iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Poradnik (nie)szczęśliwego sprzedawcy

W wielu sklepach zaczyna panować jakaś dziwna epidemia. Nie wiem czy sprzedawcy zarażają się tym od klientów, od dostawców czy może od siebie nawzajem. Wiem natomiast, że jest to zjawisko coraz powszechniejsze i nader irytujące. Wspomniana epidemia polega na ignorowaniu klienta i spędzaniu dnia pracy na wykonywaniu prywatnych telefonów, piciu kawy i zajmowaniu się własnymi sprawami. Krótko mówiąc ma to na celu uprzyjemnienie nudnego dnia pracy i uszczęśliwienie sprzedawcy jak mniemam. Innych możliwości nie widzę. W dobie kryzysu, o którym wciąż się mówi, jest to zjawisko nader dziwne. Wydawałoby się, że sklepy będą walczyć o każdego potencjalnego nabywcę. Cóż - sklepy być może tak, ale sprzedawcy już niekoniecznie. Wydawałoby się, że w obecnej sytuacji nikt nie może sobie pozwolić na utratę posady. Najwyraźniej jednak wiele osób uważa, że już samo przychodzenie do pracy wystarczy by pobrać odpowiednią zapłatę. A skoro już się tą pracę ma - trzeba ją jakoś znosić. Podpatrzyłam jak to robią "najlepsi z najlepszych", prawdziwi fachowcy i oto kilka porad dla tych, którzy chcieliby pójść w ich ślady:

  • Po pierwsze i najważniejsze: nigdy, ale to nigdy nie okazuj zainteresowania klientom. Jak raz pokażesz, że potrafisz - już nigdy nie dadzą Ci spokoju. Skutek będzie taki, że kawę będziesz pić zimną, a przyjaciółka spragniona plotek umrze z nudów czekając na Twój telefon.
  • Jeśli klient wejdzie do sklepu kiedy rozmawiasz przez telefon - nie waż się kończyć rozmowy! Kontynuuj ją i nie zwracaj uwagi na pochrząkiwania niepożądanego osobnika. W końcu mu się znudzi i pójdzie sobie...
  • Nie trać czasu na wychodzenie z inicjatywą i nie proponuj klientowi pomocy w wyborze odpowiedniego zakupu. Niech się napatrzy na wystawiony towar, może sam się na coś zdecyduje? Zaoszczędzisz czasu i gadania -  możesz w tym czasie opiłować paznokcie.
  • Jeśli klient zada Ci pytanie, udawaj, że nie słyszysz. Nie podnoś wzroku i nie reaguj. Niech sam poszuka sobie ceny lub innego rodzaju towaru.
  • Nigdy, ale to przenigdy nie uśmiechaj się w pracy! Klient może to opacznie zrozumieć i już się go nie pozbędziesz! Najlepiej wyglądaj na osobę nieprzystępną i ponurą. Ryzyko zaczepienia przez klienta gwałtownie się zmniejszy.
  • Jeśli zauważysz, że mimo wszystko ktoś zamierza do Ciebie podejść, natychmiast udaj się w kierunku magazynu, mijając natrętnego klienta jak powietrze.
  • Jeśli już dojdzie do konfrontacji - nie możesz być zbyt grzeczna/-y. Nie trać czasu na konwenanse i miłe słówka. Bądź ironiczny/-a i opryskliwa/-y, wyraźnie okazuj swoje niezadowolenie.
  • Jeśli trafisz na klienta maniaka, który nalega byś mu doradziła  - doradź źle. Więcej nie wróci.
  • Dopij spokojnie kawę i delektuj się ciszą, poczytaj gazetę. A kiedy kończąc pracę zauważysz, że kasa jest pusta - nie przejmuj się tym. To nie Twoja wina, że klienci nic nie kupili. Przecież Ty zrobiłaś/-eś co w Twojej mocy!

Tak oto wygląda praca sprzedawcy - marudni klienci, którzy nie wiedzą czego chcą, trudności w wykonywaniu rozmów prywatnych no i ta zimna kawa... Jeśli jednak zastosujesz się do wypunktowanych przez mnie wskazówek, szybko umilisz swój dzień pracy.

Nie wiem tylko, czy sprzedawca, który odstrasza klientów i dba o swój komfort psychiczny zostanie doceniony przez pracodawców... Brak pieniędzy w kasie, może przekładać się na ubytki w wypłacie... Lecz cóż - przecież nie można mieć wszystkiego!

Na szczęście dla nas klientów - epidemia nie dotknęła jeszcze wszystkich. I z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować tym, którzy z uśmiechem i cierpliwością służą pomocą i dobrą radą. Jesteście niezastąpieni!

Pozdrawiam i miłego dnia życzę!

 

Komentarze (6)
Zamiast budzika - przekleństwo na dzień dobry

Od tygodnia nie potrzebuję budzika. Panowie z firmy ocieplającej budynek robią za koguta. Na domiar złego najgłośniejsze prace wykonują CODZIENNIE między szóstą a ósmą rano. W sam raz dla kogoś kto pracuje na drugą zmianę lub wraca z nocy. Pora idealna!

Ten wpis miałam ochotę popełnić dzisiaj o siódmej rano, kiedy przeuroczy pan próbował wybić mi dziurę w ścianie, robiąc przy tym możliwie jak najwięcej hałasu - ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Ilość wulgaryzmów, którą mógłby potencjalnie ów wpis zawierać nie przeszłaby żadnej cenzury. Ach właśnie. Okazało się, że ja też potrafię przeklinać! Cóż, od tygodnia za oknem mam ekspertów w tej dziedzinie - zdążyłam się doszkolić. Słowo na K - jak się okazało - można stosować nie tylko jako przecinek, ale także jako kropkę i cudzysłów. Bywa ono również przydatnym zamiennikiem na wszelkiego rodzaju inne słowa, których akurat w pamięci brak. Znakomicie zastępuje "cześć", "dzień dobry", "nie wiem" i wiele innych zwrotów. Jest niezastąpione gdy woła się kolegę po fachu, szuka młotka, szpadla czy innych rzeczy. I to wszystko moi drodzy o godzinie siódmej rano.

Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że panowie wykonują swoją pracę. Ale powinni też liczyć się z tym, że w budynku mieszkają inni ludzie. I nie każdy ma do pracy na rano. Niektórzy wracają z nocy lub idą na drugą zmianę - i chcieliby odrobiny spokoju. Zwłaszcza, że od tygodnia schemat jest ten sam. Panowie hałasują ile się da między szóstą a ósmą, potem cichną, około dziesiątej znikają z pola widzenia i słyszenia. I przez cały dzień jest już cichuteńko. No to niech mi ktoś powie, dlaczego nie mogą hałasować od dziewiątej, a tych cichych prac wykonywać rano?! Okazało się, że mogą - ale nie pomyśleli. A delikatnie zwracana wcześniej uwaga skutkowała wyjątkową złośliwością i nasileniem hałasu w godzinach porannych. Trzeba było sięgnąć po inne środki.

Kwestia szeroko pojętej łaciny zaintrygowała mnie już wcześniej. Od tygodnia bowiem na dzień dobry nie słyszę nic innego tylko głośne K****. Pod samym oknem! Okno pozostaje od tygodnia zamknięte, co w żaden sposób nie umniejsza dokuczliwości tego zjawiska. Na szczęście nie mam dzieci. Na szczęście - bo gdybym miała to bym komuś ręcznie wytłumaczyła, żeby się hamował ze swoją znajomością łaciny i nieujarzmionym językiem. Tu mieszkają ludzie! Ludzie, którzy pracują i to naprawdę w różnych godzinach. I trzeba umieć się dostosować i to uszanować. Nie życzę sobie przekleństw wykrzykiwanych od samego rana pod oknami - takie doznania są mi zupełnie niepotrzebne. A jeszcze mniej dzieciom sąsiadów, które tylko nasłuchują a potem chodzą i powtarzają jak echo. Czy naprawdę doszło już do tego, że każdy robi swoje byle zrobić - i serdecznie gdzieś ma pozostałych? Czy to może tylko kwestia zastanowienia się i pomyślenia? Przecież wystawiają opinię nie tylko sobie, ale pewnej grupie społecznej, a wierzę, że nie wszyscy są tacy. Dlatego póki co pretensja tylko do tych za moimi oknami.

Zniosłam cierpliwie skuwanie płytek, wiercenie i nawet zdania, w których czasem NIE trafiło się przekleństwo. Ale tego walenia młotkiem dziś rano już nie zniosłam. Zwłaszcza, że całkiem niedawno się położyłam. Nie może być tak, że cały dzień jest błoga cisza i nikogo nie ma (a powinni być), a jak przychodzi szósta rano to robi się wielki hałas, K**** sypie się jedno po drugim i nikt się nawet nie próbuje zachowywać cicho. Już pomijam to wieczne zaglądanie do okien, przez które rolety są stale zaciągnięte.

Tak więc dzisiejszy dzień sponsoruje słowo "DOŚĆ!" i ból głowy. Mimo to życzę Wam miłego dnia ;)

Komentarze (6)
(Nie)uczciwa konkurencja w XXI wieku

Powiedzenie "Niech wygra najlepszy" nie ma racji bytu w XXI wieku. Nadal istnieje współzawodnictwo i konkurencja, jednak ich sens i idea zostały całkowicie wypaczone. Nie chodzi już bowiem o to, by pokazać się z jak najlepszej strony, tylko o to, by w jak najgorszym świetle przedstawić rywali i tym samym odwrócić uwagę od siebie.

Śmiem twierdzić, że w obecnych czasach nie ma już czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Jest tylko konkurencja nieuczciwa, zawistna, w której zamiast przestrzegania reguł istnieje tendencja do ich nadmiernego łamania. Krótko mówiąc chodzi o to, by jak najbardziej zaszkodzić rywalom i wybielić siebie. Ten, kto stara się grać fair, z pewnością nie dotrze na szczyt.

Na szczęście los bywa sprawiedliwy. Podam przykład lokalny. Mamy tu przewoźnika, firma znana od lat. Dawno temu uzyskała pozwolenie na przewóz ludzi, choć w tamtych czasach wcale nie było to łatwe. Był także drugi przewoźnik ale nigdy nie działał z takim rozmachem. W każdym razie przewoźnik numer 1 zyskał zaufanie i uznanie tutejszych mieszkańców.

Fortuna kołem się toczy, czasy się zmieniają - do tego stopnia, że obecnie pozwolenie na przewóz osób może tu uzyskać praktycznie każdy. Toteż powstało nagle kilka konkurencyjnych firm. Właściciele ich byli na tyle sprytni, że postanowili zaszkodzić konkurencji. Poustawiali godziny odjazdów na 10 minut przed odjazdami starego przewoźnika, sądząc iż to pozwoli im pozyskać klientów. Zagranie poniżej pasa, ale nikt z mieszkańców lojalki ze starą firmą nie podpisywał. Każdy wybierał takie godziny, które mu pasowały. Jednakże nowy przewoźnik okazał się mało rzetelny. Mimo, że na rozkładzie figurowało (i wciąż figuruje) dwa razy więcej połączeń niż stary przewoźnik kiedykolwiek oferował, szybko okazało się, że kursy te istnieją tylko na papierze, w rzeczywistości zaś po prostu ich nie ma. Ileż to razy ludzie podirytowani wracali do domu, ponieważ ich podróż nie doszła do skutku!

Obecnie nikt już nie traktuje poważnie konkurencji, nikt bowiem nie lubi być wystawiany do wiatru. Nowy przewoźnik stracił zaufanie zanim je uzyskał. Stracił także wielu klientów przez swoją nieuczciwość. Jeśli bowiem kurs został uwzględniony w rozkładzie - powinien się odbyć, bez względu na to, czy pasażerem będzie jedna osoba czy trzydzieści.

Sprawdza się stare porzekadło: kto pod kim dołki kopie, ten  sam w nie wpada :). Nie zmienia to jednak faktu, że idea rywalizacji została wypaczona. Każdy chce wygrywać, każdy powtarza "niech wygra najlepszy". Pytanie tylko: w czym? W grze, czy też w obrażaniu i poniżaniu przeciwnika? Duch rywalizacji w XXI wieku zionie agresją, złośliwością i podstępnością. Nie ma czegoś takiego jak czysta, uczciwa gra. Nie ma czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Liczy się tylko wygrana - nieważne jakim kosztem.

W pracy - wyścig szczurów. Wygrywa nie ten, kto osiąga najlepsze wyniki, lecz ten, kto wyeliminuje konkurencję. Kradzież pomysłów i złośliwe plotki rujnujące komuś karierę są na porządku dziennym. Chcesz pomóc sobie - musisz zaszkodzić rywalom. Dozwolone jest wszystko, począwszy od donosicielstwa, a na niesłusznym szkalowaniu czyjegoś imienia kończąc, Liczy się efekt: po trupach do celu.

W XXI wieku konkurencja nie zna litości. Jest bezwzględna i pozbawiona skrupułów. Wygrywa ten, kto zdyskredytuje przeciwnika. Czy to oznacza, że jest to osoba najlepsza i godna zaufania? Moim zdaniem nie można ufać komuś, kto nie zna pojęcia uczciwości. Nie można ufać komuś, kto wygrywa nie ciężką pracą, tylko podstępem.

Czy właśnie tego musimy uczyć nasze dzieci - jak rozpychać się łokciami i dążyć do celu za wszelką cenę? Czy właściwe postawy nie mają już racji bytu? Czy uczciwość to przeżytek?

Komentarze (7)
Przyjaciel czy wróg? Historia Oli.

Czy Twoi przyjaciele naprawdę są Twoimi przyjaciółmi czy może znajomość z Tobą jest tylko szansą na zysk?

Moja dobra znajoma, Ola, zatrudniła się w pewnej firmie. Od początku nie ukrywała tego, że zyski materialne są dla niej ważne. Miała swoje plany i w ten sposób dążyła do ich realizacji. Współpraca z szefostwem układała się ciężko. Ola, bardzo ambitna dziewczyna, robiła więcej niż powinna, wykazywała inicjatywę, tryskała pomysłami. Szefostwo doceniło ją w bardzo dziwny sposób. Kiedy przyszło do zapłaty, dziewczyna dostała tylko połowę uzgodnionej kwoty. To znacznie ostudziło jej zapał. Szefowie nie uzasadnili swojej decyzji, ale stwierdzili, że są zadowoleni z jej pracy. Dotknięta niesprawiedliwością Ola postanowiła robić tylko tyle, ile musi. Ograniczyła się do swoich obowiązków. Dopiero wtedy szefostwo dostrzegło swój błąd i postanowiło wynagrodzić pracownicy niesprawiedliwą decyzję. Mimo wszystko Ola była dla nich bardzo cennym pracownikiem, którego nie chcieli stracić. Niestety, kwestie finansowe jeszcze kilka razy stały się powodem konfliktów między Olą a zwierzchnikami.

Minęło kilka miesięcy. Przed Olą otworzyły się nowe perspektywy. Wiązały się one z wyjazdem za granicę. Poinformowała szefostwo, że za pół roku opuści firmę i wyjedzie na jakiś czas. Reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Rozmowa skończyła się wielką awanturą. Dziewczynie zarzucano, że chce zostawić firmę na lodzie, że ciężko będzie znaleźć kogoś na jej miejsce z podobnymi kwalifikacjami. Ola przejęła się sytuacją i postanowiła wszystko wyprostować, czyli znaleźć zastępstwo na czas ewentualnego wyjazdu. Zapytała przyjaciółkę, czy podjęłaby się zastępstwa, gdyby ona musiała wyjechać. Iwona, bo tak miała na imię owa przyjaciółka, zgodziła się. Zastrzegła sobie jednak, że to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli Ola naprawdę wyjedzie. Szczęśliwa Ola przedstawiła szefostwu kandydaturę potencjalnej zastępczyni.

Niestety, wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień. Wyjazd Oli został odwołany. Wydawało jej się więc, że będzie po staremu. Nie przewidziała tylko tego, że Iwona zmieniła swoje nastawienia do ewentualnej pracy i postanowiła ją zdobyć za wszelką cenę. Poszła do zwierzchników Oli i opowiedziała im wymyśloną historyjkę. Z jej ust padło między innymi stwierdzenie, że Ola oszukuje pracodawców, że jej wyjazd jest aktualny, ale nic nie mówi, bo chce się na nich zemścić.
Pracodawcy uwierzyli Iwonie, nie słuchali wyjaśnień Oli. Zawiesili ją, Iwonę przyjęli na okres próbny.

Obecnie Iwona chadza do kawiarni i klubów w towarzystwie jednego z szefów... Ola straciła pracę i została z niczym. Czy Iwona od początku chciała tak postąpić? A może przekonały ją ewentualne zyski finansowe? Tego nie wie nikt...

Życie nieustannie czegoś nas uczy.  Trzeba bardzo uważać na to, kogo nazywamy przyjacielem. Może się bowiem okazać, że pod maską dobra i życzliwości, ktoś skrywa zupełnie inne zamiary...

Komentarze (11)
Czy lubisz to co robisz? Ankieta.

Prawie nikt z moich znajomych nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Większość z nich rozgląda się za nową pracą - taką, która spełniałaby ich oczekiwania finansowe i dawała im satysfakcję. Bez skutku.

Statystyczny Polak nie lubi swojej pracy. Jest nią znudzony i traktuje ją jak przykry obowiązek. Dzieje się tak głównie dlatego, że wyuczył się zupełnie innego zawodu. Niestety okoliczności zmusiły go do podjęcia pracy niezgodnej z jego zainteresowaniami.

Żyjemy w czasach, w których chwytamy się każdego zajęcia przynoszącego dochód. Mało tego - wybierając kierunek studiów często kierujemy się już nie tyle zainteresowaniami, ile możliwością znalezienia pracy w danym zawodzie. W dzisiejszym świecie ktoś, kto pracuje w zawodzie zgodnym z jego wykształceniem, może nazywać siebie szczęściarzem. A jeśli dodatkowo jest to zawód zgodny z jego zainteresowaniami, dający mu satysfakcję - przed słowem szczęściarz może dopisać wyjątkowy.

Wielu z nas ma więcej niż jeden wyuczony zawód. W pogoni za pracą, nieustannie doskonalimy swoje umiejętności i nabywamy nowe. Jeśli tylko nas na to stać, kończymy dodatkowe szkoły i kursy. Dzielimy czas między obowiązki domowe, pracę i naukę.

Podejmując pracę coraz rzadziej zwracamy uwagę na to, czy będzie ona dla nas satysfakcjonująca,  pierwsze skrzypce gra wynagrodzenie jakie możemy za daną pracę otrzymać.

To wszystko znak naszych czasów.

A jak to jest z Wami? Czy lubicie swoją pracę? Czy też marzycie o zupełnie innym, przynoszącym satysfakcję zajęciu? Co jest dla Was ważniejsze - wynagrodzenie czy satysfakcja z wykonywanej pracy? Proponuję Wam ankietę, która pozwoli mi określić jak powyższy problem kształtuje się wśród społeczności iWoman. Zachęcam do głosowania. Wkrótce wyniki pozostałych ankiet.

Serdecznie pozdrawiam :)

Komentarze (14)
Powrót do rzeczywistości

Sylwester i Nowy Rok za nami. Śnieżny. Lekko mroźny. Piękny :). Czarna Pantero - przepraszam, zdaje się Podhale za daleko było, żeby śnieg sprowadzić ;).

I czas wrócić do rzeczywistości. Sylwester spędzony w pracy minął szybko i przyjemnie. Za to Nowy Rok spędziłam bajecznie, bawiłam się cudownie i uśmiechałam od ucha do ucha. Jeśli tak ma wyglądać cały ten rok - to jestem ZA :).

Cóż, pozostaje mi tylko podziękować wszystkim za życzenia i zobaczyć jak będzie. Od jutra wracam do normalnego trybu życia. Wreszcie będę miała czas napisać coś więcej niż życzenia noworoczne. Chyba :/. W końcu narobiło mi się zaległości. Mam Wam wiele do opowiedzenia. I pokazania - bo oczywiście są i zdjęcia, a jakże :).

Tymczasem ściskam, a sama jeszcze trochę porozkoszuję się dniem dzisiejszym :).

Komentarze (5)
Jak coś robić - to dobrze albo wcale.

Od dawna wyznaję zasadę, że jak coś robić - to dobrze albo wcale. Nie lubię olewactwa. A robić po to żeby robić - po prostu nie ma sensu. Nie mniej jednak czasem każdemu się zdarzy. Czasem - to jeszcze nie zbrodnia. Wiadomo - zdarzy się gorszy dzień albo złożą się na to jakieś okoliczności i nie jest wtedy tak jak być powinno. Ale jeśli komuś wchodzi to w krew i nie potrafi inaczej - to jest to już problem. Dopóki dotyczy on tylko jednej osoby, to mnie nie obchodzi. Ale kiedy czyjeś działania mają istotny wpływ na cały zespół czy grupę ludzi - to momentami szlag człowieka trafia. Bo kilka czy kilkanaście osób wychodzi z siebie i staje na głowie, żeby było dobrze, a jednej zwyczajnie się nie chce. Nie raz na jakiś czas. Nie chce jej się wcale. Nie chce jej się nigdy. Robi tyle ile musi w najlepszym przypadku a i to rzadko się zdarza.

Mam znajomego, który wpadł na genialny pomysł otworzenia własnej knajpy. Niestety, chyba nie przemyślał tego do końca. Knajpę otworzył, owszem, i na tym swoją pracę zakończył myśląc, że reszta zrobi się sama. O brak zysków ma pretensje do personelu. Sam natomiast nie postarał się ani o reklamę ani o uczynienie lokalu atrakcyjnym dla klientów. Było kilka osób z pomysłami, które oferowały mu swoją pomoc, ale mój znajomy na nic się nie zgodził. W rezultacie pub dogorywa finansowo. I chyba nie ma się czemu dziwić. A szkoda. Bo mogłoby to być naprawdę fajne miejsce. Ale trzeba w to włożyć odrobinę wysiłku i pracy, żeby móc potem uzyskać pożądane rezultaty. Robić po to żeby robić - rezultatu nie przyniesie.

I znam jeszcze wiele innych osób, które zabrały się za coś spodziewając się nadzwyczajnych efektów. Potem okazywało się, że na efekty trzeba dłużej poczekać i więcej popracować, więc wspomniane osoby zaczęły poniekąd sabotować (chyba podświadomie) własne pomysły. Nie chciało im się zwiększyć ani chociaż utrzymać nakładu sił i pracy na tym samym poziomie co na początku. Efekt oczywiście był, ale negatywny. Potracili nawet najwierniejszych klientów. Bo nikt nie lubi jak się go "olewa" i ignoruje.

Wniosek z tego taki, że nie jest istotne czy pracujesz dla pięciu, dziesięciu, stu czy tysięcy osób - nakład pracy powinien być taki sam. Lub wręcz powinien rosnąć w miarę jak ilość klientów maleje. Bo wtedy najbardziej chodzi o jakość. Jeśli właścicielowi pomysłu czy lokalu nie zależy na jego własnym dorobku, to czemu ma na tym zależeć obcym ludziom? I zwykle nie zależy. Ludzie wbrew pozorom nie są głupi, mają oczy i uszy, widzą i słyszą co się dzieje. Jeśli nic nie przykuwa ich uwagi - odchodzą. Jeśli czują się ignorowani - odchodzą. Jeśli czują się niesprawiedliwie traktowani lub wyczuwają matactwa - odchodzą. A sami zainteresowani nie dostrzegają w swoim postępowaniu nic niewłaściwego i za niepowodzenia winią wszystkich dokoła, tylko nie siebie. Jeśli więc kiedykolwiek nie będziecie zadowoleni z efektów Waszej pracy, jeśli kiedykolwiek Wasz biznes czy pomysł nie wypali - zastanówcie się czy naprawdę nie ma w tym Waszej winy i czy ze swojej strony zrobiliście wszystko. Czy aby na pewno Wasz pomysł gdzieś w trakcie nie stracił na jakości? Czy może przypadkiem nie odpuściliście sobie gdzieś po drodze, przez co straciliście klientów lub odbiorców? Jeśli na każde z tych pytań odpowiadacie "nie" - to znaczy, że zrobiliście wszystko co w Waszej mocy, a przegraliście z okolicznościami. Jeśli jednak choć na jedno z pytań padnie odpowiedź "tak" - warto się zastanowić jak bardzo zaważyło to na rezultacie końcowym...

Dlatego jeśli nam na czymś NIE ZALEŻY - lepiej wcale się za to NIE zabierać. A jeśli już podejmujemy się jakiegoś zobowiązania, dbajmy o to by standard naszej pracy rósł a nie malał z upływem czasu. A przynajmniej żeby się nie zmieniał na gorsze, co niestety jest jednym z najczęstszych przypadków.  Jeśli już coś robić - to trzeba to robić dobrze. Same dobre chęci nie wystarczą, bo takimi to podobno piekło jest wybrukowane.

Komentarze (0)
Pod presją czasu

Czy Wam też zdarza się, że czas przecieka przez palce? Mnie ostatnio dość często. Był poniedziałek, jest środa, zaraz weekend i nowy tydzień. A im mniej zajęć tym trudniej mi nadążyć. Nie wiem na czym to polega, może to kwestia organizacji? Im więcej mam do zrobienia, tym lepiej sobie z tym radzę, lepiej planuję czas i wszystko jest zrobione na czas. Jak nie mam terminów, to wszystko się zaczyna rozłazić. Może ja lubię pracę w stresie i pod presją czasu?

Patrzę w przyszłość - pomysłów całe mnóstwo, tylko jakoś rozmieszczenie ich w czasie idzie mi znacznie gorzej. Że o względach finansowych nie wspomnę... Przerażona takimi wizjami wracam natychmiast do teraźniejszości i już wszystko wygląda lepiej. Mały kroczek tu, mały kroczek tam - byle do przodu. Byle nie stać w miejscu i nie cofać się. Dalekosiężne plany potrafią człowiekowi podciąć skrzydła, kiedy bliżej zastanowić się nad tym ile to pracy. Co innego marzenia. Natomiast realizując swoje cele powoli, kiedyś i tak dojdę do tych odległych. Bo czas nie zwalnia i nie stoi w miejscu. Czas podąża wciąż tym samym rytmem.

Czasem zastanawiam się czy spróbować swoich sił tu lub tam. I odrzucam taką możliwość. Dlaczego? Może dlatego, że patrzę za daleko w przyszłość, podczas gdy tak naprawdę ważne to co tu i teraz. Trzeba robić to co się kocha i kochać to co się robi. Trzeba żyć tak, aby każdego dnia mieć za co dziękować - za to, że zdążyłam na autobus mimo tego że zaspałam, za to że udało mi się  z nikim nie pokłócić, za to że kolejny dzień byłam sobą i nie pozwoliłam odebrać sobie swojej godności... Każdy taki dzień to cegiełka pod budowę przyszłości...

Ale wracając do tematu. Czy brak zajęć zupełnie rozleniwia człowieka? Bo mam wrażenie, że kiedy zajęć i obowiązków jest mniej - trudniej jest się zebrać w sobie i im sprostać. Wciąż ma się wrażenie, że ze wszystkim można zdążyć. A czas płynie. I nagle zaczyna go brakować... Tymczasem w natłoku zajęć niczego nie odkłada się na potem. Musi być zrobione już, żeby nie było zaległości. I ostatecznie człowiek ma poczucie dobrze spędzonego czasu. I jeszcze zostaje mu trochę na przyjemności. A jak te przyjemności wtedy cieszą...!!! Jak bardzo się je docenia... !!!

A Wy? Czy odnosicie podobne wrażenie? Czy Wam też czas przecieka czasem przez palce? I czy lubicie pracować pod presją? Bo ja chyba niestety uwielbiam.... ;)

Komentarze (12)
Heroizm czy egoizm?

W godzinach przedwieczornych zauważasz, że przyplątał się jakiś katar. Głowa boli, paruje i prawie eksploduje. Czujesz się niewyraźnie. Wyciągasz termometr i mierzysz gorączkę. No tak... Jest. To tłumaczy dreszcze i ból całego ciała. Po godzinie pojawiają się bóle stawów. Pakujesz się do łóżka, łykasz coś na gorączkę i powtarzasz sobie, że rano będzie lepiej. Ale rano wcale nie jest lepiej. Pojawia się ból gardła, gorączka wcale nie spada, a ból mięśni i stawów nasila się. Pojawia się ogólne osłabienie. Nie jesteś w stanie ustać w miejscu nie chwiejąc się. Mimo to jak bohater dramatu zwlekasz się z łóżka i szykujesz do pracy. Bo przecież świat się bez Ciebie zawali.

Ile razy zdarzyło Wam się coś takiego? Pewnie nie raz. Zamiast zostać w łóżku i jak człowiek rozumny wyleżeć chorobę lub ewentualnie zasięgnąć porady lekarza, pchamy się do świata i ludzi, rozsiewając dobroczynnie zarazki. "A-psik!" -  może ktoś jeszcze nie ma, chętnie dzielimy się naszą chorobą z innymi.

Idąc do pracy czujemy się okropnie, ale jesteśmy z siebie tacy dumni - zobaczcie, oto z grypą czy z jakimś innym paskudztwem idziemy do pracy. Tam z uporem maniaka powtarzamy wszystkim, że nic ale to nic nam nie jest. Cyferki skaczą, literki tańczą, ludzie się dwoją - ale nic nam nie jest. Oto heroizm! Podziwiajcie! Bez nas zawali się świat, współpracownicy zawalą ważne spotkania, firma rozsypie się w drobny mak, szef trafi do wariatkowa i nie będzie do czego wracać. Prawda, że to heroizm??

I głupota. Bo jadąc do pracy autobusem czy tramwajem - dzielimy się swoimi zarazkami z innymi. W pracy obdzielamy nimi połowę personelu, jeśli nie cały. A nie lecząc choroby narażamy na zachorowanie także i najbliższych, którzy spędzają z nami najwięcej czasu.

Wiem. Są sytuacje, kiedy po prostu trzeba coś załatwić, pojawić się na ważnym spotkaniu itd. Ale dużo częściej mamy do czynienia z normalnymi sytuacjami, kiedy nikt nie wymaga od nas aż takich poświęceń. Sami pchamy się do świata ze swoją chorobą. Czy to heroizm czy egoizm? Chyba bardziej egoizm  - wydaje nam się, że jesteśmy niezastąpieni i narażamy na przykre następstwa innych ludzi...

Czyja to wina? Może systemu, może pracodawców, a może nas samych i naszych przekonań? Pewnie zależy to od sytuacji. Warto pamiętać o tym, że nie jesteśmy na tym świecie sami, są też inni ludzie. Nie ma ludzi niezastąpionych. Ważne jest nie tylko nasze własne zdrowie, ale także to by nie narażać na chorobę innych. Bo zdrowie to coś czego nie można kupić w sklepie na rogu....

Komentarze (5)
Handlowe niedziele

Uwielbiam niedzielne ranki w moim rodzinnym mieście. Co tydzień mogę podziwiać najwspanialszy na świecie "miejski" spokój. O godzinie 8-9 rano ulice miasta są prawie puste. Większość ludzi odsypia sobotnie szaleństwo, inni korzystają z możliwości pospania dłużej choć raz w tygodniu. Jest cicho, ale radośnie. A dziś dodatkowo piękne słońce rozświetliło błękit nieba. Coś fantastycznego! Takie chwile uświadamiają mi, jak cenne jest to, że dni różnią się od siebie.

Wczesnym niedzielnym rankiem wszystkie sklepy w moim mieście są jeszcze pozamykane. Jeszcze, bo naturalnie tuż potem sklepy spożywcze zaczynają pracować. Nie będę rozpatrywać tego z religijnego punktu widzenia, ponieważ może to rodzić kolejne konflikty bądź niezrozumienie. Kwestie religii czy wyznania są tak delikatne, że trudno jest mówić o nich publicznie. Co człowiek, to inne zdanie. Poza tym jak się przekonałam (i nie ja jedna), łatwo jest obrazić czyjeś odczucia. Toteż pragnę spojrzeć na to z zupełnie świeckiej strony, bez podtekstów religijnych.

Dla wielu ludzi  praca w niedzielę to konieczność. Istnieją służby, których interwencja bywa niezbędna, gdy idzie o ludzkie zdrowie lub życie. Mam na myśli między innymi szpitale i lekarzy. Inne instytucje - jak banki, urzędy, ubezpieczalnie - w niedziele nie pracują. Są jednak i takie miejsca, które mogłyby być zamknięte, a pozostają otwarte - sklepy.Wszystko to oczywiście z myślą o kliencie, a tak naparwdę o zysku. Z jednej strony właściciele centrów handlowych wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tych osób, które w pozostałe dni tygodnia nie mają czasu lub możliwości zrobienia zakupów. Z drugiej strony sklepy nawet w ciągu tygodnia pracują w bardzo szerokim przedziale godzinowym... Pracownicy takich miejsc często po prostu nie mają wyboru - muszą się na to godzić, jeśli chcą zatrzymać pracę. Każdy w tych trudnych czasach radzi sobie jak może. Nie można pozwolić sobie na utratę źródła finansów.

Abstrahując od wszelkich aspektów religijnych uważam, że jednak każdemu należy się wolna niedziela. Jeden dzień wolny od pracy, który można dowolnie zaplanować i wykorzystać na spotkania z rodziną czy przyjaciółmi, na wyciszenie siebie, wypoczynek...

Z drugiej strony gdyby nie było zapotrzebowania i popytu w niedziele - sklepy zapewne byłyby zamknięte. Jeszcze kilka lat temu w moim mieście, w niedziele, pracowały niemal wszystkie sklepy spożywcze. Obecnie część z nich wprowadziła wolne niedziele. Na początku ludzie nieco się buntowali, ale przyzwyczaili się. A niektórzy powtarzają, że to był całkiem dobry pomysł.

Chyba wszystko ma swoje plusy i minusy. Dla mnie w niedzielę sklepy mogłyby być pozamykane. Tak jak banki i urzędy. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla niektórych to czasem jedyny dzień, kiedy mogą zrobić porządne zakupy. Mnie osobiście szkoda niedziel na spędzanie ich w sklepach. Zwłaszcza kiedy dzień zaczyna się tak pięknie jak dziś. Kiedy aż czuje się ten spokój i ciszę. Może wszystkim nam brakuje takich dni - chwili na oddech i przemyślenia.

Komentarze (16)
1 | 2 |