iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O aborcji raz jeszcze

Świat się zmienia. Wokół nas wciąż dzieje się coś nowego - pięknego lub tragicznego... Dawno tu nie zaglądałam. Ale dziś naszła mnie refleksja. I taka przerażająco silna potrzeba zamiany myśli w słowo pisane, podzielenia się tym, co mam w głowie, w sercu, że oto jestem...

O aborcji już było. Dawno temu dodałam na ten temat dłuuuuugi wpis. Wzbudził wiele kontrowersji - co wcale nie dziwi, bo sam temat jest kontrowersyjny i wywołuje wiele różnorakich emocji. Samo słowo "aborcja" prowokuje. Ale to tylko słowo. Kilka liter. To, co burzy, to jego znaczenie i ogromny ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie.

Dzisiaj nie chcę prowokować. Choć pewnie tego nie uniknę. :) Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że życie ma tysiące odcieni szarości. Zawsze powtarzałam, że punkt widzenia zależy od punktu odniesienia. A punkt odniesienia od punktu siedzenia, itd. Mój punkt odniesienia się zmienił. Nie, nie zmieniam stanowiska w tej sprawie. Nadal bezwarunkowo szanuję życie i jestem przeciwna odbieraniu go. Ale dzisiaj, tych parę lat później, jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Inaczej patrzę na świat i ludzi.

Dzisiaj - jestem mamą. Kiedy patrzę na moje dziecko - jak śpi, jak radośnie odkrywa świat, jak wyciąga do mnie rączki i spogląda prosto w oczy - czuję wdzięczność. Jestem wdzięczna, że moje poglądy w kwestii macierzyństwa zawsze były tak jasno sprecyzowane. Kiedy tulę dziecko w ramionach, wiem, że to właśnie tego zawsze mi brakowało. Kiedy uśmiechamy się do siebie, wiem, że to na to czekałam i nigdy bym z tego nie zrezygnowała. A kiedy patrzę jak moja pociecha się uczy - ja też się uczę: inaczej myśleć, inaczej rozumieć, dostrzegać drugą stronę medalu. I jestem wdzięczna, że nigdy nie musiałam zastanawiać się, czy chcę być matką. Zawsze chciałam nią być. W czasie, który sama wybrałam, lub w takim, który wybierze dla mnie los.

I dopiero teraz, kiedy już doświadczyłam tego cudu, zaczyna do mnie docierać, jak trudna musi być decyzja o aborcji. Może nie dla każdej kobiety. Może na początku część z nich wcale nie zastanawia się, jak będzie POTEM. Decydują pod wpływem chwili. Albo nie widzą innego wyjścia. Może czekają na lepszy moment, na inne okoliczności... A może rozważają tę decyzję tygodniami, aż zaczyna brakować czasu... Jest tak wiele możliwości, okoliczności, sytuacji... Tak wiele kobiet...

Właściwie mogę mówić tylko za siebie, bo siebie znam najlepiej i wiem, że nigdy bym sobie nie wybaczyła decyzji na tak. Nigdy nie przebolałabym tej straty i ten ciężar prześladowałby mnie już do końca życia. Należę do tych kobiet, które biorą byka za rogi i żyją z konsekwencjami swoich czynów. Może inne nie mają tyle odwagi. A może dla nich to ja nie mam odwagi. Bo ile trzeba mieć w sobie siły, żeby zdecydować się na aborcję? Co jest łatwiejsze? Urodzić i wychować, czy poddać się zabiegowi? Nie chcę używać mocnych słów - zabić, zamordować - bo to skrajność. Skrajności są niebezpieczne :)

Zapatrzeni w filmowych bohaterów nie zauważamy, że nasza egzystencja też jest jak film. Życie pisze scenariusze, a my gramy swoje role, trudniejsze lub łatwiejsze, ale nigdy takie same. Każdy z nas ma swój prywatny film, swój kanał, swoją ścieżkę. Kimże więc ja jestem, żeby mówić komuś co ma robić i jak postąpić? Kimże jestem, by kogoś oceniać? Jestem przeciwna aborcji. Jestem przeciwna temu, żeby traktowano ją jak spóźniony środek antykoncepcyjny i wygodne rozwiązanie. Ale to MOJE PRYWATNE zdanie. Nie mam prawa nikomu niczego narzucać, nie mam prawa nikogo krytykować. Żeby kogoś zrozumieć, trzeba się znaleźć w jego sytuacji. To taka refleksja poczęta z daleka od rozważań w kwestii etycznej i moralnej. To refleksja czysto duchowa.

I właśnie dzisiaj, patrząc na moje dziecko, pomyślałam, że podjęcie decyzji o aborcji dla części kobiet musi być traumatycznym przeżyciem, dla innych zaś jest niewiele trudniejsze od wyboru koloru ścian w kuchni. Może trochę brutalne porównanie, ale nie każda kobieta chce być matką. Nie muszę zgadzać się z tym co robią, nie muszę tego rozumieć i nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać. Ja zawsze będę bronić życia. Ale nie mam prawa nikomu narzucać swojego punktu widzenia i sposobu myślenia. Każdy w zaciszu własnego sumienia rozważa to, co dla niego dobre, a co złe. Każdy będzie żyć z własnym sumieniem już do końca i robić jego rachunek miliardy razy. To, co dzisiaj nie boli, jutro może nieludzko dręczyć. I wracać... I nawiedzać... I przeciwnie - to co dzisiaj rozdziera, jutro może się zabliźnić...

Ja, choć mam własne zdanie, nie mogę go nikomu narzucać, tak jak nie chciałabym, żeby ktoś wymuszał na mnie swój sposób widzenia świata... Każdy ma swoją parę butów i ścieżkę, którą kroczy.

Jeśli byłaś kiedyś w takiej sytuacji, jeśli musiałaś podjąć tą wyjątkową decyzję - życzę Ci, żeby jutro było łaskawe i nie przyniosło wątpliwości. Żebyś zawsze była tak samo pewna słuszności swojego wyboru.

A tym kobietom, które wciąż się zastanawiają, powiem tylko, że mój punkt widzenia świata przemieniła właśnie obecność dziecka, a nie jego brak. Ono zmienia mnie na lepsze. Uczy dostrzegać ludzi i ich problemy. Uczy pokory. Uczy nowego spojrzenia na otoczenie i życie. Wreszcie - uczy mnie miłości nieporównywalnej z żadną inną...

Komentarze (2)
Jak to życie potrafi zaskoczyć...

Nie było mnie, oj nie było mnie długo. Wyszłam za mąż i miałam zaraz wrócić, ale... wciągnęło mnie na dobre. Pranie, gotowanie, sprzątanie no i zagadka znikających skarpetek, o której pisze czarnapantera :). Żartuję. Z tym małżeństwem to trochę przesadziłam. Nie wyszłam za mąż - jakże bym śmiała nie poinformowawszy Was wcześniej :). Ale problem ze znikającymi rzeczami mam, a owszem. Czasami to sama czuję się tak, jakbym wpadła w jakąś czarną dziurę. Szczególnie deficytowy jest czas, który - uwierzcie - po prostu przecieka mi przez palce. Mam jeszcze tyle planów, spraw do załatwienia, tyle chcę zobaczyć, poznać, zrobić - a zwykłe 24h nie wystarczają mi by sprostać obowiązkom, których się podjęłam.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam. Zapomniałam uwzględnić sen i posiłki. Ale jakoś daję sobie radę :). Życie mnie nie rozpieszcza i wciąż potrafi zaskoczyć. Jak ostatnio...

Ileś lat temu poznałam człowieka, który zawładnął moim sercem bezgranicznie. Człowiek ów, nazwijmy go umownie X, jawił mi się jako stworzenie iście nieziemskie. Cóż to była za miłość! Taka, o której rozpisują się poeci, marzą wszystkie nastolatki, taka, której obraz nosi się w sercu do grobowej deski. I taka zupełnie mało mająca wspólnego z życiem, bo to właśnie życie nas rozdzieliło. Tego związku nie skończyło żadne z nas, po prostu musieliśmy się rozstać, rozdzieliły nas okoliczności. X podjął twardą i nieodwołalną decyzję nie widząc innego rozwiązania. A ja? Ja uważałam że inne rozwiązanie istnieje, z tym, że byłoby o wiele wiele trudniejsze do wprowadzenia w życie. Cóż, zawsze byłam nieco oderwana od ziemi... Czas mijał a ja wypłakiwałam sobie oczęta za panem X, marzyłam o chwili, w której do mnie wróci, powie, że zrozumiał błędy itd, tworzyłam coś na kształt poezji z deszczu, mgły i kilku wspomnień, które mi po nim zostały. Po nim i po naszej miłości. Marzyłam... Ale tylko marzyłam, bo wiedziałam, że X ma narzeczoną, z którą co prawda mu się nie układa, ale którą rodzina X jest zachwycona.

Tak więc płakałam i godziłam się z losem, prawie jak bohater romantyczny, wystarczyłoby tylko dołożyć konflikt wewnętrzny żeby targał mną na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przemóc, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym. To ten upragniony i wytęskniony X przekonywał mnie stale, że powinnam sobie ułożyć życie bez niego, założyć rodzinę, wychować męża (to ostatnie dopowiadałam sobie sama ;P )... Wreszcie doszłam do wniosku, że jestem na to gotowa. W końcu ile lat można opłakiwać coś, co skończyło się zanim na dobre się zaczęło? Szkoda życia! Nie udało mi się zapomnieć, ale udało mi się pogodzić z sytuacją i żyć dalej. W tym godzeniu się z losem i sytuacją bardzo pomocny okazał się Y, którego wówczas poznałam. Y wniósł do mojego życia wiele słońca i nadziei. Przy nim odżyłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem dla kogoś ważniejsza niż wszystko inne.

Od tamtej pory minął prawie rok. Okazało się, że miłość może uskrzydlać nie rozdzierając człowieka w środku. Że potrafi być bezinteresowna i przynosić poczucie bezpieczeństwa. Że stałe konflikty czy awantury nie muszą być jej częścią. Za to są nią spokój i harmonia.

Około 2 tygodni temu dowiedziałam się, że pan X zerwał ze swoją narzeczoną. Że bardzo żałuje wyboru jakiego dokonał przed laty. Że do dziś żałuje, że nie walczył - o mnie i o nas. Dostałam również intrygującą wiadomość od członka jego rodziny z prośbą: "Wróć".

Poczułam się tak, jakbym dostała cegłą w głowę. Wróć? Teraz? Po tym wszystkim? Przez dwa dni chodziłam skołowana i niepewna już niczego. Życie dołożyło mi konflikt wewnętrzny, o którym pisałam wcześniej :). Bo oto na wyciągnięcie ręki mam tą wyśnioną wymarzoną wytęsknioną miłość opiewaną przez poetów. A z drugiej strony miłość zrównoważoną, spokojną, jasną... Miłość, która nie nakłada na mnie ograniczeń i daje mi prawdziwą wolność.

Życie potrafi zaskoczyć. I ludzie, których znamy również potrafią nas zaskoczyć. Ale najbardziej zaskakujemy sami siebie, kiedy dociera do nas, że ta miłość - szalona, zwariowana, dla której gotowi jesteśmy skoczyć w ogień, to nie taka miłość której pragniemy. Prawdziwa miłość nie wymaga od nas bezsensownych poświęceń. Prawdziwa miłość to ta, która dodaje nam skrzydeł, byśmy mogli wznieść się wysoko, ale nie zakłada nam przy tym łańcucha na szyję.Wiele innych uczuć często przybiera maskę miłości, po to by po jakimś czasie ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie dajmy się temu zwieść...

Jak myślicie, którą miłość wybrałam? :)

Komentarze (8)
Styropianowe refleksje

Głupota niestety nie jest chorobą. A szkoda, bo gdyby była, można byłoby próbować ją leczyć. Albo chociaż mieć nadzieję, że ktoś kiedyś wynajdzie na nią lekarstwo. A tak zostaje jedynie pogodzić się z faktami. Mój znajomy mawia, że gdyby głupota miała skrzydła i mogła latać - mało kto pozostałby na ziemi. Coś w tym jest.

Panowie z firmy ocieplającej budynek - mimo wcześniejszych namiętnych zapewnień, że już nie będą tego robić - wciąż torturują nas od najwcześniejszych godzin rannych. Dochodzę do wniosku, że lubią urozmaicenia w pracy w postaci telefonów mieszkańców. Na pewno lubią też dni zaprawione nutką ryzyka, kiedy to mój sąsiad odgraża się im, że jak jeszcze raz obudzą mu dziecko to...

Na szczęście przemili panowie mniej klną. Czasem jeszcze wymknie się któremuś jakieś wulgarne słówko, ale częściej pod nosem niż na cały głos. Chociaż tyle dobrego. Ze złych rzeczy doszedł sypiący się do mieszkania styropian. Wszędzie go pełno, nie nadążam sprzątać. To efekt otwartego na chwilę okna. Potrzebowałam świeżego powietrza, dlatego zdecydowałam się na ten krok. Teraz czeka mnie porządne sprzątanie. Ale warto było ;).

Styropian sprzyja refleksjom. Ocieplamy domy, żeby nie marznąć zimą. Żeby mieszkało się przytulnie i przyjemnie. Żeby uniknąć dodatkowych kosztów. Pomyślałam sobie, że w życiu jest tak samo. Każdy z nas jest jak ten budynek, który przetrwa bez ocieplania. Ale nie będzie się już mieszkało tak dobrze. Pojawi się wilgoć, a koszty ogrzewania będą znacznie wyższe. Tak samo jest z nami, ludźmi. Potrafimy trwać bez miłości. Ale bez niej gorzkniejemy. Wyzbywamy się pewnej radości. Brak nam pewnego rodzaju ciepła. Szukamy więc miłości, by ocieplić nasze życie. By żyło się przyjemniej, bezpieczniej, przytulniej. Żeby było się do kogo przytulić, żeby było się do kogo uśmiechać. Miłość jest trochę jak styropian :). Otula nas i ociepla nasze życie. Sprawia, że staje się ono lżejsze i łatwiejsze. Bo każdy bagaż niesiony we dwoje wydaje się lżejszy, a każda troska dzielona na pół wydaje się mniejsza.

Można przetrwać bez miłości. Lecz czy można bez niej żyć? Czy można żyć ze świadomością, że nikomu na nas nie zależy? To chyba byłoby bardzo trudne. Ale jest tu pewien błąd. Nigdy w życiu nie dzieje się tak, że jesteśmy obojętni całemu światu. "Zawsze gdzieś czeka ktoś" jak mówi piosenka Anny Jantar. Nawet kiedy wydaje nam się, że wszyscy nas nienawidzą, że wszyscy nas opuścili - nie jest tak. Bardzo często przypisujemy ludziom błędne intencje. Bywa, że w złości mówimy sobie różne przykre rzeczy. Ale wcale nie muszą być one prawdziwe. Dlatego nigdy nie wolno ulegać czarnym myślom.

Człowiek to istota, która mimo całej swojej przekory nie potrafi żyć bez miłości. Potrzebuje jej by w pełni ukształtować swój system wartości. Każdy potrzebuje kochać i być kochanym. Dawać miłość i dostawać ją od drugiej osoby. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic dziwnego. Nie wolno nam czuć się słabszymi dlatego, że tęsknimy za miłością. Nie jesteśmy gorsi dlatego, że potrzebujemy miłości. Miłość nie czyni człowieka słabszym, lecz silniejszym.

Bywa, że wstydzimy się przyznać do potrzeby miłości. A przecież jest ona zupełnie naturalna. Ludzka. Wszyscy chcą kochać i być kochani. Nie wstydźmy się tego. Pozwólmy sobie na miłość. Pozwólmy sobie na ludzkie odruchy, żeby nasz świat nie stał się krainą pełną marionetek i maszyn wyzutych z uczuć. Jesteśmy ludźmi - bądźmy ludzcy. Nie wstydźmy się kochać.

Tyle tytułem styropianowych rozważań :). Miłego dnia!

Komentarze (5)
Dziękuję Mamo

Zainspirowana jednym z wpisów, a właściwie dwoma, które pojawiły się na "naszym" blogowisku, postanowiłam dodać coś od siebie. Inspirujące teksty odczytałam wczoraj rano, po czym panowie elektrycy odebrali mi możliwość napisania własnego, czy chociażby skomentowania przeczytanych. Odcięli zasilanie a co za tym idzie także i internet. Kiedy wreszcie energię elektryczną łaskawie mi oddano, okazało się, że nie mam już czasu i muszę udać się w kolejną podróż, co pozbawiło mnie możliwości pisania na kilkanaście kolejnych godzin. Cóż, tak teraz wygląda moje życie. Nieustannie w drodze, nieregularne posiłki, wszystkie sprawy załatwiane "na telefon", a dostęp do internetu raz jest, raz nie. Przynajmniej skończyły się moje problemy z zasypianiem. Śpię wszędzie i w każdych warunkach. Nie przeszkadza mi hałas, zmęczenie, ludzie kłócący się za ścianą - nie przeszkadza mi nic. Kiedy tylko mam możliwość, zamykam oczy i śnię. Poza tym wszędzie jest mnie pełno i działam na wysokich obrotach. Uwielbiam to! Choć przyznaję, ma to także swoje złe strony, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie dotarłam i jestem :). A teraz do rzeczy.

Sprawa dotyczy złego macierzyństwa.

Moje drogie dziewczyny! Z definicji wynika, że kobieta, która dziecko urodziła - jest matką. Ale matką jest także osoba, która to dziecko wychowuje, poświęca mu swój czas i siebie. To powinna być właściwa definicja słowa matka. Nie bądźcie dla siebie takie surowe i niesprawiedliwe. Złe matki to te, które porzucają swoje dzieci na śmietniku, topią je w stawach lub zakopują w ogródku, to te, które znęcają się nad dzieckiem fizycznie i psychicznie. Złe matki to te, których nie obchodzi los ich dziecka ani jego dobro. Złe matki to te, które świadomie wyrządzają dziecku krzywdę. Ale ta kobieta, która pragnie dla dziecka jak najlepiej - na pewno nie jest złą matką. Nie jest złą matką ta, która chcąc zapewnić dziecku lepszy byt, oddaje je pod opiekę kochającym i odpowiedzialnym osobom. Podobnie jak ta, która martwi się o swoją pociechę i stara się jej zapewnić wszystko, co najlepsze. A już na pewno nie jest złą matką ta kobieta, która zastanawia się czy nie jest dla dziecka zbyt surowa lub łagodna, czy jej metody wychowawcze są właściwe, ta, która przeżywa chwile zwątpienia i załamania.

Macierzyństwo to sztuka, doskonalona z biegiem lat. Bardzo trudna, wieloletnia, w której wzloty przeplatają się z upadkami. Będąc dzieckiem uczymy się świata od podstaw. Rodzice są dla nas wzorem do naśladowania i to przez pryzmat ich postaw i zachowań odbieramy bodźce i kształtujemy nasz system wartości. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że nasi rodzice też się w tym czasie uczą - jak być dla nas wzorem, jak dawać dobry przykład, po prostu - jak być mamą i tatą. Każda nauka opiera się na popełnianiu błędów i unikaniu ich w przyszłości. Dlatego i rodzicielstwo nie jest tych błędów pozbawione. Normalne jest to, że czasem każdą matkę dopada zniechęcenie, zniecierpliwienie i czarne myśli na temat przyszłości jej dziecka i procesu wychowawczego.

Istnieją kobiety stworzone do macierzyństwa. Doskonale się w nim odnajdują, ale i one miewają gorsze dni. Są również matki godzące macierzyństwo z karierą. Często czują się winne temu, że nie dość dużo czasu spędzają z dzieckiem. Ale to nie czyni z nich złych matek. Bo obowiązkiem matki jest między innymi zapewnić dziecku byt. Między innymi, ponieważ mimo wszystko najważniejsza jest miłość. Dziecko może obejść się bez nowej gry komputerowej, ale bez matczynej miłości często wyrasta na osobę z zaburzeniami emocjonalnymi.

Macierzyństwo to nie tylko blaski. Macierzyństwo to także cienie - nieprzespane noce, zmartwienie rysujące się zmarszczkami na twarzy, łzy ocierane ukradkiem, niepokój chowany głęboko przed światem. Macierzyństwo to lata pełne niepewności, z kołaczącym się w głowie pytaniem : co z niej/niego wyrośnie?

Dobra matka to nie tylko ta (a nawet rzadko), która zawsze głaszcze dziecko po główce, cokolwiek by nie zrobiło. Dobra matka to ta, która czasem musi dać dziecku szlaban i wytłumaczyć, że źle zrobiło. To ta, która czasem musi być surowa, mimo że w głębi serce jej się kraje. Dobra matka to ta, która uczy dziecko jak odróżnić dobro od zła i jakie są konsekwencje naszych zachowań. Wreszcie dobra matka to ta, która przeżywa chwile zwątpienia i zadaje sobie pytanie: czy zrobiłam wszystko co mogłam? Czy moje dziecko będzie dobrym człowiekiem? i koronne: czy jestem dobrą matką?

Macierzyństwo to proces, którego efekty można ocenić dopiero po wielu latach. Bywa, że mimo największych wysiłków rodziców, dziecko wybiera własną drogę, inną niż ta, którą wymarzyli mu rodzice. Czasem jest to droga właściwa, czasem nie. Trzeba pamiętać, że nasze dziecko - kiedy już dorośnie - ma prawo popełniać swoje błędy, tak jak i my wcześniej. I nie da się go uchronić przed całym złem tego świata. Najważniejsze, by dać dziecku miłość i otoczyć je opieką. Najważniejsze, by dać dziecku siebie i to co w nas najlepsze. A wszystkie lata trudu i zwątpienia wynagrodzą nam pewnego dnia słowa: Dziękuję Mamo. Kocham Cię.

Komentarze (6)
Żyć znaczy doświadczać

Moja koleżanka nie chce mieć żadnych zwierząt w domu. Powodowana poniekąd ciekawością zapytałam czy nie lubi zwierzaków. Ależ nie! Nic z tych rzeczy. Uwielbiam zwierzęta - odpowiada. Zaintrygowana pytam więc dlaczego nie ma ich w domu? Czy to z powodu braku miejsca? A skąd! Miejsca jest pod dostatkiem. Wystarczyłoby nawet dla kilku zwierzaków. Podobną odpowiedź otrzymuję na pytanie o czas i finanse. Wszystko jest, niczego jej nie brakuje i marzy o tym, żeby mieć psa, kota lub inne zwierzątko. Słucham i przestaję cokolwiek rozumieć. Pytam więc dlaczego nie ma żadnego czworonożnego przyjaciela w domu. Izka przez chwilę patrzy na mnie, po czym mówi, że po prostu nie chce.

W tym momencie poczułam się zwyczajnie głupia. Bo jak to jest? Iza ma warunki i możliwości, żeby zaopiekować się jakimś stworzeniem, lubi zwierzęta, marzy o tym, żeby mieć jakieś, ale jak przychodzi co do czego, to jednak nie chce??? Poprosiłam Izę, żeby mi to wyjaśniła.

Kiedy była mała, Iza miała psa. Piesek pojawił się w domu, gdy miała pięć lat. Praktycznie razem się wychowywali. Iza dbała o psa, a pies o Izę. Byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, bawili się, razem poznawali świat, razem się uczyli. Trwało to dziesięć lat. Pewnego dnia pies nagle zachorował. Weterynarz podjął się leczenia, ale mimo to z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Okazało się, że dla pieska nie ma już ratunku. Pewnego dnia rano nie przyszedł do Izy, żeby ją obudzić. Nie przywitał się z nią, nie czekał by wyprowadziła go na dwór, jak to zawsze robiła. Tego dnia piesek po prostu się nie obudził. Iza bardzo przeżyła to, co się stało. Była bardzo zżyta ze swoim czworonożnym przyjacielem. Długo po nim płakała i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało. Wszyscy próbowali jej tłumaczyć, że takie jest życie. Od tamtej pory Iza nie chciała mieć już żadnego zwierzęcia. Bała się, że zaprzyjaźni się z nim tak jak ze swoim psiakiem, a potem przyjdzie czas się rozstać. Bała się, że znów będzie cierpieć i rozpaczać. Boi się do dziś...

Zastanowiła mnie ta opowieść. Kiedy odchodzi ktoś nam bliski - cierpimy, czy to zwierzę, czy to człowiek. Niektórzy mówią: przecież to tylko pies. No tak. Ale nie przychodzi im do głowy, że ten pies był wierniejszym przyjacielem niż jakakolwiek osoba. Nie opłakujemy psa. Opłakujemy przyjaciela. I w tym wypadku nie boimy się straty zwierzęcia - boimy się utraty przyjaciela, boimy się utraty kogoś bliskiego. Być może boimy się obcowania ze śmiercią, bo jest nieunikniona. Przerywa to, co wydaje nam się wieczne. Burzy złudzenia. A może nie boimy się śmierci, lecz tego co ze sobą niesie? Uczucia pustki, samotności, żalu, czasem wyrzutów sumienia, pytań bez odpowiedzi...

Niestety śmierć była, jest i będzie. Możemy nie mieć żadnego zwierzaka w domu, lecz  wciąż pozostajemy w kontakcie z wieloma ludźmi. Ludzie także są śmiertelni. Nie sposób przewidzieć ich losów. Nie sposób przewidzieć jak długo będą z nami. Otaczają nas. Nie można więc odciąć się od tego, co ludzkie. A mimo to wielu z nas próbuje tego dokonać. Nie utrzymujemy kontaktów towarzyskich nie dlatego, że nie chcemy ich mieć. Nie utrzymujemy ich, bo tak jest łatwiej. Bo mniej obciąża nas to psychicznie. Bo pozwala nabrać do wszystkiego dystansu. I nikt nie obarcza nas swoimi problemami. Dużo bardziej boli nas strata osoby bliskiej niż po prostu znajomej. Po co więc zbliżać się do kogoś? Po co kogoś kochać? Po co mieć dzieci? Przecież i przyjaciel, i partner, i dziecko może nas zranić...

Niestety, od tego nie da się uciec. Nie da się uciec od relacji, emocji, bo to wszystko jest ludzkie. To wszystko określa nas jako istoty myślące i czujące. Może więc nie warto uciekać od tego, co może nas zranić? Nie znaczy to, że powinniśmy dawać się niszczyć. Ale nie powinniśmy też w żaden sposób ograniczać się tylko dlatego, że boimy się bólu, smutku i żalu. Jeśli jest szansa przeżyć coś pięknego, a do takich rzeczy z pewnością zalicza się przyjaźń i miłość - nie powinniśmy się hamować tylko dlatego, że "coś" może nas zranić. A w chwili kiedy przychodzi czas rozstania - trzeba pamiętać te wszystkie dobre chwile, które dostaliśmy od losu. Bez względu na to co stanie się potem. Smutek i żal nie powinny nakładać na nas żadnych ograniczeń.

To tak jak z utraconą miłością. W chwili rozstania obiecujemy sobie, że już nigdy więcej... Ale mija czas. Mija i leczy rany. Okazuje się, że wciąż jesteśmy w stanie kochać. Jeśli więc możemy tą miłość komuś dać - kochajmy, zamiast bać się pustki, którą może ze sobą przynieść to uczucie. Życie jest pełne tylko wtedy, kiedy żyjemy naprawdę. A żyć naprawdę oznacza doświadczać - zarówno tego co dobre jak i tego co bolesne...

Komentarze (7)
Paradoks par z wieloletnim stażem

Tworzywem świata są sprzeczności. Na nich bazują wszystkie rzeczy, których inaczej wyjaśnić nie potrafimy. Można mnożyć i szerzyć przykłady, ale nie w tym rzecz.

Ile razy w swoim życiu marzyłyście o "szczęśliwym zakończeniu"? O długich latach spędzonych w jednym związku, o rodzinie, o tym, by co dzień budzić się u boku tej samej osoby, a  po latach z rozrzewnieniem wspominać pierwsze spotkanie Panuje przekonanie, że pragną tego wszystkie kobiety. Ale to duże uproszczenie. Lepiej powiedzieć, że pragnie tego większość kobiet i część mężczyzn. Ależ tak! Wbrew ogólnie panującej opinii - mężczyźni także potrzebują stabilizacji. I kiedy przychodzi właściwy dla nich czas, odkładają na półeczkę męskie ego, po to by znaleźć towarzyszkę, z którą dopełnią swoich dni. Towarzyszkę, która da im oparcie i z którą stworzą rodzinę. Dla każdego mężczyzny przychodzi bowiem wiek, w którym chce się on ustatkować - postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić potomstwo. Ale ja nie o tym. Najistotniejsze jest to, że długoletnich i szczęśliwych związków pragną przedstawiciele różnych płci. To marzenie, które ziszcza się rzadko. Tak się dziwnie składa, że ludzie, którzy są ze sobą od lat, zamiast znać się coraz lepiej - często nie wiedzą o sobie nic. Zamiast nauczyć się ze sobą rozmawiać - uciekają w ciszę. Zamiast dzielić się ze sobą wszystkim - zaczynają siebie unikać. Zamiast siebie kochać - często zaczynają się nienawidzić. Zamiast chcieć dać siebie i wszystko drugiej osobie - coraz więcej pragną zatrzymać tylko dla siebie. O ile na początku związku wyjawiają sobie wszystkie tajemnice, o tyle z biegiem lat mają przed sobą coraz więcej sekretów. Czyż nie jest to paradoks?

Pary pozostające w jednym związku wiele lat można podzielić na trzy grupy:

  • pary szczęśliwe. Zdecydowana rzadkość. Znają się na wylot, potrafią ze sobą nie tylko rozmawiać, ale i milczeć. Upływający czas nie zmienia tego co myślą o sobie nawzajem, tego czego dla siebie pragną. W miarę jak mija życie - oni wciąż nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Nie mają przed sobą sekretów, szanują siebie, znają swoje marzenia i lęki. Są przykładem prawdziwej jedności. W starszym wieku spacerując potrafią wciąż trzymać się za ręce jak nastolatki. Stanowią dla siebie oparcie. Są odzwierciedleniem przysięgi małżeńskiej -  " na dobre i na złe". O takim związku marzy większość z nas.
  • pary szczęśliwe pozornie. Zdecydowana większość. Ona wie, jaką On pije kawę i co przyrządzić na obiad, żeby Mu smakowało. On wie jakie kupić Jej kwiaty i jaki serial lubi oglądać. Nie znają swoich prawdziwych marzeń ani pragnień, często unikają trudnych tematów. Skupiają się na pracy, dzieciach, ale w ich związku czegoś brakuje. Przemilczają ten fakt stwarzając pozory idealnego układu.
  • pary nieszczęśliwe. W miarę jak mijają lata, mają do siebie coraz więcej pretensji i żalu. Nie potrafią ze sobą rozmawiać inaczej niż tylko kłócąc się. O wszelkie niepowodzenia obwiniają partnera. Wzajemne oskarżenia i zamęczanie siebie trwa latami. To chyba najgorszy rodzaj związku w jakim można być...

I cóż? Wszyscy marzymy o idealnym związku do końca życia, dążymy do znalezienia odpowiedniego partnera. A jednak tylko nieliczni osiągają swój cel. Często trafiamy inaczej niż byśmy chcieli. Inaczej niż oczekiwaliśmy. Inaczej niż sobie obiecywaliśmy. Często z przysięgi małżeńskiej nie zostaje nic poza pięknym wspomnieniem. Czy to dlatego, że nigdy tak naprawdę nie znaliśmy swojego partnera i dopiero z biegiem lat odkryliśmy jego prawdziwe oblicze? Czy może dlatego, że z biegiem lat zmieniamy się my i nasze priorytety? Jak to się dzieje, że poznając kogoś przez lata - nie znamy go wcale? Może nie staraliśmy się poznać? A może nasz partner od zawsze grał kogoś innego? A może przymykaliśmy oczy na to co boli, wierząc że czas wszystko zmieni? Ale czas tylko wyostrza bolesne zadraśnięcia i jątrzy rany. Nie leczy ich w długoletnich związkach, tylko zasklepia na krótszą lub dłuższą chwilę....

Może szczęśliwe zakończenia nie istnieją? A może po prostu bardzo chcemy wierzyć w bajki - tak bardzo, że nasz książę przez chwilę jest księciem bez skazy. To wystarczy by powiedzieć Mu "TAK". Potem zaczyna się prawdziwe życie...Wydawałoby się, że ludzie którzy znają się tyle lat, będą ze sobą na tyle związani, że nie zechcą się ranić. Rzeczywistość jest inna. Im dłużej kogoś znamy, tym łatwiej przychodzi nam sprawianie mu przykrości i cierpienia...

A jak to jest w Waszych związkach? Czy z biegiem lat umacniacie się w nich czy odchodzicie w drugą stronę? Jak to jest w związkach Waszych bliskich i znajomych? Czy są szczęśliwi? Ile znacie prawdziwie szczęśliwych par? Bo ja mogę policzyć takie na palcach jednej ręki...

Komentarze (13)
Trędowata

Zmęczenie... To jedyne co ostatnio czuję. Pozostałe emocje wydają się być stłumione, jakby oczekiwały na rozwój wydarzeń. Lęk, pytania o przyszłość - wszystko poszło w kąt. Poradzę sobie. To jedno wiem na pewno. Bez względu na to, co się stanie.

Nigdy nie pomyślałam, że przyjdzie dzień, który zburzy moje wyobrażenie o idealnym świecie i wiarę w ludzi. Ale chyba właśnie przyszedł....

Opowiem Ci historię dwojga ludzi, którzy przetrwali burze i huragany, po to by rozstać się, gdy nastała cisza... Wciąż nie mogę się nadziwić jak miłość przegrywa z pieniądzem. I z ludzką głupotą. Mów, co chcesz, ale miłości nie da się kupić. I nie można mieć wszystkiego. Tam gdzie w grę wchodzą pieniądze lub rodzina, wszystko inne przestaje się nagle liczyć. Nawet miłość. A może zwłaszcza?

Ona - całe swoje życie ciężko pracowała. Podejmowała się najgorszych i najtrudniejszych prac - dla dzieci, dla rodziny. Rezygnowała z urlopów, brała nadgodziny, zaciągała kredyty.

On - przykładny mąż, cierpliwy rodzic. Zarabiał w najróżniejszy sposób, by wspólnie z żoną utrzymać rodzinę.

Radzili sobie, chociaż życie nie szczędziło im problemów, chorób, problemów z dziećmi, wypadków i katastrof. Przetrwali je.

Pewnie trwaliby wieki, gdyby w ich związek nie wtrącali się inni ludzie. A wtrącali się od samego początku małżeństwa. Głównie Jego rodzina. Krytykowali Ją, oskarżali o najróżniejsze rzeczy, poniżali publicznie. Ale Ona Jego kochała i Jemu przysięgała, więc znosiła to wszystko...

Mijały lata. Wreszcie ich życie nabrało kształtu. Dzieci dorosły, zaczęły własne życie. Oni mogli wreszcie odpocząć. Czy też raczej mogliby - bo Jego rodzina nieustannie wtrącała się w ich życie. Stało się to Jej codziennością. Wiele razy płakała w ukryciu, chowając głęboko żal do męża, że po raz kolejny patrzył na wszystko z boku i nie stanął w Jej obronie. Przyzwyczaiła się. Znosiła to.

Aż przyszedł dzień, kiedy i On wbił Jej nóż w plecy. Pewnego dnia nagle zwrócił się przeciwko Niej. Poszło o pieniądze. Dopóki ich nie mieli - nigdy się o nie nie kłócili. Dopiero, kiedy zaczęło im się lepiej powodzić a życie stało się lżejsze - pojawił się problem. Wspólnie pracowali na to co mieli, lecz On orzekł, że to wszystko należy do Niego. Tylko do Niego. Że w domu, w którym mieszkają, nie ma ani jednej Jej rzeczy. Te słowa całe życie powtarzała Jej Jego "życzliwa" rodzina, a teraz i On. A także to, że wiele lat temu powinien się z Nią rozwieść.Wreszcie, w finale, upokorzył Ją na oczach członków rodziny...Jego rodziny... Choć podobno od wielu lat była to także Jej rodzina. Podobno, bo nigdy nie dano Jej tego odczuć. Zawsze była tą "najgorszą", bez względu na to jak bardzo się starała, bez względu na to jak bardzo pomagała. Mimo, że poświęciła im całe swoje życie, mimo, że dla nich porzuciła własny dom i ucięła relacje z krewnymi, gdyż nie były dobrze widziane...Mimo tego wszystkiego - dla rodziny męża zawsze była niedobra. Była dla nich "trędowata".

A teraz i dla Niego taka się stała. Nigdy nie widziała Go w takim stanie. Nigdy nie usłyszała od Niego tylu przykrych słów. Nigdy nie pomyślała, że On może się tak zachować. Sądziła, że Go zna. Przecież przeżyli razem tyle lat!!!

A dziś próbuje zrozumieć, co się stało - z Jej mężem, z Jej małżeństwem, z Jej życiem. Czy to możliwe, żeby chodziło tylko o pieniądze? Czy to możliwe, by parę groszy przekreśliło lata wspólnego życia? I czy to już koniec miłości? Mówi, że nie. Że nadal kocha...

Ale do miłości trzeba dwojga.

Czy tak marne pieniądze mogą stać się przyczyną rozpadu związku? Marne, bo nigdy nie mieli ich wiele... Myślę, że to tylko pretekst. Myślę, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. Ale nie potrafię Jej tego powiedzieć. Bo w Jej oczach wciąż widzę nadzieję i nie chcę Jej tego odbierać. To nie pieniądze zabiły ich miłość, lecz wtrącająca się rodzina męża - ich wieczna krytyka i niezadowolenie ze "służącej", którą dla nich była.

Mimo, że czasy różnic klasowych mamy za sobą, pośród nas wciąż żyją trędowaci. Są tacy jak Ty i ja. Pracują, żyją uczciwie, wychowują dzieci. Ludzie ich lubią. Obcy ludzie. Bo przez najbliższych są często poniżani i podle traktowani. Przyczyna? Czasem wystarczy, że nie akceptują ich członkowie tzw. nowej rodziny. Ci ostatni krytykują zwykle jednego z partnerów (najczęściej wchodzącego do rodziny)  i wtrącają się w życie młodych ludzi. Bywa, że nigdy nie przestają się wtrącać... Czasem to wystarczy, by dla tej - wydawałoby się - najważniejszej i najbliższej osoby stać się trędowatym...

Komentarze (5)
Niedokończone strony

Cokolwiek zaczynasz - pamiętaj o tym, żeby to skończyć. To jedna z wielu rzeczy, których pilnuję jak oka w głowie. Nie lubię spraw niedokończonych. Nie lubię niedokończonych zdań, opowieści, książek, zakupów, kłótni, rozmów... Coś, co ma swój początek - logicznie powinno mieć też i koniec. Jak w związku - z happy endem lub bez. Nigdy w życiu nie jest tak, że coś trwa w nieskończoność. Szczęście, którego wszyscy tak pragniemy jest kruche. A zła passa też wreszcie zawsze się kończy. Przechodzimy pewne etapy w życiu i kolejno je zamykamy - jak rozdziały czytanej bądź pisanej książki...

Pytanie na ile prawdziwy jest to koniec? Ile razy będziemy wracać do tego rozdziału pamięcią? Czy wystarczy zamknąć drzwi, by nie słyszeć płaczu za ścianą? Czy wystarczy zamknąć oczy, by nie widzieć zła? Nie wystarczy. Bo nie są to właściwe zakończenia...

Życie rozdaje karty, ale to my jesteśmy graczami. Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę... To my decydujemy, kiedy powiedzieć "pas", kiedy wejść do gry i kiedy odejść od stołu kończąc rozgrywkę. Nic nie jest skończone, dopóki sami tego nie postanowimy.

Dlatego czasem wracamy do przeczytanej książki po latach. By wspominać, by poczuć to, co czuliśmy wcześniej, by zachłysnąć się tamtym klimatem - jeszcze choć jeden raz... Książka ma tę przewagę nad prawdziwym życiem, że niezmiennie kończy się tak samo. Bez względu na to, ile razy do niej wracamy - wiemy co będzie dalej. Możemy cofnąć się o kilkadziesiąt stron i przeżyć wszystko jeszcze raz...

A w życiu - nie. Coś, co minęło - nie wróci. Przynajmniej nie w tamtej, pierwotnej postaci. W życiu wielokrotnie wracamy myślami do tego, co było. I gdybyśmy mieli taką moc - zmienilibyśmy wszystko! Dokonywalibyśmy innych wyborów, podejmowalibyśmy inne decyzje. W naszym pojęciu lepsze, mądrzejsze, ale kto tak naprawdę wie jak potoczyłoby się nasze życie?

Zamykając jakiś rozdział życia czasem zostawiamy sobie furtkę - na wypadek, gdyby to jednak nie był koniec. Oglądając się - nie jesteśmy w stanie w pełni poświęcić się teraźniejszości. I tak żyjemy na skraju dwóch różnych światów. Wmawiamy sobie, że z przeszłością koniec. Czyżby? Czasem zamykając za sobą drzwi - należałoby jeszcze wyrzucić klucz. Bo serce i myśli człowieka są przekorne. Ciekawość będzie nas pchała  i podpowie: zajrzyj, tylko na chwilę... Skuszeni - wracamy w to samo miejsce, w którym byliśmy przed laty. Z tą różnicą, że świadomość nieodwracalności zdarzeń budzi niepokój, melancholię i nie pozwala normalnie funkcjonować. To znak, że coś skończyło się inaczej niż chcieliśmy. Skończyło się dla kogoś - ale nie dla nas. I uśpione tkwiło w naszej podświadomości cały ten czas...

Kiedy więc wiadomo, że coś skończyło się naprawdę także dla nas? Wtedy, gdy spoglądając wstecz jesteśmy w stanie uśmiechać się ciepło, beż żalu, wybaczać sobie stare błędy i wrócić bez złudzeń do rzeczywistości... Wtedy, gdy wspomnienia są tylko wspomnieniami.

Czasem kończymy jakiś rozdział, zaczynamy następny. Przekonujemy siebie i świat, że tego chcieliśmy. Tylko serca nie da się oszukać. Głęboko na jego dnie chowamy pragnienia, które nigdy się nie urzeczywistniły i już nie urzeczywistnią. Wracamy do nich po cichu, ożywiamy je nocami w swoich snach, ale gdy wstaje dzień - wracamy do pisania nowego rozdziału.

Niektóre pragnienia potrafią przetrwać w ten sposób całe lata... Chowane głęboko w podświadomości - nie mijają. Mimo, że ich miejsce już dawno zajęły inne. Bledną, wypalają się, aż wreszcie - kończą się. Tak jest ze smutkiem, z żalem... I tylko z miłością - tą romantyczną, bez happy endu, nieszczęśliwą - bywa inaczej. Nieszczęśliwa miłość jest jak niedokończony rozdział. Tak długo jak trwa - nie da się do końca o niej zapomnieć. Zawsze będzie brakowało jej spełnienia i zakończenia na miarę Hollywood. Możemy zacząć kolejny rozdział, ale ilekroć spojrzymy wstecz - pusta strona przypomni nam to, co utraciliśmy... I myślami będziemy ją zapisywać tysiące razy, zastanawiając się co byłoby gdyby...? Nie dowiemy się nigdy. Chyba, że życie zechce rozpocząć kolejną rozgrywkę i z nowym rozdaniem powrócimy do niedokończonych stron...

Komentarze (13)
Kocham...? Nie kocham...?

Przypomniała mi się dzisiaj dziewczynka, która wyrywa płatki kwiatkom aby wywróżyć sobie, czy jej wybranek kocha ją czy nie.... Kocha...nie kocha... kocha....nie kocha...itd... Przypomniała mi się chociaż ja powinnam wyrywać płatki  zadając samej sobie pytanie: kocham...? nie kocham...?kocham...? nie kocham...? Bo On kocha. A ja zwyczajnie nie wiem. Miało mi to "niewiedzenie" minąć - i co? I nic. Nadal nie wiem. Miewam dni, kiedy wydaje mi się, że kocham. A potem przychodzi seria dni, kiedy myślę że jednak nie... To co czuję jest inne niż wszystko co czułam kiedykolwiek do tej pory. Nigdy nie miałam problemów z określeniem i sprecyzowaniem swoich myśli i uczuć. A teraz mam.

Jak może mi się wydawać, że kocham??? Albo się kocha albo nie! A skoro nie wiem, to chyba jednak nie kocham...:(

On jest niewinny. Nie mam Mu nic do zarzucenia. Absolutnie nic. A mimo to jestem dla Niego tak wredna i bezlitosna, jak nigdy dla nikogo wcześniej nie byłam, mimo że tamci zasłużyli a ten jeden nie. Wredna nieświadomie. Czasem tylko łapię się na tym i jest mi wtedy strasznie głupio. Sama sobie zadaję pytanie dlaczego tak jest... Nie potrafię udzielić odpowiedzi. Może to te wszytkie lata przykrych doświadczeń? Ale przecież nie można się odgrywać na niewinnym człowieku. Człowieku, który naprawdę mnie kocha i jest dla mnie dobry. To tylko pogłębia moje poczucie winy. Bo czuję się winna. Nie wiem czy słusznie, ale tak jest. Może to co czuję to taka normalna prawdziwa miłość? Dojrzała, partnerska, taka, na której można się oprzeć w chwilach trudnych... Kto powiedział, że miłość musi boleć? Bo do tej pory znałam tylko taką...

Sama gubię się  w tym co czuję. I On też. Bo wysyłam Mu sprzeczne sygnały. To niestety jest prawda. Moje uczucia są sprzeczne, więc i sygnały wysyłam sprzeczne... Nie wiem skąd to się bierze. Może za rzadko się widujemy? A może za często? Ja już naprawdę nie wiem. Ale czuję się coraz bardziej sfrustrowana. 

W miarę jak będzie mijał czas, Jego oczekiwania będą rosnąć, a moje nadal stoją w miejscu. Dla mnie nic się nie zmienia...Dać sobie czas? Dałam... Dałam sobie naprawdę dużo czasu. Był moment kiedy myślałam że coś się zmieniło. Ale ten moment minął... Bywają dni, kiedy mi Go brakuje. I bywają takie, kiedy nawet zwykła rozmowa z Nim strasznie mnie irytuje. Chyba nie powinno tak być...

Codziennie od nowa zadaję sobie to samo pytanie: czy ja chcę z Nim być? a odpowiedzi brak... Mimo, że wszystkie argumenty przemawiają za tym, by próbować.

Czuję się jak oszust... Bardzo się staram, jestem z Nim szczera. Ale ile czasu można katować człowieka informacjami, że nic się nie zmienia, że ja nadal nie wiem czego chcę, ani co czuję??? On sobie na to nie zasłużył... Każdy, ale na pewno nie On.

Mam jakąś blokadę. Coś co skutecznie powstrzymuje mnie od kochania bez granic. Nie wiem skąd to się wzięło ani co to za bariera. Wiem, że coś jest. Coś co nie pozwala mi się zaangażować. Pytanie czy ten problem tkwi we mnie, czy to tylko podpowiedzi intuicji, że coś jest nie tak...

I wiecie co? Ja po prostu nadal nie wiem... Co jakiś czas wracam do tego w rozmowie z Nim. Wiem, że On ma już serdecznie dość tego tematu, wiem, że sprawiam Mu tym ból, ale ja muszę być szczera. Nie mogę mówić, że teraz wszystko gra, a potem nagle zerwać bo jednak nie. To byłoby okrutne. To teraz też jest. Ale mniej...

Najgorszy jest fakt, że to jest dokładnie taki człowiek, którego szukałam całe życie. Mamy takie same oczekiwania względem życia, taką samą wizję partnerstwa i związku, bardzo podobne poglądy, oboje lubimy rozmawiać i dużo już wycierpieliśmy...Oboje jesteśmy spragnieni miłości, czułości, ciepła i bliskości... I tylko ja - ja mam ciągle wątpliwości, które nie chcą zniknąć, mimo że On udowodnił mi, że nie mam powodów do zmartwienia, że mogę Mu zaufać, że naprawdę kocha... Kiedyś zakochałabym się w takim człowieku bez pamięci. A dziś? A dziś nie jestem chyba do tego zdolna....

Co mam teraz zrobić??? Nie wiem... Kocham? Nie kocham? Odpowiada tylko cisza....

Komentarze (19)
Echo przeszłości

Jest taka osoba w moim życiu, która notorycznie coś w nim psuje, potem ewakuuje się, a kiedy już wszystko zaczyna mi się na nowo układać - wraca. Wraca, psuje, znowu ucieka, czeka i wraca. Takie błędne koło. Czasem wydaje mi się, że ma jakiś radar wmontowany, skoro tak precyzyjnie umie określić czas w jakim najbardziej można namieszać.

Chodzi oczywiście o faceta, no bo kto jeszcze może tak w życiu namieszać jeśli nie były facet? Odchodził i wracał tyle razy, że sama już nie potrafię tego zliczyć. Chyba przestałam po trzecim albo czwartym razie. I zawsze, zawsze było tak, że odchodził gdy było źle i wracał kiedy było dobrze. Zawsze akurat trafiał tak, że albo jeszcze albo już  z nikim nie byłam. Właściwie zawdzięczam to właśnie Jemu. Bo związek z Nim był burzliwy, wyczerpujący i zaowocował niemożnością zbudowania czegoś trwałego i normalnego w późniejszym czasie. Zresztą wszelkie próby kończyły się zwykle po jednym, dwóch spotkaniach, po których stwierdzałam, że nie jestem jeszcze gotowa by wiązać się z kimkolwiek. Skupiałam się wtedy na sobie, regenerowałam siły i zdrowie, zaczynałam normalnie jeść i spać. I wtedy zazwyczaj zjawiał się On. Skruszony, stęskniony, znów zakochany (akurat!!!)... Zawsze omotał mnie tak, że nawet nie wiedziałam kiedy ani jak a znów byliśmy razem. Oczywiście dopóty, dopóki było dobrze. Potem znów doprowadzał mnie do ruiny fizycznej i psychicznej i naturalnie odchodził. Co gorsza, myślę, że nie robił tego celowo. My po prostu za bardzo różniliśmy się charakterami, byśmy mogli być ze sobą szczęśliwi. Mieliśmy zupełnie inne oczekiwania względem siebie i czego innego spodziewaliśmy się po tym związku.To po prostu nie miało szans się udać, bo ja za każdym razem spalałam się w tej relacji, a On nie mógł udźwignąć jej ciężaru emocjonalnego. Kiedy robiło się źle, uciekał i zostawiał mnie samą... To pewnie trwałoby do dziś, gdyby nie fakt, że sytuacja za bardzo mnie zmęczyła i zniszczyła. Miałam już dość. On zresztą chyba też, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Oczywiście rozstaliśmy się po raz kolejny. Miało być na zawsze, zero kontaktu. Tak powiedział. Ja nie. Ja powiedziałam, że nie mówię żegnaj, ale na razie nie chcę mieć z Nim żadnego kontaktu. Że potrzebuję czasu by ułożyć sobie życie, zadbać o siebie, skupić się na sobie. I że nie wykluczam tego, że w przyszłości będziemy w kontakcie. Jako znajomi. Powiedziałam tak, bo Go znam. I mimo, że nie widzę szans na to by taki związek się udał, to nie chciałabym tracić z Nim kontaktu, ponieważ w gruncie rzeczy zwyczajnie Go lubię. Tak, lubię :). Mimo tego wszystkiego co się między nami stało, darzę Go sympatią. Nie wyszło nam - zdarza się. Wybaczyłam to wszystko co było złe, bo to przeszłość. Ale postanowiłam, że już nie wrócimy do siebie. Ja nie pozwolę Mu wrócić. Zresztą z miłości, która nas kiedyś łączyła i tak nic nie zostało. Zabiły ją te wszystkie niepotrzebne awantury, problemy, rozstania i powroty.

Teraz od jakiegoś czasu powoli składam sobie wszystko od nowa. Próbuję ułożyć sobie życie, w inny sposób niż dotychczas. Staram się bardziej niż kiedykolwiek. Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy stwierdziłam, że chcę spróbować związać się z kimś, że teraz jestem na to gotowa. Że warto. I jest dobrze :). Naprawdę :). Może skończyło się siedem lat nieszczęść jako kara za rozbite dawno temu lusterko??? A może to ja dojrzałam do tego, by nie wierzyć w bajki i przesądy i po prostu żyć:).

I oto na ten czas znowu pojawia się On :) (wiedziałam, że tak będzie!!! przecież Go znam). Co prawda tym razem jakoś kiepsko wyliczył czas, bo trafił w moment kiedy spotykam się z kimś i jest mi dobrze. Nie trzeba mnie pocieszać, nie jestem sama. Ale i On ułożył sobie życie z kimś innym. Żadne z nas nie chce już tego zmieniać. Rozmawiamy. Jak ludzie. Jak znajomi. Bez żalu o to co było, bez pretensji o to co jest. Przeszłość zostawiliśmy przeszłości. Nie wracamy do niej. Żadne z nas już tego nie chce.

Miło dojść po takim czasie do kompromisu. Może od początku powinniśmy być tylko i wyłącznie przyjaciółmi? Oszczędzielibyśmy sobie wielu, naprawdę wielu niepotrzebnych przykrych sytuacji, żalu i awantur... Ale jak mówią - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dziś, każde z nas mądrzejsze o te lata doświadczenia, idzie swoją drogą, w swoją stronę. Już nie razem i bez żalu do tej drugiej osoby. Pogodzeni z życiem, losem i ze sobą...

A ja? Cieszę się, że tak jest. Dzięki temu wiem, że ten rozdział na pewno został zamknięty. I że to był właściwy czas by otworzyć nowy  :). To była dobra decyzja :).

Komentarze (18)
1 | 2 | 3 |