iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O aborcji raz jeszcze

Świat się zmienia. Wokół nas wciąż dzieje się coś nowego - pięknego lub tragicznego... Dawno tu nie zaglądałam. Ale dziś naszła mnie refleksja. I taka przerażająco silna potrzeba zamiany myśli w słowo pisane, podzielenia się tym, co mam w głowie, w sercu, że oto jestem...

O aborcji już było. Dawno temu dodałam na ten temat dłuuuuugi wpis. Wzbudził wiele kontrowersji - co wcale nie dziwi, bo sam temat jest kontrowersyjny i wywołuje wiele różnorakich emocji. Samo słowo "aborcja" prowokuje. Ale to tylko słowo. Kilka liter. To, co burzy, to jego znaczenie i ogromny ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie.

Dzisiaj nie chcę prowokować. Choć pewnie tego nie uniknę. :) Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że życie ma tysiące odcieni szarości. Zawsze powtarzałam, że punkt widzenia zależy od punktu odniesienia. A punkt odniesienia od punktu siedzenia, itd. Mój punkt odniesienia się zmienił. Nie, nie zmieniam stanowiska w tej sprawie. Nadal bezwarunkowo szanuję życie i jestem przeciwna odbieraniu go. Ale dzisiaj, tych parę lat później, jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Inaczej patrzę na świat i ludzi.

Dzisiaj - jestem mamą. Kiedy patrzę na moje dziecko - jak śpi, jak radośnie odkrywa świat, jak wyciąga do mnie rączki i spogląda prosto w oczy - czuję wdzięczność. Jestem wdzięczna, że moje poglądy w kwestii macierzyństwa zawsze były tak jasno sprecyzowane. Kiedy tulę dziecko w ramionach, wiem, że to właśnie tego zawsze mi brakowało. Kiedy uśmiechamy się do siebie, wiem, że to na to czekałam i nigdy bym z tego nie zrezygnowała. A kiedy patrzę jak moja pociecha się uczy - ja też się uczę: inaczej myśleć, inaczej rozumieć, dostrzegać drugą stronę medalu. I jestem wdzięczna, że nigdy nie musiałam zastanawiać się, czy chcę być matką. Zawsze chciałam nią być. W czasie, który sama wybrałam, lub w takim, który wybierze dla mnie los.

I dopiero teraz, kiedy już doświadczyłam tego cudu, zaczyna do mnie docierać, jak trudna musi być decyzja o aborcji. Może nie dla każdej kobiety. Może na początku część z nich wcale nie zastanawia się, jak będzie POTEM. Decydują pod wpływem chwili. Albo nie widzą innego wyjścia. Może czekają na lepszy moment, na inne okoliczności... A może rozważają tę decyzję tygodniami, aż zaczyna brakować czasu... Jest tak wiele możliwości, okoliczności, sytuacji... Tak wiele kobiet...

Właściwie mogę mówić tylko za siebie, bo siebie znam najlepiej i wiem, że nigdy bym sobie nie wybaczyła decyzji na tak. Nigdy nie przebolałabym tej straty i ten ciężar prześladowałby mnie już do końca życia. Należę do tych kobiet, które biorą byka za rogi i żyją z konsekwencjami swoich czynów. Może inne nie mają tyle odwagi. A może dla nich to ja nie mam odwagi. Bo ile trzeba mieć w sobie siły, żeby zdecydować się na aborcję? Co jest łatwiejsze? Urodzić i wychować, czy poddać się zabiegowi? Nie chcę używać mocnych słów - zabić, zamordować - bo to skrajność. Skrajności są niebezpieczne :)

Zapatrzeni w filmowych bohaterów nie zauważamy, że nasza egzystencja też jest jak film. Życie pisze scenariusze, a my gramy swoje role, trudniejsze lub łatwiejsze, ale nigdy takie same. Każdy z nas ma swój prywatny film, swój kanał, swoją ścieżkę. Kimże więc ja jestem, żeby mówić komuś co ma robić i jak postąpić? Kimże jestem, by kogoś oceniać? Jestem przeciwna aborcji. Jestem przeciwna temu, żeby traktowano ją jak spóźniony środek antykoncepcyjny i wygodne rozwiązanie. Ale to MOJE PRYWATNE zdanie. Nie mam prawa nikomu niczego narzucać, nie mam prawa nikogo krytykować. Żeby kogoś zrozumieć, trzeba się znaleźć w jego sytuacji. To taka refleksja poczęta z daleka od rozważań w kwestii etycznej i moralnej. To refleksja czysto duchowa.

I właśnie dzisiaj, patrząc na moje dziecko, pomyślałam, że podjęcie decyzji o aborcji dla części kobiet musi być traumatycznym przeżyciem, dla innych zaś jest niewiele trudniejsze od wyboru koloru ścian w kuchni. Może trochę brutalne porównanie, ale nie każda kobieta chce być matką. Nie muszę zgadzać się z tym co robią, nie muszę tego rozumieć i nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać. Ja zawsze będę bronić życia. Ale nie mam prawa nikomu narzucać swojego punktu widzenia i sposobu myślenia. Każdy w zaciszu własnego sumienia rozważa to, co dla niego dobre, a co złe. Każdy będzie żyć z własnym sumieniem już do końca i robić jego rachunek miliardy razy. To, co dzisiaj nie boli, jutro może nieludzko dręczyć. I wracać... I nawiedzać... I przeciwnie - to co dzisiaj rozdziera, jutro może się zabliźnić...

Ja, choć mam własne zdanie, nie mogę go nikomu narzucać, tak jak nie chciałabym, żeby ktoś wymuszał na mnie swój sposób widzenia świata... Każdy ma swoją parę butów i ścieżkę, którą kroczy.

Jeśli byłaś kiedyś w takiej sytuacji, jeśli musiałaś podjąć tą wyjątkową decyzję - życzę Ci, żeby jutro było łaskawe i nie przyniosło wątpliwości. Żebyś zawsze była tak samo pewna słuszności swojego wyboru.

A tym kobietom, które wciąż się zastanawiają, powiem tylko, że mój punkt widzenia świata przemieniła właśnie obecność dziecka, a nie jego brak. Ono zmienia mnie na lepsze. Uczy dostrzegać ludzi i ich problemy. Uczy pokory. Uczy nowego spojrzenia na otoczenie i życie. Wreszcie - uczy mnie miłości nieporównywalnej z żadną inną...

Komentarze (2)
JUŻ JEST!

Już Mam!!!

Czekałam tylko jeden dzień, od wczoraj. Jeszcze w czasie weekendu złożyłam zamówienie, zrobiłam przelew i dzisiaj wreszcie JEST! Z niecierpliwością pilnowałam dzisiaj przyjścia listonosza i... Chyba się trochę przestraszył, że go tak napadłam na klatce schodowej, ale co tam :) Najważniejsze, że już jest :). Co jest? Oczywiście książka wydana przez naszą blogową koleżankę Marietkę! :) Dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze nie wiedzą: Marietka wydała książkę! Tak, tak, nasza Marietka :). Tych, którzy chcieliby poczytać na ten temat więcej, odsyłam do źródła, czyli TUTAJ i jeszcze TUTAJ. Na tych stronach sama autorka opowie Wam o wszystkim :).

A ja - zabieram się do czytania :). 

Żeby Was zachęcić, dodam, że książkę otrzymałam z dedykacją :), a dodatkowo dołączone do niej zostało zdjęcie autorki z autografem!!!

Marietko - jesteś wielka! :)

Komentarze (8)
Zaczęłam pić... bo warto!

Zaczęłam pić. I to na umór. Upijam się od rana do wieczora a czasem i w nocy. Już widzę niedowierzanie w oczach niektórych z Was i pełne niepokoju kręcenie głową. I słusznie. Tylko ja nie napisałam co zaczęłam pić. Nie alkohol bynajmniej (czyżbym słyszała westchnienie ulgi? ;) ), tylko najzwyklejszą na świecie wodę mineralną - niegazowaną. Też mi coś, woda, może ktoś pomyśleć, wszyscy piją wodę. Zgoda, piją, ale czy aby na pewno w jej czystej postaci? Zastanówcie się, ile razy w ciągu dnia sięgacie po wodę, a ile razy po kawę, herbatę, soki i napoje gazowane? Hmm? Domyślam się, że w większości przypadków wynik jest niekorzystny dla wody. A przecież to woda stanowi 60-70% ogólnej masy ciała.

Na początku było ciężko. Kiedy mieszkałam w Indiach, wodę pompowano we mnie na każdym kroku - restauracja, hotel, uliczne stragany - wszyscy upierali się, że powinnam pić właśnie wodę. Nie potrafili zrozumieć mojego zamiłowania do herbaty (i to bez mleka!), słabości do mleka w czystej postaci ani hektolitrów wypijanych soków. Ja z kolei nie umiałam zrozumieć ich namiętności do wody ani tego, że jest serwowana do każdego posiłku. Ale cóż, przyszedł czas, że zrozumiałam. Tylko że dopiero po powrocie do Polski :).

Sięgnęłam po wodę kilka tygodni temu (to już chyba z 1,5 miesiąca albo i więcej). Na początku delikatnie, bo musiałam się do niej przyzwyczaić. Stopniowo (w ciągu 2 tygodni) odstawiałam wszelkie inne napoje (w tym moją ulubioną herbatę!). W chwili obecnej piję tylko i wyłącznie niegazowaną wodę mineralną. Do każdego posiłku, poza posiłkami, na dzień dobry i na dobranoc. Tylko woda. Doszło do tego, że nie mogę się bez niej obyć :). Dokądkolwiek się udaję - woda idzie ze mną :).

Okazało się, że organizm szybko się przyzwyczaja :). W chwili obecnej potrafię już rozróżnić smak wody. Tak, tak, okazało się, że woda mineralna, zależnie od producenta, może smakować lub nie. Mam już nawet swoje ulubione marki :D.

A najlepsze zostawiłam na koniec. W ostatnich miesiącach mi się przytyło, dość znacznie, z uwagi na problemy zdrowotne (przejściowe). Wcale nie jadłam dużo, a kilogramów i tak przybywało. Kiedy zaczęłam pić wodę, nie wyglądało na to, że coś się zmieni. Na początku wypijałam około 2 butelek dziennie, co daje w sumie 3 litry. Nie widziałam zmian. Ale po 3 tygodniach picia wody coś drgnęło. Obecnie wypijam 3-4 butelki wody dziennie (4,5-6 litrów). W ciągu ostatniego tygodnia zauważyłam ogromną różnicę w wadze ciała. Kilogramy lecą w dół :) Wróciłam do swojego rozmiaru i mieszczę się w sukienkę, którą miałam na sobie na studniówce! :) Nie stosuję żadnej dodatkowej diety, jem to co lubię i wszystko na co mam ochotę. Z tą różnicą, że do wszystkiego piję wodę. A picie wody wymusiło kilka innych zdrowych nawyków.

Generalnie czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim moja skóra wygląda o niebo lepiej (mimo stosowania tych samych kosmetyków co wcześniej) - jest gładziuteńka i delikatna, zero cellulitu, nierówności. Wszelkie dolegliwości zdrowotne, które pojawiały się wcześniej - zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nie ma problemów z gardłem, mimo że eksploatuję je tak samo a może nawet bardziej. Zniknęła chrypka, z którą borykałam się co rano. I całkiem nieźle znoszę upały. Po prostu jest dobrze :). O korzyściach można pisać w nieskończoność.

Także moje drogie, serdecznie polecam niegazowaną wodę mineralną. Gdyby istniało panaceum na wszelkie bolączki kobiety, z pewnością byłaby to woda lub coś z nią związane ;). Polecam Wam picie wody do każdego posiłku - sok, kawę czy herbatę można wypić potem. A jeśli nie możecie się zmusić - przynajmniej spróbujcie na początek wypijać szklankę wody z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Szczególnie teraz, kiedy tak łatwo się odwodnić. Niech Was nie zniechęcają pewne niedogodności (cóż picie wody w tych ilościach wymusza pewne mechanizmy fizjologiczne), bo najtrudniejsze do zniesienia są tylko na początku. Da się z tym żyć, a w miarę jak organizm się przyzwyczaja, staje się to coraz mnie dokuczliwe. I nie musicie wypijać naraz 4 kubków wody. Wystarczy, że będziecie ją mieć pod ręką i wypijać co chwilę trochę. Mówią, że woda zdrowia doda - a ja mówię, że także i urody :) Warto!!! Rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania :)

Komentarze (7)
Dochować tajemnicy

Za chwilę zdradzę Ci sekret.

Czy jesteś ciekawa? Czy chcesz go poznać?

A jeśli Ci go zdradzę - czy dochowasz tajemnicy?

Wiem, że powiesz tak. W myślach zaś dodasz szybko: Jeszcze zależy co to będzie... My, kobiety, mamy fatalną opinię tych, które nie potrafią dotrzymać tajemnicy. Nie wynika to jednak ze złej woli. To raczej kwestia naszej natury.

Istnieje powiedzenie: jeśli chcesz, by ludzie się o czymś szybko dowiedzieli - powiedz to kobiecie. Zapewne gdyby wnikliwie przyjrzeć się historii, okazałoby się, że całe królestwa i cesarstwa wpadały w tarapaty, ponieważ kobiety nie potrafiły utrzymać języka za zębami. Nie robiły tego jednak w złej wierze. Nie wszystkie. Były raczej wykorzystywane. Od czasów starożytnych i średniowiecznych niewiele się zmieniło.

CUDZY SEKRET TRUDNIEJ ZACHOWAĆ DLA SIEBIE

Może powinnam zacząć od samych sekretów. Kobiety zdradzają CUDZE sekrety. Własnych - strzegą jak oka w głowie. Najpilniej strzeżonym sekretem każdej szanującej się damy jest naturalnie jej wiek :). Nie daj Boże, żeby prawdziwa data urodzenia zainteresowanej dostała się do wiadomości publicznej! Aby się przed tym ustrzec kobieta stosuje szereg środków zapobiegawczych. Najczęściej stosowaną metodą jest wprowadzanie rozmówcy w błąd. Najlepiej wielokrotnie. Pod wpływem sprzecznych informacji zbity z tropu partner dyskusji porzuca chęć uzyskania odpowiedzi na nurtujące go pytanie...

Inną, pilnie strzeżoną tajemnicą są przepisy na wypieki. Co prawda w dobie pełnej komputeryzacji wspomniane receptury są strzeżone jakby mniej. Panie dzielą się swoimi osiągnięciami gastronomicznymi dużo chętniej niż dawniej.

Wreszcie jeszcze inne panie posuwają się dużo dalej - i przez lata w tajemnicy trzymają nazwisko ojca swoich dzieci...

Sugerując się tymi przykładami zdawałoby się, że kobieta potrafi dochować tajemnicy jak mało kto. Jednakże kiedy niewiasta poznaje cudzy sekret - sprawy przybierają zupełnie inny obrót. Cudza tajemnica kusi. Cóż za pożytek z poznania jej, jeśli nie można się nią podzielić z innymi?

DLACZEGO KOBIETA NIE UMIE DOCHOWAĆ TAJEMNICY?

Nie każda kobieta zdradza cudze sekrety. I nie zawsze. Muszą zajść pewne okoliczności. Najbardziej niezawodną "okolicznością" jest dobrze zbudowany, czarujący mężczyzna, który potrafi wykorzystać naiwne kobiece serce, by zdobyć informacje. Sprzyja temu otwarta natura kobiety i jej chęć dzielenia się wiedzą z ukochanym.

Inną okolicznością jest samotność. Kobieta wdzięczna za dotrzymanie jej towarzystwa gotowa jest dobrowolnie podzielić się informacjami.

I wreszcie okoliczność trzecia: powierzanie sekretu w sekrecie :). Kobieta, pragnąc udowodnić swe zaufanie i lojalność przyjaciółce czy też członkowi rodziny, w wielkim sekrecie zdradza powierzone jej tajemnice, wierząc iż nie wymkną się one dalej. Niestety, rzeczywistość pokazuje, że informacja szybko obiega całą okolicę. Działa to trochę na zasadzie przewracających się kostek domina. Jeśli przewróci się jedna - przewrócą się wszystkie.

Kobieta ma potrzebę rozmawiać. Skoro nie może mówić o własnych sekretach - wyjawia cudze :).

Tyle z przymrużeniem oka. A Waszym zdaniem kto potrafi lepiej dochować tajemnicy: kobieta czy mężczyzna? Czy kobiety naprawdę nie potrafią zatrzymać dla siebie cudzych sekretów?

Na koniec żart, który był inspiracją tego wpisu.

Na przyjęciu goście spierają się kto jest bardziej godzien zaufania - kobiety czy mężczyźni.
- Żadna kobieta nie potrafi dochować tajemnicy - mówi z wyższością jeden z panów.
- Nie wydaje mi się - odpowiada jego sąsiadka z prawej. - Trzymam w tajemnicy swój wiek, odkąd skończyłam 21 lat
- Któregoś dnia się pani wyda.
- Nie sądzę. Kiedy trzyma się coś w sekrecie 27 lat, to trzyma się to już na wieki.

 

Komentarze (16)
Śmierć za życia.

Spoglądam w twarz kobiety, która walczy o swoje życie. Tak - wciąż walczy. Pokonała raka - przeżyła operację, chemię, naświetlania... Żyje, choć rokowania były fatalne. Jednak Jej walka wciąż trwa. Nie ma dnia by nie pamiętała o tym co przeżyła. Wciąż istnieje ryzyko, że pojawią się nowe złośliwe komórki albo że nagle wykryte zostanie kolejne ich ognisko. Mimo to, ta kobieta tętni życiem. Tryska humorem i energią. Nie poddaje się. Nie narzeka. Nie zamartwia się. Jest pozytywnie nastawiona do ludzi i świata. Do swojej choroby też. Nie spisała siebie na straty. Ta kobieta chce żyć. Ta kobieta docenia życie jak mało kto. I prawdziwie się nim cieszy.

Mija dzień... Przede mną inna twarz, inna osoba. Ta kobieta jest zdrowa. Nie dolega Jej zupełnie nic, poza dolegliwościami, które pojawiają się z wiekiem. Czasem podwyższone ciśnienie, czasem ból głowy. Ani śladu raka, czy innej ciężkiej choroby. Jednak ta kobieta chce umrzeć. Mówi o umieraniu bez przerwy. Każdy dzień jest dla Niej ostatnim. Stale z wszystkimi się żegna. Z jednej strony zabezpiecza się przed śmiercią, jest nad wyraz ostrożna, zakłada na drzwi mnóstwo zamków by "nikt się nie włamał i nie zamordował Jej we śnie". A już następnego dnia prosi krawca by zdjął miarę i uszył Jej ubranie "do trumny". Czasem mam wrażenie, że to Ona sama chce decydować o tym kiedy i jak umrze. Całe życie dyrygowała wszystkim i wszystkimi, więc nawet i teraz - śmierci - chciałaby rozkazywać. Innym razem mam wrażenie, że to wszystko jest tylko na pokaz. Po to by wzbudzić litość, współczucie, troskę... Ten schemat zaczął się powtarzać wiele lat temu i trwa do dziś. Z tym, że wcześniej zdarzało się to tylko czasami. Teraz zdarza się codziennie. Codziennie od nowa ta kobieta rozpoczyna swoją grę. Czasem wierzę, że Ona naprawdę tak źle się czuje, innym razem wyraźnie widzę, że udaje. Zamęcza tym siebie i swoje otoczenie. Jej najbliżsi codziennie słuchają, że oto nadszedł Jej koniec. Że to tego właśnie dnia umrze. I wiecie - działo się to tak wiele razy, że ludzie przestają Jej wierzyć. Jest jak w tej bajce - gdy nadużywasz czyjejś cierpliwości oszukując że potrzebujesz pomocy, wtedy gdy naprawdę będzie Ci potrzebna - nikt w to nie uwierzy...I nie pomoże...

W tym drugim domu codziennie odbywa się rytuał śmierci. Czasem angażowani są w to inni ludzie - lekarz, pielęgniarka - którzy nie mogą nic zrobić poza stwierdzeniem, że nic złego się nie dzieje. Ostatnio kobieta kazała przywieźć sobie księdza i zapalić gromnicę. Chwilę wcześniej zajadała sie ciastkami i sprzątała w pokoju. Po czym położyła się do łóżka i kazała wezwać księdza by udzielił Jej ostatniego namaszczenia.

To wszystko zakrawa na jakąś obsesję. Obsesję na punkcie śmierci lub umierania. A może ma tylko wzbudzić cudze zainteresowanie? Jak to jest, że Ci, którzy naprawdę stają w obliczu śmierci, są tak od Niej dalecy? Nie poddają się negatywnemu myśleniu. Chcą żyć i czuć, że żyją. Nie straszą swoją śmiercią otoczenia. Nie szantażują nią. Nie poddają się czarnym myślom o końcu.

I są ludzie, którzy umierają za życia. Ludzie, których ciało żyje, ale oni dawno temu odeszli....

Komentarze (9)
Łzy - babska sprawa?

Mówią, że to wstyd. Że nie wypada. Że łzy są oznaką słabości. Że psują wizerunek. I że wolno wszystko, tylko nie to: mężczyznom nie wolno płakać! Bo świat tego nie zrozumie. Bo świat tego nie wybaczy. Bo świat uzna ich za straceńców z powodu jednej małej kropli słonego płynu...

To nie jest prawda, że mężczyźni nie powinni płakać. To jakiś chory stereotyp z pozbawionym uczuć macho w roli głównej. Pytanie: czy facet to nie jest istota ludzka? Mimo wszystkich swoich urazów i uprzedzeń odpowiadam: jest!  Faceci to także ludzie. Może o inaczej skonstruowanej psychice i wyglądzie zewnętrznym - w końcu czymś musimy się różnić - ale są to ludzie z krwi i kości.

Ostatnio ktoś się przy mnie rozkleił. Trochę. Ja, mówiąc o tak trudnych sprawach, pewnie rozbeczałabym się zupełnie, puściłyby mi nerwy i zalałabym się łzami. No, ale ja jestem kobietą. Nam to dozwolone. A facetom nie wolno. A niby dlaczego? Też mają swoje uczucia, przeżycia, doświadczenia. To, że ich nie okazują, nie znaczy, że ich nie mają. Mają. Niektórzy sobie z nimi nie radzą, inni udają, że problemu nie ma. Każdy ma na to jakiś sposób. I raz na sto lat niektórym zdarza się uronić łezkę. Najczęściej w samotności, gdzie nikt ich nie widzi, oczy nagle zaczynają szczypać a po policzku spływa łza. Bo panuje przekonanie, że mężczyzna, który płacze - okazuje w ten sposób swoją słabość. Czyżby??? A może to tylko przejaw wrażliwości? Tak!!! Mężczyźni posiadają i taką cechę! Ale rzadko się z nią obnoszą - większość wręcz wstydzi się jej i wyrzeka by nie wypaść z przeznaczonej im roli twardziela.

Więc mężczyźni nie płaczą. Nie płaczą publicznie, nie płaczą w towarzystwie znajomych, nie pozwalają sobie na łzy nawet (a może zwłaszcza???) w obecności najbliższych. A kiedy w przypływie emocji i uczucia bezsilności łzy zaczynają cisnąć się im do oczu - odwracają się, uciekają, wychodzą - po to by nie stracić wizerunku prawdziwego faceta. Po to by nie okazać słabości, po to by nie pokazać, że nie wiedzą co w danej chwili zrobić.

To nie jest prawda, że faceci nie płaczą w ogóle. Bo zdarza im się. Tyle, że z dala od cudzych oczu. Niektórzy zaciskają wtedy gardło i szczęki, zamykają się w sobie jeszcze bardziej i rzucają w wir pracy. Stereotyp zakorzeniony jest tak mocno, że nawet przed samymi sobą nie chcą słabości okazać.

Łzy to podobno babska sprawa. Może dlatego, że kobiety nie wstydzą się łez. Niektóre wręcz wykorzystują je by osiągnąć własne cele. Smutne, ale prawdziwe. Kobiety wykorzystują to, że mężczyźni nie mogą znieść widoku płaczącej partnerki. Oczywiście nie każda kobieta tak robi, ale zaryzykowałabym stwierdzenie, że co najmniej połowa, jeśli nie większość. Tak wynika z moich obserwacji.

Dlaczego płaczemy? Z różnych powodów. To jest właściwie pytanie do Was. Po lewej stronie nowa ankieta - zachęcam do wzięcia  w niej udziału. Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie z jakiego powodu zdarzyło nam się płakać najwięcej i najczęściej. Może na uroczystościach rodzinnych? A może ze śmiechu? A może nie potrzebujemy żadnego konkretnego powodu, w myśl zasady, że każdy powód jest dobry? Jak to właściwie jest?

Komentarze (14)
Jak mówić do mężczyzny, żeby nas słuchał...

Odwieczny problem: Ty mówisz, a On nie słucha. Ty tłumaczysz, a On nie rozumie. Albo przytakuje głową, a potem i tak okazuje się, że nic do Niego nie dotarło. Jakbyście żyli na innych planetach i posługiwali się innymi językami.

Jak mówić do mężczyzny żeby słuchał? Na pewno same macie wiele wypróbowanych sposobów. Od siebie mogę polecić kilka następujących:

  • MÓW KRÓTKO - my kobiety mamy tendencje do rozwijania każdego tematu ponad miarę. Coś, co można przedstawić w kilku zdaniach, potrafimy omawiać godzinę. A mężczyzna już po kilku minutach przestaje słuchać. Przygotowuje się na kolejne "kazanie".
  • MÓW KONKRETNIE - najlepiej od razu przejść do meritum sprawy. W kilku zdaniach wyjaśnić o czym chcemy rozmawiać i dlaczego.
  • BĄDŹ BEZPOŚREDNIA - daruj sobie wszelkie aluzje. Choćbyś nie wiem jak pięknie nawiązywała do tematu, który naprawdę Cię interesuje - rzadko kiedy coś z tego wychodzi. Mężczyzna zmęczy się już samymi aluzjami i zachodzeniem w głowę, o co właściwie Ci chodzi, po co to wszystko i gdzie jest haczyk. Lepiej w prostych słowach powiedzieć w czym rzecz - sobie zaoszczędzisz czasu, a swojemu mężczyźnie bólu głowy.
  • BĄDŹ SZCZERA - nigdy nie próbuj udawać, że coś Ci odpowiada, kiedy tak nie jest. Bo prędzej czy później to "coś" stanie między Wami, a On zarzuci Ci nieszczerość. I będzie miał rację! Jeśli boisz się, że to co masz do powiedzenia zrani Jego uczucia, pomyśl, jak będzie się czuł, kiedy okaże się, że nie byłaś z Nim do końca szczera? Pewne Jego zachowania irytują Cię - więc powiedz Mu o tym. Nie każ Mu się domyślać. W przeciwnym razie, kiedy nie zgadnie, pretensje możesz mieć tylko do samej siebie...
  • BĄDŹ SPOKOJNA - nie atakuj Go. Jeśli napastliwie zaczniesz rozmowę, to z pewnością nie skończy się ona happy end'em. Agresja rodzi agresję. Choćby nie wiem jak trudny był temat - bądź opanowana i spokojna do samego końca rozmowy.
  • NIE PŁACZ - kiedyś przyjaciel powiedział mi, że łzy to najgorszy element kobiety. Bywają odbierane właściwie, jako przejaw silnych emocji. Często jednak mężczyźnie wydaje się, że za pomocą łez próbujemy osiągnąć cel i wymusić na Nim zmiany lub podjęcie pewnej decyzji. I nawet jeśli Nam ulegnie - zatrzyma to w pamięci jako przejaw własnej słabości i presję z naszej strony. Jeśli musisz płakać, wyjdź na chwilę i zrób to tak, by tego nie widział. I nie histeryzuj w Jego obecności - mężczyzna czuje się wtedy bezsilny i jedyne na co ma ochotę to ucieczka.
  • BĄDŹ RZECZOWA - przede wszystkim trzymaj się tematu. Nie pozwól by rozmowa przerodziła się w kłótnię typu "a Ty zeszłego lata zrobiłeś to i to..". Nikomu to nie pomoże. Przeszłość zostaw przeszłości, skup się na tym co tu i teraz. Nie zostawiaj miejsca na niedomówienia i domysły.
  • NIE WYOLBRZYMIAJ PROBLEMÓW - nie rób z igły wideł. Skup się na rozwiązaniu problemu. Nie roztrząsaj tego kto jest winny w ogóle lub kto bardziej. To niczego nie zmieni.
  • BĄDŹ CIERPLIWA - czasem trzeba coś powtórzyć dwa razy lub trzy. Nie irytuj się i nie trać panowania nad sobą. Wyjaśniaj tyle razy, by żadne z Was nie miało wątpliwości. Mężczyznę może irytować Twój spokój. Będzie doszukiwał się podstępu, drugiego dna. Niech to przetrawi. W końcu zrozumie, że masz czyste intencje, tylko daj Mu na to czas.
  • BĄDŹ WYROZUMIAŁA - jeśli chcesz by mężczyzna Cię zrozumiał, spróbuj postawić się w Jego położeniu i spojrzeć na sytuację Jego oczami. Może z Jego perspektywy wygląda ona zupełnie inaczej?
  • WYBIERZ ODPOWIEDNI CZAS - pamiętaj, że każda rozmowa powinna odbywać się w odpowiednim czasie i miejscu. Jeśli temat jest poważny, postaraj się byście byli sami i by nikt Wam nie przeszkadzał. Miej możliwość patrzenia Mu głęboko w oczy i trzymania Go za rękę. To daje więcej szans na porozumienie. Nie naskakuj na Niego przy znajomych czy kolegach, bo tylko pogorszysz sytuację. Wasze sprawy powinniście załatwiać między sobą, a nie publicznie. Nie mieszaj w nie innych, bo zostanie to źle odebrane.
  • DOCENIAJ GO - jeśli widzisz, że się stara, powiedz Mu to. Daj do zrozumienia, że bardzo liczysz się z Jego zdaniem i szanujesz Je, nawet jeśli się z Nim nie zgadzasz. Powtarzaj, że rozmowa z Nim jest dla Ciebie ważna, tak samo jak to, byście doszli do porozumienia i znaleźli wspólne rozwiązanie problemu.
  • ZNAJDŹ RÓWNOWAGĘ - Nie unikaj trudnych tematów - bo to do niczego nie prowadzi. Staraj się jednak aby były one zrównoważone przez tematy przyjemne. Rozmawiaj z Nim o tym co jest dla Niego ważne, co sprawia Mu przyjemność, o jego hobby, pracy, kolegach. Bądź nie tylko partnerką. Bądź Jego przyjacielem na dobre i na złe - takim, który zawsze stara się rozumieć. Takim, któremu można powiedzieć wszystko i nie zrobi za to awantury.
  • NAJPIERW DAWAJ, POTEM OCZEKUJ - przede wszystkim dawaj dobry przykład. Jeśli chcesz żeby On Ciebie słuchał - Ty słuchaj Jego. Chcesz żeby rozumiał - Ty staraj się rozumieć Jego punkt widzenia. Chcesz żeby był cierpliwy - bądź cierpliwa, spokojna i opanowana.

To tylko kilka myśli, które nasuwają mi się w tym temacie. Nikt nie ma zdolności jasnowidzenia. Dlatego jeśli czegoś oczekujemy - musimy o tym mówić i to otwarcie, najlepiej wprost, żeby unikać nieporozumień. Do mężczyzny również. I nie oczekujmy natychmiastowej reakcji. Jeśli my miałyśmy czas przemyśleć sprawę - przedstawmy Mu swój punkt widzenia i dajmy czas do namysłu. Niech dobrze rozważy to co usłyszał. Niech ma czas to zrozumieć. Niech wie, że może pytać i nie urwiemy Mu za to głowy. Niech wie, że czekamy na Jego opinię w danej kwestii, bo liczymy się z tym co myśli i czuje. Niech czuje, że jest dla Nas ważny. Może nie wszystko zmieni się od razu, ale wiem, że zmiana nastawienia kobiety, daje dużą szansę na zmianę nastawienia mężczyzny. Jeśli postaramy się Go zrozumieć, On postara się nas słuchać.

Komentarze (21)
Mężczyzna jest jak rozpędzony pociąg...

Czepiają się mnie pociagi ostatnio, chociaż żadnym od dawna nie jechałam. A jeżdżą mi po głowie i do każdej myśli doczepiają wagonik. I dzisiaj znowu o pociągach. O pociągach i mężczyznach tym razem, bo porównanie nasuwa się samo.

Mężczyzna, który pragnie kobiety - jest jak pociąg. Jeśli pozwolimy mu się rozpędzić, to ciężko będzie go zatrzymać. Droga hamowania będzie długa a zderzenie z rzeczywistością bardzo bolesne i grozi katastrofą. Siła, która napędza mężczyznę w takim momencie, wspierana przez ukochany testosteron i inne hormony, sprawia, że mężczyzna głuchnie na wszelkie logiczne argumenty. Ślepnie i nie widzi znaków ostrzegawczych. Ignoruje informacje o zagrożeniu. I nie widzi, że tory nagle zmieniły bieg, a przed nim wyrasta ściana. Nie rozumie - a może nie chce rozumieć - że grozi mu wykolejenie. 

Mężczyzna, który pragnie kobiety, jeśli w ogóle potrafi się kontrolować, to tylko dopóki kobieta nie machnie mu chorągiewką. Drogie Panie - jeśli już to zrobimy, liczmy się z konsekwencjami :). Nie wystarczy potem powiedzieć "STOP". Trzeba będzie to powtórzyć przynajmniej kilka razy, żeby do mężczyzny dotarło chociaż echo naszych słów. Nie wyobrażajmy sobie, że mężczyzna zatrzyma się ot tak, jakby nigdy nic. Trzeba mu będzie przykręcić śrubę tu i tam, a czasem po prostu wykoleić, żeby mógł wrócić do rzeczywistości.

Pamiętajmy więc, że rozpędzonego pociągu nie zatrzymamy w miejscu. Jeśli nie jesteśmy zdecydowane jechać do końca - lepiej w ogóle go nie rozpędzać. Pozostaje pytanie - jak to jest z nami, kobietami? Jeśli mężczyzna jest jak rozpędzony pociąg - to do czego porównać kobietę???

Komentarze (16)
Jedenaste przykazanie: kobiety o wiek nie pytaj!

Od najmłodszych lat słyszałam wokół siebie szepty i głośne zakazy. "Kobiety nie pyta się o wiek". Kiedy miałam lat kilka - sensu to dla mnie nie miało. Z biegiem lat zaczęło nabierać jasności, choć wciąż jestem w takim wieku, do którego śmiało się przyznaję i nie widzę powodu, by go ukrywać. Być może z biegiem lat mi się to zmieni i wtedy zasłyszane zdanie nabierze wreszcie pełnego sensu i brzmienia. Póki co, nie gniewam się na nikogo kiedy zada mi to niegrzeczne pytanie, ale wykorzystuję to przeciwko osobie pytającej. No przyznam się już - trochę bawię się kosztem takiej osoby.

Zauważyłam, że jest kilka typów osób zadających to niezręczne pytanie. Pierwszy typ to taki, który pyta bez ogródek, bez zająknięcia, który w swej bezpośredniości przekracza granice taktu w ramach zainteresowania drugą osobą. Typ drugi to typ nieokrzesany (może nie zna tej złotej zasady dotyczącej wieku kobiety?), który potrafi przy wszystkich wypalić głośne "Ile masz lat?", nawet do pani po sześćdziesiątce i nie zważa na jęki i posykiwania otoczenia ani rozpaloną do czerwoności twarz adresatki tegoż prostego wydawałoby się pytania. Typ trzeci to taki, który zna zasadę, ale ciekawość bierze górę i zanim popełni nietakt uprzedza go nieśmiałym "Może nie powinienem pytać, ale...".  Typ czwarty to taki, który w życiu sam nie zapyta, będzie się domyślał lub wypytywał wszystkich dokoła - znajomych tejże pani, rodzinę, przyjaciół.

Co jakiś czas i mnie zadawane jest to pytanie. Wtedy szybko dopasowuję pytającego do któregoś z wyżej wymienionych typów. Wykorzystuję to, iż popełnił on nietakt i odbijam piłeczkę: "A na ile wyglądam?" (choć pytaniem na pytanie się nie odpowiada :P ). Wyraz zmieszania na większości twarzy, może lekkiego wstydu - wynagradza mi wszystko inne. Niektórzy bronią się przed udzieleniem odpowiedzi jak lwy. No bo co jak pomylą się nie w tą stronę i dadzą więcej niż wypada, więcej niż takowa kobieta faktycznie tych wiosen przeżyła? Wtedy nietakt będzie jeszcze większy. Więc inteligentnie odpowiadają "Nie mam pojęcia, nie podejmuję się odpowiedzenia na to pytanie". Cóż, wówczas i ja "nie podejmuję się" odpowiedzi na pytanie o wiek. Ale co odważniejsi próbują zgadywać. Zwykle pierwszą odpowiedź zaniżają o kilka lat (na wszelki wypadek). Np. kobieta wygląda im na trzydzieści parę lat. Dla bezpieczeństwa podają więc liczbę 30. Dopiero druga odpowiedź jest zwykle tą prawdziwą, którą ktoś tam sobie w głowie zanotował.

A dlaczego kobiet się o wiek nie pyta? Bo wszystkie kobiety chcą się czuć  wiecznie młode i wszelkie pytania naruszające to łagodne przekonanie - są nietaktem, pozbawiającym złudzeń i marzeń. A więc panowie - traktujcie nas tak jakby czas stanął dla nas w miejscu. Dla Was istnieje jedenaste przykazanie: Kobiety o wiek nie pytaj! (bo zemści się to na Tobie podwójnie). Choć niektórzy powiadają, że kobieta jest jak wino - im starsze tym lepsze, bo nabiera mocy ;P.

Komentarze (14)
Kobieta i Dziki Zachód

Zainspirowana pewnym sympatycznym mailem (dziękuję!), który dotarł do mnie przed chwilą, oraz kolejami życia, przywołałam w umyśle scenę ze starego westernu. Widzieliście ją przynajmniej raz, bo pojawia się w każdym filmie tego typu. A jeśli nie - to wyobraźcie ją sobie teraz. Nagle przenosicie się w czasie do małego, starego miasteczka o dwuczłonowej nazwie. Drugi człon brzmi prawdopodobnie Springs. W pierwszy możecie wstawić cokolwiek. Może to być Colorado albo Manitou, albo cokolwiek innego. Tak więc znajdujecie się teraz w starym Colorado/ Manitou/ Soda/ Eden Springs. Nie ma już asfaltowych dróg. Zamiast tego wszędzie ziemia i piach, a kurz wkrada się Wam podstępnie do nozdrzy. Powietrze jest gorące, ostre, suche. Słońce pali skórę i razi w oczy - jest gorąco. Pot spływa Wam spod kapelusza, rosi czoło. Samo południe. Rozglądacie się - oto miasteczko żywcem wyjęte z westernu. Po drugiej stronie drogi, naprzeciwko, tzw. saloon, gdzie mężczyźni litrami wlewają w gardło whisky. Za wahadłowymi drzwiami kryją się kobiety lekkich obyczajów. Przestraszone matki ciągną dzieci do domu na siłę, by oszczędzić im krwawego widoku. W okolicznych domach ludzie wyglądają z okien, bo oto nadszedł TEN CZAS. Pojedynek w samo południe! Dwóch mężczyzn stoi naprzeciw siebie. Niespokojnie, żarliwie, czekają by wyciągnąć broń i pozbawić przeciwnika wszelkich argumentów, w tym - życia.

W tym miejscu proponuję stop-klatkę. Wróćmy do kobiet. Kobieta na Dzikim Zachodzie. Jaka była? Czy potrafimy to sobie dzisiaj wyobrazić? Z pozoru krucha, grzeczna i delikatna. Taką widzimy ją w niektórych filmach. Ale chyba znacznie prawdziwsze będzie stwierdzenie, że kobieta na Dzikim Zachodzie musiała być (i była) silna i niezwykle odważna. Warunki do życia jakie tam wówczas panowały były raczej surowe i trudne, dalekie od tych wielkomiejskich. Poruszano się konno lub dyliżansami, kolej nie wszędzie była obecna, ponieważ dopiero trwały prace nad jej budową. Brakowało żywności, czasem wody. Kobieta na Dzikim Zachodzie musiała umieć sobie poradzić w każdej trudnej sytuacji. Nawet (a może zwłaszcza) bez mężczyzny, który wyjeżdżał często na długo w poszukiwaniu zarobku. Wtedy całe gospodarstwo i dzieci zostawały na głowie naszej biednej bohaterki. A wiele niebezpieczeństw czyhało na pozostawione bez męskiego nadzoru gospodarstwa. Jak nie dzikie zwierzęta, to ludzie, którzy grabili, łupili i mordowali jak najgorsze bestie. Gdyby nasza postać była krucha i delikatna - nie przetrwałaby prób losu. Jednakże w obliczu zagrożenia kobieta na Dzikim Zachodzie potrafiła chwycić broń i strzelać do wszystkiego co się rusza. Jak każda matka, potrafiła stanąć w obronie jej dzieci i tego, co sercu drogie, na co ciężko z mężem pracowali... A jeśli jej mąż nie wrócił ze swej wyprawy, to cały trud utrzymania gospodarstwa, farmy lub rancza i przede wszystkim trud wychowania dzieci - spoczywał na barkach naszej dzielnej postaci.

Taki obraz kobiety malują nam westerny. Ile w tym prawdy? Nie wiem. Wiem natomiast, że życie pionierów nie było łatwe. Wymagało wielu wyrzeczeń i poświęceń, okupione było ogromnym wysiłkiem. Mogli się na to zdobyć tylko odważni ludzie - i tylko bardzo odważne i silne kobiety. Silne zarówno fizycznie jak i w sensie odporności psychicznej. To były kobiety czynu!

Dzisiejszy świat, mimo całej swojej cywilizacji i technologii - jest jak Dziki Zachód. Praca, dom, kariera, rodzina, związki - to wszystko wymaga odwagi i działania. I czasem - jak bohaterka westernu - każda z nas musi sięgnąć po strzelbę (oczywiście w przenośni) i stanąć w obronie siebie i tego, co jej najbliższe - w obronie swoich ideałów, myśli, wartości, wszystkiego, co kochane. I czasem trzeba wziąć udział w pojedynku w samo południe, gdzie po jednej strony stoimy my, kobiety - a po drugiej stronie życie i jego problemy. Wygrana zależy tylko od tego jak szybko zdecydujemy się sięgnąć po broń i wytrącić ją przeciwnikowi z ręki. Nasze istnienie wymaga działania i podejmowania decyzji, zanim zrobi to za nas ktoś inny...

Komentarze (8)
1 | 2 |