iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

"Zacznijmy od nowa - od tych małych rzeczy"...

Jako dziecko słuchałam opowieści o misjonarzach i byłam nimi zafascynowana. Myślałam wtedy, że ja też tak chcę, chociaż nie miałam jeszcze pojęcia co to właściwie oznacza. Oczami wyobraźni widziałam siebie w afrykańskiej wiosce, z lwami w tle. Dookoła rozpościerała się bezkresna sawanna. Głodne, afrykańskie dzieci przewijały mi się w tych wyobrażeniach dość mgliście... Dekadę później obraz nieco się zmienił, sylwetki dzieci stały się wyraźniejsze a lwy zniknęły z pola widzenia. Tylko wioska i sawanna pozostały bez zmian, a ja trwałam w swoim postanowieniu o dalekich podróżach. Wierzyłam, że któregoś dnia na pewno to zrobię - pojadę, może nie na misję, ale jako wolontariuszka. Z wypiekami na twarzy wysłuchiwałam kolejnych opowieści i żarłocznie czytałam wszystko, co dotyczyło tematu...

Kilka lat temu byłam już nawet zdecydowana. Afrykańska wioska tkwiła w mojej głowie, z tą różnicą, że dzieci z dużymi pustymi brzuszkami stały się prawie namacalne.Wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka.Oprócz tego dopadła mnie wizja AIDS, malarii i wszelkiego rodzaju wirusów. To niczego nie zmieniło - nadal chciałam jechać! Szczególnie po tym, co widziałam w Indiach. Myślałam, że jestem przygotowana. Zaparłam się w sobie i postanowiłam, że jadę. Że to ten czas. Kropka. Niestety, w tym samym momencie zmieniły się okoliczności mojego życia. Nie wyszło. Przełożyłam więc na potem. 

Dziś wiem, że dobrze się stało. Oceniając sytuację z perspektywy czasu, jestem pewna, że nie poradziłabym sobie - z życiem, z odpowiedzialnością, a przede wszystkim z ogromem nieszczęścia, które dotknęło tych ludzi... Co innego przeglądać obrazki w książce i czytać, a co innego stanąć twarzą w twarz z chorobą i tym co dla mnie najgorsze - bezsilnością. Nie poradziłabym sobie, bo powody dla których chciałam jechać były niewłaściwe. Pomoc pomocą, ale najbardziej chciałam chyba uciec od samej siebie i problemów, które mnie tu otaczały. Czy w takim wypadku umiałabym poświęcić się sprawie? Szczerze wątpię i nie wstydzę się dzisiaj do tego przyznać. Tych ostatnich kilka lat nauczyło mnie dostrzegać więcej, słuchać pilniej i przyznawać się do swoich błędów i słabości, bo to one stanowią o naszym człowieczeństwie i wrażliwości...

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie, nie tylko w Afryce i nie tylko dzieci, ale też dorosłych. Nieszczęścia, śmierć, choroba, bieda, głód -są wszechobecne. Także tutaj, w naszym kraju, w tym samym mieście, może tuż za rogiem... Podziwiam ludzi, którzy odbywają dalekie podróże po to, by pomagać innym. Ale podziwiam także takich, którzy pomagają tutaj.Bo w każdym miejscu świata ludzie tej pomocy potrzebują - i to wszelkiego rodzaju. Nauczyłam się, że jednym dobrym uczynkiem nie zmienię od razu całego świata - ale mogę nim odmienić czyjś dzień. Mogę podarować komuś radość, spokój, szczęście bez konieczności wyjeżdżania. Mogę zrobić zakupy chorej starszej osobie, mogę wezwać karetkę do sąsiada, który przewrócił się na schodach, mogę poświęcić noc pocieszając kogoś w potrzebie. Mogę uczestniczyć w zbiórce żywności dla biednych rodzin czy też zorganizować zajęcia grupie dzieci, pomóc im w odrabianiu lekcji... Wreszcie - mogę się przez chwilę zastanowić co zrobić, by było jeszcze lepiej - ale nie mnie, tylko komuś kto ma sto razy gorzej ode mnie. Dziś wiem, że prawdziwe szczęście nie wynika z tego, czego pragniemy dla siebie. Nie wynika z posiadania wszystkiego, co się nam zamarzy. Nie wynika z tego co mamy, tylko z tego czy potrafimy być wdzięczni nawet wtedy kiedy nie mamy nic. Czy potrafimy być wdzięczni mimo tego.  Wdzięczni za co? Za życie, bez względu na to, jakie ono jest. Prawdziwe szczęście to umiejętność dostrzegania pozytywnych rzeczy tam, gdzie inni ich nie dostrzegają, umiejętność dzielenia się dobrą energią. Prawdziwe szczęście to umiejętność dawania go innym, czerpania siły z tego, że mogliśmy komuś pomóc, że ktoś dzięki nam będzie miał lepiej. Prawdziwe szczęście pochodzi od drugiej osoby. I to działa! Niesienie pomocy innym i uszczęśliwianie drugiego człowieka ma największą i najprawdziwszą moc, bez względu na to, gdzie tego dokonujemy. Czasem warto wyjrzeć poza krąg własnych potrzeb i dostrzec także potrzeby innych. Nasze "ogromne problemy" maleją wówczas w mgnieniu oka. Szczęście przychodzi ze szczęściem innych osób, a nie z zazdrością i próbą dorównania im

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie. Nie ma potrzeby jechać na koniec świata, żeby się o tym przekonać. Ważne jest to, co możemy zrobić. Ważne jest to, co możemy dać z siebie innym. Nawet jeśli nie wyjdzie od razu, to kiedyś wreszcie się uda i jednym gestem możemy zmienić czyjeś życie na lepsze. Szczęście to dawanie szczęścia innym. I nikt mnie nie przekona, że można je kupić. Pieniądze ułatwiają życie - to bezsporna kwestia. I mogą zdziałać wiele w kwestii pomocy. Jednak nic nie zastąpi dłoni wyciągniętej w kierunku potrzebującego, życzliwego gestu, słowa czy uśmiechu. Nic nie zastąpi ludzkich odruchów. Szczęścia nie da się kupić, bo gdyby tak było, to wielu bogaczy tego świata dawno by to zrobiło. A życie pokazuje, że do szczęścia brakuje im całych lat świetlnych. Pieniądze nie gwarantują szczęścia. I można być bez nich szczęśliwym, jeśli tylko potrafimy cieszyć się z małych rzeczy. Wystarczy pamiętać, że są ludzie, którzy mają o wiele gorzej. Wystarczy doceniać codzienne drobnostki i ludzi, którzy są wokół nas. Wystarczy spojrzeć szerzej, by wiedzieć że szczęście jest w nas i możemy je dać innym. Wystarczy jeden prosty gest....Dzień, w którym zrobimy coś dobrego dla innych nigdy nie będzie dniem straconym! Dziś, kiedy kierują mną właściwe pobudki, mogłabym jechać na koniec świata. Rzecz w tym, że teraz rozumiem, że wcale nie muszę jechać tak daleko by komuś pomóc :).

Sylwia Grzeszczak - Małe rzeczy

 

Komentarze (1)
ZAPLANOWAĆ SZCZĘŚCIE

Nie lubię robić planów. Śmieszne, biorąc pod uwagę jak dobrą jestem organizatorką. Kiedy trzeba, zaplanuję wszystko perfekcyjnie co do minuty. A jednak unikam planowania, szczególnie długoterminowego. Uważam, że to nakłada na mnie zbyt sztywne ramy. Skoro nie jestem w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za pół roku - jak mogę robić plan na najbliższych pięć lat??? Co innego marzyć, dążyć do czegoś, a co innego planować.

A jednak ludzie wokół mnie robią to cały czas. Na przykład planują wesela z dwuletnim wyprzedzeniem, licząc na to, że przez ten czas nic się nie zmieni. Wierzą, bo chcą wierzyć. I w niektórych przypadkach rzeczywiście nic się nie  zmienia, uczucie jeszcze się umacnia. Ale w wielu innych sytuacjach zmienia się wszystko. Narzeczony czuje się znudzony, narzeczona szuka pocieszenia w życzliwych ramionach... W życiu nie ma nic stałego ani pewnego. Moja koleżanka, R., wyszła dwa lata temu za mąż. Tuż po ślubie ukochany mężczyzna wyjechał do pracy za granicę, ona została tutaj. Tak uzgodnili. "Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć - mamy całe życie" - powtarzali. Pół roku po jego wyjeździe u R. zdiagnozowano ostrą białaczkę. Nie miała szans. Mąż zdążył się z nią tylko pożegnać. A mieli tyle planów! Miał być dom, dzieci, kariera... Zapomnieli tylko o najważniejszym - o byciu razem, o byciu ze sobą, o czasie dla siebie. Odłożyli go na potem. Ale "potem" nie było...

Rodzimy się z gotowym planem na życie. Nasi rodzice poświęcają dziewięć miesięcy na szczegółowy opis tego, kim będzie ich syn czy córka, jak to przejmie rodzinne interesy, jak będzie kontynuować rodzinną tradycję. Dobrze, jeśli na "gdybaniu" się kończy, a potem pozwalają nam pokierować życiem według własnego "widzimisię". Ale co jeśli to idzie dalej? Od najmłodszych lat wpajają nam ten sam schemat. Układają nam według niego życie, bez pytania czy się na to zgadzamy... Mówią: "Najpierw pójdziesz do szkoły, potem skończysz studia, założysz rodzinę, zrobisz karierę...".  Ta sugestia jest tak silna, że któregoś dnia budzimy się przeświadczeni, że musimy się spieszyć, bo mamy plan do wykonania. Tylko że to nie jest nasz plan. Ileż to razy życie pokazuje, że kolej rzeczy może być zupełnie inna! Szkoła tak, ale studia już nie - bo przyszło urodzić dziecko, bo nie było odpowiedniego zaplecza finansowego, bo przyszła ciężka choroba. Albo po prostu - chcieliśmy INACZEJ. Za przykład niech posłuży inna koleżanka, A., która tak bardzo zasugerowała się słowami rodziny o rychłym zamążpójściu, że całe dni, tygodnie i lata spędzała na poszukiwaniach kandydata. W rezultacie zaniedbała najpierw studia, potem pracę, wszystkich znajomych i samą rodzinę. Żyła jak w transie, o niczym innym nie mówiła. Stało się to jej obsesją, aż zaczęła podejmować desperackie kroki. Skończyło się ciężką depresją i próbą samobójczą, długą terapią. Dziś wie, że to wszystko wcale nie było jej potrzebne do szczęścia. Ona chciała żyć inaczej, ale nie umiała wyzwolić się z narzuconego jej schematu...

Są ludzie, którzy nie potrafią żyć bez grafiku. I nie ma to nic wspólnego z zatłoczonym kalendarzem i setką spotkań. To po prostu ludzie, którzy MUSZĄ mieć plan, aby odnaleźć się w życiu. Gdy nie mają gotowego planu - czują się zagubieni i zagrożeni.Tracą głowę, gdy wydarza się coś niespodziewanego. Nie potrafią reagować natychmiast - bo potrzebują planu działania. I nie wiem, czy takim osobom zazdrościć czy może współczuć...?

Plan jest dobry, jeśli przewiduje różne okoliczności. Plan jest dobry, jeśli potrafimy go dostosować do swoich potrzeb - a nie odwrotnie. Plan jest dobry, jeśli w żaden sposób nas nie ogranicza. I czasem dobrze go mieć, szczególnie w chwilach, kiedy wszystko wali się nam na głowę. Ale trzeba umieć być elastycznym...

Dlatego nie lubię robić długoterminowych planów. Życie mnie tego oduczyło. A jeśli już coś planuję - zawsze mam plan B, C i D, tak na wszelki wypadek. Zawsze biorę pod uwagę to, że będę musiała coś zmienić. Mój plan na życie uległ zmianie już wielokrotnie. I na pewno różni się od tego, co zaplanowali moi rodzice :). A mimo to (albo właśnie dlatego) jestem z tym szczęśliwa.

Robiąc dalekosiężne plany często zapominamy, że życie to wypadkowa wielu zmiennych i niewiadomych. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie pomoc, ani skąd zawieje wiatr. Dlatego robiąc plany nie wolno zapominać o tym, że żyjemy tu i teraz. I mamy prawo do szczęścia właśnie tu i teraz, a nie za dziesięć lat.

Komentarze (11)
W niewoli pieniądza

Zainspirowana wpisem ati88 dotyczącym funkcji pieniądza, pozwolę sobie spojrzeć na pieniądz z zupełnie innej strony: pieniądz jako wartość. Jest to oczywiście wartość materialna, ale mimo to kształtuje nas i wpływa na wartości duchowe. Nie odkryję Ameryki pisząc, że pieniądz nas ogranicza. Już słyszę te głosy protestu. Ogranicza? Jak to ogranicza? Przecież za pieniądze można tyle kupić!!! Ano właśnie w tym rzecz. Ludziom wychowanym w świecie, w którym pieniądz gra pierwsze skrzypce, wartości duchowe kształtują się inaczej.

Pieniądz jest wartością, która w dużym stopniu warunkuje naszą edukację. Śmieszne? Nie, prawdziwe. Przecież to finanse określają to, czy stać nas na wymarzoną szkołę czy też nie. Ileż razy słyszałam od stroskanych matek, że Piotruś zdolny, to by się go na studia posłało, ale koszta utrzymania są za duże. I prawdy w tym wiele, bo utrzymanie dziecka, opłaty za stancje, internaty, wyżywienie - to spore wydatki. Dojazdy - też kosztują. Niejednokrotnie młodzi ludzie podejmują się pracy, by zarobić na czesne studiów zaocznych, co także oznacza duży nakład finansowy.

Pieniądz jest wartością, która warunkuje także nasz światopogląd. Ludzie wychowani w doskonałych warunkach, którym nigdy niczego nie brakowało - nie znają prawdziwej wartości pieniądza. Zwykle żyją w przeświadczeniu, że kupić można wszystko, a ludzi oceniają po zawartości ich portfela. Ci, którzy od najmłodszych lat zaznali dobrobytu i dostali od losu wszystko - zwykle mają problemy z poszanowaniem biedniejszej reszty świata. Traktują ich jak najemników. Ośrodkiem ich systemu wartości jest pieniądz i przez jego pryzmat patrzą na świat. Łatwiej ulegają własnym kaprysom, bo nie muszą martwić się o jutro. Ale w moim przekonaniu są to równocześnie  osoby mało zaradne w porównaniu do tych, które od najmłodszych lat uczą się wiązać koniec z końcem.

Na szczęście zawsze  i wszędzie można znaleźć wyjątki - i oby było ich jak najwięcej.

Pieniądz psuje. Pieniądz zniewala - odbiera nam możliwość wyboru dowolnego rodzaju edukacji, drogi życiowej i swobodę myślenia. Pieniądz uczy egoizmu i często niesie ze sobą samotność. Niektórzy mówią, że pieniądz daje wolność. Według mnie - on ją odbiera. Bo ciążą na nas stereotypy z pieniądzem związane. Pieniądz dzieli - kraje, kontynenty, społeczeństwa - nawet najbliższą rodzinę. Mimo wszystko jednak pieniądz pozwala na pewien komfort. A przynajmniej daje jego namiastkę. Usuwa z drogi pewne problemy - problemy natury materialnej, ale w zamian przynosi zupełnie inne. Te inne zwykle mają naturę duchową.

Wybór więc należy do nas: wolność materialna czy duchowa?

Komentarze (16)
Życie to postęp

Tak często zapadamy się w szarej rzeczywistości. Zatracamy się bez pamięci w codziennych obowiązkach. Dom, praca, rodzina, dzieci - a potem znów od nowa i od nowa... Dni stają się do siebie podobne, wtorek wygląda jak czwartek czy środa. Poniedziałek wyznacza nam konieczność rozpoczęcia cyklu od nowa, piątek przynosi zmianę na tryb weekendowy. Dla tych, którzy pracują także w weekendy - nawet sobota i niedziela wyglądają tak samo, a niejednokrotnie kojarzą się z jeszcze większym wysiłkiem... I tak mija tydzień, potem miesiąc i wreszcie rok. Czas płynie i zanim się obejrzymy okazuje się, że minęło tak wiele lat, a my wciąż tkwimy w tym samym miejscu. Wszystko się zmienia - dzieci i ceny rosną, my- starzejemy się. Ludzie przychodzą i odchodzą - niektórzy w poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, inni próbują realizować siebie, wreszcie jeszcze inni - odchodzą do lepszego świata. A my? Starzejemy się. Mijamy... Mijamy się z życiem. Ono omija nas....

Wszystko w przyrodzie zmienia się z czasem. Kolejne epoki przynoszą zmiany środowiskowe - niektóre gatunki wymierają, zastępują je inne... Zmienia się klimat. Nic nie stoi w miejscu. Od zawsze trwanie jednostek i grup odmierza cykl narodzin i śmierci...

Świat idzie do przodu. Rozwija się. Dążymy do doskonalenia techniki, wiedzy, umiejętności - lecz coraz rzadziej stawiamy na rozwój duchowy. Nasze życie duchowe ginie miażdżone ogromem obowiązków. Często rozwój duchowy mylimy z samorealizacją. A to nie to samo. Samorealizację bowiem najczęściej utożsamiamy z karierą zawodową, macierzyństwem, spełnieniem marzeń. Rozwój duchowy zaś wymaga czegoś więcej. Wymaga poświęcenia czasu samemu sobie, zastanowienia się nad sobą i zdobywanymi doświadczeniami. Wymaga wyciągnięcia wniosków na przyszłość. Rozwój duchowy ma na celu doskonalenie siebie jako jednostki ludzkiej. Rozwój duchowy to szersze pojmowanie otaczającego nas świata, zjawisk, dostrzeganie tego co niedostrzegalne i rozumienie tego co niepojęte. Rozwój duchowy to stawanie się lepszym człowiekiem.

Ktoś może mi teraz powiedzieć, że realizując się w pracy doskonali w sobie pewne cechy. Jednak czy zawsze są to cechy ludzkie? Ktoś inny powie, że oddając się macierzyństwu i rodzinie - poświęca się, a więc kształtuje swoją osobowość. Prawda. Poświęca się, ale czy naprawdę żyje?

Myślę, że wszystko to zazębia się i jest uzależnione tylko od tego, co nas uszczęśliwia. Jeśli bowiem potrafimy to szczęście docenić, to jego obecność bądź brak będzie odciskać piętno na naszej duszy. Jeśli przetrwamy próby, które zsyła nam los - zrobimy krok do przodu na ścieżce duchowego rozwoju. Nawet z pozoru trwając w miejscu.

Życie jest postępem, a nie trwaniem w miejscu twierdził Ralph Waldo Emerson. Pamiętajmy więc, że nawet fizycznie tkwiąc w jednym miejscu - duchowo zawsze powinniśmy iść do przodu, rozwijać się, doskonalić . Powinniśmy patrzeć przed siebie i nie cofać się. Bo życie to postęp a nie regres. Pamiętajmy o tym, by poświęcając się pracy lub rodzinie - żyć. Bo życie jest niezwykle krótkie i kruche. I zanim się obejrzymy - może nas ominąć...

Komentarze (12)
Życie to bajka z dobrym zakończeniem.

Większość z nas wychowano na bajkach. Wpajano nam, że dobro zawsze zwycięża zło, wtedy, kiedy jeszcze nie umieliśmy tych dwóch rzeczy odróżnić. Niektórzy nigdy nie pojęli różnicy. Dla niektórych dobro jest wtedy, kiedy oni mają rację. Dla niektórych dobro to taki stan, kiedy oni mają wszystko a inni nic. Dla niektórych dobro zwycięża tylko wtedy, gdy osiągną jakiś cel. I idą do niego po trupach- bo przecież to dobrze, bo przecież to oni muszą zwyciężać. Bo oni to ta dobra strona mocy. Bo mylą dobro ze szczęściem.

Inni już dawno zrozumieli, że dobro to prawda uniwersalna. Nie da się jej przeciągnąć na żadną stronę. Po prostu jest. Choć nie zawsze zgadza się z naszym światopoglądem. Dobro ogółu nie zawsze równa się naszemu dobru.

A wreszcie jeszcze inni przestali wierzyć w dobro. Na skutek życiowych doświadczeń, obarczeni bagażem niesprawiedliwości i żalu - wierzą, że zawsze wygrywa zło. Że prawda nigdy nie stanie po ich stronie. I nawet już nie starają się bronić swoich racji. Po co? Przecież i tak nic z tego nie wyjdzie. Bo życie to nie bajka.

I chociaż sama powinnam należeć do tej trzeciej grupy (może nawet przez chwilę tak było), to dziś uśmiecham się i mówię, że wierzę w dobre zakończenia. W każdej bajce bohater musi zmierzyć się z serią prób, niejednokrotnie podupada na duchu, ale walczy do samego końca. Nigdy nie przestaje wierzyć. A nawet, kiedy traci wiarę i nadzieję, z pomocą przychodzi mu los. Czasem dobra wróżka, czasem przyjaciele, czasem obca osoba. Czy nie tak dzieje się i w życiu? Kiedy już wydaje nam się, że kolejny cios nas złamie, że nie damy rady iść dalej - pojawia się ktoś, kto wszystko zmienia. Jedno jego słowo, gest, pomocna dłoń... I znów zaczynamy wierzyć podobnie jak bohater bajki. Podejmuje on wyzwanie po raz kolejny, by dotrwać do końca i uzyskać nagrodę, a przy okazji wynosi ze swoich przygód nagrodę najważniejszą - popełnia błędy i uczy się je naprawiać.

Tak samo jest w życiu. Przechodzimy próbę za próbą. Popełniamy błędy, naprawiamy je i popełniamy kolejne. Ale jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia. Silniejsi. Lepsi. Bo każda próba losu kształtuje nasz charakter. Życie to jednak bajka, tylko trochę bardziej skomplikowana. Bo w każdej bajce dobro zwycięża zło, choć nie każda bajka dobrze się kończy. Tą różnicę musimy pojąć i tego uczymy się całe życie.

Dostrzegłam tą różnicę całkiem niedawno. Cokolwiek robimy, prędzej czy później wyjdzie nam na dobre, choć nie zawsze jest to coś czego pragniemy. I wierzę w dobre zakończenia. Choć nie zawsze są to zakończenia szczęśliwe.

Komentarze (14)
Drogą pod prąd...

Życie ludzkie jest dziwne. Trudne - wszak nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Nikt nie powiedział, że nie będzie problemów, chwil zwątpienia, trosk... Nikt też nie obiecywał szczęścia. Na wszystko co w życiu mamy - trzeba sobie zapracować. I tylko nieliczni dostają od życia prawie wszystko. Prawie - bo nigdy nie jest tak, że całość podana jest im na srebrnej tacy. Ktoś kto dostaje bogactwo - rzadko otrzymuje w prezencie od losu także szczęście niematerialne, jak miłość, przyjaźń, szacunek. Te wartości zwykle nie idą w parze z pieniędzmi. A Ci, którzy otrzymują od losu więcej niż inni - często nie potrafią tego docenić. Miast cieszyć się własnymi osiągnięciami, często zaglądają ciekawie w życie innych ludzi. Szukają w nim luk, wad. A niejednokrotnie i wchodzą w nie z butami. Nie umiejąc dostrzec własnego szczęścia bądź nie potrafiąc go zatrzymać - burzą szczęście innych osób. Po co? Być może po to, by znów móc poczuć się lepiej, dowartościować się cudzą porażką.

To od nas samych zależy, czy pozwolimy obcym/znajomym/rodzinie niszczyć nasze życie - wtrącać się w nie, decydować o nim. Nasi bliscy i dalecy często nawet nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele znaczy dla nas ich opinia. A ta opinia często oparta jest o utarte schematy, stereotypy... Ci bliscy i dalecy często nie zdają sobie sprawy z tego jak bardzo nas ranią ich słowa - o tym, że nie żyjemy zgodnie z ich oczekiwaniami, że odstajemy od reszty, że żyjemy inaczej, że nie idziemy z duchem czasu. Te słowa padają zwykle, kiedy zupełnie się ich nie spodziewamy i nie oczekujemy - bo ułożyliśmy życie po swojemu, lepiej lub gorzej, i jest nam z tym dobrze. Czujemy się szczęśliwi. I wtedy w sam środek tego szczęścia ktoś wpada ze swoimi przepowiedniami, złymi wróżbami, złorzeczeniem. Podobno człowiek myśli, że jest szczęśliwy, dopóki ktoś mu nie uświadomi że nie jest. Być może. Ale ja myślę inaczej. Człowiek jest szczęśliwy, dopóki żyje w zgodzie ze sobą i nie zastanawia się nad tym, co pomyślą inni. Człowiek jest szczęśliwy dopóki spełnia swoje pragnienia, a nie cudze. Wreszcie - człowiek jest szczęśliwy, dopóki ktoś swoimi mądrościami i wizjami nie zechce tego szczęścia zburzyć. A ponieważ jesteśmy tylko ludźmi - rozważamy to, co zostaje poddane w wątpliwość. Nawet jeśli to nasze własne życie i szczęście. Wystarczy jedna mała chwila słabości. Wystarczy Jedna chwila zwątpienia.

Dlatego w życiu warto przecierać nowe szlaki, zamiast iść tymi utartymi. Inspiracją tego wpisu jest nowa blogerka i jej dzisiejsze wpisy. Omeno1 - to dzięki Tobie powstał ten tekst. Zawdzięczam go także Chince (vel. Formic)  i Wacikowi.

W komentarzu napisałam dzisiaj, że to, że wszyscy płyną z prądem nie oznacza, że ja też muszę. Nie muszę. Mogę wybrać drogę pod prąd. Będzie trudniej. Będzie więcej problemów. I ludzi, którzy zechcą zburzyć mój spokój. Moje szczęście. Ale ja wiem kim jestem sama dla siebie. I dopóki będę wierna sobie - będę szczęśliwa. Nie mogę tylko pozwolić innym na to, by poddawali moją wartość w wątpliwość. Ja znam swoją wartość i nikt mi tego odebrać nie może. Nie będę tracić czasu na przekonywanie do siebie tych, którym wcale na moim szczęściu nie zależy. Bo prawda jest taka, że gdy ktoś wykazuje niezdrowe zainteresowanie moim życiem - nie robi tego dla mnie. Lecz dla siebie. Niszcząc coś mojego - zapomina o tym jak bardzo sam jest nieszczęśliwy.

Dlatego trzeba pozostać wiernym sobie - nawet jeśli oznacza to drogę pod prąd. Dopóki jestem szczęśliwa - nie potrzebuję innych by poddawali moje życie ocenie ani ich opinii, by czuć się kimś wartościowym. Dopóki jestem szczęśliwa i postępuję zgodnie z własnym sumieniem - wiem, że wybrałam właściwie. I tylko to się liczy.

Komentarze (18)
Zawsze zachłanni = zawsze nieszczęśliwi

Ludzie to dziwnie skonstruowane stworzenia. Zawsze im mało, nawet wtedy gdy dostają to o co prosili. Przykładowo - co wieczór marzą by wygrać w totolotka 10 tysięcy złotych. Prawie nic na te wygrane, które padają, prawda? Uparcie powtarzają, że to by im wystarczyło. Przyjmijmy, że nasz hipotetyczny człowiek wygrywa tą sumę. Co się dzieje? Oczywiście cieszy się, ale tylko na początku. Potem automatycznie zaczyna mieć do siebie pretensje, że nie podniósł stawki, że mógł zagrać za więcej i o więcej.

Sytuacja druga. Nasz człowiek kupuje samochód. Pierwszych kilka dni cieszy się jak dziecko. Ale już potem dostrzega u sąsiada samochód lepszy, ładniejszy, z masą niepotrzebnych rzeczy. Oczywiście droższy. Ale nasz człowiek i tak jest niezadowolony - bo mógł się wstrzymać z kupnem kolejne X lat i wybrać coś lepszego, mimo że auto, które nabył w zupełności mu wystarcza i jest dostosowane do jego potrzeb.

Sytuacja trzecia. Nasz człowiek stara się o pracę. Zależy mu na jakiejkolwiek, bo znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. Wreszcie zostaje zatrudniony i już po pierwszej wypłacie stwierdza, że mógł znaleźć coś lepszego. Nagle nie pamięta o tym dlaczego zdecydował się na ten etat i nie czekał na lepszy...

Sytuacja czwarta. Nasz człowiek jest zakochany. Co wieczór marzy o tym by ukochana odwzajemniła jego uczucia choć w małym stopniu. Kiedy ona wreszcie przełamuje się i zaczyna coś do niego czuć, nasz człowiek wcale się nie cieszy. Nasz człowiek pyta: dlaczego tylko tyle???!

Jak widać ciężko nam, ludziom, dogodzić. Kiedy prosimy o zdrowie i wydaje nam się najważniejsze, zapominamy o całej reszcie. Kiedy to zdrowie jest - nagle okazuje się że to za mało. Kiedy mamy przy sobie ukochaną osobę, która nas wspiera, w końcu przestajemy ją dostrzegać - jej gesty, słowa, wszystko co wskazuje na to, że jej na nas zależy. Bo chcemy więcej i więcej.

Nie potrafimy cieszyć się tym co jest. Zwłaszcza jeśli to mało. Niektórzy mówią, że wystarczy im chleb, woda i zdrowie a z resztą sobie poradzą. Tak mówią. I chociaż mają w rzeczywistości dużo więcej niż trzy wymienione rzeczy - średnio co dwa dni narzekają na braki w kasie rodzinnej, na to że dzieci (chociaż zdrowe) to takie niegrzeczne. A kiedy dziecko zaczyna być grzeczne, nagle zaczyna nam przeszkadzać, że tylko tyle, bo chcielibyśmy żeby jeszcze samo sobie ze wszystkim radziło...

Jesteśmy zachłanni - na wszystko czego nie mamy. Gdy tylko to dostajemy lub osiągamy - przestaje nam to wystarczać. Przestajemy to nawet dostrzegać. Spełnia się nasze życzenie, a my nie jesteśmy zadowoleni - bo wymagania nagle rosną i to już nie wystarcza....

I tak bez końca... Sami powiedzcie: czy to ma jakiś sens? W ten sposób nikt nigdy nie będzie zadowolony, bo nie będzie potrafił cieszyć się tym co ma. Zawsze trawa sąsiada będzie zieleńsza, dzieci kuzynki grzeczniejsze, koledzy będą mieli fajniejsze samochody...

Sztuką jest umieć docenić to, co już mamy - na co do tej pory zapracowaliśmy, co zostało nam dane od losu z kredytem zaufania. Jeśli nie docenimy tego w porę - to więcej niż pewne, że zostanie nam odebrane. Kiedy spełnia się nasze marzenie, chociaż w małym stopniu, trzeba umieć to dostrzec, docenić, pokochać i cieszyć się. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają nawet ułamka tego co nam zdążyło się już znudzić. O tych, którzy co wieczór modlą się by przeżyć kolejny dzień. O tych, którzy ciężko głodują od wtorku, bo nie starczyło do pierwszego... O tych, którzy nie mają domu, rodziny - nikogo...

Jeśli nie nauczymy się cieszyć tym co jest - nigdy nie będziemy szczęśliwi. Szczęście jest w naszych rękach. Każdego dnia pokornie spogląda nam w oczy z nadzieją i niemą prośbą: "Dostrzeż mnie... Doceń mnie wreszcie...".

Komentarze (12)
Pociąg zwany Życiem

Życie jest jak podróż pociągiem. Na pewno słyszeliście to wiele razy. Od siebie dodałabym, że ten pociąg rzadko zwalnia i mija po drodze wiele stacji. Nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Z chwilą narodzin wsiadamy na stacji ŻYCIE i nasz pociąg rusza. Zanim dotrze do stacji końcowej, mija po drodze wiele innych - dobrych i złych, ciekawych i mniej ciekawych. Każdy ma swój pociąg i przemierza stacje w różnych odstępach czasu. Nie można przewidzieć kolejnych etapów tej podróży. Dlatego właśnie jest ona taka porywająca, urzeka mistyką i tajemnicami, podbija nasze serca nadziejami, sprawia, że to co wydawało się niemożliwe nagle okazuje się być w zasięgu ręki. Wystarczy wyciągnąć wtedy dłoń i schwycić szansę - może tą jedną na milion...

Zdarza się, że mamy ochotę z takiego pociągu uciec. Wyskoczyć, zanim zatrzyma się na którejś ze stacji. Próbujemy czasem uciec przed życiem i od życia, bo wydaje nam się, że to co ze sobą niesie jest nie do udźwignięcia. Że to ponad nasze siły. Wydaje nam się, że wystarczy otworzyć drzwi i skoczyć, bo to najlepsze rozwiązanie. Ale ucieczka nigdy nie stanowi dobrego rozwiązania problemów. Ucieczka tylko pogarsza obraz sytuacji, podbudowuje wątpliwości, zabija wiarę w to, że jutro będzie lepiej. Zamyka nas w kręgu pytań bez odpowiedzi. Odpowiedzi, których nie znamy lub nie chcemy znać.

W czasie podróży do naszego pociągu wsiadają inni ludzie. Przynoszą ze sobą radości i smutki. Przynoszą zaufanie bądź wątpliwości. Niektórzy wsiadają na stacji RODZINA, inni PRZYJAŹŃ. Jeszcze inni są tylko przypadkowymi towarzyszami podróży. Ci, którzy wsiadają na stacji MIŁOŚĆ, często opuszczają nas na stacji ZDRADA lub OBOJĘTNOŚĆ. Ale to, że ktoś opuszcza nasz pociąg i kończy podróż nie oznacza, że nasza podróż również dobiega końca. Nasza podróż trwa. I nie wolno nam z niej rezygnować tylko dlatego że ktoś postanowił odejść lub przesiąść się do innego pociągu. Nie wolno nam wyskakiwać z pociągu i rezygnować z życia, bo nigdy nie wiadomo jaka będzie następna stacja...

Ci, którzy wybierają ucieczkę, ale nie w jej skrajnej postaci - czyli ci, którzy nie targają się na własne życie wyskakując z jadącego pociągu - próbują często tę podróż przespać. Nie wysiadają na żadnej ze stacji, nie podchodzą do drzwi i nie nawiązują żadnych nowych znajomości. Ludzie wsiadają i wysiadają a oni pozostają w swoim przedziale, obojętni na to co dzieje się tuż obok... A kiedy dojeżdżają do stacji końcowej zaczynają żałować, że nigdy nie sprawdzili kto podróżował w przedziale obok.

Są też tacy, którzy czekają aż ktoś otworzy drzwi ich przedziału i wyciągnie do nich rękę... Ale tak naprawdę dopóki sami nie wyjdą innym naprzeciw, niewiele może się zdarzyć.

Dlatego podróżując pociągiem zwanym ŻYCIE, nigdy nie wolno się poddawać ani tracić nadziei. Nie warto chować się i uciekać od tego przez co i tak musimy przejść. Lepiej usiąść przy oknie, patrzeć na roziskrzone kolorami niebo i trawy, odnaleźć w nich spokój i harmonię. Bo może tuż za zakrętem czeka na nas stacja SZCZĘŚCIE...

Komentarze (19)
Pierwszy poranek jesieni...

POZNANIE SIEBIE

Najtrudniej jest poznać siebie
zapytać o wiek i o adres
odnaleźć gwiazdę na niebie
wymierzyć nagrodę i karę
najtrudniej jest znać swoje myśli
i wierzyć w to że ktoś zgadnie
może coś w nocy się przyśni
lub w duszy zostanie na dnie
najtrudniej jest żyć z sobą samym
rozumieć to w co się wierzy
patrzeć ja ludzi się rani
i bunt ze spokojem przeżyć
najtrudniej jest siebie zrozumieć
i innym siebie tłumaczyć
ze sobą współtstnieć umieć
i zechcieć sobie wybaczyć

 

PIERWSZY PORANEK JESIENI

Słońce ubrało moje ciało
w sieć nadzwyczajnych promieni
podniosłam się z ziemi
świtało
pierwszy poranek jesieni

Rosa spieniła mi włosy
wiatr się wśród nich rozszalał
głaskał jak złote kłosy
i w nich się marzeniem spalał

I morze łez w moich oczach
słoneczne bardziej się staje
tak jak po górskich zboczach
pędzące wesoło ruczaje

Mam tylko serce na dłoni
wzniesionej ku nieba obłokom
I zbliżam się
wciąż płynę do nich
umykam nocy półmrokom

I tylko cicha nadzieja
w pierwszy jesieni poranek
wszystko co dobre - przede mną
przede mną szczęścia przystanek

 

 

P.S. Miłego dzionka wszystkim życzę :)) I dużo uśmiechu :))

Komentarze (8)
"Szczęście jest blisko"

Wczoraj coś sobie uświadomiłam. Coś, co nie dawało mi spokoju od dawna, dręczyło, męczyło, dopóki nie powiedziałam tego głośno. Byłam ślepa. A może po prostu ślepo zakochana?

Swego czasu w moim życiu było dwóch bliskich mi mężczyzn. Jeden był moim partnerem, drugi przyjacielem. Chłopak był na wyciągnięcie ręki, ale zawsze miał coś pilniejszego ode mnie. Nigdy nie miał dla mnie czasu. Wiecznie zajęty, zapracowany. Powiecie - to dobrze. I może kiedyś zgodziłabym się z Wami, ale nie dziś. Dziś dobrze wiem, że ktoś, kto naprawdę kocha, znajdzie czas. Może nie tyle, ile bym chciała - ale znajdzie go na pewno. Jeśli ktoś w ogóle nie ma dla mnie czasu - to może po prostu nie chce go mieć. Jeśli praca zawsze, wszędzie i nieustannie jest ważniejsza od miłości - to to nie jest miłość; a jeśli jest, to nie do końca szczera... Ale wracając do tematu - bardzo niewiele czasu spędzaliśmy razem. Nie dlatego że ja nie chciałam, tylko dlatego, że on "nie miał czasu". Mimo to zdążyłam go poznać bardzo dobrze. On mnie wcale. To też o czymś świadczy...

Mój przyjaciel z kolei poświęcał mi prawie cały swój czas. Zarywał noce, rezygnował ze snu, tylko po to by mnie wesprzeć, pocieszyć, pomóc, wysłuchać. Rozmawialiśmy godzinami. Cierpliwie wysłuchiwał skarg i żali, a innym razem peanów pochwalnych na temat mojego zapracowanego partnera. Nigdy otwarcie go nie skrytykował. Ani mnie. Mimo tego w jakim stanie zdarzało Mu się mnie widzieć - nigdy nie powiedział mi, że robię źle. Jedynie delikatnie dawał do zrozumienia, które decyzje popiera, których nie. Nigdy nie wywierał na mnie presji. Nigdy nie powiedział mi, że zachowuję się jak kretynka (chociaż tak było). Mój przyjaciel znał mnie tak dobrze, jak nikt na świecie. Był cierpliwy i wyrozumiały. On po prostu był...

Kiedy zachorowałam, to mój przyjaciel pytał kilka razy dziennie, czy czegoś mi nie trzeba i czy dbam o siebie. Mój chłopak wykonał jeden telefon, po czym pochłonęła go praca... Kiedy stwierdzono u mnie depresję, to mój przyjaciel codziennie ze mną rozmawiał, znosił moje dobre i złe dni. A mój chłopak - porzucił mnie... Odszedł....
Mój chłopak odchodził i wracał jeszcze kilkakrotnie. Miota się tak do dziś.
Mój przyjaciel nie zostawił mnie nigdy. Wie o mnie praktycznie wszystko. Nie opuścił mnie nawet w najgorszych momentach. Jest - nawet wtedy, kiedy go nie ma... Jest do dziś i nigdy nie zawahał się mi pomóc. Choćby z daleka.... Tematy do rozmów nie kończą nam się nigdy.
I wreszcie dotarło do mnie coś, co skutecznie ignorowałam przez tyle czasu. Z mojej strony to była przyjaźń, ale z jego - już nie tylko.
Stan na dzień dzisiejszy: chłopak odchodził za każdym razem gdy robiło się trudno i zostawiał mnie w najgorszych momentach, toteż nie ma go i dziś. Mój przyjaciel nadal jest moim przyjacielem. Jeśli był czas na to by przekształcić to w coś więcej - to już minął...

No i jak to jest w tym życiu, że czasem ślepo zapatrzone w jeden punkt gonimy za nim, choć wcale nam szczęścia nie daje. To prawdziwe szczęście zawsze jest blisko. Tuż obok. Podaje nam chusteczkę gdy płaczemy i mówi, że jesteśmy piękne, nawet wtedy, kiedy śmiało mogłybyśmy straszyć w nawiedzonym dworku... Dla niego jesteśmy cudowne, bez względu na to czy rozmazany tusz spływa nam po policzkach, czy przefarbowałyśmy włosy na niebiesko - nie zmienia to jego uczuć i fascynacji....
Przegapiłam to... Nie zauważyłam. Goniłam ślepo za kimś, kto nie poświęcił mi uwagi i czasu, kiedy tak bardzo go potrzebowałam. Już za późno by cokolwiek zmieniać. Ale Wy rozejrzyjcie się dokoła - może dla Was jeszcze nie jest za późno by dostrzec kogoś kto tylko czeka na jeden znak... Warto mieć oczy szeroko otwarte i pozwolić szczęściu nas znaleźć. Bo szczęście - jak mówi piosenka - jest blisko...

Komentarze (11)
1 | 2 |