iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Barwy jesieni

Wkrótce czeka mnie wielka uroczystość. Właściwie nie do końca mnie, tylko bliską mi osobę, a ja mam być jednym z gości. Jednakże stopień pokrewieństwa między mną a bliskim jest na tyle duży, że czuję się jakby ta uroczystość była moja. W związku z tym postanowiłam nabyć odpowiednie odzienie. Zarezerwowałam sobie na to cały dzień. Część udało mi się zakupić w zeszłym tygodniu, resztę zostawiłam na teraz. Przy okazji rodzina obarczyła mnie koniecznością nabycia pewnych elementów odzienia także i dla nich. Podejrzewałam, że będzie z tym straszny problem, ale mimo wszystko zgodziłam się dokonać ewentualnego zakupu.

Wczoraj, uzbrojona w wygodne buty (spodziewałam się wielu godzin spacerowania) i środki pieniężne, udałam się na łowy. Obskoczyłam wszystkie hurtownie odzieży, duże sklepy, mniejsze sklepy, sklepy z najnowszymi kolekcjami i nic. Wreszcie zdesperowana pomyślałam, że jest mi już wszystko jedno ile to wszystko będzie kosztować, byleby udało się kupić, wchodziłam więc do każdego napotkanego sklepu. Rezultat zerowy. Ach właśnie - jeśli chodzi o zakup pożądanych części garderoby dla rodziny, udało mi się go dokonać już podczas pierwszej godziny. Dla siebie nie znalazłam nic.

Wczorajsze wędrówki nasunęły mi jedną zasadniczą myśl. Gdziekolwiek weszłam  - wszystko było czarne, szare i mdłe. Gdybym kochała nad życie zieleń - to z pewnością z rozpaczy utopiłabym się w rzece. Zieleni bowiem - pięknej i soczystej - nie dostrzegłam wczoraj nigdzie. Ewentualnie tą zgniłą, która przyprawia mnie o mdłości. Niebieskiego także nie znalazłam w formie, która by mi odpowiadała. Ani czerwieni. Wszystko było albo szare, albo białe, albo czarne, albo innego koloru, ale w tak przygaszonym odcieniu, że zlewało się z resztą...

Wiem, że jest jesień. Ale czy to oznacza, że mamy wyglądać szaro i ponuro? Czy nie wystarczy nam to, że coraz krótszy dzień przybliża nas do jesiennej depresji i musimy dobijać się także kolorystycznie? Przecież od dawna wiadomo, że kolory które nas otaczają oddziałują na naszą podświadomość. Można w to wierzyć albo nie, fakt pozostaje faktem.

Jesień jest piękną porą roku. Cudownie kolorową. Niepotrzebnie odejmujemy jej uroku i doprawiamy szarościami. Jest w niej złoto słońca, czerwień, żółć i brązy spadających liści oraz zieleń tych, które jeszcze wciąż szeleszczą w koronach drzew. Do tego błękit nieba... Jest pięknie! Czemu nie oddać tego kolorystycznie w postaci ubioru? Nie znaczy to, że powinniśmy się ubierać szaleńczo pstrokato, ale może odrobina śmiałego koloru by nie zaszkodziła?

Wiem, że jest coś takiego jak moda, ale naprawdę chciałabym żeby była trochę bardziej kolorowa i żywa, szczególnie jesienią. Jeśli to co widziałam wczoraj jest teraz trendy, a przecież oglądałam najnowsze kolekcje, to ja chyba powinnam wrócić do Indii. Tam przynajmniej nie wpadałam w depresję po wejściu do sklepu . Oczy otwierały mi się szeroko i aż chciało się uśmiechać. A tutaj wszystko zlewa się z szarymi budynkami. Na tle szarych budynków szarzy ludzie, w szarych ubraniach... Smutne... A może jeszcze smutniejsze jest to, że sami - świadomie lub nie - uciekamy w szarości, nie chcemy się wyróżniać na tle całego świata. Wolimy być nijacy, nie mieć własnej tożsamości, wolimy powielać wzorce niż wykazać się inicjatywą i kreatywnością. Summa summarum, giniemy w tej szarości i przytłaczającej palecie barw. Sami wpędzamy się w depresję i postrzegamy świat tylko wyłącznie z tej szarej i smutnej perspektywy. Tak właśnie pani jesień zyskuje złą sławę i mówi się o niej że jest płowa. Płowe to jest przedzimie jeśli już, okres przejściowy między jesienią a zimą, zanim śnieg przykryje puszyście ziemię. Ale jesień tryska barwami!

Możecie mi powiedzieć, że nie znam się na modzie i wcale nie będę się z Wami spierać. Jeśli bycie modnym oznacza bycie szarym i przygaszonym kolorystycznie, to ja wolę być niemodna :). Lepiej być sobą, niż szarym elementem bezbarwnego tłumu.

Miłego dnia życzę!!! :)

Komentarze (14)
Relaks w kinie

Kino to jedno z tych miejsc, do których naprawdę lubię chodzić (tuż obok teatru, spotkań towarzyskich, parku lub lasu i jeszcze kilku innych miejsc). Powód jest co najmniej jeden: relaks. Kino pozwala mi zapomnieć o realiach życia codziennego, odrywa mnie od moich problemów, a czasem uświadamia, że nie ja jedna z problemami się borykam. Niektóre filmy bawią, inne uczą. Z każdego czerpię coś dla siebie. Naturalnie, mówię o sytuacjach, w których idę na film a nie do kina ;). Kto chadza w to miejsce zapewne zna różnicę - tłumaczyć nie będę. W każdym razie kino stwarza także możliwość do poobcowania z innymi ludźmi - nawet nieznajomymi.

Tak więc co jakiś czas udaję się do kina by poobcować z lepiej lub gorzej rozwiniętą kulturą. Filmy, które wybieram, należą do różnych kategorii. Począwszy od tych, na których można się śmiać a kończąc na tych, które ukradkiem wyciskają łzy. Ostatnio natomiast zachciało mi się "czegoś innego". Byłam tak spragniona wrażeń, że kiedy stanęłam w obliczu wyboru między kolejną komedią a inną komedią - odwróciłam się na pięcie mówiąc, że chcę iść na horror. Horrorów raczej nie oglądam i nie jest to gatunek, za którym przepadam. Ale życie trzeba sobie urozmaicać. No to sobie urozmaiciłam!!! Żeby samego wyboru było mało, wybrałam godzinę jak najbliżej północy, stwierdzając, że tak będzie ciekawiej. No rzeczywiście, było. Zafundowałam sobie taki seans, że długo go nie zapomnę!

Wyobraźcie sobie: pusta sala kinowa - tylko ja i mój towarzysz. Ciemno, ani żywej duszy dookoła. Godzina bardzo późna. I ten film. Film nie był krwawy. Przerażający - tylko momentami. Film przede wszystkim był obrzydliwy! Niektóre fragmenty, jak to w horrorze, przejaskrawione do tego stopnia, że można było się z nich śmiać. Ale było kilka scen, na których po prostu odwracałam głowę i wciskałam się w fotel, mimo, że do aż tak wrażliwych nie należę. Jakby tego było mało, w połowie filmu, kiedy byłam bliska opuszczenia sali kinowej, mój towarzysz postanowił, że wyjdzie na chwilę. Ot tak, przyszło mu do głowy, że to urozmaici mój wieczór. Kiedy mnie  o tym poinformował, oprócz ostrego sprzeciwu spotkał się z kurczowym naciskiem - moich dłoni na jego ramię. Nie jestem pewna, czy nie wbiłam się palcami zbyt mocno. Chyba nie, sądząc z tego jak się śmiał. Oczywiście śmiał się ze mnie...

Wychodząc z kina byłam blada i jeszcze przez dobrą chwilę nie mogłam dojść do siebie. A to czego najbardziej nie mogę sobie darować to fakt, że film wcale nie był jakiś wyjątkowy, ani nawet naprawdę straszny. Pierwszy raz zareagowałam tak na horror. I długo go nie zapomnę. Może to ta godzina i pusta sala kinowa? Może udzielił mi się nastrój chwili? Co najlepsze - mój towarzysz cały czas powtarza, że był nie na horrorze a na dobrej komedii, bo to co ja wyrabiałam podczas tego seansu zrobiło na nim większe wrażenie niż sam film....

Tak oto próbowałam zrelaksować się w kinie. Zachciało się babie horroru. No to dostała...

A skoro jesteśmy w obrębie filmu i kina, nie mogę się powstrzymać i tego nie napisać: podobno Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze. Taki artykuł przeczytałam wczoraj.  Zainteresowanych odsyłam do linku poniżej :

Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze

Ja, nawet z perspektywy czasu, żadnej depresji po obejrzeniu tego filmu u siebie nie dostrzegłam, a przecież należę (podobno) do osób podatnych. Tym bardziej nie stwierdziłam u siebie myśli samobójczych. Może dlatego, że bajka jest tylko bajką i trzeba o tym pamiętać...A może dlatego, że ja wcale nie postrzegam swojej rzeczywistości jako szarej i nudnej :).

Komentarze (11)
NIE JESTEŚ SAMA...

Są takie dni, kiedy nic nie układa się po Twojej myśli. Są takie dni, kiedy masz ochotę zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Dni, kiedy wydaje Ci się, że cały świat jest przeciw Tobie, kiedy nie widzisz szans na lepsze jutro... Jeśli tak się dzisiaj czujesz - chcę Ci powiedzieć jedną ważną rzecz: NIE JESTEŚ SAMA!

Jeśli czujesz, że spadasz w przepaść, która nie ma dna, chwyć się dłoni, którą podają Ci życzliwi ludzie. Złap się wyrastającego ze skał korzenia, walcz o siebie! Walcz o swoje życie, swoje ja, swoją duszę!!!

Życie jest naprawdę piękne - nawet jeśli trudno Ci w to w tej chwili uwierzyć. Ale jest!!! I przyjdzie dzień, kiedy i Ty to dostrzeżesz. Może jeszcze nie jutro i nie za tydzień. Ale przyjdzie. Bo zawsze przychodzi. I dla takiego dnia naprawdę warto walczyć o siebie. Nie ma sensu czekać na lepsze jutro - bo jutro zaczyna się dziś. I to jakie będzie zależy tylko od Ciebie.

A jeśli czujesz, że nie masz już siły by walczyć o siebie i chcesz spaść w tą przepaść - nie licz na to! Zanim dotkniesz dna - pochwycą Cię dłonie tych wszystkich, którym na Tobie zależy. Bliskich, dalszych bliskich i bliskich dalekich - jak my, tu, w iWoman. Podsuwamy Ci wirtualną poduchę, która zamortyzuje ewentualny upadek - o ile nasze ramiona nie będą w stanie Cię utrzymać. Stanie się tak tylko  jeśli nam na to nie pozwolisz...

Więc nie broń się. Wypłacz się w wirtualny rękaw, który podsuwamy, oprzyj na silnym ramieniu kobiet, które przeżyły lub przeżywają to co Ty w tej chwili i potrafią zrozumieć. Śmiej się z nami, płacz  z nami, dziel się z nami swoimi wątpliwościami, żalem, radością, smutkiem, entuzjazmem lub bólem. My to udźwigniemy, pocieszymy Cię, wesprzemy w trudnych chwilach... Daj nam szansę. Daj szansę sobie. I uwierz - NIE JESTEŚ SAMA!

Jeśli ten wpis jest o Tobie - dedykuję Ci dzisiaj tą piosenkę: Nie jesteś sama.

Komentarze (4)
Brak magnezu winien częściej niż pogoda

Zaczyna się niewinnie, od zmęczenia - w końcu każda z nas może być przepracowana. A jak jesteś przepracowana to źle sypiasz, zdarzają Ci się koszmary, bezsenne noce. Cóż więc dziwnego, że rano budzisz się zmęczona? Zmęczona idziesz do pracy, więc trudności z koncentracją nie wydają Ci się niczym nadzwyczajnym. Kiedy pojawiają się bóle i zawroty głowy - naturalnie przyjmujesz, iż jest to wina pogody i zmęczenia. Czujesz się osłabiona i zdarza Ci się tracić równowagę. Drętwienie rąk i skurcze łydek przyjmujesz jako naturalną kolej rzeczy po nieprzespanej nocy. Drganie powiek też może się każdemu zdarzyć. Wreszcie rozdrażnienie i płaczliwość przypisujesz hormonom, trudnej sytuacji życiowej i małej odporności psychicznej...

Stres, zmęczenie, pogoda i zmiany hormonalne - to najczęstsze usprawiedliwienia dla naszych dolegliwości. I naturalnie może tak być. Jednakże wszystkie wymienione objawy są także symptomami NIEDOBORU MAGNEZU.Moją ulubioną wymówką zawsze był stres. Na zmiany pogody reaguję słabo toteż nigdy się nimi nie zasłaniałam. Ale w ostatnich dniach zaczęłam. Oczywiście nie dało mi to do myślenia. Jednakże kilka dni temu spojrzałam wstecz, na ostatnie tygodnie i doszłam do wniosku, że to chyba nie jestem ja: płaczliwa, rozhisteryzowana, drażliwa, słaba... Czyżby znów depresja? Bardzo podobnie się zaczyna. Aczkolwiek jak na depresję zbyt wiele mam tych pozytywnych zrywów i myśli raczej dobre. Problemy z krążeniem, dziąsłami i zębami (wczoraj miałam kolejną wizytę, bo ciągle coś mi się tam dzieje, a wyraźnej przyczyny nie ma) - zignorowałam.Przecież każdemu mogą się zdarzać, tak samo jak łamiące się paznokcie. Moje straciłam kilka tygodni temu i do tej pory nie mogę odhodować, bo co troszkę odrosną, to zaraz łamią się prawie aż do krwi... Zdecydowanie gorzej sypiam, ale przyczyn może być tysiące. A skoro źle sypiam no to bóle głowy nie są niczym nadzwyczajnym. Ot, dzień jak co dzień... Zasłabło mi się raptem kilka razy, bo podłoga zaczęła wirować (co za podłogi teraz mamy ;P). Zmartwiło mnie jedynie to, że tak trudno jest mi się skupić na tym co robię, mówię, piszę. Chodzę rozkojarzona i nawet natchnienia ostatnio nie mam. Swoim zwyczajem obarczyłam winą stres. Stres naturalnie był, ale już jakiś czas temu, nie mam powodu żeby rozpaczać, moje reakcje są przesadzone, wyolbrzymione, przerysowane. Niestety nie wszystko mogłam stresowi przypisać, toteż część zwaliłam na hormony a kiedy i to przestało wystarczać - na pogodę :). Dumna z siebie byłam :D. Oczywiście sama nie wpadłabym na przyczynę, nawet po tym jak w ciągu ostatnich kilku tygodni zjadłam tyle czekolady co przez cały poprzedni rok (chciało mi się !!!). Dopiero rozmowa z jedną z koleżanek uświadomiła mi tę oczywistą rzecz : brakuje mi magnezu. Tak, właśnie to obstawiłam jako przyczynę wszystkich moich problemów. Naturalnie nie byłam w stanie wymóc na moim lekarzu skierowania na odpowiednie badanie, ponieważ w naszym kraju badania robi się w ostateczności. Jednakże rozmowa z panią w aptece utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam rację. Zakupiłam więc ogromne pudło tabletek rozpuszczalnych (magnez plus witaminka B6) i tak sobie dawkuję od wczoraj. Może to śmieszne, ale już dziś jest nieco lepiej. Nie wiem na ile działa magnez a na ile psychika, ale fakt pozostaje faktem.

Najwięcej magnezu zawierają pestki dyni i  kakao (stąd moja rozpaczliwa ochota na czekoladę, której raczej nie jadam). Wymienia się też orzechy, koperek i soję, fasolę i nać pietruszki, kasze i pieczywo pełnoziarniste.

Niedobory magnezu mogą być spowodowane:
  • spożywaniem pokarmów, które utrudniają wchłanianie magnezu, np. herbaty, która zawiera związek zwany taniną i dużej ilości tłuszczów (a ja tak uwielbiam herbatę :( );
  • piciem kawy i spożywaniem dużej ilości cukrów (bo magnez "ucieka" z organizmu) ;
  • przyjmowaniem środków antykoncepcyjnych;
  • stresem (znów ten stres :/ );
  • nadużywaniem alkoholu (to chyba szkodzi na wszystko).

Naturalnie zapotrzebowanie na magnez zwiększa się w okresach zwiększonego wysiłku fizycznego i psychicznego. Szkoda, że zamiast zwrócić uwagę na to co mój organizm symbolizował mi już od dawna, wolałam tradycyjnie obciążyć odpowiedzialnością za swój stan wszystko i wszystkich dokoła, w tym niewinną pogodę.

Problem niedoboru magnezu u ludzi narasta, ponieważ jego zawartość w produktach spożywczych gwałtownie spada. Niegroźne zdawałoby się dolegliwości mogą z czasem doprowadzić do poważnych chorób, a rozdrażnienie i płaczliwość przemienić się w depresję. Ja nie zamierzam przez to przechodzić ponownie, toteż od wczoraj stosuję magnez jako suplement diety. Mam nadzieję, że moje paznokcie, włosy i zęby (zwłaszcza te ostatnie) też to docenią. Zamiast więc zamartwiać się i szukać przyczyny gdzieś w pokładach osobowości, stresie czy pogodzie - warto zjeść dziennie kilka tabliczek czekolady, ziemniaki posypać koperkiem i ograniczyć spożycie kawy i herbaty.

Więcej o roli magnezu, skutkach i przyczynach niedoboru znajdziecie na:

pl.wikipedia.org/wiki/Magnez

portalwiedzy.onet.pl/92441,,,,magnez,haslo.html

POLECAM!

Komentarze (26)
Cierpliwość czyli jak pomóc osobie chorej na depresję

Czy wiecie jak trudno jest udawać każdego dnia, że nic Wam nie jest? Że jesteście zupełnie normalni, nie ma żadnego cierpienia, że wszystko to stan naturalny? Bardzo trudno... Długo nie przyznawałam się do tego, że coś mi dolega. Maskowałam to na różne sposoby. Na spotkania towarzyskie nie miałam ochoty, ale więcej byłoby w tym prawdy, gdybym napisała, że nie miałam na nie siły. Nie miałam siły ciągle udawać, że wszystko gra, męczyły mnie próby zachowywania się jak zawsze, uśmiechania się, cieszenia obecnością kogoś z przyjaciół. I tak nie mogłam się skoncentrować na tym, co do mnie mówili, a w późniejszym stadium szczerze mówiąc - nie obchodziło mnie to. Pojawiła się obojętność, której nigdy wcześniej nie było. Nie miałam ochoty słuchać o radosnych wydarzeniach w życiu znajomych, bo czułam się jeszcze gorzej. Kiedy opowiadali o problemach, znów czułam się beznadziejnie wiedząc, że nie mogę im pomóc. Obwiniałam się za to, za ich problemy, za całe zło tego świata... Trudno było to wszystko wytrzymać i grać. Udawać, że nic się nie zmieniło. Oczywiście po pewnym czasie zauważalnym stało się, że coś mi dolega. Współczujące spojrzenia, pytania czy wszystko w porządku, pocieszanie mnie, albo hasło "Weź się w garść" - to nie pomagało. Nienawidziłam tego! Więc zaczęłam unikać wszelkich spotkań towarzyskich. Chciałam, żeby wszyscy dali mi wreszcie święty spokój. Miałam ochotę zaszyć się w jakimś kąciku i już tam zostać. Zniknąć. Rozpłynąć się... Moim największym pragnieniem było, żeby świat o mnie zapomniał i zostawił samej sobie. Ktoś, kto mówi "Weź się w garść" lub "Nie histeryzuj" osobie chorej na depresję, z pewnością nigdy na nią nie chorował. Bo nawet kiedy próbowałam, tłumaczyłam sobie, że nic mi nie jest - to nie wychodziło. Było jeszcze gorzej. Jedyne co mogłam dla siebie zrobić to odciąć się od tych życzliwych rad i wszelkich spotkań.

Pamiętam, jak pewnego dnia zaproszono mnie na imprezę urodzinową. Nie chciałam iść. Ale nie wypadało mi nie pójść. To była tortura! Wszyscy się śmiali, żartowali, bawili - a ja... myślałam tylko o tym żeby stamtąd uciec. A potem zaczęło się to, co najgorsze - pytania: co ci jest, czy dobrze się czujesz, źle wyglądasz,taka blada, może coś ci przynieść. A już po chwili: no dalej, uśmiechnij się, nie bądź taka. To było straszne. I była to ostatnia impreza na jaką poszłam - przez bardzo długi czas. Znajomi namawiali mnie wielokrotnie, za każdym razem odmawiałam, więc z czasem zaczęli uważać mnie za odludka i dziwadło.
Moje zachowanie bardzo zmieniło się w okresie choroby i patrząc na to z perspektywy czasu - zdaję sobie sprawę, że momentami a może i przez większość czasu, byłam nie do wytrzymania. Kiedy zaczęłam się leczyć, to to, czego potrzebowałam najbardziej to była rozmowa. Potrzebowałam rozmawiać o tym co w danym momencie czuję, myślę, czego się boję, jak mój stan się zmienia. Bardzo monotematyczne, wiem, ale nie macie pojęcia, jak bardzo to pomagało... Nie chodziło o rady, komentarze - nie. To czego potrzebowałam najbardziej - to żeby ktoś mnie wysłuchał...

Depresja jest uciążliwą chorobą nie tylko dla chorego, ale również dla jego otoczenia. Częstym rezultatem tego jest wyobcowanie chorego z kręgu rodziny i znajomych, ucieczka w samotność, w skrajnych przypadkach doprowadza to do samobójstwa. Obcowanie z chorym może budzić zniecierpliwienie, frustrację, irytację. Kiedy jest już bardzo źle, można skorzystać z ANTYDEPRESYJNEGO TELEFONU ZAUFANIA. Dla wszystkich, którzy podejrzewają depresję u kogoś bliskiego, chorują na nią lub przebywają w otoczeniu osoby chorej, dla wszystkich, którzy mają pytania, nie radzą sobie, podaję go teraz tutaj :

Centrum ITAKA: (022) 654 40 41
(pon. i czw., godz. 17-20)


JAK POMÓC OSOBIE CHOREJ NA DEPRESJĘ:

- Jeśli podejrzewasz objawy depresji u kogoś bliskiego - musisz z nim przeprowadzić rozmowę. Są małe szanse na to, że chory sam przyzna się do tego, że coś mu dolega. Może nawet zaprzeczać. Nie będzie przyznawał się do swoich cierpień. Szczególnie często zaprzeczają wszystkiemu mężczyźni. Potem delikatnie spróbuj namówić go/ ją na wizytę u lekarza. Nie musi to być od razu psychiatra. Na początek wystarczy wizyta u lekarza rodzinnego i szczera z nim rozmowa. Osobiście polecam jednak specjalistę. Jeśli chory odmawia - poproś o pomoc kogoś, kto cieszy się u niego autorytetem.

- Nie udzielaj rad typu: „weź się w garść”, „otrząśnij się”, „nie histeryzuj”. Depresja jest chorobą, taką samą jak np. choroby serca. I tak samo jak choroby serca wymaga leczenia, żadne rady nie wystarczą. Nie nakazuj niczego i nie wywieraj presji. To tylko zrodzi konflikty.

- Bądź cierpliwa/-y i wyrozumiała/-ły. Jeśli czujesz, że brak Ci sił, zadzwoń pod podany wyżej nr telefonu lub porozmawiaj z kimś. Możesz zasięgnąć porady lekarza specjalisty, który podpowie, jak radzić sobie w tej trudnej sytuacji.

- Uzbrój się w wiedzę. Wiedza na temat depresji to podstawa do tego, by pomóc drugiej osobie. Poznaj chorobę, z którą masz zamiar walczyć.

- Nie bagatelizuj problemu - depresja nie jest objawem słabej woli czy lenistwa. Jest chorobą.

- Nie rozweselaj chorego na siłę, ale bądź w pobliżu, oferuj pomoc, gdy jest taka potrzeba.

- Wszystkie wypowiedzi o samobójstwie traktuj poważnie - najlepiej nakłonić wtedy delikatnie chorego do szybszej wizyty u lekarza.

- Bądź dobrym słuchaczem. Chory na depresję potrzebuje rozmowy i tego by ktoś go wysłuchał, bez prawienia morałów.

- Odradzaj choremu podejmowanie ważnych decyzji do czasu, kiedy jego stan ulegnie poprawie.

- Pamiętaj, że depresję można wyleczyć. Spróbuj zaszczepić to przekonanie w chorym.

- Nie próbuj nie zostawiaj chorego samemu sobie. Działaj!

 

Źródła:

- depresja.pl
- depresja.net.pl
- przychodnia.pl
- www.psychosfera.net

Komentarze (14)
Depresja - długa droga do domu.

Kiedy lekarz stwierdził u mnie depresję, myślałam, że najgorsze mam już za sobą. Że zacznę się leczyć - i już, po problemie. Ale było trochę inaczej. Okazało się, że to dopiero początek długiej drogi - do zdrowia i w poszukiwaniu siebie. W moim przypadku psychoterapia nie była konieczna. Lekarz ustalił, że podłoże mojej choroby ma charakter czysto biologiczny i uznał, że leczenie farmakologiczne wystarczy.

Moje leczenie trwało ponad dziewięć miesięcy i było trudne. Przynajmniej dla mnie. Najpierw wydawało mi się, że najgorszy jest początek. Na pierwszą minimalną dawkę leku zareagowałam źle. Po tygodniu miałam już dość. Czułam się jeszcze gorzej. Potem stopniowo zwiększałam dawkę według wskazań lekarza. Pojawiła się huśtawka. Trzy dni świetnego samopoczucia i cztery jeszcze gorszego przygnębienia niż wcześniej. Potem znów poprawa i znów pogorszenie. Miewałam stany ożywienia, byłam nadpobudliwa, po czym znów pojawiała się apatia, zniechęcenie. W tym czasie przynajmniej kilka razy chciałam odstawić leki, twierdząc, że nie pomagają. Powtarzałam sobie - dobrze, jeszcze jeden dzień a potem je odstawię. I tak codziennie. Aż wreszcie, po około siedmiu tygodniach mój stan się nieco unormował. Byłam spokojniejsza, zaczęłam jeść, udawało mi się przespać część nocy. Cieszyłam się, wierząc, że teraz już wszystko będzie dobrze. Poprawa trwała miesiąc. Potem mój stan gwałtownie się pogorszył. Wróciły koszmary, znów straciłam na wadze, nie panowałam nad sobą. Lekarz zaordynował maksymalną dopuszczalną dawkę leku. Mijały kolejne tygodnie. I znów było raz lepiej, raz gorzej. W końcu osiągnęłam pewną równowagę. Po kolejnym miesiącu zaczęłam normalnie sypiać. Zniknęły koszmary - nie śniło mi się nic, a przynajmniej nic nie pamiętałam. Było lepiej. Jednak kontynuowałam leczenie. Wreszcie przyszedł czas, kiedy decyzją lekarza powoli zaczęłam odstawiać leki, zmniejszać ich dawkę. Nie macie pojęcia jak bardzo się tego bałam. Wydawało mi się, że jak tylko przestanę brać leki albo zmniejszę dawkę - choroba wróci. Ale nie stało się tak. Dawki były coraz mniejsze, a ja tak samo spokojna, uśmiechnięta.

I tak zaczęłam nowe życie - życie bez depresji, życie bez leków. No właśnie. Musiałam nauczyć się żyć od nowa i radzić sobie z życiem bez niczyjej pomocy. I okazało się, że potrafię. Że żadne leki nie są mi już potrzebne. Że życie - mimo wszystkich problemów jakie ze sobą niesie - jest piękne. Wtedy zaczęła się - moim zdaniem - najtrudniejsza część. Musiałam nauczyć się siebie od nowa. Musiałam nauczyć się pewności siebie i na nowo odkryć swoją wartość. Dziś mogę powiedzieć, że odnalazłam siebie. Już się nie zgubię :)


LECZENIE FARMAKOLOGICZNE W DEPRESJI wymaga spełnienia 3 podstawowych warunków:

- zaczynamy od minimalnych dawek leku, stopniowo je zwiększając, aż do osiągnięcia dawki leczniczej wskazanej przez lekarza; Leki antydepresyjne są bardzo silne, organizm może różnie na nie zareagować. Nie zawsze pierwszy wybrany lek jest skuteczny. O leczeniu, leku i dawce decyduje tylko i wyłącznie lekarz; Zbyt niska dawka nie ma znaczenia terapeutycznego, zbyt wysoka grozi wystąpieniem objawów niepożądanych;

- kontynuujemy leczenie NIEPRZERWANIE przez okres co najmniej 6-12 miesięcy, nawet wtedy gdy nastąpi znaczna poprawa; przerwanie leczenia zbyt wcześnie kończy się zawsze jeszcze głębszą depresją, dlatego sam proces leczenia wymaga systematyczności, samokontroli i dyscypliny;

- NIGDY nie odstawiamy leków nagle, ale stopniowo zmniejszając dawki. Skutki nagłego odstawienia leku mogą być równie poważne jak odstawienie go zbyt wcześnie - zważywszy uwagę na fakt, że zażywaliśmy lek przez kilka miesięcy lub lat.

PSYCHOTERAPIA DEPRESJI początkowo ma za zadanie wspomagać leczenie farmakologiczne - polega na wspieraniu pacjenta, wyjaśnianiu mu czym jest depresja. W późniejszych etapach niejednokrotnie psychoterapia zapobiega nawrotom choroby.
 

wykorzystane źródła:

- depresja.net.pl
- pl.wikipedia.org
- online.synapsis.pl

Komentarze (6)
Depresja - Rozpoznać wroga.

Tak naprawdę trudno jest mi przypomnieć sobie jeden konkretny moment, od którego zaczęła się moja depresja. Nie było takiego. To narastało przez lata. Najpierw były to pojedyncze epizody depresyjne, potem mój stan się poprawiał i w zasadzie nigdy nie upatrywałam w tym czegoś więcej niż zwykłych ludzkich słabości. Czasem tylko dziwiłam się sobie, że jakieś zwykłe nieistotne zdarzenia potrafią mnie tak złamać. A kiedy przychodziły te trudniejsze nie radziłam sobie zupełnie. I tak się to ciągnęło. Żartowałam sobie, że mam depresję jesienną, jesienna zmieniała się w zimową, zimowa w wiosenną, ale nigdy nie potraktowałam tego serio.  Źródła swego "złego nastroju" upatrywałam w kolejnych niepowodzeniach życiowych. Dziś wiem, że nie były one przyczyną mojego stanu, a jedynie go zaostrzały. Mijały tygodnie, miesiące, lata... Raz czułam się lepiej, innym razem gorzej. Wmawiałam sobie, że to wszystko to użalanie się nad sobą. Od znajomych też słyszałam bezustannie - Weź się w garść dziewczyno. A ja, mimo tego, że bardzo się starałam, jakoś nie mogłam...Aż przyszedł czas, kiedy mój stan znacznie się pogorszył. Tu również nie umiem wskazać jednego konkretnego momentu. Właściwie ocknęłam się dopiero, kiedy było już bardzo źle...Nie spałam prawie wcale, a nawet jeśli to budziłam się kilkanaście razy w ciągu nocy, miałam koszmary. Nie wstawałam z łóżka. Nie miałam siły. W przeciągu trzech tygodni schudłam ponad 10 kg. Nie opuszczały mnie myśli - mroczne, nieustające, powracające, męczące... Bez przerwy płakałam, potem nie miałam siły nawet na to... Kiedy w końcu uświadomiłam sobie, że potrzebuję pomocy - nadal nie wiedziałam co mi jest. Nie podejrzewałam depresji. Poszłam do lekarza, bo czułam się wyczerpana. I wiedziałam, że sama sobie nie poradzę.
Lekarz wysłuchał mnie, zadał kilka pytań, postawił diagnozę i zadecydował o leczeniu farmakologicznym.


OBJAWY DEPRESJI można podzielić na dwa rodzaje:

SOMATYCZNE:

- jakiekolwiek zaburzenia snu - koszmary senne, budzenie się w nocy, spłycenie snu, przedwczesne budzenie się; także trudności w zasypianiu, bezsenność lub nadmierna senność;
- utrata apetytu prowadząca do szybkiego, często drastycznego spadku masy ciała lub przeciwnie - nagły wzrost apetytu i duży wzrost wagi;
- dolegliwości fizyczne - m.in bóle głowy, pleców i całego ciała, uczucie ogólnego napięcia, zimna, wymioty, dolegliwości żołądkowo-jelitowe, kołatanie serca, zaburzenia miesiączkowania;
- ogólne zmęczenie i ociężałość, uczucie utraty sił i rześkości, brak energii;
- pogorszenie panowania nad ruchami ciała - m.in. zaburzenia równowagi;

POZOSTAŁE:

- obniżenie nastroju utrzymujące się przez większą część dnia, chandra, nietypowe przygnębienie, smutek;
- drażliwe reakcje na drobne nawet niepowodzenia;
- wyjątkowa nerwowość, trudności w panowaniu nad sobą, zamartwianie się; stany lękowe;
- przedwczesne budzenie się jest nieprzyjemne, towarzyszy mu niepokój, lęk, lub inne niemiłe doznania oraz polega na raptownym przejściu ze snu do jawy, z uczuciem psychicznej aktywności i pobudzenia;
- poczucie własnej bezwartościowości i winy - przepraszanie wszystkich za wszystko, obwinianie siebie nawet za cudze błędy, obniżenie poczucia własnej wartości;
- spadek sprawności myślenia i koncentracji, trudności ze skupieniem uwagi albo podejmowaniem decyzji, pogorszenie pamięci;
- zmniejszenie zainteresowań i zdolności do przeżywania przyjemności; utrata radości życia, nadziei;
- pustka emocjonalna, obojętność;
- utrata pewności siebie, chęci do przeciwstawiania się trudnościom, rywalizacji;
- ogólna niechęć do życia, pracy i wykonywanych czynności; unikanie spotkać ze znajomymi;
- powracające myśli o śmierci, często też o samobójstwie.

Jeśli oprócz obniżonego nastroju lub też utraty zainteresowania wszystkimi niemal czynnościami i płynącym z nich przyjemnościom przynajmniej 5 z wymienionych wyżej objawów występuje przez okres dłuższy niż dwa tygodnie i są one ISTOTNĄ zmianą w zachowaniu chorego, to można podejrzewać depresję (wikipedia.pl). Właściwej diagnozy może dokonać tylko lekarz, ponieważ wymienione symptomy mogą sygnalizować występowanie także innych chorób. Szacuje się, że ponad 10% całej populacji ludzkiej cierpi na depresję, z czego większość chorych stanowią kobiety.

wykorzystane źródła:

- depresja.net.pl
- pl.wikipedia.org
- online.synapsis.pl

Komentarze (5)
Depresja - problem, o którym się nie mówi

Depresja to nie jest problem, o którym się mówi. Depresja to problem, o którym się słyszy. Problem, który dotyczy innych ludzi. Nie Ciebie, nie mnie... Kogoś. Gdzieś. Ale tym kimś nie jestem ja. Ani nikt z mojego otoczenia...

Tak myślałam. Wydawało mi się, że depresja to pojęcie. Modne słowo. Zły nastrój. Nigdy nie wierzyłam, że to coś poważnego. Nie rozumiałam istoty tej choroby. Uważałam, że to ludzkie "widzimisię", ot, takie użalanie się nad sobą. I że mnie to na pewno nie dotyczy. Myliłam się...

To zadziwiające jak mało wciąż słyszy się o tej chorobie. Bo depresja jest chorobą - Światowa Organizacja Zdrowia uznaje ją za czwarty najpoważniejszy problem zdrowotny na świecie. Nie za wymysł nastolatków, nie za kaprys znudzonych pań domu - ale za prawdziwą chorobę wymagającą prawdziwego leczenia. Mimo to i mimo wzrostu zainteresowania tym schorzeniem w ostatnich latach, o depresji nadal mówi się niewiele. Społeczeństwo wciąż jest mało świadome zagrożeń jakie niesie ze sobą ta choroba, w związku z czym jest ona lekceważona i bagatelizowana.
Przeglądając strony internetowe znalazłam takie oto stwierdzenie: "Ktoś, kto nigdy nie przeżył ciężkiej, porażającej depresji nigdy nie zrozumie w pełni przejmujących doznań towarzyszących tej chorobie. Stan głębokiej depresji zbliża się do granic tego, co nazywamy cierpieniem nie do opisania. I nie chodzi tu (jak sądzą niektórzy) o przygnębienie, tyle że głębsze niż zazwyczaj. Jest to odmienny stan świadomości, tylko z pozoru podobny do normalnej emocji. " (źródło: depresja.net.pl).
Dziś zgadzam się z tym opisem w pełni. Dopóki bezpośrednio mnie nie dotknęła - nie wiedziałam i nie rozumiałam czym jest depresja. Można czytać publikacje, artykuły, można rozmawiać z lekarzem, a nawet z osobą chorą - ale nigdy nie odda to rzeczywistego obrazu depresji, nigdy nie pozwoli w pełni jej zrozumieć, poznać. Bo depresja to nie jest coś, co można jasno opisać. To, co można, to ogólnie określić objawy towarzyszące schorzeniu, ale tego, co dzieje się wtedy w środku, w psychice ludzkiej, nie wyrażą żadne słowa.
Depresja zabija od środka - jej bronią staje się psychika chorego. To tak jak patrzeć na siebie w lustrze. Niby obraz jest ten sam, a jednak wszystko jest zupełnie inne. Do tego uczucie porażającej bezsilności, niemocy, niewiary... Wszystkie emocje wręcz bolą, psychicznie i niemalże fizycznie. Depresję można porównać do przepaści, albo bardzo głębokiej studni, o zupełnie gładkich ścianach. Człowiek, będąc już na dnie, miota się pomiędzy świadomością i nieświadomością. Nic nie jest jasne. Wszystko jest mroczne, a wszelkie próby wydostania się na zewnątrz wydają się bezcelowe. Wszędzie czai się niepokój... To poczucie bezcelowości, nieuchronności i bezradności sprawia, że przytłacza nas smutek, ale tak głęboki, że nic nie jest w stanie go rozproszyć.

Depresja jest wewnętrznym demonem człowieka. Ucieleśnieniem wszystkich jego problemów, stresu i obaw razem wziętych. Okrada człowieka nie tylko ze wszystkich pozytywnych emocji i dobrych relacji z innymi ludźmi, ale przede wszystkim okrada człowieka z niego samego. Mówią, że depresja jest chorobą duszy, ale to nieprawda. Depresja po prostu kradnie duszę. Odbiera wszystko, co dla człowieka ważne i wartościowe, i zastępuje bezgranicznym przygnębieniem.

Najgorsze są myśli, które nigdy się nie zatrzymują. Przychodzą o każdej porze dnia i nocy, w każdej chwili, biegną, nie dają spokoju... Wciąż napływają - więcej i więcej. I nie ma sposobu, by powiedzieć im STOP. Nie ma nad nimi żadnej kontroli. Te myśli męczą, przeszkadzają, dręczą, irytują, doprowadzają do szaleństwa. Nie ma od nich ucieczki. Są chwile, gdy człowiek zastanawia się, czy już zwariował - i wie, że nie, ale nie potrafi być sobą. Żadne próby nie przynoszą efektów. A jeśli - to na chwilę, po czym przychodzi jeszcze większe przygnębienie... Depresja uniemożliwia z czasem wykonywanie najprostszych czynności. Wszystko jest zbyt trudne, zbyt skomplikowane...
Ale depresję można skutecznie leczyć, czego jestem najlepszym przykładem i jeszcze o tym napiszę. Najważniejsze to CHCIEĆ. I nie bać się szukać pomocy. Najważniejsze to przyznać się, że faktycznie jej potrzebujemy.

Mam to za sobą już jakiś czas. Wróciła moja pogoda ducha, radość życia, wiara. Jestem sobą :) najzupełniej. Znów potrafię się szczerze śmiać. Nic nie jest za trudne :) Życie jest piękne. I choć nadal niesie setki problemów - to wszystkie mają rozwiązania. Nie poddaję się. NIGDY :)

Depresja to problem, który może dotknąć każdego - Ciebie, mnie... I dlatego czas zacząć głośno o niej mówić.

Komentarze (0)