iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dom jak skarbonka

Przeprowadzona, posprzątana i urządzona. Tak mogę o sobie dzisiaj powiedzieć. Mimo, że od przeprowadzki minęły dwa tygodnie, życie dopiero teraz nabrało normalnego rozmiaru i tempa. Do tej pory ciągle musiałam po coś jeździć, tego brakowało, tamtego nie było, coś jeszcze by się przydało. Okazało się, że znalezienie lokum i przewiezienie rzeczy było najmniejszym problemem. Rozpakowanie ich także. Prawdziwym problemem okazały się częściowe braki w wyposażeniu, bo czegoś nie zabrałam, bo myślałam, że się nie przyda - a byłoby jak znalazł. Nauczka na przyszłość :). Podczas kolejnej przeprowadzki (w razie czego) będę już mądrzejsza.

Swoją drogą urządzenie całego domu musi być nie lada wyzwaniem. Pomysł to nie wszystko. Potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Nawet jeśli niektóre rzeczy są tańsze, na innych producent zarobi podwójnie. Jeśli jeszcze ktoś ma w tym kierunku zdolności i może sobie sam przygotować lub zrobić wiele rzeczy - to super. Potrzebny będzie czas i materiały. Ale jak ktoś kupuje tzw. gotowce - to trzeba się przygotować na to, że kieszeń będzie pusta i pusta. Dom czy mieszkanie to jedna wielka skarbonka. Nawet już urządzone często potrzebuje żeby co jakiś czas wrzucić w nie trochę kasy, coś dokupić, odświeżyć, zmienić...  Czasem zastanawiam się po co nam to? Mieszkając w Indiach widziałam domy z minimum sprzętów, surowo urządzone, aczkolwiek niezbędne rzeczy były. I ludziom dobrze się tak żyje. Nie przywiązują wagi do tego jak mieszkają, tylko z kim. Miałam wrażenie, że są o niebo szczęśliwsi od nas. A u nas? Sąsiad robi remont - to my też, przecież nie będziemy gorsi! Kuzyn kupił nowe meble, no to my też, czemu mamy mieć gorzej? Zaciągamy kredyty, bierzemy pożyczki i spłacamy je potem latami, tylko po to, żeby nie mieć gorszego samochodu niż kolega z pracy. A czy to naprawdę jest konieczne? Czy to co mamy naprawdę świadczy o tym, jakimi ludźmi jesteśmy? Nie wydaje mi się. Czy naprawdę opinia zawistnych ludzi jest dla nas taka ważna, żeby pakować się w długi? Uważam, że nie. Ale wielu z nas najwyraźniej nie dorosło jeszcze do tego, by ustawić właściwą kolejność priorytetów i wprowadzić ją w życie. Bo mieć moi drodzy nie zawsze oznacza być. Za to być zawsze oznacza mieć - niekoniecznie materialnie, ale na pewno duchowo!

Komentarze (3)
Dwa domy...

Cały czas powtarzam, że dla mnie dom to ludzie. Ludzie, których nie zastąpią najpiękniejsze wnętrza, pokoje ani mury. Dom to ciepło, którego nie zastąpią żadne bogactwa tego świata. Ciepło, którego nie można kupić. Można wynająć fachowców, by zbudowali fortecę - postawią fundamenty i ściany. Dekoratorzy urządzą je wedle najnowszych trendów, wyszukają idealne meble, dobiorą kolory... Ale nie ma takiego fachowca, który nadałby tej nowej przestrzeni charakter prawdziwego domu. Bo ten nadajemy my sami. My - ludzie...

Większość z nas ma jeden dom. Niektórzy (a może zbyt wielu??) nie mają go wcale. Wracają po pracy do pustych zimnych ścian, nikt na nich nie czeka... Nikt się specjalnie nie troszczy. Wszędzie pulsująca cisza... Można próbować ją zagłuszyć głośną muzyką, nastawić telewizor na maksimum - ale ta cisza nie znika. Ona przenika i przekrzykuje smutkiem wszystko inne. Ta cisza męczy i boli. Czasem ignorujemy ją i oszukujemy się by móc żyć dalej. Normalnie...?

Jestem pod tym względem szczęściarą.Mam dwa domy. Dwa prawdziwe domy - ludzi, z którymi mogę dzielić wszystko. Pierwszy dom to dom rodzinny. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dom, w którym czekają rodzice, brat i babcia, pies merda ogonem, a kot wita w progu głośnym miauczeniem. To Oni, Ci najbliżsi są mi domem. Nieistotne gdzie się znajdują. Mogą być rozrzuceni po całym świecie. Ale to ludzie, do których chce się wracać. To Oni - mój dom.

I mam też drugi dom - równie prawdziwy. Ale z tymi ludźmi nie łączą mnie więzy krwi. Z tymi ludźmi łączą mnie więzy głębokiej przyjaźni. Ostatnio pomyślałam sobie właśnie, że są dla mnie jak rodzina. Nie "jak rodzina". Oni są moją rodziną! Może nie mamy wspólnych krewnych ani żadnych papierów, które wskazywałyby na pokrewieństwo. Nie ma takich. Ale jest rodzinne ciepło, zaufanie i wsparcie, którego wielu ludzi mogłoby mi pozazdrościć.

Jestem szczęściarą. Mam dwa prawdziwe domy. Ludzi, którzy są dla mnie, ze mną i stoją ramię w ramię, cokolwiek by się nie działo. Dom to te wszystkie małe rzeczy, których tak nie doceniamy: krzątanina w kuchni, płacz małego dziecka za ścianą, wspólny obiad, wieczorny rodzinny seans filmowy i długie rozmowy nawet o tych najprostszych rzeczach. Wydawałoby się mało istotnych... Dom to ciepło, które dajesz i otrzymujesz. Dom to miłość - bezinteresowna i czysta. Dom to ludzie, którzy znaczą wszystko...

Komentarze (16)
A gdyby rodzina zniknęła....

Posłusznie melduję się już z własnego domu :). Obok mój kubek z herbatą, przede mną mój kochany laptop, wszystko na swoim miejscu. Jedyne co nowe to to, że mnie połamało. Łamało tak kilka dni - zaczęło od barku i karku, a dziś połamało do reszty, wlazło gdzieś między łopatki i nie chce wyjść. No trudno się mówi.

Przeżyłam dziś rano horror znany z bajki (zabijcie - nie pamiętam tytułu). Budzę się rano, schodzę do kuchni - pusto. Zaglądam do pokoi - pusto! Wymiotło wszystkich czy jak? A dom powinien być dzisiaj pełen ludzi... W dodatku wszystko wygląda tak jakby jeszcze dwie minuty wcześniej tu byli.... W połowie dopita kawa, grające radio. Stoję i zastanawiam się - czy to mi się śni, czy to się dzieje naprawdę? Nawet uszczypnęłam się - trochę za mocno :/, bo zabolało. Wszystkie rzeczy widzę na swoich miejscach, i buty i okrycia wierzchnie - nic się nie zmieniło. Brakuje  tylko ludzi... Jeszcze bez paniki sięgam po telefon, dzwonię - brak sygnału.... Czy to ja zwariowałam??? Sprawa na szczęście szybko się wyjaśniła, w dość prosty sposób jak to zwykle bywa, ale co się przez te pół godziny nazastanawiałam to moje.

I tak sobie myślę teraz: co by było gdyby to moje życie potoczyło się inaczej, bez nich, bez tych wszystkich osób, które przy mnie były, bez prawdziwego domu, w którym dorastałam... Co by się stało gdyby to wszystko nagle zniknęło??? Znam ludzi, którzy odczuliby ogromną ulgę. Ucieszyliby się, że nie muszą się już niczym przejmować, tłumaczyć, kłócić, pamiętać o wszystkim i wszystkich. Znam takich, którzy byliby uszczęśliwieni taką sytuacją. Znam też takich, którzy nie chcieliby dalej żyć, bo rodzina jest dla nich sensem istnienia...

Ja na pewno NIE należę do pierwszego typu. Gdyby moi bliscy zniknęli czułabym się zagubiona, rozdarta, rozżalona. Bo wolność, o której niektórzy mówią w tym przypadku jest tylko pozorna. To wolność od obowiązków i problemów, które są naturalną częścią życia - nie będzie tych to będą inne. Ale czy tak naprawdę chcieliby się uwolnić także od ludzi, z którymi dzielą życie, radości i smutki??? Być może niektórzy.Większość - raczej nie. A ja na pewno nie. To droga, którą idziemy wszyscy wspólnie , to droga na dobre i na złe, w bogactwie, biedzie, kłopotach i szczęściu. Trochę brzmi jak przysięga małżeńska - ale czy nie tak właśnie powinno być?

Wiem, że rodziny bywają różne. Każda jedna ma swoje tajemnice i sekrety, którymi niechętnie dzieli się z innymi ludźmi, ale w rodzinie te sekrety są wszystkim znane. Spajają jej członków w jedno ogniwo, sprawiają, że w ten wyjątkowy sposób jesteśmy inni niż reszta. Jesteśmy jednością dzisiaj jutro zawsze na dobre i na złe.To jest właśnie rodzina.

Każdy o czymś marzy, ma w głowie jakiś model rodziny, który chciałby widzieć w rzeczywistości. Niektórzy dążą do tego by go zrealizować, inni nie. Dla mnie rodzina to ciepło. Dom. Ale nie budynek, tylko ludzie. Rodzina to ludzie, do których się wraca. Ludzie, o których się myśli. Ludzie, o których wiemy prawie wszystko. Ludzie, którzy mimo swoich wad są nam bliscy. Mimo tego, że czasem każdemu ciśnie się na usta "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to po środku, żeby nie wycięli", mimo, że zdarzają się kłótnie, nawet o drobiazgi, to jest to zawsze część naszego życia. Duża część. Czy chiałabym aby ta część zniknęła? NIGDY! Kiedy los rzucił mnie daleko od domu, te wszystkie niedoskonałości przestały się liczyć. Ważne było to, że Ci ludzie są. Może gdzieś tam daleko, ale myślą i tęsknią.

Często zapominamy o tym co czyni nas rodziną. Przedkładamy sprawy materialne nad duchowe. Martwimy się o pieniądze. Przytłaczają nas problemy. Ale najważniejsze jest to, że jesteśmy...

Moje życie bez rodziny byłoby zupełnie inne. A ja nie byłabym sobą. Może źle to określiłam. Po prostu nie byłabym tą osobą, którą jestem dzisiaj. Może byłabym teraz w zupełnie innym miejscu na Ziemi. Może zajmowałabym się czymś zupełnie innym. Może nie byłoby mnie tu wcale....Może... Ale jestem i są moi bliscy. I tylko to się liczy. Mam swój rozum, popełniam swoje błędy, które oni czasem akceptują, a czasem nie. Ale nie zmienia to faktu, że jestem częścią tej rodziny, należę do niej i tak będzie już zawsze.

Nie znam takiej rodziny, która byłaby idealna :). Nie znam takiej, która w pełni odpowiadałaby obrazowi, który mam w głowie. Ale znam takie, w których mimo wiecznego niedoboru środków finansowych i łatania dziur w domowym budżecie - panuje harmonia, spokój i rodzinne ciepło. Takich rodzin życzę sobie i Wam. Abyśmy zawsze umieli dostrzec to, co najważniejsze...

Komentarze (22)
Do domu

DO DOMU

Jak ptak niosę w dłoniach
źdźbła suszonej trawy
splatam je w warkocze
całkiem nowych twarzy
układam na stosy
żółte i zielone
oddzielam myślami
świeże i suszone
zbieram glinę zdarzeń
w piecu słów wypalam
niech się łączą w zdania
wina w czystych dzbanach
codzienności imię
wyrwę z krwistych szponów
zacznę splatać gniazdo
taka myśl o domu

jak ptak płynący w chmurach
wraca wciąż na ziemię
będę wracać do domu
wracać do Ciebie

(marzec 2004)

Komentarze (6)