iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O aborcji raz jeszcze

Świat się zmienia. Wokół nas wciąż dzieje się coś nowego - pięknego lub tragicznego... Dawno tu nie zaglądałam. Ale dziś naszła mnie refleksja. I taka przerażająco silna potrzeba zamiany myśli w słowo pisane, podzielenia się tym, co mam w głowie, w sercu, że oto jestem...

O aborcji już było. Dawno temu dodałam na ten temat dłuuuuugi wpis. Wzbudził wiele kontrowersji - co wcale nie dziwi, bo sam temat jest kontrowersyjny i wywołuje wiele różnorakich emocji. Samo słowo "aborcja" prowokuje. Ale to tylko słowo. Kilka liter. To, co burzy, to jego znaczenie i ogromny ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie.

Dzisiaj nie chcę prowokować. Choć pewnie tego nie uniknę. :) Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że życie ma tysiące odcieni szarości. Zawsze powtarzałam, że punkt widzenia zależy od punktu odniesienia. A punkt odniesienia od punktu siedzenia, itd. Mój punkt odniesienia się zmienił. Nie, nie zmieniam stanowiska w tej sprawie. Nadal bezwarunkowo szanuję życie i jestem przeciwna odbieraniu go. Ale dzisiaj, tych parę lat później, jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Inaczej patrzę na świat i ludzi.

Dzisiaj - jestem mamą. Kiedy patrzę na moje dziecko - jak śpi, jak radośnie odkrywa świat, jak wyciąga do mnie rączki i spogląda prosto w oczy - czuję wdzięczność. Jestem wdzięczna, że moje poglądy w kwestii macierzyństwa zawsze były tak jasno sprecyzowane. Kiedy tulę dziecko w ramionach, wiem, że to właśnie tego zawsze mi brakowało. Kiedy uśmiechamy się do siebie, wiem, że to na to czekałam i nigdy bym z tego nie zrezygnowała. A kiedy patrzę jak moja pociecha się uczy - ja też się uczę: inaczej myśleć, inaczej rozumieć, dostrzegać drugą stronę medalu. I jestem wdzięczna, że nigdy nie musiałam zastanawiać się, czy chcę być matką. Zawsze chciałam nią być. W czasie, który sama wybrałam, lub w takim, który wybierze dla mnie los.

I dopiero teraz, kiedy już doświadczyłam tego cudu, zaczyna do mnie docierać, jak trudna musi być decyzja o aborcji. Może nie dla każdej kobiety. Może na początku część z nich wcale nie zastanawia się, jak będzie POTEM. Decydują pod wpływem chwili. Albo nie widzą innego wyjścia. Może czekają na lepszy moment, na inne okoliczności... A może rozważają tę decyzję tygodniami, aż zaczyna brakować czasu... Jest tak wiele możliwości, okoliczności, sytuacji... Tak wiele kobiet...

Właściwie mogę mówić tylko za siebie, bo siebie znam najlepiej i wiem, że nigdy bym sobie nie wybaczyła decyzji na tak. Nigdy nie przebolałabym tej straty i ten ciężar prześladowałby mnie już do końca życia. Należę do tych kobiet, które biorą byka za rogi i żyją z konsekwencjami swoich czynów. Może inne nie mają tyle odwagi. A może dla nich to ja nie mam odwagi. Bo ile trzeba mieć w sobie siły, żeby zdecydować się na aborcję? Co jest łatwiejsze? Urodzić i wychować, czy poddać się zabiegowi? Nie chcę używać mocnych słów - zabić, zamordować - bo to skrajność. Skrajności są niebezpieczne :)

Zapatrzeni w filmowych bohaterów nie zauważamy, że nasza egzystencja też jest jak film. Życie pisze scenariusze, a my gramy swoje role, trudniejsze lub łatwiejsze, ale nigdy takie same. Każdy z nas ma swój prywatny film, swój kanał, swoją ścieżkę. Kimże więc ja jestem, żeby mówić komuś co ma robić i jak postąpić? Kimże jestem, by kogoś oceniać? Jestem przeciwna aborcji. Jestem przeciwna temu, żeby traktowano ją jak spóźniony środek antykoncepcyjny i wygodne rozwiązanie. Ale to MOJE PRYWATNE zdanie. Nie mam prawa nikomu niczego narzucać, nie mam prawa nikogo krytykować. Żeby kogoś zrozumieć, trzeba się znaleźć w jego sytuacji. To taka refleksja poczęta z daleka od rozważań w kwestii etycznej i moralnej. To refleksja czysto duchowa.

I właśnie dzisiaj, patrząc na moje dziecko, pomyślałam, że podjęcie decyzji o aborcji dla części kobiet musi być traumatycznym przeżyciem, dla innych zaś jest niewiele trudniejsze od wyboru koloru ścian w kuchni. Może trochę brutalne porównanie, ale nie każda kobieta chce być matką. Nie muszę zgadzać się z tym co robią, nie muszę tego rozumieć i nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać. Ja zawsze będę bronić życia. Ale nie mam prawa nikomu narzucać swojego punktu widzenia i sposobu myślenia. Każdy w zaciszu własnego sumienia rozważa to, co dla niego dobre, a co złe. Każdy będzie żyć z własnym sumieniem już do końca i robić jego rachunek miliardy razy. To, co dzisiaj nie boli, jutro może nieludzko dręczyć. I wracać... I nawiedzać... I przeciwnie - to co dzisiaj rozdziera, jutro może się zabliźnić...

Ja, choć mam własne zdanie, nie mogę go nikomu narzucać, tak jak nie chciałabym, żeby ktoś wymuszał na mnie swój sposób widzenia świata... Każdy ma swoją parę butów i ścieżkę, którą kroczy.

Jeśli byłaś kiedyś w takiej sytuacji, jeśli musiałaś podjąć tą wyjątkową decyzję - życzę Ci, żeby jutro było łaskawe i nie przyniosło wątpliwości. Żebyś zawsze była tak samo pewna słuszności swojego wyboru.

A tym kobietom, które wciąż się zastanawiają, powiem tylko, że mój punkt widzenia świata przemieniła właśnie obecność dziecka, a nie jego brak. Ono zmienia mnie na lepsze. Uczy dostrzegać ludzi i ich problemy. Uczy pokory. Uczy nowego spojrzenia na otoczenie i życie. Wreszcie - uczy mnie miłości nieporównywalnej z żadną inną...

Komentarze (2)
Kochamy kontrowersje, bo wyzwalają agresję!

Świat żądny jest sensacji, a ludzie krwi - dosłownie i w przenośni. Czy to krew prawdziwa, czy też wirtualna - nie  ma już znaczenia. Ważne żeby się lała strumieniami. Kopać leżącego, poniewierać słabszych i mieszać z błotem - to potrafi teraz prawie każdy. Kochamy kontrowersyjne tematy, bo dla wielu z nas jest to okazja nie tyle do wymiany poglądów, co do ugodzenia kogoś słowem.

W Polsce kontrowersji nie brakuje. Samo środowisko polityczne dostarcza nam emocjonujących zdarzeń. Jeśli zaś chodzi o religię i etykę to obie sfery zawsze były pełne kontrowersji i nikogo nie dziwi, że na tym tle rozwijają się żywe dyskusje. Jesteśmy jednak spaczeni do tego stopnia, że kiedy nie dzieje się nic - jest nam źle. Jest zbyt spokojnie. Jest nijako. Nie ma gdzie wyładować swojej agresji. A jeśli jest tak spokojnie to wiadomo, że zbiera się na burzę. Emocje gromadzą się, kumulują i kiedy tylko nadarzy się okazja - następuje erupcja wulkanu. Siła rażenia dotyka wszystkich wokoło, nieważne zasłużenie czy nie. Nieważne też, czy jest właściwie ukierunkowana, chodzi tylko o to, żeby kogoś zranić. Dlaczego? Czy czujemy się przez to lepsi? Czy to sprawia przyjemność? Czy podnosi czyjąś samoocenę?

Takich pytań mogę postawić jeszcze więcej, ale na żadne nie umiem udzielić odpowiedzi. Tyranizowanie kogoś słowem jest dobrze znane osobom obeznanym z tematyką toksycznych relacji. Obecnie przenosi się to także na inne formy kontaktu. Dotyczy już nie tylko toksycznych rodziców, czy toksycznych związków, dotyczy każdej relacji międzyludzkiej. A szczególny upust  temu dajemy w internecie. To królestwo i raj dla tchórzliwych jednostek, które wstydzą się wyrazić swoje zdanie podpisując je własnym imieniem. Oczywiście nie mówię o wszystkich, tylko o tej części, która napastliwie obraża autorów artykułów, komentujących, i która poza zamieszaniem nie wnosi nic do toczących się dyskusji. Anonimowość daje im poczucie bezkarności. Jeszcze większe zaś to, że można zawsze zmienić nick, wpisać się jako gość lub napisać z innego komputera. Jak pisała Ewa P. - tu każdy może poczuć się niemalże bogiem. Ale pozostaje indywidualny styl pisania, który łatwo można rozpoznać. Internet to duża wioska - łatwo tu kogoś znaleźć, łatwo wziąć kogoś "na widelec", niezwykle łatwo się do kogoś doczepić i zwyczajnie dowartościowywać się krytykując osobę, której nigdy w życiu się nie spotkało. Ale osoby, które to robią nie odnoszą zamierzonego rezultatu :). Jedyny rezultat jaki osiągają - to ośmieszanie własnej osoby. Bo tylko i wyłącznie sobie wystawiają świadectwo pisząc obraźliwe, agresywne lub ubliżające komukolwiek teksty.

Jednocześnie trzeba podkreślić, że jest wiele osób, które zachowują pełną kulturę słowa, nawet pisząc anonimowo - i chwała im za to. Należą im się podziękowania, za to, że mimo często odmiennego zdania, potrafią wyrazić je w sposób taktowny i grzeczny. Takie osoby się ceni i szanuje, a z ich opinią warto się liczyć. Ci, którzy nie mają nic wartościowego do powiedzenia, ani nie znajdują żadnych argumentów w dyskutowanym temacie, obierają sobie za cel autora bądź komentujących. Czasem po to, by dodać swoje trzy grosze mimo wszystko, a czasem ze zwykłej ludzkiej złośliwości. Są też osoby zazdrosne i zawistne, które boli cudze szczęście, powodzenie, a nawet cudze zdanie. Wyrażają to poprzez słowną agresję i prowokacje. Nieistotne jest wtedy, czy podzielają opinię piszącego czy też nie. Często obierają stanowisko przeciwne, bo to daje im szansę na wywołanie jakiejkolwiek reakcji.
Takie osoby w zamierzchłych czasach byłyby tymi, które podpalały stos, na którym uśmiercano rzekomą czarownicę, lub co najmniej tymi, którzy bez rozważenia "za" i "przeciw" skazywali niejednokrotnie niewinną osobę na karę śmierci. To żądza krwi. Dzisiejsze czasy niewiele się różnią, tyle że mamy stosy wirtualne, zbudowane z ludzkiej zazdrości. Są to stosy słowa - czasem wulgarne, czasem obraźliwe, ale zawsze tak samo agresywne.

Odbiegłam od tematu, ale nieznacznie. Co niektórzy są już tak spaczeni emocjonalnie, że nawet z pozoru błahy i mało kontrowersyjny temat budzi nagle ogromne emocje i zażartą dyskusję. Nie chodzi oczywiście o sam temat, tylko o to, żeby komuś "dokopać", obrazić, wypluć zazdrość i przeobrazić ją w słowa, przy okazji raniąc kogoś boleśnie. Wtedy czują MOC. Nie jest to jednak żadna moc, a zwykła ludzka słabość. Obrażanie kogoś jest zwykłą ludzką słabością i tak należy ją traktować. Pojawia się zawsze wtedy, kiedy ktoś próbuje kontrolować sytuację, a ta wymyka mu się z rąk. Nikt z nas bowiem nie jest doskonały. Niektórzy to akceptują, inni muszą dowartościowywać się na różne sposoby. Także - a może przede wszystkim - w świecie wirtualnym, gdzie próbują zagłuszyć swoje kompleksy atakując słownie innych. Takim agresorom nie wolno dać się sprowokować. Zaniżają oni tylko ogólny poziom wirtualnej społeczności.

W tym świetle każdy temat może się nagle stać kontrowersyjnym. Dlatego właśnie piszę, że kochamy kontrowersje i skandale, bo pozwalają nie tylko wyrazić zdanie i oburzenie, ale przede wszystkim pozwalają uwolnić agresję. A tam gdzie tej kontrowersji nie ma? No cóż - tam tworzymy ją sobie sami. Wcale wiele nie trzeba... Przykład? Na wyciągnięcie ręki :).

Komentarze (43)