iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Wstyd? Wstyd to kraść!

Nigdy nie przepadałam za piłką nożną. Nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi w ganianiu jednej małej kulki po całym boisku. Ale w końcu zrozumiałam. Nie chodzi o piłkę. Chodzi o grę. Piłka jest jedna, bramki dwie, a kibiców.... No właśnie. Wbrew pozorom prawdziwych kibiców nie ma tak znowu wielu. Najgorsze, że zdecydowana większość z nas się za nich uważa, a nie ma pojęcia co to oznacza….

Prawdziwi kibice są ze swoją drużyną na dobre i na złe. Wspierają, kochają, cieszą się sukcesami i wybaczają wszelkie porażki. To prawie jak małżeństwo. Nie zawsze jest dobrze. Baaaa, w niektórych związkach przeważają problemy i smutek. Jest trudno i ciężko. A jednak mimo to partnerzy powinni stać za sobą murem. Zawsze, a nie tylko wtedy, gdy jest dobrze. Powinni się wzajemnie wspierać i szanować, bez względu na to, czy spełniają swoje wzajemne oczekiwania czy też nie. Ta zasada dotyczy każdego rodzaju partnerstwa. I idealnie przekłada się na naszą obecną sytuację w grze.

W tym roku postanowiłam się przełamać. Obiecałam sobie, że obejrzę każdy mecz z udziałem polskiej reprezentacji i każdy inny, który mi się uda. Jesteśmy współgospodarzami Euro 2012. Warto wiedzieć, co się dzieje w naszym kraju. Warto się orientować. I przyznaję, że gra mnie wciągnęła. Kibicowałam naszej drużynie, dzieliłam z nimi ich radości i smutki. Nie nastawiałam się (jak zdecydowana większość polskich kibiców) na wygraną. Podeszłam do tego obiektywnie, z dystansem. Efekt? Czuję niedosyt, ale nie czuję rozczarowania.

Nie zamierzałam w ogóle komentować, tego co się stało. Bo co tu komentować? Po prostu się nie udało. I tyle. Ale jak czytam nagłówki w prasie i artykuły na stronach internetowych to krew mnie zalewa! To naturalne, że mieliśmy nadzieję na „dłużej i więcej”. To naturalne, że chcielibyśmy zostać mistrzami i to najlepiej całego świata. Ale nie od razu Rzym zbudowano. I to jest to, czego nie potrafimy zrozumieć. My, Polacy, mamy jakąś dziwną mentalność. MUSIMY mieć wytłumaczenie na każdą okoliczność i porażkę. Nie jesteśmy w stanie uznać najprostszego: tego, że ktoś był lepszy. Zamiast tego szukamy winnych. Musimy mieć kozła ofiarnego i nie liczymy się z tym, czy nasza krytyka jest słuszna czy nie. Liczy się tylko to, żeby wskazać winnego i nie przebierając w słowach „wygarnąć mu”. Pytanie tylko: po co? Komu to pomoże? Co to da? Czy ktoś poczuje się przez to lepiej? Czy to coś zmieni? Odpowiedź: Nic nie da i niczego nie zmieni. Za to pogorszy ogólną atmosferę. Ale przecież uwielbiamy jątrzyć i mieszać, prawda? I to począwszy od uznanych dziennikarzy a na szarych ludzikach kończąc. Jesteśmy narodem, który kocha mieszać SWOICH z błotem. Uwielbiamy wyolbrzymiać porażki i kopać leżącego.  Nie szczędzimy przykrych i ostrych słów. Cóż, przykład idzie z góry, ale to nieistotne w tym momencie. Polskie przysłowie mówi: zły to ptak, co własne gniazdo kala. A my to robimy. Jak to o nas świadczy? Nie najlepiej…

Jak widzę słowa „wstyd i kompromitacja” to nie wiem czy śmiać się czy płakać. Wstyd to kraść. Ale na pewno nie jest wstydem przegrać z lepszym. Taka jest piłka, na tym polega gra. Wygrywa lepszy. Nasi piłkarze przegrali, ale przyjęli porażkę z pokorą, uznali wyższość rywala. Nie usłyszeliśmy od nich że „jeśli nie spełnili naszych oczekiwań to nasz problem” jak powiedział swoim kibicom kapitan drużyny rosyjskiej. Nasi chłopcy przegrali, ale nie próbowali udawać, że nic się nie stało. Nikt z nas nie jest w stanie zrozumieć co przeżywają teraz zawodnicy, jak wielka jest ich frustracja i zawód. Ale nie szukają sobie głupich usprawiedliwień. Przyznają się do swoich błędów. To postawa godna pochwały w kraju, w którym za swoje porażki zawsze obwinia się kogoś innego. Wstyd?! Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz pastwią się nad piłkarzami i trenerem, używając mocnych i niepotrzebnych słów. Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz odwrócili się do nich plecami. Jak było dobrze, to byliście z nimi, a jak jest źle, to trzeba dobić? To się nazywa fałsz i obłuda. To jest właśnie wstyd! Ale to takie typowe. Podpisujemy się pod sukcesami, ale w razie porażki zostawiamy swoich na lodzie. Mamy prawo czuć smutek, ma prawo być nam przykro, ale nauczmy się wreszcie jedności. Nauczmy się wreszcie, że prawdziwy kibic jest ze swoją drużyną na dobre i na złe. Spróbujmy wczuć się w sytuację piłkarzy. Jeśli my czujemy rozgoryczenie, to co muszą czuć oni???

Wiecie, cholernie trudno być piłkarzem (a właściwie kimkolwiek) w kraju, w którym wszyscy na wszystkim się „znają”. Wśród aktorów, dziennikarzy, polityków i zwykłych zjadaczy chleba aż roi się od ekspertów. Każdy ma dyplom w każdej dziedzinie. Dlatego tak łatwo przychodzi nam krytyka innych. Tylko że gdybyśmy to my wyszli na murawę, to po 10 minutach część z nas trzeba byłoby reanimować lub znieść z boiska. Zawsze wydaje się nam, że wiemy najlepiej, bo łatwo jest wiedzieć, jak się siedzi z puszką piwa przed telewizorem. Nie rozumiemy emocji, nie czujemy presji, nie podejmujemy decyzji. Ale od tych, którzy grają oczekujemy perfekcji. Odbieramy im człowieczeństwo i prawo popełniania błędów. A kiedy przegrywają wyzywamy od najgorszych, przeklinamy. Obrażamy się, bo zawiedli nasze oczekiwania. A czy te oczekiwania nie były „lekko” wygórowane? Nakręcamy się, wmawiamy sobie zwycięstwo, a potem czujemy się rozczarowani. Niemal każdemu wydaje się, że byłby na tym boisku lepszy, czujemy się uprawnieni do wystawiania not i ocen. Zapominamy, że to sport i wygrywa najlepszy. Ktoś musi odpaść. Na tym to polega.

Moglibyśmy się wiele nauczyć od naszych piłkarzy ( i nie naszych kibiców, patrz Irlandia). Przede wszystkich przegrywać. Bo to też trzeba umieć. Trzeba umieć przyznać się do błędu. Większość z nas nie potrafi. Frustrację i rozgoryczenie ukrywamy w potoku złośliwości i obelg. To brak klasy i nieumiejętność radzenia sobie z porażką. Wykrzykujemy, że drużyna nie spełniła naszych oczekiwań, ale czy my sprostaliśmy zadaniu? Nie, jeśli odwróciliśmy się od nich po przegranej. Taka sytuacja oznacza, że nie zdaliśmy  egzaminu szanowni tzw. "kibice”, nie mamy więc prawa krytykować innych. 

I jeszcze słowo odnośnie trenera. Powinien zostać tam gdzie jest. Chyba nikt w Polsce nie rozumie, że na sukces trzeba zapracować. Jeśli buduje się drużynę od podstaw, to potrzebny jest czas, żeby coś osiągnąć. A dwa czy trzy lata, wybaczcie, ale to namiastka potrzebnej ilości. Wystarczyło na zrobienie porządków i tchnięcie ducha w drużynę. Ale zabrakło na to, żeby dorównać Hiszpanii czy Brazylii. To drużyny, które od dawna pracują na jakość, a my chcielibyśmy mieć wszystko od razu. Na to potrzeba o wiele więcej czasu. Każdy zasługuje na drugą szansę. Nigdy niczego nie osiągniemy, jeśli bez końca będziemy zmieniać selekcjonera. Nie będzie szans na to, by uczyć się na błędach. To jak zmieniać lekarstwo, zanim przekonamy się czy działa.

I wbrew temu, co się teraz mówi – drużyna ma potencjał i będą z niej ludzie. O ile ci wszyscy „eksperci” i „znawcy tematu” tego nie zepsują.

Euro trwa, mimo że nasza drużyna już nie zagra. Cieszmy się tymi mistrzostwami. Cieszmy się, że możemy w nich uczestniczyć. Pokażmy Europie, że mamy klasę. Bawmy się dalej. Zdajmy ten egzamin do końca, nie wolno wychodzić w połowie. Piłka jest nadal w grze!

Dziękuję tym wszystkim, którzy wiedzą czym jest kibicowanie, którzy tak pięknie dopingowali naszej reprezentacji i nadal stoją za nią murem. Dziękuję tym wszystkim, którzy mimo porażki wciąż służą drużynie wsparciem. Po burzy zawsze w końcu wychodzi słońce. My na swoje musimy jeszcze poczekać, ale w końcu wyjdzie ono i dla nas. Gorąco w to wierzę. Trzeba nam cierpliwości, dużo ciężkiej pracy i trochę więcej szczęścia. A przede wszystkim kibiców, którzy nie będą oceniać, tylko wspierać drużynę. Takich, którzy docenią serce włożone w grę, a nie tylko wynik. Takich, którzy oprócz flagi w samochodzie noszą też polską flagę w sercu, bez względu na okoliczności.

Komentarze (3)
Skazani na sukces lub porażkę

Miałam w planach pisać dzisiaj o czymś innym, ale komentarz pod jednym z dzisiejszych wpisów skierował moje rozważania w tym kierunku.

Rodzimy się, dorastamy, żyjemy. W ciągu całego życia nabywamy coraz to nowe doświadczenia - jedni mniej, inni więcej. Mamy swoje sukcesy i porażki. Pytanie - czy nasze życie jest z góry zaprogramowane? Czy My jesteśmy zaprogramowani, czy też sami kształtujemy koleje losu? Jesteśmy "czystą kartą" czy też nie? Naturalnie w ciągu wieków pojawiało się wielu zwolenników obydwu teorii. I mamy ich także dzisiaj, choć może nie każdy uświadamia sobie, że przynależy do którejś grupy.

Dziś psychologia zaprzecza teorii tabula rasa. Przyjmuje się, że umysł dziecka po urodzeniu zawiera już pewne dane i informacje, które są następstwem ewolucji gatunku ludzkiego - taka spuścizna po przodkach.
Na ile jednak jesteśmy zaprogramowani i czy zawsze biologia robi swoje?
Osobiście skłaniam się ku teorii doświadczenia i uważam, że jest głównym czynnikiem kształtującym ludzi. Geny determinują nasz wygląd i pewne ogólnoludzkie schematy. W genach mamy zapisane informacje, umożliwiające przetrwanie gatunku, a więc też przetrwanie jednostki. Geny określają też w pewnym stopniu naszą podatność na niektóre choroby. Podatność to nie to samo co pewność, że ktoś zachoruje. Biologia na pewno determinuje wiele rzeczy, ale nie jest wyrocznią.

Taką polemikę można prowadzić bez końca i tak naprawdę każdy miałby wiele racji. Jak już napisałam w jednym z komentarzy, zgadzam się z tym, że jesteśmy różni. Właśnie dlatego, że kształtuje nas tak wiele różnych czynników. Dlatego moim zdaniem nie możemy przypisać naszej odporności i wrażliwości psychicznej lub jej braku biologii. Każdy gatunek bowiem dąży do jednego - przetrwania, a więc do stworzenia takiej puli genowej w obrębie gatunku, która zapewni mu jak najlepsze dostosowanie się do środowiska, w którym żyje. Przyjmując, że tak właśnie jest, musielibyśmy też założyć, że jeśli konstrukcja psychiczna jest cechą uwarunkowaną wyłącznie (lub w większości) genetycznie, musielibyśmy być pod tym względem bardzo podobni. A doskonale wiemy, że nie jesteśmy. Stąd moje przekonanie o dominującym wpływie doświadczenia na naszą psychikę. Mówiąc doświadczenie mam na myśli nie tylko zdarzenia, które spotykają nas w życiu, ale całokształt wydarzeń jakie mają miejsce po naszym urodzeniu - a więc w tym przypadku włączam tu wszystkie epizody z jakimi mamy do czynienia w dzieciństwie i samo wychowanie również. Doświadczenie w tym konkretnym przypadku traktuję jako zbiór wszystkiego, co spotyka nas po urodzeniu - czynniki środowiskowe, rodzinne, wychowanie, sytuacje losowe... W końcu często jesteśmy zupełnie inni niż nasi rodzice pod względem psychicznym i reakcji na bodźce zewnętrzne... Gdybyśmy dziedziczyli psychikę po rodzicach to w pewnym sensie z góry bylibyśmy skazani na sukces lub porażkę, na podejmowanie takich samych decyzji, podobne postępowanie. A przecież tak nie jest...

No i odbiegłam od tematu, bo nie o tym miałam pisać (choć poniekąd łączy się on nierozerwalnie). Jak myślicie - czy ludzkie życie jest z góry zapisane od A do Z, czy też jest to jedna wielka niewiadoma, którą określają nasze decyzje? Czy przeznaczenie istnieje? Kolejny temat rzeka... Tak często narzekamy na życie - a czy nie jest ono tylko rezultatem dokonywanych przez nas wyborów? Czy to co nas spotyka nie jest konsekwencją naszego postępowania? A jeśli tak, to czy zawsze? Mam kilka własnych teorii na ten temat, ale sprawa jest trudna i dużo bardziej zawiła niż temat poruszony przed chwilą, bowiem dotyka zarówno kwestii religijnych, jak i indywidualnych odczuć każdego człowieka. Dotyka tego co nieznane, a niewiadome rzeczy zawsze nas przerażają.
Co by nie mówić i nie myśleć, każdy ma prawo do własnych opinii. Jeśli wierzymy w siebie i w przezwyciężenie trudności, to zwykle udaje nam się osiągnąć cel. Kiedy nie wierzymy, wszystkie podejmowane przez nas decyzje są konsekwencją tej niewiary, co za tym idzie - często się poddajemy twierdząc, że walka i tak nie ma sensu... Sami skazujemy się na sukces lub porażkę... I tak naprawdę chyba właśnie to, w co wierzymy, określa nasze istnienie...

************************

Kiedyś dawno temu stworzyłam "coś" co pozwalam sobie teraz tutaj pokazać, przy okazji tego tematu...

TABULA RASA Z TOBĄ W TLE

zgubiłam Cię
gdzieś w gąszczu codziennych spraw
w szpitalnej sali na oddziale noworodków
zabrała Cię Twoja matka
mnie moja
więcej nie pamiętam

zgubiłeś mi się tuż po urodzeniu
rozdzielili nas - dwie połówki pomarańczy
zostały nam tylko niezapisane prawie tablice
z jednym słowem
Ty

staliśmy w kolejce do urodzenia
szedłeś przede mną
szepcząc coś przez ramię
podzieliłeś się ze mną
herbatnikiem z bufetu na chmurze
podtrzymałeś
gdy potknęłam się o kawałek nieba

dałam Ci swoją tabliczkę
byś się zapisał w pamięci
Ty dałeś mi swoją

Ciebie wezwali pierwszego
czas było się rozstać na chwilę
podałeś mi ręce
spojrzałeś w oczy głęboko
składając tak przyrzeczenie
przypieczętowałeś własnymi ustami
"będę czekał, przyjdź szybko" mówiłeś
pożegnaliśmy się już umierając z tęsknoty

odszedłeś aby się narodzić
a ja cierpliwie czekałam
obraz Twojej twarzy
zatarł się w pamięci
aż nadszedł mój czas

przebudziłam się w szpitalu
wśród bieli nowych twarzy
Ciebie tam nie było
a na mojej tabliczce
widniało tylko jedno słowo
"Ty"
nie zapisałeś mi adresu

i teraz błądzę po świecie
szukam Ciebie
wiem tylko że jesteś gdzieś
może obok

zgubiłeś mi się
więcej nie pamiętam
moją tablicę pokrywają coraz to nowe napisy
i ten jeden
"na zawsze Twój"
maj 2003

Komentarze (6)
Przegrywaj z uśmiechem!

Euro 2012 w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu. Nie, nie jestem jakimś szczególnym fascynatem piłki nożnej, ale słuchając dziś relacji w TV nasunęła mi się pewna refleksja. Cieszymy się naszym sukcesem i porażką Ukrainy (na razie wyznaczono jedynie Kijów). W każdym komentarzu podkreślany jest fakt - nasze cztery miasta i jedno ukraińskie. Skąd taka potrzeba rywalizacji? Przecież wyznaczono dwa państwa - czy nie powinny one ze sobą współpracować? Przecież cel jest jeden i wszystkim nam zależy, żeby dobrze wypaść. Całej Polsce i całej Ukrainie.

Idea rywalizacji jest nam wpajana od najmłodszych lat. Kto ładniej powie wierszyk, kto ładniej zaśpiewa piosenkę? Uważam, że miałoby to sens, gdybyśmy wszyscy byli obdarzeni takimi samymi zdolnościami, gdyby wszystkie dzieci w szkole miały tak samo dobry słuch, zdolności muzyczne i rytmiczne, a jakość wykonania piosenki zależała od intensywności ćwiczeń. Ale tak nie jest. Są dzieci, które bardzo chcą śpiewać, starają się, ale nie mają zdolności w tym kierunku. Czy to ich wina? Nie. Niczyja. Dlaczego więc są karane niskimi ocenami na lekcjach muzyki za "nieprawidłowe" odśpiewanie piosenki? Na lekcjach muzyki można oceniać wiedzę (a jest jej sporo, od znajomości nutek po kompozytorów) - a nie zdolności. Powinno się oceniać zaangażowanie dziecka. Zgadzam się - trzeba nagradzać dzieci szczególnie uzdolnione, może zorganizować dla nich jakieś specjalne dodatkowe zajęcia, może chór, albo muzyczne przedstawienia, może  nauka gry na instrumentach - ale dlaczego karać dzieci, które nie wykazują szczególnych zdolności w tym kierunku? Bo dwója za śpiew to kara, która zniechęci ucznia na długo, jeśli nie na dobre. Z motywacją nie ma to nic wspólnego. A dzieci są bardzo zdolne - tylko każde w innym kierunku. Jedne plastycznie, inne językowo, jeszcze inne fizycznie. Trzeba o tym pamiętać.
To naturalnie tylko przykład, ale uważam, że dobry. Co się dzieje w takiej sytuacji wśród uczniów jednej klasy? Zaczynają się podziały i rodzi się zwykła zazdrość. Zazdrość, która towarzyszy nam praktycznie już do końca życia. Pojawia się konkurencja - wewnątrz klasy, między klasami, potem w pracy i w życiu codziennym, a niejednokrotnie w rodzinie. Dobrze, jeżeli jest zdrowa, ale co jeśli przekracza granice zdrowego rozsądku? Co jeśli sięgamy po coraz to bardziej radykalne środki, byleby tylko zwyciężać, a nasz sposób patrzenia na świat i dążenia są nastawione tylko i wyłącznie na wygraną? Cóż, w tak skrajnych przypadkach jesteśmy w stanie posunąć się do rzeczy mało przyjemnych i gramy nie fair. Lęk przed porażką jest tak silny, że popycha niekiedy do czynów niegodnych człowieka. Myślę, że nie trzeba tego rozwijać. Spotykamy się z tym na co dzień w pracy. Tzw. wyścig szczurów to najlepszy przykład - kopanie dołków jeden pod drugim, "kablowanie", zagrania nie fair... Niestety - w niektórych firmach to taka szara codzienność. Jak nie będziesz się bronić i zwalczać ognia ogniem, to długo miejsca nie zagrzejesz. Przykre - ale prawdziwe. "Po trupach do celu".

Konkurencja w rodzinie i najbliższym otoczeniu to też nie jest nowy temat. Kto ma droższy samochód, grzeczniejsze dzieci, lepszą pracę, kto ma fajniejsze wakacje co roku itd. Można wymieniać bez końca. I na tej podstawie tworzą się między ludźmi podziały. Budzi się źle pojęta zazdrość, która dzieli, a z czasem rodzi nawet nienawiść.
I pomyśleć, że wszystko to zaczyna się już w najmłodszych latach naszego życia!

Bardzo chciałabym móc sprawić, by pedagodzy oceniali wiedzę i postępy oraz umiejętności i zaangażowanie, a nie zdolności uczniów - na pewno wiele by to zmieniło. Ale nie mam niestety takiej mocy ani nie leży w moich kompetencjach poddawanie krytyce obecnego systemu. Jednakże ma prawo mi się on nie podobać i tak właśnie jest. Tak się przyjęło, a zmiany wymagałyby dużego nakładu pracy i zmian nie tylko w sposobie nauczania. Bo znam wspaniałych nauczycieli, którzy są niestety ograniczani przez program i obowiązujące reguły.
Zmiany wymagałyby też jeszcze większego zaangażowania rodziców w wychowywanie dzieci i kształtowanie ich systemu wartości. Zmiany wymagałyby istotnych przemian w świadomości społeczeństwa i naturze mediów. A nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe.

Jestem przeciwna wywoływaniu i szerzeniu ducha niezdrowej konkurencji, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Jeśli w najmłodszych latach nie nauczymy ich przegrywać z twarzą - nie będą tego umiały także potem. Pochwalam natomiast fair play w każdej sytuacji. Wiele razy na tym straciłam, ale zyskałam coś po wielokroć cenniejszego - spokój ducha, doświadczenie i pewność, że uczciwość mimo wszystko się opłaca. Bo nic tak nie buduje jak uczciwa wygrana. Takie zwycięstwo smakuje tysiąc razy lepiej. Porażka natomiast, odniesiona w uczciwej rywalizacji, w każdym wieku ma wartości edukacyjne.

Dlatego uważam, że nie sztuką jest wygrywać. Sztuką godną mistrza jest umiejętność przegrywania z uśmiechem i wyciągania z tego wniosków na przyszłość. Sztuką jest uczyć się na błędach. Sztuką jest umiejętność przekształcenia porażki w sukces, czego i Wam i sobie życzę :).

Komentarze (6)