarze (16)
Od dziś mówię "TAK"!

Od dziś mówię "TAK". Czy wiecie jak rzadko używamy tego słowa? Coraz częściej wszelkie propozycje i zapytania kwitujemy słowem "nie". Jesteśmy "na nie".

Jakiś czas temu oglądałam film "Jestem na tak" (Yes man). Film jak to film, czasem bawi, czasem śmieszy. Ale ten zmusza  też do pewnej refleksji. Boimy się ryzyka, boimy się podejmowania decyzji. Wolimy to, co dobrze znane - własne cztery kąty, wybraną grupę znajomych, wybrane show w telewizji. Coraz rzadziej wychodzimy do ludzi, a ich propozycje skierowane pod naszym adresem najczęściej kończą się odmową. Wybieramy rutynę zamiast życia, bez uzasadnionej przyczyny. Nie próbujemy rzeczy nowych - bo wydaje nam się, że to co nowe i nieznane na pewno będzie złe. I  w ten sposób omija nas wiele pięknych rzeczy.

Czasem dzwoni znajomy i proponuje wyjście wieczorem. Jakaś bliżej nieokreślona impreza, podobno fajni ludzie. Na samą myśl o tłumie obcych ludzi jeży nam się włos na głowie. Wynajdujemy pierwszą lepszą wymówkę i odmawiamy. Zamykamy się w domu i zamykamy się na ludzi. Stopniowo grono znajomych się kurczy - bo od dawna nie chciało nam się z nikim spotkać na kawie. Cierpimy na brak rozrywek - ale nie chce nam się ruszyć w nieznane po przygodę. "Nieznane", które mam na myśli, wcale nie musi być daleko. Czasem jest to koncert lub przedstawienie, czasem jakieś warsztaty, czasem grupowe spotkania, których boimy się bezgranicznie. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas, nie dzisiaj, może innym razem, a najlepiej to w kameralnym gronie. W ten sposób odrzucamy okazję do przeżycia czegoś innego. Boimy się nowości. Brak nam spontaniczności i odwagi, by wyrwać się z szarych ram naszego grafiku.

Ile razy nie odbieramy czyjegoś telefonu, zmieniamy kanał w telewizji, bo film ma być z gatunku tych, których nigdy tak naprawdę nie widzieliśmy... ? A przecież inne - nie znaczy złe. Często zanim zdążymy na dobre przeanalizować sytuację - w naszej głowie od początku kołacze się słowo "nie". Podejmujemy decyzję zanim rozważymy sytuację, zanim zdążymy pomyśleć o korzyściach. Do tego w taki sposób przedstawiamy sytuację samym sobie, że dana czynność, wycieczka, wizyta - wydają nam się nader nudne i mało interesujące. Mówimy "nie" a potem mamy pretensje do życia, że nie dzieje się nic nowego, zaskakującego, ciekawego. I nie zdajemy sobie sprawy, że coś nas omija na nasze własne życzenie.

Dlatego od jakiegoś czasu stosuję zasadę bycia "na tak". Sprawdza się. Nawet kiedy nie chce mi się wychodzić z domu, a ktoś zadzwoni z propozycją małego wypadu czy wycieczki - zgadzam się. I powiem Wam, że ani razu tego nie żałowałam. Zobaczyłam dzięki temu wiele pięknych rzeczy, przeżyłam o wiele więcej przygód i doświadczyłam życia dużo bardziej niż kiedykolwiek. Nie mam już tego uczucia, że coś mnie omija, że życie przecieka mi między palcami i nie umiem go zatrzymać. Biorę z niego tyle, ile potrzebuję.

Oczywiście film, który wspomniałam, pokazuje czym kończy się popadanie w skrajności. Uczy, że najlepsza w życiu jest równowaga i zdrowy umiar. Pokazuje jednak także, że czasem warto zaryzykować, wyrwać się z zaklętego kręgu codziennych obowiązków i spróbować czegoś nowego. Czegoś, czego nie znamy, nie próbowaliśmy i zawsze byliśmy "na nie". Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że "TAK" to słowo, które niesie ze sobą radość. Asertywność jest zdrowa, ale wiecznie odmawiając pozbawiamy się możliwości zdobywania nowych doświadczeń. Doświadczeń, które mogą być przyjemne. Doświadczeń, które mogą odmienić całe nasze życie...

Komentarze (15)
Wiosny nam trzeba - czyli niekoniecznie o pogodzie

Zima to czas, który sprzyja depresjom, irytacji, zmęczeniu. Jesteśmy poddenerwowani brakiem światła, monotonnością dni, ograniczeniem pewnego rodzaju swobody... A przecież zima to jedna z pór roku. Nie jest stanem nadzwyczajnym. Jest etapem życia... Dla roślin to czas uśpienia, odpoczynku, który umożliwia im rozpoczęcie cyklu rozwojowego od nowa wraz z nadejściem wiosny. Dla niektórych zwierząt to czas hibernacji. Dla ludzi - najczęściej jest to czas nawarstwienia wielu problemów, ustawicznych narzekań i niepojętego zdziwienia - bo oto przyszła zima! Jest mroźno, wszędzie leży śnieg, drogi bywają nieprzejezdne - cóż za wspaniałe pole do popisu dla potencjalnego Polaka. Ale na tym nie koniec.

Wiosna to cudowna pora roku. Patrząc okiem przeciętnego wiecznie narzekającego Polaka - mokro, zimno, deszczowo, wszędzie błoto i do tego zdarzają się jeszcze przymrozki. Z takiego opisu wynika, że wiosna to paskudny okres czasu. I właściwie każdą porę roku można opisać w ten sposób. Lecz  nie w tym rzecz. Sedno sprawy polega na tym, by dostrzegać to, co w danym zdarzeniu, sytuacji czy nawet pogodzie - jest piękne. Wiosną wszystko budzi się do życia. Lecz by mogło się obudzić - potrzebna jest życiodajna woda. Deszcz. Lekki, świeży - zmywa to, co pozostawiła po sobie zima. Wszystko ma swój sens, trzeba tylko chcieć go dostrzec.

Niektórzy ludzie całe życie trwają w zimie - mimo, że pory roku dokoła nich regularnie się zmieniają. Jak to ktoś ładnie na którymś z blogów napisał: na dworze zima  i w sercach ludzkich taki sam mróz. Z tą różnicą, że ta zima w ludzkich sercach trwa nieraz całe lata i dziesiątki lat. Trzeba ogromnej zmiany - zdarzenia, energii, czyjejś siły woli lub uczucia - by takie lody roztopić.

Bywa też, że owa zima zakrada się do naszych serc na chwilę... Na moment przykrywa wszystko warstwą obojętności. Potem mija. Ale jeden moment wystarczy, by zepsuć coś nieodwracalnie...

W tym wyjątkowym okresie roku jesteśmy szczególnie podatni na atak wspomnianej zimy. Ulegamy jej, czasem zarażamy się od kogoś - a potem epidemia szerzy się już wszędzie... Epidemia obojętności, irytacji, narzekania....

Dlatego trzeba nam wiosny. Nie tylko tej prawdziwej. Przede wszystkim trzeba nam wiosny w sercach. Więcej pogody ducha, słońca w myślach, radości we wspomnieniach i planach. Optymizmu w przewidywaniach. I wiary w to, że spadnie życiodajny deszcz, który rozmyje wszelkie negatywne emocje. Trzeba nam iskry, która wskrzesi pogrążone w przygnębieniu pokłady energii. Nosimy je w sobie - nie potrafimy ich tylko wydobyć.

Pojedyncza jednostka pleśni może skazić cały słoik konfitur. Bo pleśń będzie się rozrastać. Złość, którą nosimy w sobie - jest jak pleśń. Małe jej ogniwo potrafi zawładnąć nami bez reszty i doprowadzić do wybuchu. Zwłaszcza jeśli napotka sprzyjające okoliczności. Dlatego trzeba nam deszczu, który zdusi gniew w zarodku, oczyści atmosferę i pozwoli oddychać.

Po deszczu wstaje słońce, a po zimie - przychodzi wiosna. Weźmy więc głęboki oddech i zaprośmy w tym roku wiosnę do naszych serc nieco wcześniej. Nauczmy się dostrzegać to, co dobre i piękne,  i w tym pokładajmy nadzieję. Może wówczas to, co wydaje się złe, stanie się tylko pyłem, który wkrótce zmyje wiosenny deszcz... Niech zima w nas jak najszybciej ustąpi miejsca wiośnie, byśmy mogli na nowo zbudzić się do życia i odnaleźć w sobie wrażliwość na drugiego człowieka oraz świat...

Komentarze (17)
Niedokończone strony

Cokolwiek zaczynasz - pamiętaj o tym, żeby to skończyć. To jedna z wielu rzeczy, których pilnuję jak oka w głowie. Nie lubię spraw niedokończonych. Nie lubię niedokończonych zdań, opowieści, książek, zakupów, kłótni, rozmów... Coś, co ma swój początek - logicznie powinno mieć też i koniec. Jak w związku - z happy endem lub bez. Nigdy w życiu nie jest tak, że coś trwa w nieskończoność. Szczęście, którego wszyscy tak pragniemy jest kruche. A zła passa też wreszcie zawsze się kończy. Przechodzimy pewne etapy w życiu i kolejno je zamykamy - jak rozdziały czytanej bądź pisanej książki...

Pytanie na ile prawdziwy jest to koniec? Ile razy będziemy wracać do tego rozdziału pamięcią? Czy wystarczy zamknąć drzwi, by nie słyszeć płaczu za ścianą? Czy wystarczy zamknąć oczy, by nie widzieć zła? Nie wystarczy. Bo nie są to właściwe zakończenia...

Życie rozdaje karty, ale to my jesteśmy graczami. Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę... To my decydujemy, kiedy powiedzieć "pas", kiedy wejść do gry i kiedy odejść od stołu kończąc rozgrywkę. Nic nie jest skończone, dopóki sami tego nie postanowimy.

Dlatego czasem wracamy do przeczytanej książki po latach. By wspominać, by poczuć to, co czuliśmy wcześniej, by zachłysnąć się tamtym klimatem - jeszcze choć jeden raz... Książka ma tę przewagę nad prawdziwym życiem, że niezmiennie kończy się tak samo. Bez względu na to, ile razy do niej wracamy - wiemy co będzie dalej. Możemy cofnąć się o kilkadziesiąt stron i przeżyć wszystko jeszcze raz...

A w życiu - nie. Coś, co minęło - nie wróci. Przynajmniej nie w tamtej, pierwotnej postaci. W życiu wielokrotnie wracamy myślami do tego, co było. I gdybyśmy mieli taką moc - zmienilibyśmy wszystko! Dokonywalibyśmy innych wyborów, podejmowalibyśmy inne decyzje. W naszym pojęciu lepsze, mądrzejsze, ale kto tak naprawdę wie jak potoczyłoby się nasze życie?

Zamykając jakiś rozdział życia czasem zostawiamy sobie furtkę - na wypadek, gdyby to jednak nie był koniec. Oglądając się - nie jesteśmy w stanie w pełni poświęcić się teraźniejszości. I tak żyjemy na skraju dwóch różnych światów. Wmawiamy sobie, że z przeszłością koniec. Czyżby? Czasem zamykając za sobą drzwi - należałoby jeszcze wyrzucić klucz. Bo serce i myśli człowieka są przekorne. Ciekawość będzie nas pchała  i podpowie: zajrzyj, tylko na chwilę... Skuszeni - wracamy w to samo miejsce, w którym byliśmy przed laty. Z tą różnicą, że świadomość nieodwracalności zdarzeń budzi niepokój, melancholię i nie pozwala normalnie funkcjonować. To znak, że coś skończyło się inaczej niż chcieliśmy. Skończyło się dla kogoś - ale nie dla nas. I uśpione tkwiło w naszej podświadomości cały ten czas...

Kiedy więc wiadomo, że coś skończyło się naprawdę także dla nas? Wtedy, gdy spoglądając wstecz jesteśmy w stanie uśmiechać się ciepło, beż żalu, wybaczać sobie stare błędy i wrócić bez złudzeń do rzeczywistości... Wtedy, gdy wspomnienia są tylko wspomnieniami.

Czasem kończymy jakiś rozdział, zaczynamy następny. Przekonujemy siebie i świat, że tego chcieliśmy. Tylko serca nie da się oszukać. Głęboko na jego dnie chowamy pragnienia, które nigdy się nie urzeczywistniły i już nie urzeczywistnią. Wracamy do nich po cichu, ożywiamy je nocami w swoich snach, ale gdy wstaje dzień - wracamy do pisania nowego rozdziału.

Niektóre pragnienia potrafią przetrwać w ten sposób całe lata... Chowane głęboko w podświadomości - nie mijają. Mimo, że ich miejsce już dawno zajęły inne. Bledną, wypalają się, aż wreszcie - kończą się. Tak jest ze smutkiem, z żalem... I tylko z miłością - tą romantyczną, bez happy endu, nieszczęśliwą - bywa inaczej. Nieszczęśliwa miłość jest jak niedokończony rozdział. Tak długo jak trwa - nie da się do końca o niej zapomnieć. Zawsze będzie brakowało jej spełnienia i zakończenia na miarę Hollywood. Możemy zacząć kolejny rozdział, ale ilekroć spojrzymy wstecz - pusta strona przypomni nam to, co utraciliśmy... I myślami będziemy ją zapisywać tysiące razy, zastanawiając się co byłoby gdyby...? Nie dowiemy się nigdy. Chyba, że życie zechce rozpocząć kolejną rozgrywkę i z nowym rozdaniem powrócimy do niedokończonych stron...

Komentarze (13)
Życie to postęp

Tak często zapadamy się w szarej rzeczywistości. Zatracamy się bez pamięci w codziennych obowiązkach. Dom, praca, rodzina, dzieci - a potem znów od nowa i od nowa... Dni stają się do siebie podobne, wtorek wygląda jak czwartek czy środa. Poniedziałek wyznacza nam konieczność rozpoczęcia cyklu od nowa, piątek przynosi zmianę na tryb weekendowy. Dla tych, którzy pracują także w weekendy - nawet sobota i niedziela wyglądają tak samo, a niejednokrotnie kojarzą się z jeszcze większym wysiłkiem... I tak mija tydzień, potem miesiąc i wreszcie rok. Czas płynie i zanim się obejrzymy okazuje się, że minęło tak wiele lat, a my wciąż tkwimy w tym samym miejscu. Wszystko się zmienia - dzieci i ceny rosną, my- starzejemy się. Ludzie przychodzą i odchodzą - niektórzy w poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, inni próbują realizować siebie, wreszcie jeszcze inni - odchodzą do lepszego świata. A my? Starzejemy się. Mijamy... Mijamy się z życiem. Ono omija nas....

Wszystko w przyrodzie zmienia się z czasem. Kolejne epoki przynoszą zmiany środowiskowe - niektóre gatunki wymierają, zastępują je inne... Zmienia się klimat. Nic nie stoi w miejscu. Od zawsze trwanie jednostek i grup odmierza cykl narodzin i śmierci...

Świat idzie do przodu. Rozwija się. Dążymy do doskonalenia techniki, wiedzy, umiejętności - lecz coraz rzadziej stawiamy na rozwój duchowy. Nasze życie duchowe ginie miażdżone ogromem obowiązków. Często rozwój duchowy mylimy z samorealizacją. A to nie to samo. Samorealizację bowiem najczęściej utożsamiamy z karierą zawodową, macierzyństwem, spełnieniem marzeń. Rozwój duchowy zaś wymaga czegoś więcej. Wymaga poświęcenia czasu samemu sobie, zastanowienia się nad sobą i zdobywanymi doświadczeniami. Wymaga wyciągnięcia wniosków na przyszłość. Rozwój duchowy ma na celu doskonalenie siebie jako jednostki ludzkiej. Rozwój duchowy to szersze pojmowanie otaczającego nas świata, zjawisk, dostrzeganie tego co niedostrzegalne i rozumienie tego co niepojęte. Rozwój duchowy to stawanie się lepszym człowiekiem.

Ktoś może mi teraz powiedzieć, że realizując się w pracy doskonali w sobie pewne cechy. Jednak czy zawsze są to cechy ludzkie? Ktoś inny powie, że oddając się macierzyństwu i rodzinie - poświęca się, a więc kształtuje swoją osobowość. Prawda. Poświęca się, ale czy naprawdę żyje?

Myślę, że wszystko to zazębia się i jest uzależnione tylko od tego, co nas uszczęśliwia. Jeśli bowiem potrafimy to szczęście docenić, to jego obecność bądź brak będzie odciskać piętno na naszej duszy. Jeśli przetrwamy próby, które zsyła nam los - zrobimy krok do przodu na ścieżce duchowego rozwoju. Nawet z pozoru trwając w miejscu.

Życie jest postępem, a nie trwaniem w miejscu twierdził Ralph Waldo Emerson. Pamiętajmy więc, że nawet fizycznie tkwiąc w jednym miejscu - duchowo zawsze powinniśmy iść do przodu, rozwijać się, doskonalić . Powinniśmy patrzeć przed siebie i nie cofać się. Bo życie to postęp a nie regres. Pamiętajmy o tym, by poświęcając się pracy lub rodzinie - żyć. Bo życie jest niezwykle krótkie i kruche. I zanim się obejrzymy - może nas ominąć...

Komentarze (12)
Przyznanie się do niewiedzy - to wiedza, a do niemocy - moc.

"Przyznanie się do niewiedzy - to wiedza, a do niemocy - moc". Tak brzmi perskie przysłowie, które znalazłam w kalendarzu. Ale przyznając się, że czegoś nie wiem - wcale nie sprawia, że czuję się przez to mądrzejsza. To tylko świadomość, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Że proces edukacji tak naprawdę nigdy się nie kończy. Że pokłady wiedzy nie mają granic. I nie można wiedzieć wszystkiego... A najmniej zwykle wiemy o sprawach, o których chcielibyśmy wiedzieć najwięcej... Może to prawda, że im więcej się uczymy tym mniej wiemy i jest to proces prawidłowy? Bo zdobywając wiedzę, jednocześnie uświadamiamy sobie własne braki...

Chyba tak samo jest z doświadczeniem. Los bywa przewrotny. Najpierw stawia na naszej drodze kogoś kto traktuje nas okrutnie, potem nasze drogi rozchodzą się, mija nieco czasu i nagle okazuje się, że znów znajdujemy się w podobnej sytuacji - tylko tym razem jesteśmy po drugiej stronie. Nagle mamy okazję spojrzeć na historię sprzed lat cudzymi oczami. I... może zrozumieć więcej niż wcześniej? Może WYBACZYĆ? To tylko pokazuje jak jednostronny często bywa nasz osąd i jak wiele wciąż musimy się nauczyć...

A słabości? Trudno się do nich przyznać... Zwłaszcza jeśli od lat jesteśmy zdani sami na siebie. Trudno przyznać się, że z czymś sobie nie radzimy, że przerasta nas powaga sytuacji. A przecież w tym tkwi siła - w umiejętności przyznania się do błędów. Bo najpotężniejsza moc wyrasta z naszych największych słabości...

Komentarze (19)
1 | 2 | 3 |