iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

ZAPLANOWAĆ SZCZĘŚCIE

Nie lubię robić planów. Śmieszne, biorąc pod uwagę jak dobrą jestem organizatorką. Kiedy trzeba, zaplanuję wszystko perfekcyjnie co do minuty. A jednak unikam planowania, szczególnie długoterminowego. Uważam, że to nakłada na mnie zbyt sztywne ramy. Skoro nie jestem w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za pół roku - jak mogę robić plan na najbliższych pięć lat??? Co innego marzyć, dążyć do czegoś, a co innego planować.

A jednak ludzie wokół mnie robią to cały czas. Na przykład planują wesela z dwuletnim wyprzedzeniem, licząc na to, że przez ten czas nic się nie zmieni. Wierzą, bo chcą wierzyć. I w niektórych przypadkach rzeczywiście nic się nie  zmienia, uczucie jeszcze się umacnia. Ale w wielu innych sytuacjach zmienia się wszystko. Narzeczony czuje się znudzony, narzeczona szuka pocieszenia w życzliwych ramionach... W życiu nie ma nic stałego ani pewnego. Moja koleżanka, R., wyszła dwa lata temu za mąż. Tuż po ślubie ukochany mężczyzna wyjechał do pracy za granicę, ona została tutaj. Tak uzgodnili. "Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć - mamy całe życie" - powtarzali. Pół roku po jego wyjeździe u R. zdiagnozowano ostrą białaczkę. Nie miała szans. Mąż zdążył się z nią tylko pożegnać. A mieli tyle planów! Miał być dom, dzieci, kariera... Zapomnieli tylko o najważniejszym - o byciu razem, o byciu ze sobą, o czasie dla siebie. Odłożyli go na potem. Ale "potem" nie było...

Rodzimy się z gotowym planem na życie. Nasi rodzice poświęcają dziewięć miesięcy na szczegółowy opis tego, kim będzie ich syn czy córka, jak to przejmie rodzinne interesy, jak będzie kontynuować rodzinną tradycję. Dobrze, jeśli na "gdybaniu" się kończy, a potem pozwalają nam pokierować życiem według własnego "widzimisię". Ale co jeśli to idzie dalej? Od najmłodszych lat wpajają nam ten sam schemat. Układają nam według niego życie, bez pytania czy się na to zgadzamy... Mówią: "Najpierw pójdziesz do szkoły, potem skończysz studia, założysz rodzinę, zrobisz karierę...".  Ta sugestia jest tak silna, że któregoś dnia budzimy się przeświadczeni, że musimy się spieszyć, bo mamy plan do wykonania. Tylko że to nie jest nasz plan. Ileż to razy życie pokazuje, że kolej rzeczy może być zupełnie inna! Szkoła tak, ale studia już nie - bo przyszło urodzić dziecko, bo nie było odpowiedniego zaplecza finansowego, bo przyszła ciężka choroba. Albo po prostu - chcieliśmy INACZEJ. Za przykład niech posłuży inna koleżanka, A., która tak bardzo zasugerowała się słowami rodziny o rychłym zamążpójściu, że całe dni, tygodnie i lata spędzała na poszukiwaniach kandydata. W rezultacie zaniedbała najpierw studia, potem pracę, wszystkich znajomych i samą rodzinę. Żyła jak w transie, o niczym innym nie mówiła. Stało się to jej obsesją, aż zaczęła podejmować desperackie kroki. Skończyło się ciężką depresją i próbą samobójczą, długą terapią. Dziś wie, że to wszystko wcale nie było jej potrzebne do szczęścia. Ona chciała żyć inaczej, ale nie umiała wyzwolić się z narzuconego jej schematu...

Są ludzie, którzy nie potrafią żyć bez grafiku. I nie ma to nic wspólnego z zatłoczonym kalendarzem i setką spotkań. To po prostu ludzie, którzy MUSZĄ mieć plan, aby odnaleźć się w życiu. Gdy nie mają gotowego planu - czują się zagubieni i zagrożeni.Tracą głowę, gdy wydarza się coś niespodziewanego. Nie potrafią reagować natychmiast - bo potrzebują planu działania. I nie wiem, czy takim osobom zazdrościć czy może współczuć...?

Plan jest dobry, jeśli przewiduje różne okoliczności. Plan jest dobry, jeśli potrafimy go dostosować do swoich potrzeb - a nie odwrotnie. Plan jest dobry, jeśli w żaden sposób nas nie ogranicza. I czasem dobrze go mieć, szczególnie w chwilach, kiedy wszystko wali się nam na głowę. Ale trzeba umieć być elastycznym...

Dlatego nie lubię robić długoterminowych planów. Życie mnie tego oduczyło. A jeśli już coś planuję - zawsze mam plan B, C i D, tak na wszelki wypadek. Zawsze biorę pod uwagę to, że będę musiała coś zmienić. Mój plan na życie uległ zmianie już wielokrotnie. I na pewno różni się od tego, co zaplanowali moi rodzice :). A mimo to (albo właśnie dlatego) jestem z tym szczęśliwa.

Robiąc dalekosiężne plany często zapominamy, że życie to wypadkowa wielu zmiennych i niewiadomych. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie pomoc, ani skąd zawieje wiatr. Dlatego robiąc plany nie wolno zapominać o tym, że żyjemy tu i teraz. I mamy prawo do szczęścia właśnie tu i teraz, a nie za dziesięć lat.

Komentarze (11)
Jak to życie potrafi zaskoczyć...

Nie było mnie, oj nie było mnie długo. Wyszłam za mąż i miałam zaraz wrócić, ale... wciągnęło mnie na dobre. Pranie, gotowanie, sprzątanie no i zagadka znikających skarpetek, o której pisze czarnapantera :). Żartuję. Z tym małżeństwem to trochę przesadziłam. Nie wyszłam za mąż - jakże bym śmiała nie poinformowawszy Was wcześniej :). Ale problem ze znikającymi rzeczami mam, a owszem. Czasami to sama czuję się tak, jakbym wpadła w jakąś czarną dziurę. Szczególnie deficytowy jest czas, który - uwierzcie - po prostu przecieka mi przez palce. Mam jeszcze tyle planów, spraw do załatwienia, tyle chcę zobaczyć, poznać, zrobić - a zwykłe 24h nie wystarczają mi by sprostać obowiązkom, których się podjęłam.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam. Zapomniałam uwzględnić sen i posiłki. Ale jakoś daję sobie radę :). Życie mnie nie rozpieszcza i wciąż potrafi zaskoczyć. Jak ostatnio...

Ileś lat temu poznałam człowieka, który zawładnął moim sercem bezgranicznie. Człowiek ów, nazwijmy go umownie X, jawił mi się jako stworzenie iście nieziemskie. Cóż to była za miłość! Taka, o której rozpisują się poeci, marzą wszystkie nastolatki, taka, której obraz nosi się w sercu do grobowej deski. I taka zupełnie mało mająca wspólnego z życiem, bo to właśnie życie nas rozdzieliło. Tego związku nie skończyło żadne z nas, po prostu musieliśmy się rozstać, rozdzieliły nas okoliczności. X podjął twardą i nieodwołalną decyzję nie widząc innego rozwiązania. A ja? Ja uważałam że inne rozwiązanie istnieje, z tym, że byłoby o wiele wiele trudniejsze do wprowadzenia w życie. Cóż, zawsze byłam nieco oderwana od ziemi... Czas mijał a ja wypłakiwałam sobie oczęta za panem X, marzyłam o chwili, w której do mnie wróci, powie, że zrozumiał błędy itd, tworzyłam coś na kształt poezji z deszczu, mgły i kilku wspomnień, które mi po nim zostały. Po nim i po naszej miłości. Marzyłam... Ale tylko marzyłam, bo wiedziałam, że X ma narzeczoną, z którą co prawda mu się nie układa, ale którą rodzina X jest zachwycona.

Tak więc płakałam i godziłam się z losem, prawie jak bohater romantyczny, wystarczyłoby tylko dołożyć konflikt wewnętrzny żeby targał mną na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przemóc, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym. To ten upragniony i wytęskniony X przekonywał mnie stale, że powinnam sobie ułożyć życie bez niego, założyć rodzinę, wychować męża (to ostatnie dopowiadałam sobie sama ;P )... Wreszcie doszłam do wniosku, że jestem na to gotowa. W końcu ile lat można opłakiwać coś, co skończyło się zanim na dobre się zaczęło? Szkoda życia! Nie udało mi się zapomnieć, ale udało mi się pogodzić z sytuacją i żyć dalej. W tym godzeniu się z losem i sytuacją bardzo pomocny okazał się Y, którego wówczas poznałam. Y wniósł do mojego życia wiele słońca i nadziei. Przy nim odżyłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem dla kogoś ważniejsza niż wszystko inne.

Od tamtej pory minął prawie rok. Okazało się, że miłość może uskrzydlać nie rozdzierając człowieka w środku. Że potrafi być bezinteresowna i przynosić poczucie bezpieczeństwa. Że stałe konflikty czy awantury nie muszą być jej częścią. Za to są nią spokój i harmonia.

Około 2 tygodni temu dowiedziałam się, że pan X zerwał ze swoją narzeczoną. Że bardzo żałuje wyboru jakiego dokonał przed laty. Że do dziś żałuje, że nie walczył - o mnie i o nas. Dostałam również intrygującą wiadomość od członka jego rodziny z prośbą: "Wróć".

Poczułam się tak, jakbym dostała cegłą w głowę. Wróć? Teraz? Po tym wszystkim? Przez dwa dni chodziłam skołowana i niepewna już niczego. Życie dołożyło mi konflikt wewnętrzny, o którym pisałam wcześniej :). Bo oto na wyciągnięcie ręki mam tą wyśnioną wymarzoną wytęsknioną miłość opiewaną przez poetów. A z drugiej strony miłość zrównoważoną, spokojną, jasną... Miłość, która nie nakłada na mnie ograniczeń i daje mi prawdziwą wolność.

Życie potrafi zaskoczyć. I ludzie, których znamy również potrafią nas zaskoczyć. Ale najbardziej zaskakujemy sami siebie, kiedy dociera do nas, że ta miłość - szalona, zwariowana, dla której gotowi jesteśmy skoczyć w ogień, to nie taka miłość której pragniemy. Prawdziwa miłość nie wymaga od nas bezsensownych poświęceń. Prawdziwa miłość to ta, która dodaje nam skrzydeł, byśmy mogli wznieść się wysoko, ale nie zakłada nam przy tym łańcucha na szyję.Wiele innych uczuć często przybiera maskę miłości, po to by po jakimś czasie ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie dajmy się temu zwieść...

Jak myślicie, którą miłość wybrałam? :)

Komentarze (8)
Przed przeprowadzką - refleksyjnie

W moim życiu wszystko stanęło teraz na głowie. Jedną nogą jestem już w innym mieście, muszę zorganizować przeprowadzkę i jak patrzę na ilość rzeczy, które KONIECZNIE muszę ze sobą zabrać, to zastanawiam się, jak dałam radę w Indiach. Całe życie w jednej średniej walizce i jakoś zdawało egzamin. No tak, ale ciągle narzekałam, że nie mam swojego miejsca, że przydałaby się taka czy inna książka, że gdybym była u siebie, to miałabym to czy tamto pod ręką. Teraz będzie inaczej. Okazało się, że jednak się starzeję i potrzebuję trochę stabilizacji. I ruchu w bardziej pożytecznym wydaniu. Już nie tyle podróżowania, co zdobywania wiedzy, rozwijania swoich umiejętności, podnoszenia kwalifikacji, pomagania innym.

Energia mnie rozsadza. Czasem myślę, że pod tym względem byłby to idealny czas na potomstwo. Ale potem tłumaczę sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dopnę kilka spraw. Że na to przyjdzie czas - wkrótce. Tylko nikt nie umie powiedzieć, kiedy to "wkrótce" nadejdzie, ani kiedy będzie ten "właściwy" czas. Obecnie często odkładamy macierzyństwo "na później". Najpierw kariera i samorealizacja, najpierw zabezpieczenie finansowe, stabilizacja, potem dzieci. A przecież tyle matek codziennie udowadnia, że można sobie poradzić także z dziećmi. Że można to godzić - tylko jakim kosztem? Myślę, że nie ma na to reguły. Dla każdej kobiety przychodzi inny czas, toteż wypowiedzi typu "w Twoim wieku powinnaś mieć już trójkę dzieci" po prostu mnie irytują. Nie muszę powielać czyichś zachowań. Z drugiej strony nie chciałabym odkładać tego na ostatni dzwonek.

Życie tak szybko mija! Jeszcze wczoraj bawiłam się w piaskownicy, łaziłam po drzewach, rozbiłam kolano spadając z roweru - a dzisiaj zastanawiam się jakie będzie moje dziecko... Zegar biologiczny tyka i przypomina o prawach natury. Cóż... Na najbliższe trzy miesiące zaplanowałam sobie tyle zajęć, że i tak nie będę miała siły myśleć o uciekającym czasie. Zapomniałam uwzględnić w kalendarzu dni wolne, toteż praktycznie ich nie będzie. Pracoholizm, na szczęście tylko tymczasowy. Z doświadczenia wiem, że jak dokładam sobie tyle obowiązków, to znaczy, że chcę o czymś zapomnieć. Coś mnie uwiera. Niestety, nie wiem co i niech tak na razie pozostanie. Wkrótce samo wyjdzie i wtedy będę się z tym zmagać.

Od przyszłego miesiąca zaczynam nowy rozdział życia. Na pewno nie będzie łatwiejszy, ale może barwniejszy? Po prostu inny, ciekawszy. I nie mogę się już doczekać :). Z czasem może być różnie, toteż nie obiecuję pojawiać się częściej, ale co jakąś chwilę zdam Wam relację z tego co się dzieje. Jak uporządkuję wszystkie sprawy, będzie szansa na to, że wrócę do starych nałogów ;), będę częściej odwiedzać Wasze blogi i swój też. Tymczasem miłego dnia życzę :) I pamiętajcie o uśmiechu - bo to uniwersalny klucz do serca każdego człowieka ;)

Komentarze (18)
Sprawiedliwy czas

Jeśli choć raz w życiu pozwolisz komuś na wszystko - ten ktoś nie uszanuje więcej ani Twojego zdrowia ani woli ani pragnienia ciszy i spokoju. Nie da się być dobrym i wyrozumiałym dla wszystkich - ludzie to wykorzystują. I wtedy kiedy Ty wykazujesz zrozumienie, potrafią zarzucić Ci egoizm. A poszło o co? O słowo niedojrzałość... Jeśli ktoś ani razu w życiu nie wykazał się dojrzałością, to jak go inaczej nazwać??? A ja nie użyłam tego słowa. Nawet nie poruszyłam tematu. Chciałam kulturalnie jak człowiek życzyć wszystkiego dobrego i pójść w swoją stronę. Bez żalów pretensji i złości - chociaż miałam tysiące powodów by kogoś zwyczajnie zrównać z ziemią, tak jak on to robił latami. I za te życzenia płynące z serca - dostałam kopniaka w twarde już wystarczająco siedzenie. Doczekałam się słów mocnych i naprawdę przykrych. Choć jeszcze nie tak dawno ktoś mi za zrozumienie dziękował. A teraz? Kopniak i to z zaskoczenia. Za to, że wykazałam się zrozumieniem. Może niektórzy cierpią na rozdwojenie jaźni? Ja wiem, że to żal i złość na samego siebie, za to, że ułożył sobie życie tak a nie inaczej - ale miał bardzo wiele czasu by to zrozumieć. I mojej winy w tym nie było. Więc nie pozwolę się nią obarczać, zwłaszcza że rujnuje mi to zdrowie. Dosłownie! Daj palec wezmą rękę i powiedzą że mało!

I wiecie co? Świat jest mały. Każde wyświadczone dobro kiedyś do mnie wróci, tak jak krzywdy, które mi wyrządził wrócą do niego. Bo czas może i nie jest rychliwy, ale na pewno sprawiedliwy. Więc ja po prostu odwracam się i idę dalej. Wciąż życząc tej osobie jak najlepiej...

Komentarze (20)
Pod presją czasu

Czy Wam też zdarza się, że czas przecieka przez palce? Mnie ostatnio dość często. Był poniedziałek, jest środa, zaraz weekend i nowy tydzień. A im mniej zajęć tym trudniej mi nadążyć. Nie wiem na czym to polega, może to kwestia organizacji? Im więcej mam do zrobienia, tym lepiej sobie z tym radzę, lepiej planuję czas i wszystko jest zrobione na czas. Jak nie mam terminów, to wszystko się zaczyna rozłazić. Może ja lubię pracę w stresie i pod presją czasu?

Patrzę w przyszłość - pomysłów całe mnóstwo, tylko jakoś rozmieszczenie ich w czasie idzie mi znacznie gorzej. Że o względach finansowych nie wspomnę... Przerażona takimi wizjami wracam natychmiast do teraźniejszości i już wszystko wygląda lepiej. Mały kroczek tu, mały kroczek tam - byle do przodu. Byle nie stać w miejscu i nie cofać się. Dalekosiężne plany potrafią człowiekowi podciąć skrzydła, kiedy bliżej zastanowić się nad tym ile to pracy. Co innego marzenia. Natomiast realizując swoje cele powoli, kiedyś i tak dojdę do tych odległych. Bo czas nie zwalnia i nie stoi w miejscu. Czas podąża wciąż tym samym rytmem.

Czasem zastanawiam się czy spróbować swoich sił tu lub tam. I odrzucam taką możliwość. Dlaczego? Może dlatego, że patrzę za daleko w przyszłość, podczas gdy tak naprawdę ważne to co tu i teraz. Trzeba robić to co się kocha i kochać to co się robi. Trzeba żyć tak, aby każdego dnia mieć za co dziękować - za to, że zdążyłam na autobus mimo tego że zaspałam, za to że udało mi się  z nikim nie pokłócić, za to że kolejny dzień byłam sobą i nie pozwoliłam odebrać sobie swojej godności... Każdy taki dzień to cegiełka pod budowę przyszłości...

Ale wracając do tematu. Czy brak zajęć zupełnie rozleniwia człowieka? Bo mam wrażenie, że kiedy zajęć i obowiązków jest mniej - trudniej jest się zebrać w sobie i im sprostać. Wciąż ma się wrażenie, że ze wszystkim można zdążyć. A czas płynie. I nagle zaczyna go brakować... Tymczasem w natłoku zajęć niczego nie odkłada się na potem. Musi być zrobione już, żeby nie było zaległości. I ostatecznie człowiek ma poczucie dobrze spędzonego czasu. I jeszcze zostaje mu trochę na przyjemności. A jak te przyjemności wtedy cieszą...!!! Jak bardzo się je docenia... !!!

A Wy? Czy odnosicie podobne wrażenie? Czy Wam też czas przecieka czasem przez palce? I czy lubicie pracować pod presją? Bo ja chyba niestety uwielbiam.... ;)

Komentarze (12)
Samotność otwiera oczy

Bezsenność ma jedną cechę, która może być uważana zarówno za wadę, jak i zaletę: czas na myślenie. Częściej uważane za wadę i problem - bo nadmiar myślenia zwykle szkodzi, zwłaszcza kiedy wszystkie myśli biegną nie tym torem co trzeba. Ale taki czas na przemyślenia jest potrzebny. Pójdę dalej i zaryzykuję stwierdzenie, że każdy człowiek potrzebuje czasem odrobiny samotności. Żyjemy wśród ludzi i z ludźmi, ale to samotność pozwala nam lepiej poznać siebie, życie i świat.

Brzmi absurdalnie, prawda? A jednak takie nie jest. Jest prawdziwe.

Wyobraźcie sobie, że przebywacie z kimś non stop. Spędzacie ze sobą 24h na dobę, 7 dni w tygodniu, 30-31 dni w miesiącu, 12 miesięcy w roku. Razem spożywacie posiłki, razem pracujecie (jako zespół), razem wracacie po pracy do domu, razem robicie zakupy, razem spędzacie czas wolny i dzielicie pokój na pół. Czy zdarzyło Wam się kiedyś coś takiego? Mnie się zdarzyło. Na początku jest fajnie i sympatycznie. Cieszycie się spędzanym wspólnie czasem. Ale w pewnym momencie zaczyna Wam czegoś brakować. Zaczynacie odczuwać coś w rodzaju niepokoju i zmęczenia. Szukacie kąta dla siebie. Ciszy. Spokoju. Prywatności... Szukacie samotności... Po co? Dlaczego? Przecież jest dobrze... Więc jaki w tym sens?

Teraz wyobraźcie sobie pustelnika, który żyje z daleka od cywilizacji. Nie ma wiedzy o technologii, ale za to ma przeogromną wiedzę na temat życia. Ludzie przychodzą do niego, by się poradzić, by znaleźć odpowiedzi, by odszukać sens życia, bo wydaje im się ono tak zagmatwane, że nie potrafią go ogarnąć.

Człowiek potrzebuje czasem samotności. Dzięki obcowaniu z innymi ludźmi nabywamy doświadczenia, uczymy się, ale to samotność pokazuje nam co jest naprawdę ważne. Bo dopiero kiedy zostajemy sami uświadamiamy sobie czego nam brakuje i co jest dla nas najważniejsze. Samotność stwarza nam możliwość wyciągania właściwych wniosków, dokonywania porównań i wreszcie zastanowienia się nad sobą i życiem. To samotność w pewnym sensie uświadamia nam, które wybory były słuszne a które nie. To chwile samotności pozwalają nam określić jacy naprawdę jesteśmy. Żyjemy wśród ludzi, przeżywamy z nimi to co dobre i złe, dzielimy radości i smutki. Ale dopiero kiedy zostajemy sami możemy te wszystkie zdarzenia uporządkować i określić co jest dla nas dobre a co nie. Dopiero wtedy możemy decydować z pełną świadomością tego, że to tylko nasz wybór i nikt i nic nie miało na niego wpływu.

Dlatego ośmielę się zaryzykować stwierdzenie, że samotność nie jest zła i nie trzeba się jej bać. Pomaga znaleźć równowagę i spojrzeć na wszystko z pewnego dystansu. Ważne jednak, by umieć potem wrócić do ludzi i współistnieć z nimi. Ale już inaczej - pełniej, bardziej świadomie. To samotność pozwala nam odkryć swoje potrzeby, motywy działania, pragnienia. Nawet jeśli ktoś uwielbia otaczać się ludźmi i z nimi przebywać - czasem szuka chwili oddechu. Bo samotność to miejsce, w które trzeba się czasami udać by odnaleźć siebie...

Komentarze (14)
Aż powieki opadają ;)

To straszne jak ciężkie potrafią być ludzkie powieki. Bardzo zmęczone, po prostu opadają, przesłaniając nam świat i niosąc sen.

Jedyna noc w tygodniu, kiedy naprawdę zależy mi na tym żeby się wyspać, to noc z piątku na sobotę. Weekend to dla mnie przynajmniej 24h na nogach, wyjazdy, przejazdy, praca. Bez odpoczynku. Dlatego tak bardzo staram się zawsze wysypiać w noc poprzedzającą ten maraton. Niestety staram się chyba za bardzo - jest to jedyna noc w tygodniu, kiedy zupełnie mi się to nie udaje.

Jeszcze kilka tygodni temu, w każdy piątek nagle nawarstwiały mi się różne rzeczy do zrobienia "na wczoraj" i musiałam siedzieć pół nocy, żeby ze wszystkim zdążyć. Udało mi się jakoś ograniczyć te "nadzwyczajne przypadki" do innych dni tygodnia. Wtedy nagle okazało się, że piątkowa noc to czas, kiedy każdy ma do mnie jakąś sprawę albo - co gorsza - trudną rozmowę do przeprowadzenia i ciężkie tematy do podjęcia, po których już nie byłam w stanie zasnąć. Nie wiedzieć czemu, piątkowa noc wydawała się wszystkim najwłaściwsza na zepsucie mi nastroju, humoru czy sprawienie przykrości. Ograniczyłam to - przestałam odbierać telefony w piątek wieczorem i odpisywać na smsy. Nie ma mnie.

I oto pojawił się kolejny problem. Przyzwyczajona do późnego chodzenia spać - w piątkowe noce siedziałam jeszcze dłużej. Wreszcie tak ułożyłam sobie piątkowe dni, aby nie mieć już wieczorem nic do zrobienia. Godzina 21 już w łóżeczku. I wiecie co? Wciąż powtarza się ten sam schemat. Albo nie mogę zasnąć, albo ciągle się budzę, za każdym razem sprawdzam budzik, rano wstaję zanim zadzwoni. Podobno organizm ludzki, czy też raczej nasza podświadomość, programuje się sama, kiedy przykładamy dużą wagę do tego by wstać na czas i nie zaspać. Dlatego zdarza nam się wstawać przed budzikiem. Ale u mnie coś ten system zawodzi - bo mój organizm obrał metodę wybudzania mnie co kilkanaście, kilkadziesiąt minut, zamiast inteligentnie obudzić mnie dopiero rano.A efekt jest taki, że powieki mi opadają - dosłownie - ze zmęczenia. Rano nie ma już czasu na sen i przez następną dobę też nie. W rezultacie kiedy wreszcie wracam do domu, jestem tak strasznie zmęczona, że...nie mogę zasnąć :). Całą drogę do domu wydaje mi się, że jak już trafię do łóżka - to nie wstanę do wieczora. Tymczasem wracam, odświeżam się, wypijam herbatkę, zaglądam na iWoman. Cały ten czas powieki strasznie mi ciążą, zamykają się - ale sen nie przychodzi. Zdarza mi się nie spać kolejnych kilkanaście godzin. Dopiero, kiedy już nie mam siły utrzymać powiek w pozycji "OPEN" - zasypiam...

To samo spotkało mnie także w tym tygodniu. Noc z piątku na sobotę po raz kolejny zarwana. Potem 24h maraton i wreszcie dom... Teraz powieki mi ciążą. Ale czekam aż zaczną opadać ;).

Komentarze (17)
Mała prywatna uroczystość :)

Dziś minęły równe trzy miesiące odkąd prowadzę bloga. Dodałam też setny wpis :). Ten jest 101.

Nie mam pojęcia kiedy to zleciało - czas płynie nieubłaganie... Był to jednak czas spędzony naprawdę miło. Spotkało mnie tu dużo radości, przyjemności i życzliwości. Dziękuję iWoman za stworzenie takiego miejsca, a także za to, że administratorzy i wsparcie IT - w razie najmniejszych nawet kłopotów - są zawsze na posterunku, gotowi zaradzić całemu złu :).

Wam dziewczyny dziękowałam już wielokrotnie, ale nie uważam, żeby samo składanie podziękowań było czymś złym, toteż dziękuję Wam raz jeszcze - po prostu za to, że jesteście:). Dziękuję za wsparcie, komentarze, udział w dyskusjach i tworzenie atmosfery tego miejsca. Wymieniłabym Was wszystkie imiennie, ale nie mam aż tyle czasu. Nie chciałbym też nikogo pominąć - toteż czujcie się wszystkie (lub wszyscy) pozdrowione - i wymienione: dziękuję WAM :)

A teraz życzę kolorowych snów :)

Komentarze (25)
Wehikuł czasu czyli jak zmienić przyszłość

Jan Sztaudynger pisał "Mimo najszybszych samolotów, do wczoraj nie ma już powrotu...". To prawda. Gdyby można było cofnąć czas, wiele z nas chciałoby naprawić rzeczy, które pojmujemy jako błędy przeszłości. Często "gdybamy" - wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym... Gdybym zrobiła to, nie zrobiła tamtego... Niewielu ludzi widzi w tym zagrożenie. A przecież gdyby zmienić choć jedną rzecz z naszej przeszłości - zmieniłoby to nie tylko przyszłość, ale i nas... Czy na lepsze? Tego nie wie nikt. Możemy jednak śmiało przyjąć, że każdy zechciałby wyeliminować ze swojego życia to co złe, przykre, bolesne... Co by się stało, gdyby spotykały nas w życiu same dobre rzeczy? Zapewne nie umielibyśmy ich docenić. Bo to cierpienie uszlachetnia i kształtuje charakter, a nie dobrobyt... Więc może lepiej, że nie można cofnąć czasu???

Żyję tu i teraz. Wczoraj już za mną, jutro dopiero przyjdzie. Ale właśnie teraz, w każdym momencie życia mogę się zatrzymać i zadać sobie pytanie: czy jestem szczęśliwa? Dlaczego tak/nie? To nie przeszłość jest czasem na zmiany, ale teraźniejszość. To co było - minęło i na pewno nie wróci. Ani ja już nie wrócę do tego, co się stało. Przeszłość odcisnęła swoje wyraźne piętno, zostawiła wspomnienia, przyniosła doświadczenia i na tym jej rola się kończy. A teraźniejszość? To czas zmian, decyzji i wyborów. Nie mogę zmienić przeszłości ale mogę zmienić swoją przyszłość. Każda z nas może. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, spojrzeć obiektywnie na swoje życie i odpowiedzieć sobie szczerze na kilka istotnych pytań. Jeśli nie jestem szczęśliwa teraz - czy będę w przyszłości, jeśli nic się nie zmieni? Na pewno nie...Warto zastanowić się czego chcę od życia i jak chcę, żeby wyglądało za 10 lat. Co muszę w tym celu zrobić?

W ten sposób można zmienić przyszłość. Właśnie tak działa mały prywatny wehikuł czasu każdej z nas :) Z tym, że zamiast w przeszłość, trzeba wybiegać myślą w przyszłość...

Komentarze (19)
Najlepszy czas na rozstanie

Miałam w minionym tygodniu kilka rozmów, które pozwoliły mi się zastanowić nad kwestią życia, odpowiedzialności za nie i poświęcenia. Jak bardzo uczucia lub obawy wpływają na nasze postępowanie? Jak wiele jesteśmy w stanie poświęcić dla innych, unieszczęśliwiając w ten sposób siebie? Widzę to wszędzie wokół... I muszę to z siebie w końcu wyrzucić.

Pierwsze przychodzą mi na myśl nieszczęśliwe związki. Nie można być z kimś z litości - a tak często jesteśmy. Bo on jest chory, bo ona nie ma dokąd pójść, bo on groził, że popełni samobójstwo, bo ona potrzebuje pomocy, bo oczekują od nas, że będziemy razem. I wszędzie słyszę - "Nie mogę go/jej TERAZ zostawić". Czy teraz różni się czymś od innych dni? Od wczoraj, od jutra? Niczym... Życie jest tak skonstruowane, że zawsze będą istniały problemy, przeszkody, blokady. Zawsze coś będzie nie tak. Zawsze ktoś będzie potrzebował wsparcia, ktoś inny będzie w trudnej sytuacji rodzinnej. Nie ma dobrego momentu na to, żeby się rozstać. To jest zawsze tak samo nieprzyjemne. Ale tylko dlatego, że pozwalamy innym wierzyć w szczerość naszych intencji. Nic nie mówimy, a w głowie układamy sobie plan. To samo w sobie jest już nieuczciwe. A kiedy wreszcie zdecydujemy się odejść - jest awantura, ból, rozżalenie, mimo, że od dawna nie było dobrze. I sami sobie jesteśmy winni... Czy tak jest lepiej dla tej drugiej osoby? Czy aby na pewno jej w ten sposób pomagamy? Na pewno nie... I czy warto? Często nie - bo tego poświęcenia i tak nikt nie doceni, zamiast wdzięczności spotkają nas przykre wyrzuty.

Każdy z nas dostaje życie - jedno, na własność. Naszym zadaniem jest ułożyć je tak, by było nam dobrze. Nie tak, by naprawiać błędy rodziców i spełniać ich oczekiwania, nie tak by je poświęcać. Nasi rodzice mieli własne życie i mogli z nim zrobić, co tylko chcieli. Poświęcili je nam? Tak samo jak nasi dziadkowie ponieśli wiele wyrzeczeń na rzecz naszych rodziców i tak jak my poświęcimy się swoim dzieciom, a nasze dzieci - nie nam, lecz naszym wnukom. Taka jest kolej rzeczy.

Najważniejsze jest, żeby żyć w zgodzie z samym sobą i uczciwie w stosunku do innych. Jeśli się poświęcamy - nie oczekujmy niczyjej wdzięczności, bo jej nie będzie. Bo co byście zrobiły słysząc "Od dawna Cię nie kocham, ale nie chciałem Cię zostawić, bo byłaś w trudnej sytuacji"? Czy czułybyście wdzięczność? Ja czułabym się zdradzona, oszukana i cierpiałabym jeszcze bardziej, nie mogąc znieść myśli, że coś co traktowałam jak miłość, nigdy nią nie było. Czasem chcąc komuś zaoszczędzić bólu, narażamy go na jeszcze większą udrękę.

Wynika z tego, że lepiej być uczciwym i postępować zgodnie z tym co czujemy. I nie odkładać na potem tego, co i tak nieuniknione. Oprócz wielu nieprzyjemności na sam koniec, każdy dzień zwłoki może przynieść dodatkowe rozczarowania i przykrości. Lepiej więc znaleźć w sobie odwagę DZIŚ, nim JUTRO skomplikuje nam życie jeszcze bardziej...
 

Komentarze (2)
1 | 2 |