iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Przyjaciel czy wróg? Historia Oli.

Czy Twoi przyjaciele naprawdę są Twoimi przyjaciółmi czy może znajomość z Tobą jest tylko szansą na zysk?

Moja dobra znajoma, Ola, zatrudniła się w pewnej firmie. Od początku nie ukrywała tego, że zyski materialne są dla niej ważne. Miała swoje plany i w ten sposób dążyła do ich realizacji. Współpraca z szefostwem układała się ciężko. Ola, bardzo ambitna dziewczyna, robiła więcej niż powinna, wykazywała inicjatywę, tryskała pomysłami. Szefostwo doceniło ją w bardzo dziwny sposób. Kiedy przyszło do zapłaty, dziewczyna dostała tylko połowę uzgodnionej kwoty. To znacznie ostudziło jej zapał. Szefowie nie uzasadnili swojej decyzji, ale stwierdzili, że są zadowoleni z jej pracy. Dotknięta niesprawiedliwością Ola postanowiła robić tylko tyle, ile musi. Ograniczyła się do swoich obowiązków. Dopiero wtedy szefostwo dostrzegło swój błąd i postanowiło wynagrodzić pracownicy niesprawiedliwą decyzję. Mimo wszystko Ola była dla nich bardzo cennym pracownikiem, którego nie chcieli stracić. Niestety, kwestie finansowe jeszcze kilka razy stały się powodem konfliktów między Olą a zwierzchnikami.

Minęło kilka miesięcy. Przed Olą otworzyły się nowe perspektywy. Wiązały się one z wyjazdem za granicę. Poinformowała szefostwo, że za pół roku opuści firmę i wyjedzie na jakiś czas. Reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Rozmowa skończyła się wielką awanturą. Dziewczynie zarzucano, że chce zostawić firmę na lodzie, że ciężko będzie znaleźć kogoś na jej miejsce z podobnymi kwalifikacjami. Ola przejęła się sytuacją i postanowiła wszystko wyprostować, czyli znaleźć zastępstwo na czas ewentualnego wyjazdu. Zapytała przyjaciółkę, czy podjęłaby się zastępstwa, gdyby ona musiała wyjechać. Iwona, bo tak miała na imię owa przyjaciółka, zgodziła się. Zastrzegła sobie jednak, że to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli Ola naprawdę wyjedzie. Szczęśliwa Ola przedstawiła szefostwu kandydaturę potencjalnej zastępczyni.

Niestety, wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień. Wyjazd Oli został odwołany. Wydawało jej się więc, że będzie po staremu. Nie przewidziała tylko tego, że Iwona zmieniła swoje nastawienia do ewentualnej pracy i postanowiła ją zdobyć za wszelką cenę. Poszła do zwierzchników Oli i opowiedziała im wymyśloną historyjkę. Z jej ust padło między innymi stwierdzenie, że Ola oszukuje pracodawców, że jej wyjazd jest aktualny, ale nic nie mówi, bo chce się na nich zemścić.
Pracodawcy uwierzyli Iwonie, nie słuchali wyjaśnień Oli. Zawiesili ją, Iwonę przyjęli na okres próbny.

Obecnie Iwona chadza do kawiarni i klubów w towarzystwie jednego z szefów... Ola straciła pracę i została z niczym. Czy Iwona od początku chciała tak postąpić? A może przekonały ją ewentualne zyski finansowe? Tego nie wie nikt...

Życie nieustannie czegoś nas uczy.  Trzeba bardzo uważać na to, kogo nazywamy przyjacielem. Może się bowiem okazać, że pod maską dobra i życzliwości, ktoś skrywa zupełnie inne zamiary...

Komentarze (11)
"Na zbity pysk!"

Niektórzy ludzie to chyba jednak są pozbawieni serca....

Dzień: 25 stycznia 2010. Środek zimy. Śnieg jak okiem sięgnąć, przerażający mróz. Nadjeżdża samochód. Nagle drzwi samochodu uchylają się na chwilę i ze środka wypada puchata kulka. Mały piesek. Samochód jedzie dalej, zwierzę zostaje. Nieco poturbowane, zdezorientowane, samotne...W obcym mieście, zdane tylko na siebie i łaskę bądź niełaskę ludzi.

To miało miejsce wczoraj. Właśnie wczoraj, gdy temperatura tak bardzo się obniżyła. Na oczach przechodniów, w środku dnia, bez zahamowań, w moim rodzinnym mieście po prostu porzucono psa. Człowiekowi z domu wyjść się nie chce, a żeby potraktować tak bezbronne stworzenie?

Zwierzęta i tak cały czas mają pod górkę. Wmawiamy sobie, że mają z nami tak dobrze - bo mają dom, zagwarantowaną opiekę, jedzenie... Ale tak naprawdę nie mogą same o sobie decydować - od nas bowiem uzależnione są nawet ich wyjścia za potrzebą. A ile razy jest tak, że właścicielowi się nie chce? Że odkłada moment wyjścia z psem na potem? Dla niego być może jest to smutny obowiązek, ale dla psa? Konieczność!!! Żeby to zrozumieć trzeba spróbować postawić się w podobnej sytuacji. Jakby to było, gdyby wszystkie nasze potrzeby i ich realizacja były uzależnione od czyjegoś nastroju i chęci? Czy tak wygląda to wspaniałe życie, które oferujemy naszym czworonożnym przyjaciołom? Czy to jest ta rewelacja, której niektórzy psom zazdroszczą? To wolne od trosk życie?

Podobno zimą ludzie znęcają się nad zwierzętami dwa razy częściej. Dwa razy więcej zwierząt jest porzucanych, bitych, torturowanych. Czy zimą w ludzi wstępuje jakieś zło? Nudzą się? Jest im źle więc gnębią tych najsłabszych?

Nie ma ludzi nieomylnych. A ja nie mam monopolu na rację. Nie zawsze potrafię być obiektywna - jestem tylko człowiekiem. Ale takiemu okrucieństwu mówię zdecydowanie NIE! Zwierzęta, które tak wiernie przy nas trwają i niejednokrotnie są naszymi najlepszymi (a bywa że i jedynymi) przyjaciółmi zasługują na szacunek. Wyrzucanie zwierzęcia na pewną śmierć (tak, tak, już kiedyś o tym pisałam) to niehumanitarny akt tchórzostwa. W tym momencie to zwierzę ma więcej ludzkich uczuć niż my. Bo trwa przy nas i jest wierne, podczas gdy ludzie potrafią wyrzucić najlepszego przyjaciela w najgorszą pogodę "na zbity pysk"!

 

Tych, którzy są ciekawi, co jeszcze ludzie potrafią zrobić zwierzętom, odsyłam na następujące strony:

centrum.szczecin.kwp.gov.pl/poszukiwani-top-10/2854-okruciestwo-wobec-zwierzt

www.sowz.org/index.php

Komentarze (19)
Przyjaciół poznaje się w biedzie

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja swoich wirtualnych przyjaciół poznałam podczas wielu miesięcy prowadzenia bloga - podczytując i komentując ich wpisy, czytając komentarze pod moimi wpisami. Nie zawsze się zgadzamy. Miewamy odmienne zdania. Ale - tu uwaga - nie trzeba się zawsze ze sobą zgadzać, żeby się lubić. Nie trzeba mieć identycznych opinii, żeby się wspierać. To, że mamy odmienne zdania nie oznacza, że musimy się kłócić. Można dyskutować w atmosferze harmonii, nie trzeba się atakować ani używać agresywnych zwrotów. Trzeba natomiast wzajemnie siebie szanować. I umieć uszanować tę całą odmienność.

Grono przyjaciół, o których piszę, nie zawsze było takie same. Zaczęło się od jednej osoby i stopniowo się powiększało. Nadal się powiększa. Ale powoli. Gdy ktoś nie tylko bierze, ale i daje coś z siebie. Wrogość i agresja nie sprzyjają atmosferze zawierania przyjaźni. Trzeba dobrej woli, czasu, zrozumienia. Nie jest to grono zamknięte. W każdej chwili może się powiększyć. I nie trzeba do tego przechodzić dziwnych prób. Na początek wystarczy dać coś z siebie innym - i dać się poznać.

Moi wirtualni przyjaciele to niby tacy zwyczajni ludzie. Żony i mężowie, matki i ojcowie, studenci, ludzie pracujący, mający swoje słabości. Ale dla mnie to ludzie absolutnie nieprzeciętni. Błyskotliwi, czasem zapalczywi, innym razem spokojni. Ludzie inteligentni, posiadający własne zdanie, umiejący wyrazić je w sposób kulturalny. To ludzie pełni wiary i siły. Ludzie, których łączy wzajemna sympatia. Ludzie, którzy potrafią się wspierać w trudnych sytuacjach i pomagać sobie gdy zachodzi taka potrzeba. Czy można oczekiwać czegoś więcej od definicji wirtualnego przyjaciela? To ludzie pełni zrozumienia i uroku, ale trzeba dać im szansę i zechcieć ich poznać.

Wiem też, że mam wielu wirtualnych przyjaciół, których nie znajdziecie wśród moich znajomych. Z różnych powodów są to osoby, które własnego bloga nie prowadzą. Czasem coś skomentują. Czasem tylko prześlą prywatną wiadomość. A czasem po prostu są. To już bardzo wiele.

Wszystkim moim wirtualnym przyjaciołom dziękuję. Za to, że jesteście. Nie będę wymieniać imiennie, ponieważ nie leży to w mojej mocy. Ale Wy wiecie, że to dla Was. Wszystkim, którzy są i pamiętają, wszystkim, którzy tu wracają.

A tych, którzy nie wierzą w wirtualne przyjaźnie, nie będę przekonywać że ta więź jest prawdziwa. Nie słowa bowiem, lecz czyny mówią same za siebie. Dzięki niedowiarkom i malkontentom ta więź staje się jeszcze bardziej rzeczywista i silna. Bo my nie opuszczamy siebie w potrzebie. Stajemy ramię przy ramieniu.

Nie ma ludzi doskonałych, dlatego też żaden z moich przyjaciół doskonały nie jest. Wszyscy popełniamy błędy, czasem dajemy się ponieść emocjom. To wszystko sprawia, że jesteśmy ludźmi. Właśnie ta niedoskonałość. Ale każdy wielki człowiek był kiedyś napiętnowany w jakiś sposób. Przez innych ludzi, bądź życie. A dla  mnie - moi drodzy wirtualni przyjaciele - jesteście wielcy. Bo nie trzeba zdobywać szczytów by być wielką osobowością. Wystarczy być dobrym człowiekiem.

Komentarze (29)
O rekordach słów kilka

Dzisiejszy wpis dedykuję rekordzistom :). Będzie bowiem o rekordach. Nie Guinessa bynajmniej, aczkolwiek czuję że zbliżamy się  i do tej granicy. Ostatnie dni bowiem obfitują w przekraczanie szczytów już zdobytych.

Otóż poległam :). Poległam przygwożdżona:

  • ilością zaproszeń do znajomych. O tym mówi się na blogach od kilku dni;
  • ilością komentarzy - często nie na temat. Krótkich, niezrozumiałych, mało tematycznych, wieloznacznych;
  • zmiennością zdania i opinii u jednej i ten samej osoby, która może pojawić się w czasie komentowania tego samego artykułu;
  • infantylnością argumentów lub zupełnym brakiem właściwej argumentacji;
  • nieumiejętnością czytania ze zrozumieniem - na ilość, a nie na jakość;
  • zawiścią i zazdrością ludzką - tylko czego niby mieliby mi zazdrościć? Nie ma mnie nawet w pierwszej trzydziestce rankingu:) Może celności uwag? :) A może to strach przed prawdą? Nie, na pewno się czepiam ;)
  • nagłym wzrostem zaślepienia ludzkiego i szaleństwem tłumu biegnącego w kierunku marchewki, jakby to była jedyna marchewka na świecie (znacie powiedzenie z kijem i marchewką? )To chyba jednak prawda, że lody i hamburgery kontrolują nasz mózg ;). Zdaje się wpływają też na trzeźwość osądu ludzkiego a nie tylko na samo łaknienie;
  • siłą inwencji twórczej - przyznam, że jest wprost powalająca.

Zauważyłam rosnącą tendencję bicia rekordów. Przede wszystkim modne staje się posiadanie grona znajomych rzędu minimum kilkuset osób. Czy szczęśliwym posiadaczom tylu przyjaciół zazdroszczę? Nie. Ponieważ wszystkie osoby, które znajdują się wśród moich znajomych są mi lepiej lub gorzej znane. Wiem coś o ich pasjach, radościach, smutkach, o tym co lubią a czego nie. Wiem coś o nich samych. Wiem coś o ich życiu, rodzinach, nadziejach i motywacji na przyszłość. Znam ich marzenia. Interesuje mnie to to co robią poza blogiem i czy wszystko u nich w porządku. Będąc szczęśliwą posiadaczką kilkuset znajomych nie miałabym czasu pytać ich o zdanie czy plany na przyszłość. Nie miałabym czasu na teraźniejszość. Pewnie zwyczajnie zaczęliby mi się mylić po pewnym czasie. Jeśli nie umiem zapamiętać imienia znajomego lub dostrzec go wśród innych - to już chyba nie jest znajomy, prawda? A moi znajomi, również potrafiliby powiedzieć o mnie coś więcej. Bo to są relacje, które budowaliśmy miesiącami. Mają solidne podstawy. Wiele już razem przeżyliśmy i cieszy nas wzajemne towarzystwo. Jesteśmy otwarci na nowe jednostki i nowych przyjaciół. Ale żeby kogoś nazwać tym słowem - trzeba go choć trochę poznać. I moje minimum - polubić i szanować.

Niektórzy postanowili ustanowić rekord w ilości komentarzy. Niestety - jak napisałam - postawili na ilość a nie na jakość. Ktoś zapytał mnie, dlaczego ja dodaję komentarze skoro nie zależy mi na punktach? To proste: bo chcę i mogę, a to forum nie zostało stworzone tylko dla konkursowiczów, ale także dla ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Niestety, jednostki takowe giną w rozjuszonym tłumie ;). Być może niektórym trudno jest pojąć fakt, że nie wszystko robi się dla konkursu. Czasem robi się to dla zasad. Czasem po to by polemizować. Czasem by pokazać, że komentarz może być dłuższy niż dwa słowa - i może być na temat ;).

Jeszcze inni ustanawiają rekordy w ilości opinii na jeden i ten sam temat. Cóż, widać jestem ograniczona myślowo, bo kiedy mam jakąś opinię na temat czegoś, to trzeba użyć zdrowych argumentów by mnie przekonać do jej zmiany. Niektórzy nie potrzebują tak wiele - wystarczy słowo, by zmienili swoją opinię i wyrazili ją w kolejnym komentarzu. A co z obroną własnego zdania? Cóż, nie można bronić swojego zdania, kiedy nie posiada się wystarczających argumentów. Wtedy - najprostszym rozwiązaniem jest zmiana stanowiska.

Niektórzy biją rekordy w szybkości czytania. Niestety, przekłada się to na jakość rozumienia i odbioru. Kłania się czytanie ze zrozumieniem. Może należałoby po prostu czytać wolniej? Albo..... nie napiszę tego, ktoś mógłby się obrazić, gdyby niechcący dotarł do tego miejsca mojego wpisu.

No i wreszcie - dotarliśmy do najważniejszego. Wpisy. Inwencja twórcza powaliła mnie na kolana. Cóż, ilość nie zawsze przekłada się na jakość. Aby wpis był sensowny, muszę mu poświęcić nieco czasu. Nie piszę dość szybko by w ciągu minuty dodać 3-4 wpisy. Wszak trzeba pomyśleć co napisać i poklikać sporo zanim takowy wpis na blogu zagości. A czasem i zdjęcia trzeba dołączyć - co znów czas produkcji wpisu wydłuża.To dopiero jest sztuka, dodać w ciągu 10 minut 5 wpisów. Zdolne bestie!!! Pozazdrościć tempa ;).

Co gorsze, w tłumie napływających wciąż "nowości", giną fajne blogi. Mamy tu taką niepisaną zasadę, że kiedy pojawia się ktoś nowy - czytamy jego wpisy, by trochę go poznać, przywitać. To, że ktoś pojawił się tu dla konkursu, nie oznacza od razu, że jest zły. Ale wybaczcie dziewczyny, jeśli nie odkryjemy Waszego bloga od razu. W tej chwili panuje tu niesamowity bałagan. Nie da się przeczytać wszystkiego od razu. Jeśli jednak będziecie cierpliwe, z pewnością w końcu do Was dotrzemy, polubimy i przyjmiemy do swojego grona. Wbrew pozorom - lubimy kiedy ktoś dołącza do naszego grona, dzieli się swoimi radościami i smutkami, pasjami. Lubimy, kiedy ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia i zaoferowania innym.Kiedy ktoś nie wstydzi się siebie. Lubimy kiedy ktoś uczestniczy w naszym blogowym życiu. I powoli staje się jednym z nas... Takie osoby witamy z otwartymi ramionami. Takich szukamy i odgrzebujemy z gruzów - otrzepujemy z kurzu całej masy nic nie wnoszących informacji. Niestety zajmie nam to trochę czasu. Bądźcie więc cierpliwe, nie poddawajcie się po jednym wpisie i nie odchodźcie. Zapewniam, że jesteśmy i czytamy. Może to właśnie Ty nas zainspirujesz?

Wybaczcie dziewczyny, że poruszyłam wiele z tych tematów akurat na swoim blogu. Uznałam, że forum nie jest dobrym miejscem do tego celu - żeby przypadkiem nie zarzucono mi, że nabijam sobie punkty komentarzami, a gdybym zechciała napisać komuś co myślę prywatnie - znów zostałoby to wypaczone. Poza tym zauważyłam, że niektórzy wolą publiczną polemikę. W związku z tym to co miałam do powiedzenia - napisałam właśnie teraz, by móc temat zakończyć i postawić kropkę nad przysłowiowym "i".

 

P.S.Ups... Przekroczyłam tysiąc znaków!!! Myślicie, że powinnam podzielić ten wpis na pięć mniejszych? Eeeeeeeee, zostawię to innym ;)

P.S.2 Pod marchewką, do której wszyscy tak pędzą znajduje się coś dużo wartościowszego. Wystarczy się rozejrzeć....

Komentarze (15)
O kilka słów za daleko...

Uważajcie na ludzi, którzy czują się bezsilni. Bo tacy ranią najgłębiej i najmocniej. Atakują na oślep i nie posługują się logicznymi argumentami. Ludzie zdesperowani posuwają się do tanich chwytów i sięgają po ciężkie i ostre słowa aby tylko zranić drugą osobę.

Mam taką rozmowę za sobą... Właśnie teraz. Właśnie przed chwilą. Ktoś powiedział o wiele za dużo. Ktoś kto co jakiś czas przypomina sobie o mnie i upatrzył mnie za cel swojej agresji, bo kiedyś powiedziałam: NIE... Mój były przyjaciel. Czy kiedykolwiek nim był? Zaczynam mieć wątpliwości po tym co dzisiaj od Niego usłyszałam...

Trzeba wybaczać. Więc wybaczam. Niech idzie swoją drogą, ja swoją. Ale tych słów już nie da się cofnąć. Łatwo jest mnie przeprosić i udobruchać. Bo jestem naiwna i wierzę ludziom. Ale tym razem sprawił, że popłynęły łzy. Wybaczam po raz kolejny. Ale tym razem odwracam się i zatykam uszy. Nie będę więcej słuchać i bezczynnie stać, gdy ktoś mnie znieważa i poniża...

Komentarze (11)
Doprowadzona do ostateczności

No i musiałam być brutalna. Nie znoszę kiedy ktoś mnie doprowadza do takiego stanu. Ostatnio i tak żyję w dużym stresie, mam mało czasu na wszystko i chodzę niedospana, w dodatku trochę podchorowana. Moja cierpliwość znacznie zmalała.

I oto dziś, po kolejnych kilku tygodniach ciszy, zadzwonił znowu mój przyjaciel. Tak, tak, dokładnie ten sam, o którym pisałam wcześniej. Myślałam, że sprawa jest załatwiona i zamknięta. Jak widać - myśleć nie powinnam, ponieważ  myślałam źle po raz kolejny. Mój były przyjaciel (ten od zakochania), jakby nigdy nic, zadzwonił. Niewiele rozmawialiśmy, ponieważ był zalany w trupa i nie mogłam go zrozumieć. A jako że miał wiele do powiedzenia, z mojej strony linii wydobywał się  tylko pijacki bełkot. Już samo to podniosło mi ciśnienie, bo prosiłam żeby nie dzwonił do mnie po wspomagaczach i z promilami we krwi. Treść tego, co próbował mi przekazać zirytowała mnie jeszcze bardziej. Nadal mnie kocha. Szkoda, że nie potrafi mnie szanować i tego o co proszę... Ostatecznie po raz kolejny musiałam mu powtórzyć to co zawsze. Tylko, że tym razem to już nie było delikatne. Delikatność jakoś do tej pory nie poskutkowała. Dlatego dzisiaj byłam brutalna, tak bardzo jak nigdy nie chciałam być. Spokojna, ale brutalna w słowach, tłumacząc, że nie odwzajemniam jego uczuć i nie czuję tego co on do mnie. Już nie dawałam mu niczego do zrozumienia - byłam tak bezpośrednia że bardziej nie można.

Zrozumiał.... Po tych słowach powiedział tylko "przepraszam" i "dobranoc" i rozłączył się.

No... Niby z głowy... Ale czuję się paskudnie. Nie znoszę jak ktoś mnie doprowadza do ostateczności.

Komentarze (8)
Historii przyjaciela ciąg dalszy...

Historii przyjaciela ciąg dalszy nastąpił. Wyobraźcie sobie - K. który jeszcze niedawno twierdził, że jest we mnie tak rozpaczliwie zakochany, zdążył już zmienić zdanie. Nie, nie na lepsze. Nie wróciliśmy do tego co było. Dzisiaj K. mi ogłosił, że mam się od Niego odczepić (że niby ja, wyobraźcie sobie...), że Go nudzę i nie ma ochoty ze mną gadać. Był niegrzeczny, opryskliwy i w ogóle nie dało się z Nim rozmawiać. Zachował się tak jakbym to ja męczyła Go irytującymi telefonami tyle czasu, jakbym to ja zrobiła Mu krzywdę. Aaaaaaaaa - zapomniałam dodać, że K. nie chce mnie znać i ogłosił, że mam się do Niego nie odzywać. Oczywiście to wszystko moja wina. Ale ja nie poczułam się winna. Było mi tylko cholernie przykro.

Wiem - ja wiem, że to nie on tylko ten żal przez Niego przemawia. Ale co On chciał w ten sposób osiągnąć? Agresja wywołuje u mnie agresję tuż po tym jak wyczerpie mi się cierpliwość. A tej teraz jakby mniej. A może nawet dużo mniej. Bo zdrowo została nadszarpnięta ostatnimi czasy przez różne ciekawe osobowości...

Po czym - K. zmienił ton, przeprosił mnie i już. Wiecie co? Jeśli kiedyś zrozumiem zachowanie jakiegoś faceta - partnera albo przyjaciela albo chociaż kolegę, to napiszę petycję z prośbą o ustalenie tego dnia święta narodowego. I takie święto powinno trwać przynajmniej tydzień.

A dziś będę w podróży i w biegu. Zamówiona pogoda widzę jest :). Więc odreaguję sobie gdzieś w drodze. Żeby mnie szlag nie trafił do końca.

Komentarze (11)
Alergia na rozmowę

Bo jak mnie zaraz coś trafi...!!!! Trafia. Od wczoraj. Ludzie nie rozumieją po polsku, ani nawet "po polskiemu" - czyli jak się tłumaczy najprościej jak można. I nie wolno być dobrym nawet jak się chce - bo po prostu Twoje słowa będą człowieku lekceważone.

To mój kolega. Pisałam o nim niedawno. Były przyjaciel. Już teraz były, bo wcale nie zachowuje się jak przyjaciel. Nie mogę z nim normalnie porozmawiać, już się nie da. Z przyjaciela zamienił się w adoratora. No i wszystko diabli wzięli. Każda próba kontaktu kończy się awanturą. Nie odwzajemniam Jego uczuć, zdaje się, że On tego nie łapie. Ale to co mnie irytuje najbardziej to fakt, że nie słucha. Słyszy, ale nie słucha. Ja sobie, On sobie. Jedyne czego mi trzeba to święty spokój - i to jedyne, co nie jest mi dane. K. wymusza na mnie rozmowy, wymianę smsów, przypiera do muru - a ja nie lubię stać pod ścianą. Nie lubię przymusu. Źle znoszę presję. Ale nie w sensie źle, że się poddaję - tylko wręcz odwrotnie. Reaguję agresją i irytacją. Jak na człowieka, który twierdzi, że mnie zna - to K. nie popisuje się jakoś swoją wiedzą. Jest na świetnej drodze do wyczerpania mojej cierpliwości. Pali za sobą mosty i chyba nawet tego nie dostrzega.

Wszyscy moi znajomi wiedzą, że w nocy bardzo staram się spać. Od jakiegoś czasu śpię, zmieniło się z dnia na dzień. Teraz przeżywam etap Śpiącej Królewny. Śpię nawet na stojąco. Wszystko co wypróbowałam wcześniej, żeby pozbyć się bezsenności zawiodło. I zanim wypróbowałam kolejne środki - wszystko się odwróciło. Tyle że znów popadłam w skrajność. Ale już wolę w ten sposób. Warunkiem udanego wypoczynku jest brak stresu wieczorem. Brak kłótni i nieuzasadnionych pretensji. Przestałam nawet odbierać telefony po Wiadomościach.

Wczoraj przed 23 dostałam smsa z pytaniem czy śpię. Odpisałam że próbuję. No i nie skończyło się na tym, bo zostałam poinformowana, że K. musi ze mną pilnie porozmawiać, bo coś strasznego Mu się przydarzyło i to nie może czekać. W końcu jakby nie było między nami teraz - dla mnie wciąż jest przyjacielem, nawet jeśli niewiele go przypomina. Więc odebrałam ten telefon. No i się zaczęło. Okazało się, że to tylko pretekst, żeby porozmawiać w wiadomej sprawie. W dodatku był nietrzeźwy i irytujący do granic możliwości. Połowy z tego co mówił nie mogłam zrozumieć, bo alkohol nie mówi, alkohol bełkocze. Druga połowa nie miała większego sensu składniowego. Skończyło się awanturą. No i pół nocy znowu z głowy. Bo jeszcze słał mi wiadomości. I dziś od rana znowu. Więc trafia mnie i w końcu trafi! Wtedy naprawdę wyjdę z siebie. I K. zrozumie co to znaczy burza z piorunami.

Na razie ręce mi opadają. Znowu wybił mnie z rytmu snu, który już tak ładnie zaczął się ustalać. Normalnie budzą się we mnie mordercze instynkty. Nie wiem, może ja mam wadę wymowy, albo nie precyzuję swoich myśli i słów wystarczająco dokładnie, żeby zrozumiał, że to co robi działa w drugą stronę. Odpycha mnie. I tak - teraz już świadomie zaczynam Go unikać, co kiedyś wydawało mi się niemożliwe. Bo burzy mój spokój i uderza w równowagę, nad którą wciąż pracuję. Szkodzi mi i szkodzi sobie.

Wiedziałam, że tak będzie. Upór maniaka w tym przypadku zniechęca mnie maksymalnie. Duszę się. Miłość jednak u niektórych graniczy z szaleństwem. Ale K. był ostatnią osobą, po której się tego spodziewałam. Zawsze taki zrównoważony, rozsądny.... A tu masz babo placek. I to przy całkowitej bierności z mojej strony.

No i jeszcze dostałam wysypki. Czyżbym dostała alergii na wszelkie rozmowy z K.? Może. Ale z całą pewnością jest to alergia na ośli upór, który K. serwuje mi od jakiegoś czasu. Objawia się wysypką i irytacją.

Komentarze (19)
"Szczęście jest blisko"

Wczoraj coś sobie uświadomiłam. Coś, co nie dawało mi spokoju od dawna, dręczyło, męczyło, dopóki nie powiedziałam tego głośno. Byłam ślepa. A może po prostu ślepo zakochana?

Swego czasu w moim życiu było dwóch bliskich mi mężczyzn. Jeden był moim partnerem, drugi przyjacielem. Chłopak był na wyciągnięcie ręki, ale zawsze miał coś pilniejszego ode mnie. Nigdy nie miał dla mnie czasu. Wiecznie zajęty, zapracowany. Powiecie - to dobrze. I może kiedyś zgodziłabym się z Wami, ale nie dziś. Dziś dobrze wiem, że ktoś, kto naprawdę kocha, znajdzie czas. Może nie tyle, ile bym chciała - ale znajdzie go na pewno. Jeśli ktoś w ogóle nie ma dla mnie czasu - to może po prostu nie chce go mieć. Jeśli praca zawsze, wszędzie i nieustannie jest ważniejsza od miłości - to to nie jest miłość; a jeśli jest, to nie do końca szczera... Ale wracając do tematu - bardzo niewiele czasu spędzaliśmy razem. Nie dlatego że ja nie chciałam, tylko dlatego, że on "nie miał czasu". Mimo to zdążyłam go poznać bardzo dobrze. On mnie wcale. To też o czymś świadczy...

Mój przyjaciel z kolei poświęcał mi prawie cały swój czas. Zarywał noce, rezygnował ze snu, tylko po to by mnie wesprzeć, pocieszyć, pomóc, wysłuchać. Rozmawialiśmy godzinami. Cierpliwie wysłuchiwał skarg i żali, a innym razem peanów pochwalnych na temat mojego zapracowanego partnera. Nigdy otwarcie go nie skrytykował. Ani mnie. Mimo tego w jakim stanie zdarzało Mu się mnie widzieć - nigdy nie powiedział mi, że robię źle. Jedynie delikatnie dawał do zrozumienia, które decyzje popiera, których nie. Nigdy nie wywierał na mnie presji. Nigdy nie powiedział mi, że zachowuję się jak kretynka (chociaż tak było). Mój przyjaciel znał mnie tak dobrze, jak nikt na świecie. Był cierpliwy i wyrozumiały. On po prostu był...

Kiedy zachorowałam, to mój przyjaciel pytał kilka razy dziennie, czy czegoś mi nie trzeba i czy dbam o siebie. Mój chłopak wykonał jeden telefon, po czym pochłonęła go praca... Kiedy stwierdzono u mnie depresję, to mój przyjaciel codziennie ze mną rozmawiał, znosił moje dobre i złe dni. A mój chłopak - porzucił mnie... Odszedł....
Mój chłopak odchodził i wracał jeszcze kilkakrotnie. Miota się tak do dziś.
Mój przyjaciel nie zostawił mnie nigdy. Wie o mnie praktycznie wszystko. Nie opuścił mnie nawet w najgorszych momentach. Jest - nawet wtedy, kiedy go nie ma... Jest do dziś i nigdy nie zawahał się mi pomóc. Choćby z daleka.... Tematy do rozmów nie kończą nam się nigdy.
I wreszcie dotarło do mnie coś, co skutecznie ignorowałam przez tyle czasu. Z mojej strony to była przyjaźń, ale z jego - już nie tylko.
Stan na dzień dzisiejszy: chłopak odchodził za każdym razem gdy robiło się trudno i zostawiał mnie w najgorszych momentach, toteż nie ma go i dziś. Mój przyjaciel nadal jest moim przyjacielem. Jeśli był czas na to by przekształcić to w coś więcej - to już minął...

No i jak to jest w tym życiu, że czasem ślepo zapatrzone w jeden punkt gonimy za nim, choć wcale nam szczęścia nie daje. To prawdziwe szczęście zawsze jest blisko. Tuż obok. Podaje nam chusteczkę gdy płaczemy i mówi, że jesteśmy piękne, nawet wtedy, kiedy śmiało mogłybyśmy straszyć w nawiedzonym dworku... Dla niego jesteśmy cudowne, bez względu na to czy rozmazany tusz spływa nam po policzkach, czy przefarbowałyśmy włosy na niebiesko - nie zmienia to jego uczuć i fascynacji....
Przegapiłam to... Nie zauważyłam. Goniłam ślepo za kimś, kto nie poświęcił mi uwagi i czasu, kiedy tak bardzo go potrzebowałam. Już za późno by cokolwiek zmieniać. Ale Wy rozejrzyjcie się dokoła - może dla Was jeszcze nie jest za późno by dostrzec kogoś kto tylko czeka na jeden znak... Warto mieć oczy szeroko otwarte i pozwolić szczęściu nas znaleźć. Bo szczęście - jak mówi piosenka - jest blisko...

Komentarze (11)
Moc słów czyli kto jest winien i o co chodzi?

No to się pokłóciliśmy. Pierwszy raz od dawna, tak na poważnie. Ja mu powiedziałam, że zachowuje się jak dziecko, a On mi, że się uwzięłam. Śmieszne, co? Dwoje dorosłych ludzi (przynajmniej w papierach). A żeby było jeszcze śmieszniej - nawet nie wiem o co ta awantura. Bladego pojęcia nie mam. Ale jakiś powód być musiał, skoro żadne z nas nie chciało odpuścić.
Słowo wyjaśnienia. Pokłóciłam się z moim przyjacielem. O przepraszam! Wróć! Z człowiekiem, którego uważałam za swojego przyjaciela. Kiedy ośmieliłam się określić Go tym - jakże bezczelnym i obrzydliwym - słowem w trakcie naszej kłótni, zwrócił mi natychmiast uwagę, że nim nie jest. Jest KOLEGĄ. Aha. Dobrze, że mi przypomniał, bo zdaje się, coś mi się w głowie pomyliło i niechcący od dłuższego czasu traktowałam Go jak przyjaciela. I to dobrego. Takiego, na którego można liczyć. Takiego, który jest, gdy inni odchodzą. Jak mogłam?! Doprawdy, żal ściska mą udręczoną duszę! I od nowa pojęć nauczyć się muszę! (I nawet nie czuję, że rymuję :P).

Istota wyżej wspomnianego sporu jest mi niestety nieznana, mimo iż brałam w nim czynny udział jako jedna ze stron. A tak właściwie to wcale się nie pokłóciliśmy. Chyba. Nie mam stuprocentowej pewności, ponieważ stanowisko i zdanie mojego oponenta w tej kwestii zmieniało się co najmniej dwukrotnie. Punkt wyjścia - nie kłócimy się. Środek - kłótnia na całego. Zakończenie - jaka kłótnia? No i powiedzcie same - można się zgubić, prawda? Toteż ja się zgubiłam, pomyliłam pojęcia przyjaźni z koleżeństwem i nazwałam Go dzieckiem. Chyba o to się obraził. Właściwie kompletnie nie rozumiem dlaczego. Przecież każdy facet to w jakiejś części duże dziecko, więc nie minęłam się z prawdą aż tak daleko. A nawet gdyby. Znam lepsze powody do obrazy niż nazwanie kogoś dzieciakiem i przyjacielem. Znam też inne słowa, których mogłam użyć, ale nie zrobiłam tego. Nie wydawały mi się uzasadnione, chociaż teraz, po namyśle.... :D
Oczywiście wspomniana kłótnia miała swój wielki finał. Najpierw usłyszałam, że to ja się uwzięłam i że to moja wina. Potem zachował się jak prawdziwy mężczyzna i dumnie wziął winę na siebie - że niech już będzie, że to On jest ten zły i kropka. Po czym, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, orzekł, że nie chce Mu się ze mną gadać i idzie spać, a ja ,jeśli mam ochotę, mogę do Niego nawet całą noc pisać wyrzucając zaciekle jad w postaci gorzkich słów, On sobie rano przeczyta. No, nie powiem, korciło mnie napisać tak, żeby Mu w pięty poszło. Może wyzwałabym Go od facetów albo jakiś innych typów. Ale bardziej obraźliwych słów niż przyjaciel czy dzieciak w swoim bogatym słownictwie nie znalazłam :D. Toteż powściągnęłam żądzę zemsty i chęć wyrzucania z siebie czegokolwiek zwracając Mu uwagę na jedną tylko rzecz: WINA ZAWSZE LEŻY POŚRODKU. W pełni świadoma tej starej prawdy, gotowa byłam odpokutować swoją część. Odpowiedź jeszcze nie nadeszła :D
No i same powiedzcie - te chłopy to jednak nie wiedzą czego chcą. Jak ich zrozumieć i pojąć czego chcą skoro oni sami tego nie wiedzą???
A teraz idę popracować nad urozmaiceniem swojego słownictwa w słowa równie brutalne jak te użyte wczoraj :D. Na wypadek kolejnej kłótni. Przecież nie mogę się powtarzać ;P

 

P.S. Właśnie otrzymałam odpowiedź od wyżej wspomnianego. Ręce mi opadły. To jest znów moja wina według Niego i On się jako pierwszy nie ma zamiaru do mnie odezwać. Litości!!! Czy jest tu jakiś lekarz? Bo mojemu koledze chyba trzeba pomóc i tlen podać. Wygląda na to, że cofnął się ponad dwadzieścia lat do etapu piaskownicy i zabawek. Przeprosiłabym - ale nawet nie wiem za co???? Czy ktoś potrafi mnie oświecić w tej kwestii? Czy może ja tu czegoś po prostu nie zauważam? Jakiś haczyk, motyw, wyjaśnienie... Cokolwiek... Cóż, wygląda na to, że nasza tzw. przeze mnie przyjaźń i znajomość koleżeńska (zwana tak przez Niego) właśnie dobiega końca. Niewielki płomyczek nadziei tlił się we mnie od wczoraj - że może do rana wróci Mu Jego rozsądek. Ale, zdaje się, rozsądek gdzieś sobie poszedł i zabalował. Ba! Może nawet się ulotnił? W związku z czym iskierka nadziei zgasła pod naporem rzeczywistości. Aha! I doinformował mnie właśnie, że mam zostawić Go w spokoju. Hmm... To pewnie ten sam spokój, o który ja prosiłam wczoraj. Po czym jak miecza użyłam słów, które zabiły naszą znajomość. Przestrzegam więc Was, moje drogie, przed używaniem tych tajemniczych słów - widocznie mają w sobie jakąś destrukcyjną moc :D Te słowa to...DZIECKO i PRZYJACIEL :D

P.S.2 Ale jakby ktoś wiedział o co chodziło - to proszę o sugestie :D będę wdzięczna. Prawie dozgonnie. :)
 

Komentarze (3)