iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Poradnik (nie)szczęśliwego sprzedawcy

W wielu sklepach zaczyna panować jakaś dziwna epidemia. Nie wiem czy sprzedawcy zarażają się tym od klientów, od dostawców czy może od siebie nawzajem. Wiem natomiast, że jest to zjawisko coraz powszechniejsze i nader irytujące. Wspomniana epidemia polega na ignorowaniu klienta i spędzaniu dnia pracy na wykonywaniu prywatnych telefonów, piciu kawy i zajmowaniu się własnymi sprawami. Krótko mówiąc ma to na celu uprzyjemnienie nudnego dnia pracy i uszczęśliwienie sprzedawcy jak mniemam. Innych możliwości nie widzę. W dobie kryzysu, o którym wciąż się mówi, jest to zjawisko nader dziwne. Wydawałoby się, że sklepy będą walczyć o każdego potencjalnego nabywcę. Cóż - sklepy być może tak, ale sprzedawcy już niekoniecznie. Wydawałoby się, że w obecnej sytuacji nikt nie może sobie pozwolić na utratę posady. Najwyraźniej jednak wiele osób uważa, że już samo przychodzenie do pracy wystarczy by pobrać odpowiednią zapłatę. A skoro już się tą pracę ma - trzeba ją jakoś znosić. Podpatrzyłam jak to robią "najlepsi z najlepszych", prawdziwi fachowcy i oto kilka porad dla tych, którzy chcieliby pójść w ich ślady:

  • Po pierwsze i najważniejsze: nigdy, ale to nigdy nie okazuj zainteresowania klientom. Jak raz pokażesz, że potrafisz - już nigdy nie dadzą Ci spokoju. Skutek będzie taki, że kawę będziesz pić zimną, a przyjaciółka spragniona plotek umrze z nudów czekając na Twój telefon.
  • Jeśli klient wejdzie do sklepu kiedy rozmawiasz przez telefon - nie waż się kończyć rozmowy! Kontynuuj ją i nie zwracaj uwagi na pochrząkiwania niepożądanego osobnika. W końcu mu się znudzi i pójdzie sobie...
  • Nie trać czasu na wychodzenie z inicjatywą i nie proponuj klientowi pomocy w wyborze odpowiedniego zakupu. Niech się napatrzy na wystawiony towar, może sam się na coś zdecyduje? Zaoszczędzisz czasu i gadania -  możesz w tym czasie opiłować paznokcie.
  • Jeśli klient zada Ci pytanie, udawaj, że nie słyszysz. Nie podnoś wzroku i nie reaguj. Niech sam poszuka sobie ceny lub innego rodzaju towaru.
  • Nigdy, ale to przenigdy nie uśmiechaj się w pracy! Klient może to opacznie zrozumieć i już się go nie pozbędziesz! Najlepiej wyglądaj na osobę nieprzystępną i ponurą. Ryzyko zaczepienia przez klienta gwałtownie się zmniejszy.
  • Jeśli zauważysz, że mimo wszystko ktoś zamierza do Ciebie podejść, natychmiast udaj się w kierunku magazynu, mijając natrętnego klienta jak powietrze.
  • Jeśli już dojdzie do konfrontacji - nie możesz być zbyt grzeczna/-y. Nie trać czasu na konwenanse i miłe słówka. Bądź ironiczny/-a i opryskliwa/-y, wyraźnie okazuj swoje niezadowolenie.
  • Jeśli trafisz na klienta maniaka, który nalega byś mu doradziła  - doradź źle. Więcej nie wróci.
  • Dopij spokojnie kawę i delektuj się ciszą, poczytaj gazetę. A kiedy kończąc pracę zauważysz, że kasa jest pusta - nie przejmuj się tym. To nie Twoja wina, że klienci nic nie kupili. Przecież Ty zrobiłaś/-eś co w Twojej mocy!

Tak oto wygląda praca sprzedawcy - marudni klienci, którzy nie wiedzą czego chcą, trudności w wykonywaniu rozmów prywatnych no i ta zimna kawa... Jeśli jednak zastosujesz się do wypunktowanych przez mnie wskazówek, szybko umilisz swój dzień pracy.

Nie wiem tylko, czy sprzedawca, który odstrasza klientów i dba o swój komfort psychiczny zostanie doceniony przez pracodawców... Brak pieniędzy w kasie, może przekładać się na ubytki w wypłacie... Lecz cóż - przecież nie można mieć wszystkiego!

Na szczęście dla nas klientów - epidemia nie dotknęła jeszcze wszystkich. I z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować tym, którzy z uśmiechem i cierpliwością służą pomocą i dobrą radą. Jesteście niezastąpieni!

Pozdrawiam i miłego dnia życzę!

 

Komentarze (6)
Kultura wysiadania czyli o wyścigu do drzwi

Poszukiwania nowego lokum zakończone. Trochę to trwało. Może i wybredna jestem, a może po prostu starzeję się i wymagania rosną :). W każdym razie wkrótce czeka mnie przeprowadzka. Oj, będzie się działo! Ale to dopiero za jakiś czas. Na razie muszę podopinać sprawy na przysłowiowy ostatni guzik.

A teraz z innej beczki. Ostatnio podróżuję jeszcze więcej niż dotychczas, w związku z czym udało mi się poczynić kolejne obserwacji z serii "okiem pasażera". Przedmiotem szczególnego zainteresowania okazało się tym razem zachowanie ludzi wysiadających. Czy zauważyliście, że podczas wysiadania ludzi ogarnia jakiś dziwny szał? Autobus nie zdąży się jeszcze dobrze zatrzymać, a wszyscy tłoczą się w przejściu, przepychają. Wygląda to jak jeden wielki wyścig - kto pierwszy wysiądzie. Wyścig ów przybiera jednocześnie przedziwną formę agresji. Mało kto jest w stanie ustąpić pierwszeństwa osobie stojącej za nim.

Czy to dowód na to jak bardzo jesteśmy niecierpliwi? Czy ten dziwny pośpiech spowodowany jest jakimś podświadomym mechanizmem? Co pcha nas do takiego dziwnego zachowania? Chciałoby się rzecz, że nieprzyjemne doświadczenia. Ale przecież nie każdy je ma! Pośpiech? Nikt mi nie wmówi, że śpieszy się cały autobus! Kierowca zawsze spokojnie czeka aż wysiądą wszyscy pasażerowie, nie ma więc powodu, żeby rozdeptywać się nawzajem. Mimo to, gdy tylko pojazd zwalnia swój bieg, wszyscy wykazują niezdrowe pobudzenie. Każdy chciałby wysiąść pierwszy, zupełnie jakby od tego zależało jego życie. Nie daj Boże, żeby sąsiad siedzący z tyłu wysiadł przed nami!

Naturalnie niesie to za sobą pewne konsekwencje. Wiadomo, że szybciej wysiądą Ci, którzy siedzą bliżej wyjścia :). Toteż każdy chciałby usiąść z przodu. Na dworcu i przystanku niektórzy stawiają się dużo wcześniej, byle tylko zająć odpowiednie miejsca siedzący w autobusie, który pojawi się za kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut!

Nasze niezdrowe podejście, niestety, przekazujemy także dzieciom. Kiedy autobus zbliża się do miejsca przeznaczenia, mamy wypychają swoje pociechy ku przodowi, w kierunku drzwi. Nieważne, że pojazd się porusza, nieważne, że dziecko powinno w tym czasie bezpiecznie siedzieć. Ważne jest tylko to, by wysiąść w pierwszej kolejności.

Podobny mechanizm powstaje wszędzie, gdzie ludzie zmierzają do wyjścia - po seansie w kinie czy po mszy w kościele. Przykład z wczoraj. Występ znanego satyryka. Po bisie, sala nagradza owacjami występ, czeka na więcej. Niektórzy jednak zrywają się gwałtownie ze swoich miejsc i biegną w kierunku wyjścia. Skutek: ominęła ich porcja zdrowego śmiechu, ponieważ satyryk wyszedł na bis po raz drugi.

A najgorszy z tych schematów działa w sytuacjach zagrożenia. W wyniku dodatkowego stresu ludzie potrafią się tratować. Tak rodzi się panika.

Gdzie to ma swoje podłoże? Moim zdaniem po prostu nie lubimy tłumu. Nie lubimy, kiedy ktoś narusza naszą strefę osobistą, kładzie się nam na plecach, dotyka nas choćby ramieniem. Próbujemy tego uniknąć lub skrócić czas przebywania w tłumie, dlatego zrywamy się ze swoich miejsc, w nadziei opuszczenia pojazdu czy lokalu w pierwszej kolejności. Skutek jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. Lądujemy w samym środku rzeki ludzi...

Szkoda, że nikt do tej pory nie wpadł na to, że jest prostszy sposób na uniknięcie tłoczenia się w przejściu i wyjściu. Wystarczy poczekać, aż pozostali pasażerowie wysiądą :) Czasem warto ustąpić miejsca drugiej osobie. Odrobina życzliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A kultury wysiadania i generalnie zachowania w środkach komunikacji powinniśmy się wszyscy uczyć od najmłodszych lat. Warto, żebyśmy uczyli dzieci właściwych zachowań. Wiadomo bowiem, że czym skorupka za młodu nasiąknie... Dajmy dzieciom dobry przykład, pokażmy, że nie ma potrzeby tratować się  w przejściu, uczmy je cierpliwości. To tylko kilka minut...

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy zlepek przemyśleń i obserwacji :) Dobrej nocy życzę :)

Komentarze (10)
Restauracja to nie budka z zapiekankami

Czy wiecie czym różni się restauracja od budki z zapiekankami? Głównie tym, że w restauracji trzeba dłużej czekać. I o to się właśnie rozchodzi.

Jest taka jedna restauracyjka, w której lubię jadać (gdy czas i zasobność portfela na to pozwalają). Po pierwsze nie jest zbyt duża, a więc nie ma w niej tłoku. Nie trzeba przepychać się między stolikami i udawać, że nie słyszymy o czym rozmawiają sąsiedzi. Przestrzeni starcza dla każdego, można czuć się  swobodnie. Do tego jest przytulnie, wystrój nie przytłacza. Jest schludnie, elegancko i czysto. Do tego wspaniała zawsze uśmiechnięta obsługa i to co najważniejsze: rewelacyjne, zawsze świeże przygotowywane na miejscu jedzenie. Żadnego odgrzewania, żadnych mikrofalówek. Smacznie i zdrowo - aż chce się tam wracać!

Jedyny minus to to, że trzeba czekać. Sprawa wydaje mi się oczywista, skoro posiłki przyrządzane są od podstaw. Gotując w domu też nie jestem w stanie niczego przygotować w pięć minut- chyba, że z mikrofalówki albo z paczki, a nie o taki posiłek chodzi. Czas oczekiwania w restauracji, o której piszę to około 15-20 minut. Czasami krócej, zależnie od tego, ilu gości  znajduje się akurat w lokalu. Nigdy jednak nie przekracza granicy, którą podałam. Zresztą wybierając się do restauracji trzeba liczyć się z tym, że nie jest to budka z hot-dogami. Wyjście do restauracji ma zupełnie inny charakter - pozwala rozkoszować się chwilą, chłonąć atmosferę miejsca, delektować się rozmową.

Nie wszyscy jednak to rozumieją. Ostatnio byłam świadkiem przykrej sytuacji. Do restauracji przyszła jedna pani, rozejrzała się dokoła, po czym wybrała stolik przy oknie. Zamówiła herbatę i coś jeszcze, przy czym herbatę podano jej już po chwili. Nie minęło nawet 10 minut, a pani zrobiła kelnerce potężną awanturę - tak potężną, że chociaż się starałam to trudno było jej nie usłyszeć. Pani żądała podania jej posiłku natychmiast! Bo ileż można czekać!!! Nie było słychać co odpowiedziała kelnerka, ale z postawy wnioskuję, że przepraszała - cóż, w końcu klient nasz pan. Posiłek wkrótce podano, jednakże pani już do samego końca nie była niczym usatysfakcjonowana.

A moim zdaniem osobistość ta po prostu pomyliła lokale. Bo takie zachowanie nigdzie nie jest dobrze widziane. Może przy budce z zapiekankami zostałoby wybaczone, tutaj jednak wszyscy pozostali klienci poczuli się urażeni, zarówno nieuzasadnionymi pretensjami tejże pani, jak i jej głośnym zachowaniem.

Świat nas rozpieszcza, a technika przyzwyczaja do zaspokajania potrzeb natychmiast. Problem polega na tym, że często kosztem jakości. Jeśli więc chodzi o gastronomię trzeba wykazać się zrozumieniem. Wchodząc do restauracji rozkoszujmy się jej atmosferą i pamiętajmy, że nie jesteśmy jedynymi klientami. Warto też odnotować w pamięci, że nie jest to budka z hot-dogami, lecz elegancki lokal, w którym na dobry i ciepły posiłek trzeba poczekać. Kucharz jest bowiem tylko człowiekiem,a nie maszyną. Jeśli liczymy na małe arcydzieło sztuki kulinarnej - musimy poczekać 20 minut, tyle bowiem zajmuje jego przyrządzenie. Jeśli zaś żądamy przygotowania naszego zamówienia natychmiast - sprawmy sobie  mikrofalówkę i zostańmy w domu.

Na to co dobre - trzeba poczekać.

Komentarze (12)
Kolejka, problem koszykowy i pani kasjerka

Wracasz z pracy. Po drodze jeszcze musisz zrobić zakupy, bo pan i władca wczoraj nie poszedł - był mecz w telewizji, więc dziś spadło na Ciebie. Jesteś zmęczona i poirytowana samą myślą o robieniu zakupów i targaniu ich do domu. Wchodzisz do sklepu. A tu już czekają na Ciebie przynajmniej dwa problemy: kolejka i tzw. problem koszykowy. No i oczywiście trzeci. PANI KASJERKA.

Przed laty pracowałam w sklepie jako kasjer-sprzedawca. Praca dała mi się we znaki - zarówno godziny pracy, jak i sam jej charakter. U nas w kraju osoby pracujące "na kasie" z szacunkiem się nie spotykają. Przyjęło się uważać, że są to osoby bez wykształcenia i kultury osobistej, leniwe i winne złu całego świata. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Praca kasjera czy sprzedawcy jest wyjątkowo trudna - jak każda praca z ludźmi i w dużej mierze uzależniona od klienta. W dodatku w żaden sposób nie przekłada się ona na zarobki, które są niewielkie. Jednakże czasu spędzonego na tym stanowisku nigdy nie żałowałam, ponieważ nauczyło mnie ono anielskiej wręcz cierpliwości, opanowania i dokładności. Dlatego, kiedy sama robię zakupy - wiem dobrze na co zwracać uwagę. Wiem też kiedy pani kasjerce się po prostu "nie chce", a kiedy naprawdę jest zmęczona.

Robiąc zakupy, spotykam się z podstawowymi problemami:

1. problem koszykowy
2. kolejki
3. pani kasjerka

Problem koszykowy i kolejki nakładają się na siebie. Dajmy na to - stoję w kolejce w dziale mięsnym. Trzymam swój koszyk z boku. Miejsca jest dużo. Za chwilę ktoś staje za mną, oczywiście z koszykiem, który trzyma przed sobą, nie z boku. Co chwila wbija mi go w plecy. Czy nie można stać spokojnie nawet przez chwilę? Jeszcze bardziej "lubię" kiedy zamiast koszyków klienci mają do dyspozycji wózki. Wtedy mam jak w banku, że w takiej kolejce ktoś na mnie najedzie. Wózek mógłby stać z boku, nie robiąc nikomu krzywdy - ale niestety - jako poważny klient, wózek również stoi w kolejce. Przeważnie na moich kostkach. O bezpiecznym odstępie się nie pamięta - bo nie daj Boże ktoś wykorzysta te 20cm  i stanie przed wózkiem! Dlatego wózek stoi w kolejce tuż za mną doprowadzając mnie i moje kostki oraz biodra do rozpaczy.
Inny kolejkowy problem to grupa tzw. podpieraczy. Są to ludzie, którzy najwyraźniej przytłoczeni ciężarem życia i problemów nie są w stanie samodzielnie wystać w kolejce, i dlatego muszą się o coś opierać. Z braku wielu możliwości podpieracze wykorzystują zwykle stojące tuż przed nimi plecy ludzkie. Nie muszę wspominać, że plecy te zwykle do kogoś należą, a z moim szczęściem przeważnie jestem to ja. Stoję sobie spokojnie w kolejce, aż tu nagle czuję na karku czyjś oddech, czyjaś broda ląduje nagle na moim ramieniu - i już - właśnie po raz kolejny stałam się ofiarą podpieracza! Nie muszę mówić, że kończy się awanturą, ponieważ podpieracz nie przywykł do tego, iż czyjeś plecy mu odmawiają!

Znalazłszy poszukiwane produkty, targam swój koszyk w kierunku kasy (gdzie oczywiście znów kolejka, problem koszykowy i podpieracze). Pani kasjerka, pracująca tu od roku, znów ma zły dzień. Jak co dzień zresztą. Kiedy przychodzi moja kolej głośno mówię "dzień dobry", ale odzewu nie ma, bo pani kasjerka znów siedzi tu chyba za karę. Zaczyna rzucać produktami. Trochę mi się krew burzy, ale jeszcze nie komentuję. Biedne obtłuczone pomidory trafiają na wagę, a zaraz po nich banany - sztuk dwie. Waga pokazuje, że jest ich ponad kilogram (????????????). No tak, na rogu wagi wbudowanej w taśmę, stoi szklana tacka. Pani kasjerka jednak tego nie widzi. Zamyka rachunek i podaje kwotę. Proszę o ponowne zważenie owoców - PO USUNIĘCIU TACKI I WYZEROWANIU WAGI. Pani kasjerka robi to, ale jest oburzona. Nie czuje się winna. Nie przeprasza. Daję jej pieniądze a ona... RZUCA MI RESZTĘ! NO i w tym momencie moja cierpliwość się wyczerpuje. Pracowałam jako kasjerka, wiem, jak jest. Ale ciężka praca nie zwalnia ani z kultury osobistej ani z profesjonalnej obsługi klienta. Jeśli nie podoba jej się ta praca - na jej miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych osób.

Zdarzają się przykre sytuacje i trudni klienci, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi, którzy nie wykazują dobrej woli i za błędy innych pracowników obwiniają kasjerki. Ale z tym się trzeba liczyć podejmując ten rodzaj pracy. Nie zwalnia to z wykonywania obowiązków rzetelnie. A przede wszystkim słowa: dzień dobry, proszę, przepraszam, dziękuję i do widzenia - obowiązują wszędzie. Także w pracy. A może przede wszystkim. Chamstwa nie znoszę. Ani ludzi, którzy zachowują się jakby pracowali za karę.

Wniosek z tego taki, że na SZACUNEK trzeba sobie zapracować.

 

Komentarze (9)
Kwiat młodzieży polskiej - przyszłość czy zagłada narodu?

Znowu 24h na nogach, znowu 8 rano i znowu powrót do domu.
Mój busik, zazwyczaj pusty, tym razem jest przepełniony. Jeszcze 20 minut do odjazdu, a już brakuje miejsc. Zajmuję jedno z ostatnich. Dziwne, myślę, i rozglądam się dokoła. Same nastolatki. Nie dałabym im więcej niż po 16 lat. Żadnych opiekunów. Na tegorocznych maturzystów raczej nie wyglądają. Co robią tu sami? A zajmują praktycznie wszystkie miejsca siedzące... Jakieś 30 - 40 osób. Sporo...
Przyglądam się - wiele z nich jest ubłocona, brudna, zapach potu i to takiego "długo noszonego" roztacza się wokoło. Coś jak męska szatnia po meczu (chociaż nigdy w takiej nie byłam, ale tak to sobie wyobrażam). Tą kwaśną woń przenika inna - alkohol!
Doznaję olśnienia. JUWENALIA! Od czterech dni studenci tutejszego uniwersytetu świętują. Odbywają się koncerty, ma miejsce grupowe szaleństwo, spotkania, zabawa... Ale moim współpasażerom do studentów daleko. Gdyby nimi byli - to spaliby teraz snem sprawiedliwego gdzieś w akademikach lub na stancjach po suto zakrapianej nocy. Nie, nie... Ci tutaj to licealiści - a może nawet nie???
Panuje powszechny hałas. Trudno nie słyszeć dobiegających zewsząd rozmów okraszonych przekleństwami i słowami, które jedynie przypominają nasz ojczysty język. Ze strzępów, które mnie dobiegają, układam wszystko w jedną całość. Już wiem na pewno, że moi współpasażerowie nie są studentami, tylko uczniami w szkole. Wiem też, że uczęszczają na kursy, które narzuciła im szkoła. Siedem dni w tygodniu, czym każdy z nich jest szczególnie poirytowany - bo "kto to słyszał żeby dzień w dzień do budy chodzić?!". Chodzi zapewne o kursy przygotowawcze do jakichś testów. Już po maturach pisemnych - zakładam więc, że chodzi o testy młodszych klas, skoro szkoła mogła je uczniom narzucić i sprawdza na nich listę obecności.
W tej chwili dopada mnie niespokojna myśl - jak to się stało, że rodzice puścili ich tak po prostu na imprezę zakrapianą alkoholem do innego miasta, na koncerty pod gołym niebem, gdzie spotykają się wszystkie możliwe typy ludzi? Jednak historia wyjaśnia się już po chwili. Rodzice nic nie wiedzą. Rozgorzała na ten temat gorąca dyskusja. Powszechne oburzenie wzbudza fakt, że nie wszyscy zintegrowali się z grupą i nie wiadomo co powiedzieć ich "starym". Wracają czy nie... A przecież jeszcze idą dziś do szkoły.
Część z nich spała u znajomych, część wraz z bezdomnymi na dworcu kolejowym...Jeszcze inni wcale... Wszyscy są lekko "wczorajsi".

Słucham i włosy jeżą mi się na głowie. Trwają obrady - jak oszukać rodziców i pedagogów? Co zrobić, żeby nikt się nie domyślił? Ktoś wpada na inteligentny pomysł, żeby w szkole pójść najpierw do łazienki i trochę się umyć. Komuś innemu koleżanki przyniosą przygotowane wcześniej ubranie na zmianę. Inni w ogóle nie zamierzają iść do szkoły, ale wracają do domu, żeby się rodzice nie czepiali i nie domyślili, że byli w innym mieście.
Po drodze wsiadają osoby starsze. Żaden z szacownych pasażerów nie reaguje. Ustępuję więc miejsca starszej pani z laską. Kierowca rozkłada fotel dla sympatycznie wyglądającego dziadka.

Tak oto wygląda kwiat młodzieży polskiej. Mowa ojczysta - dwa. Szacunek - zero. Kultura osobista - a co to takiego??? Przyznam, że byłam przerażona. Opowieści, których nasłuchałam się w czasie godzinnej jazdy, wzbudziły we mnie wiele refleksji. Niekoniecznie pozytywnych. Na mowę jako taką wpływu nie mamy - takie czasy. W każdym środowisku i pokoleniu pojawiają się nowe słowa i określenia. Ale wulgaryzmy w miejscu publicznym to już zupełnie inna sprawa. Język polski w swej czystej postaci powoli ginie. Wielka szkoda... Nic dziwnego, że sięgając potem np. po Sienkiewicza, młodzież połowy nie rozumie. Nie mam nic przeciwko - proszę bardzo, niech używają nowych słów, ale dopiero po tym jak opanują podstawy, czyli język polski jako taki. Bo używanie przekleństw w tak prostacki sposób nie czyni ich dorosłymi ludźmi. Wręcz przeciwnie - pokazuje jak bardzo są niedojrzali.
Szacunek wynosi się z domu. Widocznie nikt ich nie uczył tego, że starszym należy miejsca ustąpić. A jeśli uczył - to nieskutecznie... O kulturze osobistej wypowiadać się nie będę. Mnie tego wszystkiego nauczyli przede wszystkim rodzice. SKUTECZNIE! I nie było, że boli. Za co jestem im dzisiaj naprawdę wdzięczna.

Jeśli to jest kwiat młodzieży polskiej i przyszłość narodu, to chyba zmierzamy w innym kierunku niż wszyscy sobie wyobrażają. Obraz Polski, jaką chcemy widzieć, to przeciwieństwo Polski, którą mamy.
Na szczęście - jest jeszcze ta część młodzieży, która niesie ze sobą nadzieję. Ta, która jest uosobieniem wszystkich pozytywnych cech dobrze wychowanego młodego społeczeństwa. Szkoda tylko, że pozostaje ona w znacznej mniejszości...

 

Komentarze (4)