iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Pociąg do... alkoholu

Cicho wszędzie, głucho wszędzie... Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Minęło sporo czasu od mojego ostatniego wpisu, ale dzisiaj jestem i podzielę się kilkoma myślami.

Alkohol. Przerażające jaki wpływ wywiera na ludzi. Niektórzy robią się po nim łagodni jak baranki i grzecznie udają w objęcia Orfeusza. Innym rośnie poziom agresji, ochota na zwierzenia albo po prostu wyłącza się myślenie. To ostatnie należy chyba do najgorszych reakcji...

A dlaczego o tym piszę? Otóż niedawno przeprowadziłam się na inne osiedle. Któregoś razu, z okna, zauważyłam kilkoro uczniów gimnazjum, na pewno nie byli starsi. Stali za garażem, osłonięci od strony ulicy. Uczniowie wagarowali kiedyś, wagarują i dziś, pomyślałam. Ale zaraz potem chłopcy wyciągnęli puszki piwa. I bynajmniej nie podziwiali ich z zewnątrz, tylko szybko zajęli się zawartością.

Nie czekałam. Zadzwoniłam na policję. Ale nic z tego nie wyszło. Nie dlatego, że policja się nie zjawiła. Pojawiła się nad wyraz szybko. Problem polegał na tym, że chłopcy zauważyli jadący radiowóz i szybko uciekli. Nie wiedziałam gdzie, bo nie mogłam sobie pozwolić, żeby cały czas siedzieć w oknie. Widziałam tylko, że nie było ich, gdy pojawili się funkcjonariusze. I że wrócili, gdy policjanci sprawdziwszy teren pojechali dalej. Bardzo to wszystko chłopców rozbawiło.

I tak się to kończy za każdym razem, niestety. Dzieciaki rozpływają się w powietrzu. Wkrótce policja przestanie wierzyć moim słowom.

Powiesz "A komu to szkodzi? Jak my byliśmy młodzi, to też robiliśmy głupie rzeczy i powyrastaliśmy z tego". Może niektórzy. Ale znam takich, którzy z alkoholu już nie wyrośli. A przede wszystkim nie sięgali po niego tak wcześnie. Zresztą odniesienia do przeszłości nie sprawdzają się obecnie w każdej sytuacji. Zbyt wiele się zmieniło. Trzeba reagować. Zawsze. Możesz mi powiedzieć, że reagować można w różny sposób, nie musi być to telefon na policję. Bo angażowanie w takie sprawy policji przynosi wstyd rodzicom i dzieciom. Z całym szacunkiem - gdyby to było moje dziecko, wolałabym wiedzieć. Po to, żeby jako rodzic móc w porę zareagować, coś zmienić, jeszcze bardziej uważać, po prostu pomóc. Nie można wychodzić z założenia, że "moje dziecko jest inne". Niestety, żyjemy w czasach, w których w dużej części utraciliśmy kontrolę nad naszymi pociechami - na rzecz kolegów, czy też wszechobecnego internetu. A wiadomości z całego świata coraz częściej pokazują jak mało rodzice znają swoje dzieci. Możemy się starać, tłumaczyć, dawać dobry przykład, poświęcać jak najwięcej czasu, ale to nie daje żadnej gwarancji, że nasze dziecko nie sięgnie po alkohol. A jeśli sięgnie po alkohol, to czemu miałoby nie sięgnąć po narkotyki albo inne świństwa?

Nie wolno nam tego ignorować. Nie wolno nam nie reagować. Wszelkie dostrzeżone sytuacje tego typu trzeba zgłaszać. Wstyd? Wstyd będzie większy, kiedy pod wpływem alkoholu to dziecko zacznie robić inne - głupie, lub potępiane przez społeczeństwo rzeczy... Nic się nigdy nie zmieni, jeśli będziemy przymykać oko na dzieci i młodzież sięgające po alkohol. Albo na to, że osoby zdawałoby się dorosłe i świadome tego co robią kupują niepełnoletnim alkohol w zamian za puszkę piwa czy paczkę papierosów.

Jeśli uważasz, że młodzież i dzieci - bo takie sytuacje też się zdarzają - pijące alkohol to nie twój problem, to powiem, że bardzo się mylisz. Bo to jest problem nas wszystkich. Nie tylko rodziców, nie tylko szkoły. To jest problem całego społeczeństwa. I nie wolno nam tego problemu ignorować.

Tak, gdyby chodziło o moje dziecko, chciałabym, żeby ktoś interweniował i zadzwonił po odpowiednie służby. Musi wiedzieć, że nie ma społecznego przyzwolenia na takie zachowanie.

A czemu mnie to tak dotyka? Bo któryś z tych widzianych przeze mnie chłopców za parę lat może się upić a potem wsiąść do samochodu i kogoś zabić. Może moje dziecko, może twoje, może twoją mamę albo brata, może siostrę mojego sąsiada. Tylko dlatego, że ktoś wcześniej nie zareagował. Czasem jedno działanie może zmienić czyjeś całe życie. Albo komuś je zabrać. Chcesz się czuć za to odpowiedzialny? Chcesz mieć poczucie winy i zastanawiać się czy mogło być inaczej? Ja nie chcę...Dlatego to JEST mój problem. I twój też...

Komentarze (1)
Wszyscy jesteśmy uzależnieni!

NO dobrze... Przyznaję się - jestem UZALEŻNIONA. Uffffff... Wreszcie powiedziałam to głośno. Przecież każdy ma jakieś nałogi. Ja też.

Przede wszystkim uwielbiam się śmiać. Śmiech uzależnia. Można się do niego szybko przyzwyczaić, a potem ciężko bez niego żyć...

Można uzależnić się od drugiej osoby, ale to mi raczej nie grozi. Nie ma w moim życiu takiej osoby, bez której żyć nie potrafię - są takie bez których czasem jest mi ciężko, ale nie czuję przymusu "zażywania" kolejnej porcji kontaktu z takimi osobami. To ma u mnie jak najbardziej zdrowe granice.

Najbardziej popularny nałóg to chyba palenie papierosów. Mnie to "szczęście" ominęło. Nawet nigdy nie spróbowałam. Dym papierosowy działa na mnie jak płachta na byka, wywołuje rozdrażnienie. Bardzo źle czuję się w zadymionych pomieszczeniach. Mówi się "nigdy nie mów nigdy", ale w odniesieniu do palenia śmiało mogę to powiedzieć - głośno i wyraźnie.

Alkohol to zupełnie inny rodzaj nałogu. Szybko może prowadzić do alkoholizmu, który jest chorobą. Ale jak się temu przyjrzeć - palenie również powoduje wiele schorzeń, nie oddziaływuje jednak tak silnie na zachowanie człowieka, nie powoduje utraty kontroli nad sobą. A alkohol owszem. Osobiście nie piję, jedynie czasem, kiedy jest naprawdę duża okazja. Nie lubię alkoholu, poza tym jestem mało ekonomiczna i trzeźwieję w trakcie picia - żadna to przyjemność...

Telewizja i internet - temat rzeka! Czytałam niedawno artykuł o kobiecie która wyrzuciła męża z domu, bo nie pozwolił jej obejrzeć odcinka ulubionego serialu. A ludzie potrafią nawet zabić! I dlaczego? Dla fikcji! Tymczasem w uzależnieniu od internetu przodują zdecydowanie dzieci. Ale czy aby na pewno? Czy żadna z nas nie spuściłaby nieśmiało wzroku przyznając się, że nie może żyć bez tej zdobyczy cywilizacji?

Ludzie uzależnieni są od kawy. Energia dla milionów... Źle na nią reaguję, więc nie piję. Za to uwielbiam herbatę. Piję jej hektolitry, rozróżniam nawet niektóre marki i smaki. Wczoraj ustaliłam sobie dzienny limit na herbatę. Ale limit skończył się nim minęło południe....Dziś było jeszcze gorzej :/ No i dlatego mówię - jestem uzależniona. Choć czy tak do końca? Potrafiłam przetrwać bez niej kilka miesięcy, bo to co proponowano mi wzamian nie trafiało w mój gust... Gdzie jest granica między uzależnieniem, a sprawianiem sobie przyjemności?

Fast foody mnie nie uzależniają. Może dlatego, że zbyt rzadko się nimi żywię :). Wiem jednak, że niektórzy ludzie nie wyobrażają sobie dnia bez kanapki z firmy z literą M w logo ;). To jest bardzo drogi nałóg.

Tak naprawdę chyba wszystko może stać się nałogiem. Nawet pewne czynności. I gdyby każdy zechciał wymienić swoje nałogi, pozostali otwieraliby szeroko oczy ze zdziwienia :). Sztuką jest umieć się przyznać, że to coś to już więcej niż przyjemność. Sztuką jest zauważyć to w porę i zawrócić...

I tak naprawdę nie ma niewinnych nałogów. Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu wywierają wpływ na nasze życie. A co gorsza - często też na życie osób z naszego otoczenia....

Komentarze (13)
Kwiat młodzieży polskiej - przyszłość czy zagłada narodu?

Znowu 24h na nogach, znowu 8 rano i znowu powrót do domu.
Mój busik, zazwyczaj pusty, tym razem jest przepełniony. Jeszcze 20 minut do odjazdu, a już brakuje miejsc. Zajmuję jedno z ostatnich. Dziwne, myślę, i rozglądam się dokoła. Same nastolatki. Nie dałabym im więcej niż po 16 lat. Żadnych opiekunów. Na tegorocznych maturzystów raczej nie wyglądają. Co robią tu sami? A zajmują praktycznie wszystkie miejsca siedzące... Jakieś 30 - 40 osób. Sporo...
Przyglądam się - wiele z nich jest ubłocona, brudna, zapach potu i to takiego "długo noszonego" roztacza się wokoło. Coś jak męska szatnia po meczu (chociaż nigdy w takiej nie byłam, ale tak to sobie wyobrażam). Tą kwaśną woń przenika inna - alkohol!
Doznaję olśnienia. JUWENALIA! Od czterech dni studenci tutejszego uniwersytetu świętują. Odbywają się koncerty, ma miejsce grupowe szaleństwo, spotkania, zabawa... Ale moim współpasażerom do studentów daleko. Gdyby nimi byli - to spaliby teraz snem sprawiedliwego gdzieś w akademikach lub na stancjach po suto zakrapianej nocy. Nie, nie... Ci tutaj to licealiści - a może nawet nie???
Panuje powszechny hałas. Trudno nie słyszeć dobiegających zewsząd rozmów okraszonych przekleństwami i słowami, które jedynie przypominają nasz ojczysty język. Ze strzępów, które mnie dobiegają, układam wszystko w jedną całość. Już wiem na pewno, że moi współpasażerowie nie są studentami, tylko uczniami w szkole. Wiem też, że uczęszczają na kursy, które narzuciła im szkoła. Siedem dni w tygodniu, czym każdy z nich jest szczególnie poirytowany - bo "kto to słyszał żeby dzień w dzień do budy chodzić?!". Chodzi zapewne o kursy przygotowawcze do jakichś testów. Już po maturach pisemnych - zakładam więc, że chodzi o testy młodszych klas, skoro szkoła mogła je uczniom narzucić i sprawdza na nich listę obecności.
W tej chwili dopada mnie niespokojna myśl - jak to się stało, że rodzice puścili ich tak po prostu na imprezę zakrapianą alkoholem do innego miasta, na koncerty pod gołym niebem, gdzie spotykają się wszystkie możliwe typy ludzi? Jednak historia wyjaśnia się już po chwili. Rodzice nic nie wiedzą. Rozgorzała na ten temat gorąca dyskusja. Powszechne oburzenie wzbudza fakt, że nie wszyscy zintegrowali się z grupą i nie wiadomo co powiedzieć ich "starym". Wracają czy nie... A przecież jeszcze idą dziś do szkoły.
Część z nich spała u znajomych, część wraz z bezdomnymi na dworcu kolejowym...Jeszcze inni wcale... Wszyscy są lekko "wczorajsi".

Słucham i włosy jeżą mi się na głowie. Trwają obrady - jak oszukać rodziców i pedagogów? Co zrobić, żeby nikt się nie domyślił? Ktoś wpada na inteligentny pomysł, żeby w szkole pójść najpierw do łazienki i trochę się umyć. Komuś innemu koleżanki przyniosą przygotowane wcześniej ubranie na zmianę. Inni w ogóle nie zamierzają iść do szkoły, ale wracają do domu, żeby się rodzice nie czepiali i nie domyślili, że byli w innym mieście.
Po drodze wsiadają osoby starsze. Żaden z szacownych pasażerów nie reaguje. Ustępuję więc miejsca starszej pani z laską. Kierowca rozkłada fotel dla sympatycznie wyglądającego dziadka.

Tak oto wygląda kwiat młodzieży polskiej. Mowa ojczysta - dwa. Szacunek - zero. Kultura osobista - a co to takiego??? Przyznam, że byłam przerażona. Opowieści, których nasłuchałam się w czasie godzinnej jazdy, wzbudziły we mnie wiele refleksji. Niekoniecznie pozytywnych. Na mowę jako taką wpływu nie mamy - takie czasy. W każdym środowisku i pokoleniu pojawiają się nowe słowa i określenia. Ale wulgaryzmy w miejscu publicznym to już zupełnie inna sprawa. Język polski w swej czystej postaci powoli ginie. Wielka szkoda... Nic dziwnego, że sięgając potem np. po Sienkiewicza, młodzież połowy nie rozumie. Nie mam nic przeciwko - proszę bardzo, niech używają nowych słów, ale dopiero po tym jak opanują podstawy, czyli język polski jako taki. Bo używanie przekleństw w tak prostacki sposób nie czyni ich dorosłymi ludźmi. Wręcz przeciwnie - pokazuje jak bardzo są niedojrzali.
Szacunek wynosi się z domu. Widocznie nikt ich nie uczył tego, że starszym należy miejsca ustąpić. A jeśli uczył - to nieskutecznie... O kulturze osobistej wypowiadać się nie będę. Mnie tego wszystkiego nauczyli przede wszystkim rodzice. SKUTECZNIE! I nie było, że boli. Za co jestem im dzisiaj naprawdę wdzięczna.

Jeśli to jest kwiat młodzieży polskiej i przyszłość narodu, to chyba zmierzamy w innym kierunku niż wszyscy sobie wyobrażają. Obraz Polski, jaką chcemy widzieć, to przeciwieństwo Polski, którą mamy.
Na szczęście - jest jeszcze ta część młodzieży, która niesie ze sobą nadzieję. Ta, która jest uosobieniem wszystkich pozytywnych cech dobrze wychowanego młodego społeczeństwa. Szkoda tylko, że pozostaje ona w znacznej mniejszości...

 

Komentarze (4)