iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Zwariowany dzień

Znowu przyczepił się do mnie PECH. Ale nie taki dramatyczny,. tylko ten powodujący komiczne sytuacje. Komiczne dla innych, dla mnie dopiero po czasie.

Zaczęło się wczoraj. Dzięki mojej sklerozie zablokowałam sobie internetowy dostęp do konta bankowego. Wystarczyło trzykrotnie wpisać błędne hasło. No właśnie błędne, to dlaczego mnie zablokowało? Przecież wpisywałam właściwe! Zweryfikowałam w pamięci wykonywane czynności i po chwili mnie olśniło. Myślałam dobrze, ale pisałam źle. Pomyliłam ze sobą dwie cyfry i trzykrotnie popełniłam ten sam błąd. Moje gratulacje dla samej siebie. Gdyby istniał jakiś konkurs na roztargnienie to wygraną miałabym w kieszeni. Z drugiej strony czy to już ten wiek, że będę o wszystkim zapominać??? Czy to już ten wiek, że muszę sobie wszystko zapisywać, w przeciwnym razie uleci? Zresztą - pamiętałam dobrze, źle klepałam klawiaturę, to jak to nazwać? Roztargnienie, ślepota? Nazwałabym to brakiem łączności ośrodka decydującego z wykonawczym....

Z wysiłkiem wystukałam numer infolinii i pytam tego biednego pana po drugiej stronie co ja mam teraz zrobić? A ten biedny pan ani na chwilę nie stracił powagi (myślałam, że mnie wyśmieje, ale jednak nie) i tym samym spokojnym głosem poinstruował gdzie mam się zgłosić. No to dzisiaj podreptałam do najbliższego oddziału banku i z pokorą bijąc się w piersi wyznałam popełniony błąd. O dziwo nikt się nie śmiał, chociaż od wczoraj nawet ja sama nie mogłam wyjść z podziwu dla samej siebie i śmiałam się do granic możliwości. Z roztargnienia, czy jak to tam zwał.

Dostęp internetowy odzyskałam.

Wróciwszy do domu, postanowiłam zjeść szybki obiad. Popełniłam błąd kardynalny robiąc sałatkę i łącząc składniki w niedozwolony sposób, co wydało się dopiero przy jej spożywaniu. Znowu roztargnienie... Tym razem nieco mnie otrzeźwiło.

No i wreszcie wychodzę z domu, a tu ściana deszczu (plus jest taki, że błyskawicznie wymiotło panów ocieplających budynek i zrobiło się cicho). Mam parasolkę, ale zalało całą ulicę, woda sięga powyżej kostek. Co robię? Oczywiście włażę tam gdzie jest najgłębiej i nie robię tego celowo - przypadek. Nie wracam do domu bo skoro już i tak jestem mokra, jest mi wszystko jedno. Biegnę na przystanek. Akurat jedzie busik. No to wyjmuję pieniążek, a w drugiej ręce dzierżę parasolkę. Wchodzę do busa, ktoś mnie potrąca i pieniążek wypada. No wypada, tylko gdzie? Rozglądam się, nie widzę nigdzie, wyjmuję z portfela drugi i płacę. Po czym siadam i analizuję sytuację. Gdzieś ten pieniążek musi być. Sprawdzam u siebie w rękawie - nie ma. Zaglądam do złożonej parasolki - JEST! Próbuję go wyciągnąć, ale parasolka jest z tych długich, nie da się bez rozkładania, a gdzie ja ją w tym busiku rozłożę?! NO to przechylam parasolkę, żeby pieniążek wypadł. Cel osiągnęłam, wypadł, tylko znowu nie wiem gdzie! Patrzę pod nogi, na siedzeniu obok. Nie ma i nie ma. Przez chwilę daję spokój, po czym doznaję kolejnego oświecenia. Może moneta spadła gdzieś za mną. Oglądam się. JEST! Próbuję przełożyć rękę przez fotele - ale się nie da. No to pomagam sobie parasolką. Kiedy pieniążek jest tuż - sięgam ręką i... pieniądz leci w drugą stronę... Znowu pomagam sobie parasolką. Wreszcie kładę się na siedzeniu i podnoszę zgubę. Nareszcie!

Oczywiście żadnemu pasażerowi nie umknęły moje zmagania. Scena, której sam Jaś Fasola by się nie powstydził, ech...

Ale najważniejsze jest to, że ani deszcz, ani uciekający pieniądz, ani blokada konta nie wyprowadziły mnie z równowagi. Okazało się, że potrafię się z siebie śmiać i traktować siebie z dystansem. To ważne. Dzień był zwariowany, ale sporo mnie nauczył. Między innymi tego, że kałuża jest zawsze najgłębsza tam, gdzie wydaje się być najpłytsza ;P. Jaś Fasola byłby ze mnie dumny ;).

Życzę Wam miłego wieczoru i tego, by każdy pech objawiał się tylko w postaci komicznych zdarzeń :) Pozdrawiam :)

 

Komentarze (11)
Dom jak skarbonka

Przeprowadzona, posprzątana i urządzona. Tak mogę o sobie dzisiaj powiedzieć. Mimo, że od przeprowadzki minęły dwa tygodnie, życie dopiero teraz nabrało normalnego rozmiaru i tempa. Do tej pory ciągle musiałam po coś jeździć, tego brakowało, tamtego nie było, coś jeszcze by się przydało. Okazało się, że znalezienie lokum i przewiezienie rzeczy było najmniejszym problemem. Rozpakowanie ich także. Prawdziwym problemem okazały się częściowe braki w wyposażeniu, bo czegoś nie zabrałam, bo myślałam, że się nie przyda - a byłoby jak znalazł. Nauczka na przyszłość :). Podczas kolejnej przeprowadzki (w razie czego) będę już mądrzejsza.

Swoją drogą urządzenie całego domu musi być nie lada wyzwaniem. Pomysł to nie wszystko. Potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Nawet jeśli niektóre rzeczy są tańsze, na innych producent zarobi podwójnie. Jeśli jeszcze ktoś ma w tym kierunku zdolności i może sobie sam przygotować lub zrobić wiele rzeczy - to super. Potrzebny będzie czas i materiały. Ale jak ktoś kupuje tzw. gotowce - to trzeba się przygotować na to, że kieszeń będzie pusta i pusta. Dom czy mieszkanie to jedna wielka skarbonka. Nawet już urządzone często potrzebuje żeby co jakiś czas wrzucić w nie trochę kasy, coś dokupić, odświeżyć, zmienić...  Czasem zastanawiam się po co nam to? Mieszkając w Indiach widziałam domy z minimum sprzętów, surowo urządzone, aczkolwiek niezbędne rzeczy były. I ludziom dobrze się tak żyje. Nie przywiązują wagi do tego jak mieszkają, tylko z kim. Miałam wrażenie, że są o niebo szczęśliwsi od nas. A u nas? Sąsiad robi remont - to my też, przecież nie będziemy gorsi! Kuzyn kupił nowe meble, no to my też, czemu mamy mieć gorzej? Zaciągamy kredyty, bierzemy pożyczki i spłacamy je potem latami, tylko po to, żeby nie mieć gorszego samochodu niż kolega z pracy. A czy to naprawdę jest konieczne? Czy to co mamy naprawdę świadczy o tym, jakimi ludźmi jesteśmy? Nie wydaje mi się. Czy naprawdę opinia zawistnych ludzi jest dla nas taka ważna, żeby pakować się w długi? Uważam, że nie. Ale wielu z nas najwyraźniej nie dorosło jeszcze do tego, by ustawić właściwą kolejność priorytetów i wprowadzić ją w życie. Bo mieć moi drodzy nie zawsze oznacza być. Za to być zawsze oznacza mieć - niekoniecznie materialnie, ale na pewno duchowo!

Komentarze (3)
Darmowe przepowiednie: nadchodzi przełom!

W ostatnim tygodniu zaniedbałam bloga i pisanie. Czasem wskazane jest oderwanie się od codzienności na jakiś czas. Po co? Po to, by móc do niej wrócić z nowymi siłami i świeżym spojrzeniem. Tak więc po okresie nieobecności wracam pełna nowych pytań - czasem naiwnych, czasem nurtujących, czasem retorycznych...

Kilka dni temu odkryłam w swojej skrzynce intrygującego maila. Nadawca nieznany. Właściwie znany, bo imię było, ale zupełnie do mnie nie przemawiało. Mail zawierał gorliwe przeprosiny od obcej mi osoby, za to, że nie odczytała mojej prośby na czas i nie mogła mi pomóc. Rzekoma sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu. Sprytnie. Kilka miesięcy - przyznacie -  to wystarczający okres czasu, żeby zapomnieć do kogo wysyłało się maila i gdybym siebie nie znała - uwierzyłabym, że coś takiego zaistniało w przeszłości. Na nieszczęście dla piszącego znam siebie całkiem nieźle i w życiu nie prosiłabym wróżki czy jasnowidza o pomoc. A z treści wiadomości wyraźnie wynikało kim jest nadawca i jaką pomoc mi oferuje. Astrologia to coś do czego podchodzę z dużym przymrużeniem oka i nie pozwoliłabym, aby to ona wyznaczała mi drogę. To raz. Dwa - każdy jest ciekawy swojej przyszłości, jednakże nie należę do osób, które chciałyby ją poznać przed czasem. Oczywistą koleją rzeczy było umieszczenie maila w koszu.

I tak nastał spokój. Do dziś. Dziś bowiem otrzymałam kolejnego maila. Tym razem zawierał on informacje, które nadawca rzekomo "wyczuł" odnośnie mojej osoby. Dałabym się nabrać, gdyby nie potraktowano mnie jak zupełnego laika. To, że nie wierzę w astrologię nie oznacza, że moja wiedza na jej temat jest zerowa. Ogólne pojęcie mam i przydaje się ono w podobnych sytuacjach. Bowiem wszystko to, co wiadome było nadawcy z tajemnych źródeł - mnie również jest znane, z książek i horoskopów. Mail zawierał ogólne informacje na temat mojego znaku zodiaku, planet, numerologii. Nic odkrywczego. Naturalnie w promocji zaproponowano mi książkę jasnowidza (za symboliczną kwotę pieniędzy), która pomoże mi uniknąć kolejnych życiowych błędów. Wszystko to w ramach przeprosin i w zakresie BEZPŁATNEJ pomocy.

Jedyna rzecz, która mnie zaciekawiła to fakt, że w wiadomości pojawiła się data: 28 kwietnia 2010. Ten dzień ma stanowić przełom w moim dotychczasowym życiu - prywatnym, zawodowym, finansowym i jakim tylko chcecie. W dalszej części maila piszący częściowo się z tego wycofał i zaznaczył, że nie podaje dokładnej daty. "Cud" może nastąpić kilka dni wcześniej lub później.

Cóż, do 28 kwietnia już nie daleko. Tylko miesiąc. Ciekawa jestem jakiż to cud może się nagle wydarzyć i sprawić, że będę - wedle piszącego - szczęśliwa? Co takiego może wywrócić moje życie do góry nogami? Bo na chwilę obecną nie mam większych powodów do narzekań i nie zamierzam poprawiać tego co jest dobre.

Czasem zapominamy o tym, że lepsze jest wrogiem dobrego - i na tym bazują wszyscy naciągacze. Przerażające jest to, jak często udaje im się nas nabrać. W dobie internetu łatwo jest zdobyć czyjąś datę urodzenia i adres mailowy. A to już wystarczy, by stworzyć wiarygodną historyjkę. Dlatego bądźmy czujni.

Miłego popołudnia życzę i z niecierpliwością oczekuję na serię fantastycznych zdarzeń w moim życiu, która - wedle przepowiedni - właśnie nadchodzi ;))))

Komentarze (9)
Masz pieniądze? Postaw sobie znak!

A jednak wszystko można kupić!

Zdenerwowałam się dzisiaj sytuacją moich znajomych. Od lat mieszkają w tym samym mieszkaniu. Od lat parkują samochód pod domem, przy wjeździe do swojej posesji i nigdy nie było z tym problemu. I od jakiegoś czasu walczą z bardzo nieprzyjemnym i baaaaaaaaardzo bogatym sąsiadem, który ma tam swoją firmę. Sąsiad ów zachowuje się jakby należał do niego cały okoliczny teren. Dlaczego? Ponieważ go na to stać.

Dzisiaj rano pojawił się znak zatrzymywania się. Ni mniej ni więcej, tylko przy wjeździe w uliczkę, przy której mieszkają znajomi. Kilka godzin później pojawił się życzliwy policjant, który powiadomił ich, że nie wolno im dłużej parkować w tym miejscu. Podobno sąsiad wykupił całą ulicę łącznie z chodnikiem po tej jednej stronie - żeby mogły tam parkować samochody obsługujące jego firmę! Jednakże przy znaku nie ma żadnej tabliczki regulującej tą sytuację i wskazującej kogo zakaz nie dotyczy.

Skoro postawiono znak zakazu - to niech to chociaż będzie zgodnie z przepisami. Skoro znak nikogo nie wyklucza - to zakaz powinien dotyczyć wszystkich. Inaczej bez sensu było go stawiać. Mało tego, na wspomnianej uliczce, po tej samej stronie stoi w tej chwili znaków zatrzymywania dwa (zupełnie bez potrzeby bo wystarczyłby jeden). W dodatku pierwszy znak informuje o zakazie zatrzymywania się na całej długości ulicy, aż do skrzyżowania, drugi zaś (w połowie ulicy) od miejsca ustawienia tego znaku do tego samego skrzyżowania. Masło maślane.

Powiem więcej, ów sąsiad życzy sobie, żeby przechodnie chodzili drugą stroną ulicy - bo on wykupił chodnik dla siebie i swoich samochodów! Tu mnie sytuacja rozbawiła, bo naturalnie nie ma żadnego znaku informującego, że przejście drugą stroną ulicy.

To jakaś totalna bzdura i kpina. Można sobie wykupić kawałek ulicy, nie zważając na to, że ktoś na niej mieszka i że utrudnia się komuś życie. Można sobie nastawiać znaków - gdzie się chce i jak się chce, ignorując przepisy i innych ludzi. I to tylko dlatego, że ma się pieniądze.

Ten kraj jest pełen absurdów. I tak będzie dopóki prawo będzie tylko dla bogatych.

Komentarze (14)
Jak zarobić na cudzym nieszczęściu?
JAK ZAROBIĆ MILIONY NA CUDZYM NIESZCZĘŚCIU?

 To bardzo proste. Wystarczy znaleźć nowego wirusa starej choroby, wywołać prawdziwą burzę medialną i mieć pod ręką lek do sprzedania. Wersja druga - wykorzystać pojawienie się nowego wirusa grypy do zbicia fortuny. W ten sposób bowiem zarabiają teraz dwa duże koncerny farmaceutyczne.
O świńskiej grypie już pisałam, zresztą nie ja jedna. Spekulacji jest więcej niż faktów. Tych ostatnich podaje się niewiele. To na wypadek gdyby ktoś zorientował się, co stoi za nagonką medialną. A stoją pieniądze i to nie byle jakie.

Świńską grypę leczy się obecnie dwoma lekami: Tamiflu i Relenza. Hamują one namnażanie się wirusa. Panika wywołana przez media spowodowała masowe wykupowanie obu leków w krajach, które udostępniają go bez recepty. I tak np. w Bułgarii cena Tamiflu wzrosła dwukrotnie. W samej stolicy przeliczając na złote, lek kosztuje już ponad 80zł i cena nadal rośnie. W innych miastach sięga 112zł. (www.wprost.pl)

Czy to nie jest lekka przesada??? Produkcje obydwu leków zwiększono, poszczególne kraje składają na nie duże zamówienia a akcje dwóch koncernów farmaceutycznych - szwajcarskiego i brytyjskiego - gwałtownie poszły w górę.

Nie potrafię zrozumieć w tym wszystkim jednej rzeczy  - są choroby groźne i mniej groźne. Takie, które zagrażają życiu i takie, które je utrudniają. Czy leki ratujące życie nie powinny być tańsze i lepiej dostępne od tych, które jedynie poprawiają samopoczucie? Jak to jest, że rodzice ciężko chorych dzieci muszą zbierać pieniądze, bo nie stać ich, żeby zapłacić za bardzo drogie medykamenty i kuracje? Jak to jest, że muszą szukać wsparcia i pomocy u innych, by uratować im życie? Czy ratowanie życia nie powinno być oczywiste i niezależne od zasobów materialnych??? Najwyraźniej nie. Podobno zdrowie jest droższe od pieniędzy - szkoda, że nie w naszym kraju... Czy to nie jest przerażające, że jak Cię stać - to będziesz żył, a jak nie - to nie ma litości ani miejsca dla Ciebie człowieku?

Jak widać w dzisiejszym świecie za wszystko trzeba płacić, nawet za to co bezcenne i dane nam  w chwili urodzenia za darmo - życie i zdrowie.
Nawiasem mówiąc, szczepionka na świńską grypę już w przygotowaniu, a jak twierdzi nasza pani minister zdrowia - "zaszczepieni mają szansę na przetrwanie". I to mówi lekarz... Gdyby ten wirus był tak złośliwy jak się go przedstawia, już dawno mielibyśmy prawdziwą pandemię, a nie tylko medialną panikę.

A tutaj mały bonusik. Reklama szczepionki przeciwko świńskiej grypie, która była wyświetlana  w Stanach już w roku 1976. To zaledwie jakieś 33 lata wcześniej. Interesujące - nieprawdaż?

www.liveleak.com/view

A ja się rozchorowałam. Nie ma się co dziwić, w końcu mamy medialną pandemię świńskiej grypy, musiało mi się udzielić :). Co prawda w Meksyku nie byłam nigdy w życiu (szkoda...), nie miałam też ostatnio żadnego kontaktu z osobami wracającymi z zagranicy, ani sama w ogóle znikąd nie wracałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. To trochę psuje koncepcję, ale gorąco wierzę w wyobraźnię naszych mediów. Z pewnością dałoby się mnie "podczepić" do jakiejś pielgrzymki lub dalekiego krewnego, którego jeszcze dalszy znajomy ma córkę, której mąż miał kontakt z pielęgniarką, której ojciec akurat myślał o wyjeździe do Meksyku lub Stanów i dostał stamtąd pocztówkę :). Prawda, że wiarygodna historia? :)
 

Komentarze (3)