iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Patrzysz, ale czy widzisz?

Tyle lat żyję na tym świecie, a wciąż tyle rzeczy potrafi mnie zaskoczyć. Codziennie odkrywam życie i świat na nowo. Sytuacje, które widzę nie po raz pierwszy, nagle uderzają mnie mocniej. Czasem zastanawiam się jak to było, że wcześniej czegoś nie dostrzegłam. I zaraz siebie poprawiam - dostrzegłam!!! Widziałam. Ale jak większość z nas po prostu przeszłam obok. Aż do dziś, do teraz. Może trzeba na coś patrzeć wiele dni, tygodni, miesięcy a nawet lat, by wreszcie to dostrzec? Może trzeba cierpieć dekadami, by wreszcie wstać i powiedzieć "dość!"?

Każdemu z nas zdarza się na coś patrzeć. Ale nasze obserwacje są pobieżne. Widzimy dokładnie tyle, ile chcemy widzieć - a potem pakujemy obraz do szuflady. Nie doszukujemy się ukrytych znaczeń. Nie mamy na to czasu ani ochoty. Bo może się okazać, że to co chcemy widzieć nie jest tym co faktycznie widzimy. Skomplikowane? Raczej nie. Idąc ulicą spotykamy innych ludzi. Widzimy ich w różnych sytuacjach. Przyszywamy im łatki dzięki pobieżnej obserwacji. Szufladkujemy. Nie zastanawiamy się dłużej. Bo nad czym? Widząc robotnika siedzącego przy drodze myślimy o nim "Nierób". Rzadko kiedy przychodzi nam do głowy, że może ten człowiek akurat źle się poczuł. W końcu nie jest maszyną i pracuje ciężko każdego dnia. Ma prawo złapać grypę, ma prawo nadwyrężyć kręgosłup. Ale nie zastanawiamy się nad tym. Mijając go przypinamy mu łatkę i wrzucamy do szuflady zapominając, że są wyjątki i różne sytuacje. Albo inny przykład - kasjerka w sklepie. Milcząca, ciągle się myli. Przypinamy łatkę, nie wiedząc o tym, że dziecko tej kobiety leży teraz w szpitalu i oczekuje na operację a ona nie może przy nim być, bo nie może pozwolić sobie na utratę pracy i grosza. Bo za te grosze musi wyżywić jeszcze pozostałą dwójkę... Dlatego jest w pracy, ale nie przestaje myśleć i się denerwować.

Nie wszystko jest takie, jakie wydaje się być. Patrzymy, ale nie widzimy. Dostrzegamy tylko to, co na zewnątrz, nie sięgając głębiej. Dlatego tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Musimy jednak pamiętać, że i nam przypinane są łatki. Nieustannie podlegamy cudzej ocenie. Bardzo pobieżnej. Bo ludzki osąd jest płytki i oparty na tym, co sami sobie dopowiemy, a nie na tym, co zaobserwujemy. Dlatego spróbujmy patrzeć głębiej pamiętając o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nauczmy się nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Nauczmy się dostrzegać drugiego człowieka. Nauczmy się dostrzegać w nim dobro - a nie tylko zło.

Komentarze (19)
Czy zawsze musi być okazja?

Walentynki mineły szybko i dość spokojnie. Choć miasto i lokale odnotowały w tym dniu nagły przypływ klientów. Starówka była zatłoczona jak nigdy - ciężko było znaleźć wolny stolik, nie wspominając już o miejscu do parkowania. Złamano chyba wszystkie możliwe przepisy dotyczące umieszczania samochodów w dozwolonych miejscach. Stłuczki, blokowanie pojazdów innych klientów i parkowanie w niedozwolonych miejscach - były na porządku dziennym...

Niby taka sama niedziela jak wszystkie - a jednak w klubach i lokalach zrobiło się nagle ciasno. Tego szczególnego dnia każdy chciał gdzieś wyjść ze swoją połówką. Tak często powtarza się, że to święto amerykańskie, ale mimo to przyjęło się u nas całkiem dobrze. I dlatego większość ludzi planuje spędzić ten dzień inaczej niż zwykle. Tu kolacja przy świecach, tam wyjście do kina, jeszcze gdzie indziej romantyczny wyjazd na weekend...

Czy to oznacza, że na co dzień tego wszystkiego nie robimy? Na to wygląda... Wyjścia do kina i lokali zdarzają nam się sporadycznie. Dlaczego? Głównym powodem są zapewne finanse. Ceny w pubach i restauracjach są dość wysokie jak na kieszeń przeciętnego Polaka. Nie każdego na to stać. Z drugiej strony branża gastronomiczna oferuje nam cały wachlarz opcji cenowych i zawsze można wybrać coś na własne możliwości. Ciekawa rzecz przykładowo, że stać nas na to, by regularnie żywić się fast food'ami typu Mc Donald, czy KFC, które wcale do tanich nie należą. Za cenę zestawu kupionego w jednym z wymienionych wyżej miejsc, można zjeść ładnie podany i zdrowszy posiłek.

Może więc finanse są tylko wymówką? Ale jeśli nie finanse - to co innego powstrzymuje nas od wychodzenia z domu? Można by rzec, że czyste lenistwo :). Polaków cechuje coś takiego jak "zasiedzenie" w domu. Nie mamy zwyczaju wychodzić. Wolimy własne cztery kąty, obiad przed telewizorem i kapcie. Oczywiście kobiety często marzą o tym, aby ktoś za nie ugotował i podał obiad a potem pozmywał. Marzą o tym, by mężczyzna zabrał je od czasu do czasu do lokalu, w którym ktoś inny będzie pełnił rolę kucharza, a one mogłyby się zrelaksować. Jednak dla mężczyzny wyjścia takie komfortowe nie są. Po pierwsze - trzeba zrezygnować z kapci. Po drugie przez cały czas obiadu czy kolacji mężczyzna jest zobowiązany zabawiać kobietę rozmową, co wcale nie musi być łatwe. Po trzecie w restauracjach zwykle nie ma telewizora, w którym można obejrzeć transmisję meczu. Po czwarte - po co płacić za coś, co ma się w domu za darmo? Dlatego panowie rzadziej są skłonni wychodzić z domu ze swoją wybranką...

Inna rzecz, że po -nastu godzinach w pracy, z domu zwyczajnie wychodzić się już nie chce. Nie ciągnie nas do gwarnych i tłumnych miejsc. Wolimy domowe zacisze...

Z tego wszystkiego wynika, że wychodzimy z domu głównie wtedy, gdy jest ku temu okazja. Imieniny, urodziny, święta... Amerykanie to sprytny naród - odkryli to wszystko o czym piszę dużo wcześniej. Potrzeba matką wynalazku - dlatego "wynaleziono" również mnóstwo okazji, które usprawiedliwiają spożywanie posiłków poza domem i  kupowanie prezentów. Jednym z takich świąt są Walentynki. Jest okazja - można wyjść, można świętować. Pytanie - czy nie potrafimy się już obdarowywać prezentami i cieszyć BEZ okazji? Wszystko wskazuje na to, że nie... Potrzebujemy okazji nawet do tego, by wyznać swoje uczucia. Potrzebujemy bodźca, który usprawiedliwi miłe słowa lub czyny. Czy to nie jest dziwne?

 

P.S. Widmo szpitala oddaliło się, ale jeszcze cały czas nade mną wisi. Wierzę jednak, że za kilkanaście dni pozostanie jedynie wspomnieniem :) Dzięki za pozytywną energię dziewczyny! :)))

Komentarze (10)
Zrozumienie - rzecz niemożliwa?

Jakie to dziwne, że tak trudno jest się porozumieć z drugim człowiekiem. Niby rozmawiacie, niby kiwacie głowami, niby słowa trafiają tam gdzie powinny - spotykają się ze zrozumieniem. Pięknie! Po prostu sielanka. Do momentu, kiedy się okazuje, że ktoś jednak nie zrozumiał zupełnie nic.

Wyobraźcie sobie, że tłumaczycie komuś, jak bardzo nie lubicie jakiejś rzeczy. Ponieważ to rzecz istotna, poświęcacie na to sporo czasu, wracacie do tematu kilka razy, wyłuszczając swoje powody, by upewnić się, że Wasz rozmówca ROZUMIE.

Mija dzień lub dwa. I ten sam rozmówca składa Wam propozycję nie do odrzucenia. Proponuje Wam dokładnie to czego nie lubicie. Początkowo wydaje się Wam, że się przesłyszeliście. Ale nie, On naprawdę TO miał na myśli. Więc przypominacie Mu ową rozmowę. Pamięta, a jakże. I twierdzi, że nadal rozumie!!! Jak to rozumie? Chyba jednak nie bardzo skoro wyjeżdża z taką opcją! I pokrętne tłumaczenia w stylu "Wiem, ale może jednak coś się zmieniło...". A co się miało zmienić przez 24 godziny????

Zaczynam tracić wiarę w to, że z drugim człowiekiem można się normalnie porozumieć. Bo nawet jak kiwa głową i twierdzi, że pojął - wcale nie musi tak być. Nawet więcej - może usłyszał to co chciał usłyszeć i tylko tyle przyjął do wiadomości....

Nie lubię, kiedy ktoś mnie nie słucha. Gdy poświęcam swój czas na tłumaczenie dość osobistej i trudnej dla mnie rzeczy licząc na zrozumienie słuchacza - nie znoszę, gdy udaje, że rozumie.

Bo zrozumienie to coś więcej, niż przytaknięcie mówiącemu. To umiejętność postawienia się w jego sytuacji i zastosowania tej wiedzy w praktyce, w życiu codziennym. Czy to w ogóle realne? Dotychczas myślałam, że realne, możliwe i zdarza się często. Ale powoli zaczynam tracić wiarę w drugiego człowieka. A może to ja nie potrafię solidnie wyjaśnić tego, że nie życzę sobie pewnych sytuacji w moim życiu? Wydawało mi, że byłam konkretna i dobitna - ale widocznie coś mi jednak umknęło: to, że mój rozmówca wcale mnie nie słuchał....

Komentarze (10)
Masz pieniądze? Postaw sobie znak!

A jednak wszystko można kupić!

Zdenerwowałam się dzisiaj sytuacją moich znajomych. Od lat mieszkają w tym samym mieszkaniu. Od lat parkują samochód pod domem, przy wjeździe do swojej posesji i nigdy nie było z tym problemu. I od jakiegoś czasu walczą z bardzo nieprzyjemnym i baaaaaaaaardzo bogatym sąsiadem, który ma tam swoją firmę. Sąsiad ów zachowuje się jakby należał do niego cały okoliczny teren. Dlaczego? Ponieważ go na to stać.

Dzisiaj rano pojawił się znak zatrzymywania się. Ni mniej ni więcej, tylko przy wjeździe w uliczkę, przy której mieszkają znajomi. Kilka godzin później pojawił się życzliwy policjant, który powiadomił ich, że nie wolno im dłużej parkować w tym miejscu. Podobno sąsiad wykupił całą ulicę łącznie z chodnikiem po tej jednej stronie - żeby mogły tam parkować samochody obsługujące jego firmę! Jednakże przy znaku nie ma żadnej tabliczki regulującej tą sytuację i wskazującej kogo zakaz nie dotyczy.

Skoro postawiono znak zakazu - to niech to chociaż będzie zgodnie z przepisami. Skoro znak nikogo nie wyklucza - to zakaz powinien dotyczyć wszystkich. Inaczej bez sensu było go stawiać. Mało tego, na wspomnianej uliczce, po tej samej stronie stoi w tej chwili znaków zatrzymywania dwa (zupełnie bez potrzeby bo wystarczyłby jeden). W dodatku pierwszy znak informuje o zakazie zatrzymywania się na całej długości ulicy, aż do skrzyżowania, drugi zaś (w połowie ulicy) od miejsca ustawienia tego znaku do tego samego skrzyżowania. Masło maślane.

Powiem więcej, ów sąsiad życzy sobie, żeby przechodnie chodzili drugą stroną ulicy - bo on wykupił chodnik dla siebie i swoich samochodów! Tu mnie sytuacja rozbawiła, bo naturalnie nie ma żadnego znaku informującego, że przejście drugą stroną ulicy.

To jakaś totalna bzdura i kpina. Można sobie wykupić kawałek ulicy, nie zważając na to, że ktoś na niej mieszka i że utrudnia się komuś życie. Można sobie nastawiać znaków - gdzie się chce i jak się chce, ignorując przepisy i innych ludzi. I to tylko dlatego, że ma się pieniądze.

Ten kraj jest pełen absurdów. I tak będzie dopóki prawo będzie tylko dla bogatych.

Komentarze (14)
Pechowe Walentynki

Los bywa przewrotny. Jeszcze wczoraj mówiłam komuś, że za żadne skarby świata nie poszłabym do szpitala z własnej woli i nie poddałabym się dobrowolnie operacji. I dlatego podziwiam. A dzisiaj? Dzisiaj uświadomiono mi, że ja sama mogę nie mieć wkrótce innego wyboru....

Ostatni raz jako pacjentka byłam w szpitalu dłużej mając dwanaście lat. Ogólnie wspominam ten czas dobrze - panie pielęgniarki były miłe, lekarze również. Pobyt wspominam tym lepiej, że nie zakończył się on żadną operacją. Ot, kilka dni badań. Żadnych nieprzyjemności... Potem trafiłam do szpitala jeszcze raz, w czasie studiów - z urazem kręgosłupa. Żeby było śmieszniej - były to Walentynki :). Niewinny upadek na lodzie skończył się dość nieciekawie. Kilka tygodni w kołnierzu ortopedycznym... Ale w szpitalu spędziłam wtedy tylko jedną noc. Zrobiono badania. Uraz spowodował czasowy niedowład ręki. Miałam zostać na obserwacji, ale ostatecznie wypisano mnie do domu. Bardzo na to nalegałam.Bo szpitale nie kojarzą mi się najlepiej. Szczególnie ten drugi raz. Całą noc leżałam na korytarzu, a lekarze w mojej obecności kłócili się o to, kto zapłaci za rezonans... W końcu doszli do wniosku, że jednak badanie jest konieczne.

Potem sporadycznie zdarzało mi się być pacjentką w szpitalu, ale nigdy nie trwało to dłużej niż kilka godzin. Za to wielokrotnie namawiano mnie na kilkudniowy pobyt w szpitalu, bo lekarze zawsze mieli jakieś dziwne podejrzenia względem mojej osoby. Kompletnie nie rozumiem dlaczego :))). Nigdy jednak do szpitala nie trafiłam. Zawsze następowała cudowna poprawa - na czas :).

Teraz mam na tą "cudowną poprawę" siedem dni. Za siedem dni kontrola (o ile tych siedem dni wytrwam). Jak nie stanie się cud - no to chcąc nie chcąc jednak jakiś szpital nawiedzę i nie będzie to kilka godzin...

Pacjentka ze mnie marna jak widać - bo uzdrawiam się niemal samą siłą woli. Wystarczy wymówić magiczne słowo "szpital" w mojej obecności i działa jak najlepsze lekarstwo. Za to wielokrotnie odwiedzałam innych w szpitalu. I te wizyty nie kojarzą mi się pozytywnie. Z wszystkich wyniosłam bardzo złe wspomnienia, bo były to bolesne przeżycia. Niektóre zatarły się w pamięci, inne trwają w niej do dziś, choć naprawdę wolałabym zapomnieć...Często odwiedzałam ludzi ciężko chorych i umierających... Te wszystkie emocje, przeżycia, uczucia - zostają w człowieku na zawsze...

W związku z tym wszystkim - nie lubię szpitali. Nie ze względu na personel czy warunki, tylko ze względu na moje wspomnienia. A zbliżające się Walentynki za każdym razem mi o tym przypominają. I to ironia losu, że akurat teraz, kiedy wszędzie już czuć, widać i słychać ten szczególny dzień - znów staję w obliczu prawdopodobieństwa, że trafię na salę operacyjną...

ALE - jestem bardzo dobrej myśli :). Mam całe siedem dni, pozytywne myślenie może zdziałać cuda :D. Akumulatory naładowane, uśmiech na twarzy i za siedem dni widmo szpitala oddali się na dobre. Bo nic nie uzdrawia tak, jak pozytywna energia. A tej mi nie brakuje. :)))

Dlatego wszystkim dobrej nocki życzę i pięknego jutrzejszego dnia. Słońca, słońca, jeszcze raz słońca i podwójnej dawki witaminy U (uśmiechu) :))))

Komentarze (28)
A jak Aborcja - towar ze zniżką dla studentek.

Internet to wielkie wysypisko śmieci, na którym można znaleźć wiele cennych informacji. Można też wykopać rzeczy, które nigdy nie powinny były się tam znaleźć. Naturalnie - z mojego punktu widzenia. Ktoś o odmiennych poglądach i doświadczeniach mógłby powiedzieć zupełnie coś innego. Jedno z takich "wykopalisk" zmusiło mnie do głębokich refleksji i utwierdziło w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach wszystko można kupić i sprzedać. Za pieniądze można nawet całkiem legalnie zabić drugiego człowieka, by uniknąć konsekwencji swojej nieodpowiedzialności. Trzeba tylko znaleźć sposób i kogoś, kto to zrobi. A jeśli posiadamy legitymację studencką - możemy nawet liczyć na  zniżkę!

DZIECKO PRAWDĘ CI POWIE

Ostatnio wyjątkowo często wpadają mi w ręce artykuły dotyczące aborcji. Argumenty za i przeciw. I przyznaję pokornie, że miewałam sprzeczne uczucia odnośnie tzw. prawa do aborcji. Ale już ich nie mam. Wszelkie moje wątpliwości rozwiała dwunastoletnia Lia i jej wypowiedź dotycząca aborcji, przygotowana na szkolny konkurs. Co dwunastolatka może wiedzieć o życiu i tak trudnym temacie? Okazuje się, że wiele. Żaden dorosły człowiek nie przygotowałby tej wypowiedzi lepiej. W kilkuminutowym wystąpieniu dziewczynka odpiera najważniejsze argumenty zwolenników aborcji. Posłuchajcie sami:

Może dzieci, mimo całej swojej niedojrzałości, dostrzegają to, czego my próbujemy nie widzieć?

 

PRAWO DO ABORCJI

Coraz częściej słyszymy głosy zwolenników przerywania ciąży, mówiących o prawie aborcyjnym i prawie kobiet do decydowania o sobie i swoim ciele. Mówią głośno o tzw. prawie do aborcji. Celowo używam zwrotu "tak zwanym". Bo prawo powinno stać na straży porządku i sprawiedliwości. Prawo powinno bronić słabszych i tych, którzy sami bronić się nie mogą. Jak to się ma do zabiegu, którego efektem jest pozbawienie niewinnej istoty życia?

 

MOJE CIAŁO - MOJA DECYZJA

Jednym z argumentów najczęściej podawanych przez zwolenników aborcji jest fakt, że ciąża rozwija się w ciele kobiety, w związku z czym to kobieta powinna decydować o tym, czy chce ją donosić czy też nie. Podkreślają, że to prawo kobiety. A co z prawami dziecka?

Zwolennicy aborcji twierdzą, że kobieta powinna mieć wybór. Ale - jak słusznie zauważyła Lia w swojej wypowiedzi - kobieta dokonuje wyboru dużo wcześniej: dokładnie w chwili, kiedy decyduje się uprawiać seks bez zabezpieczenia. Ciąża jest naturalną konsekwencją tej decyzji. Jeśli kobieta nie jest gotowa na dziecko - powinna unikać "ryzykownych" sytuacji lub po prostu zabezpieczać się. W przeciwnym razie - prędzej czy później - dojdzie do poczęcia istoty ludzkiej i kobieta musi być tego świadoma. Nie może liczyć na to, że akurat dla niej natura zrobi wyjątek. Decydując się na seks bez zabezpieczenia - kobieta dokonuje ŚWIADOMEGO wyboru. Aborcja jest tylko próbą uniknięcia konsekwencji  nieodpowiedzialnego zachowania.

Ofiary gwałtu, kazirodztwa i kobiety, których życie jest zagrożone (a więc te wszystkie osoby, które mają "uzasadnienie" dla dokonania tak kontrowersyjnego zabiegu) stanowią znikomy procent wszystkich dokonujących aborcji kobiet.
 
ABORCJA ZAMIAST ANTYKONCEPCJI?

W niektórych krajach na świecie aborcja jest już wręcz traktowana jak jeden ze środków antykoncepcyjnych. Jest to totalną bzdurą - bo antykoncepcja ma za zadanie zapobiegać zapłodnieniu  a nie zabijać poczęte życie.

Tymczasem wśród milionów kobiet na świecie zapanowała dziwna epidemia. Objawia się ona tym, że kobiety nie myślą o konsekwencjach swojego postępowania, są nieodpowiedzialne i nie zabezpieczają się. Po co się zabezpieczać, skoro można rozwiązać ten "problem" inaczej? Aby uniknąć nieprzyjemności  związanych z niepożądaną ciążą - wybierają aborcję. Czegóż innego można się spodziewać po kimś, kto już raz zachował się nieodpowiedzialnie?

 

INTERNET SŁUŻY POMOCĄ

W Polsce aborcja jest nielegalna. Mimo to zabiegi te wciąż są wykonywane. Wszędzie znajdzie się "życzliwy" lekarz, który dopomoże w trudnej sytuacji. A jeśli nie - zawsze można skorzystać z internetu. Przypadkiem natrafiłam na stronę, która wspiera aborcję i informuje gdzie się udać, kiedy i za jakie pieniądze wykonywane są zabiegi. Spójrzcie:

 

 

"JAK MOGĘ USUNĄĆ CIĄŻĘ"

 

Jak się okazuje, kobieta chcąca dokonać aborcji, ma szereg możliwości. Podkreślone na zdjęciu powyżej na czerwono zdania zachęcają kobiety do dokonywania samodzielnej aborcji przy pomocy leków. Taka metoda jest podobno zupełnie bezpieczna. Kobieta może również skorzystać z innych możliwości. Może na przykład wyjechać do innego kraju, w którym aborcja jest legalna. Lub udać się w rejs statkiem, na którym zabieg zostanie wykonany.

 

Autorzy strony sugerują, że aborcja dokonana za pomocą tabletek - jest czymś naturalnym. Wg nich leki wywołują "spontaniczne poronienie". Wybaczcie, może się czepiam, ale moja definicja spontaniczności nieco od tego odbiega. Spontaniczne jest coś co nie jest zaplanowane - jak więc nazwać celowe połknięcie leków poronnych?

Według autorów wspomnianej strony syndrom poaborcyjny to nieudowodniony mit. Skoro tak, to czemu oferują sztab psychologów i osób, z którymi można rozmawiać przed i po zabiegu? Według mnie syndrom poaborcyjny to namacalny fakt. Oprócz komplikacji fizycznych, po zabiegu zachodzą również poważne zmiany w psychice poddającej się aborcji kobiecie. I nikt mi nie wmówi, że decyzja o aborcji jest dla kobiety czymś łatwym. Często jest to najtrudniejsza decyzja jaką przyjdzie podjąć kobiecie w ciągu całego jej istnienia. Decyzja, której konsekwencje wracają do niej całe życie.

 

ILE KOSZTUJE BRAK ODPOWIEDZIALNOŚCI?

Nielegalne, niebezpieczne i drogie - tak w skrócie można podsumować zabiegi aborcyjne dokonywane w Polsce. Ceny ich bowiem dochodzą do kilku tysięcy złotych. W gazetach czy internecie bardzo łatwo jest znaleźć ogłoszenia o następującej treści: Dyskretnie, farmakologicznie. 3000zł. I numer telefonu. Nie brakuje też kobiet, które z takich "dyskretnych" usług korzystają.

Nie każdego jednak stać na taki wydatek. Tym paniom strona oferuje inne możliwości.

 

Strona szczególnie poleca zabiegi w Niemczech i Holandii. Tym kobietom, które nie mogą sobie pozwolić na wydatek rzędu 200-300 euro, czyli 1150-1400zł (bo tyle kosztują zabiegi w wymienionych krajach) autorzy strony polecają wykonanie zabiegu w Czechach. Jest on dużo tańszy - a jeśli posiadamy legitymację studencką - możemy nawet liczyć na zniżkę!

Jak widać ceny są różne. Koszty zabiegu jednak znacznie przewyższają miesięczne i kilkumiesięczne ceny środków antykoncepcyjnych. Mimo to kobiety wolą się oddać w ręce "dyskretnych" lekarzy lub poddać mocy tabletek wywołujących poronienie, niż przejść się po receptę do lekarza czy do apteki po opakowanie prezerwatyw.

 

ABORCJA TO TYLKO TOWAR

Żyjemy w czasach, w których aborcja jest tylko towarem, a kobiety jego nabywcami. Można dokonać tego zabiegu taniej lub drożej, bliżej lub dalej, legalnie lub nielegalnie. Można nawet uzyskać na nią zniżkę, o ile klasyfikujemy się jako grupa"ryzyka", bo tak najwyraźniej potraktowano studentki. Nie chciałabym nazywać tego po imieniu, ale gdybym jeszcze studiowała, poczułabym się urażona samą sugestią. A sugestia jest dość jasna - studentki częściej zachodzą w niepowołaną ciążę, prowadzą bardzo nieodpowiedzialny tryb życia i nie liczą się z konsekwencjami. Wszystkie czytające to studentki proszę o wybaczenie - zdaję sobie sprawę, że to nie jest prawda.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że aborcja to coś więcej niż przejażdżka autobusem, na którą można dostać zniżkę. Sam fakt, że ktoś oferuje rabat na tego typu zabieg uważam za uwłaczający godności człowieka. Poniżający. I rażący. Bo okazuje się, że ludzkie życie nie jest wiele warte. Aborcja to coś więcej niż zakupy w supermarkecie z kuponem promocyjnym. Aborcja to odebranie życia dziecku, które nie może się bronić. Gdyby to dziecko było dorosłym człowiekiem - odebranie mu życia nazwalibyśmy morderstwem!

Tym, którzy wciąż mają wątpliwości sugeruję obejrzeć jeden z dwóch filmów: "Niemy krzyk" lub "Cywilizacja aborcji" - oba filmy dostępne na You Tube. Uprzedzam jednak, że zdjęcia do nich jak i treść są bardzo drastyczne. Na pewno powinna obejrzeć je każda kobieta, która zamierza poddać się aborcji.

Niechciana ciąża nie oznacza końca świata. I kobieta powinna mieć świadomość, że istnieją inne możliwości niż tylko aborcja. Bo to nie jest tylko usługa do wykupienia. Aborcja to wybór między życiem a zabójstwem ludzkiej istoty.

Na koniec proponuję krótki film, który pokazuje, że wbrew wszelkim trudnościom, ciężkiemu dzieciństwu i warunkom życia lub mimo braku odpowiednich warunków wychowawczych i bytowych - niektóre dzieci wyrastają na wielkich ludzi. Każde dziecko ma na to szansę, jeśli pozwolimy mu żyć.

 

Komentarze (42)
Wiosny nam trzeba - czyli niekoniecznie o pogodzie

Zima to czas, który sprzyja depresjom, irytacji, zmęczeniu. Jesteśmy poddenerwowani brakiem światła, monotonnością dni, ograniczeniem pewnego rodzaju swobody... A przecież zima to jedna z pór roku. Nie jest stanem nadzwyczajnym. Jest etapem życia... Dla roślin to czas uśpienia, odpoczynku, który umożliwia im rozpoczęcie cyklu rozwojowego od nowa wraz z nadejściem wiosny. Dla niektórych zwierząt to czas hibernacji. Dla ludzi - najczęściej jest to czas nawarstwienia wielu problemów, ustawicznych narzekań i niepojętego zdziwienia - bo oto przyszła zima! Jest mroźno, wszędzie leży śnieg, drogi bywają nieprzejezdne - cóż za wspaniałe pole do popisu dla potencjalnego Polaka. Ale na tym nie koniec.

Wiosna to cudowna pora roku. Patrząc okiem przeciętnego wiecznie narzekającego Polaka - mokro, zimno, deszczowo, wszędzie błoto i do tego zdarzają się jeszcze przymrozki. Z takiego opisu wynika, że wiosna to paskudny okres czasu. I właściwie każdą porę roku można opisać w ten sposób. Lecz  nie w tym rzecz. Sedno sprawy polega na tym, by dostrzegać to, co w danym zdarzeniu, sytuacji czy nawet pogodzie - jest piękne. Wiosną wszystko budzi się do życia. Lecz by mogło się obudzić - potrzebna jest życiodajna woda. Deszcz. Lekki, świeży - zmywa to, co pozostawiła po sobie zima. Wszystko ma swój sens, trzeba tylko chcieć go dostrzec.

Niektórzy ludzie całe życie trwają w zimie - mimo, że pory roku dokoła nich regularnie się zmieniają. Jak to ktoś ładnie na którymś z blogów napisał: na dworze zima  i w sercach ludzkich taki sam mróz. Z tą różnicą, że ta zima w ludzkich sercach trwa nieraz całe lata i dziesiątki lat. Trzeba ogromnej zmiany - zdarzenia, energii, czyjejś siły woli lub uczucia - by takie lody roztopić.

Bywa też, że owa zima zakrada się do naszych serc na chwilę... Na moment przykrywa wszystko warstwą obojętności. Potem mija. Ale jeden moment wystarczy, by zepsuć coś nieodwracalnie...

W tym wyjątkowym okresie roku jesteśmy szczególnie podatni na atak wspomnianej zimy. Ulegamy jej, czasem zarażamy się od kogoś - a potem epidemia szerzy się już wszędzie... Epidemia obojętności, irytacji, narzekania....

Dlatego trzeba nam wiosny. Nie tylko tej prawdziwej. Przede wszystkim trzeba nam wiosny w sercach. Więcej pogody ducha, słońca w myślach, radości we wspomnieniach i planach. Optymizmu w przewidywaniach. I wiary w to, że spadnie życiodajny deszcz, który rozmyje wszelkie negatywne emocje. Trzeba nam iskry, która wskrzesi pogrążone w przygnębieniu pokłady energii. Nosimy je w sobie - nie potrafimy ich tylko wydobyć.

Pojedyncza jednostka pleśni może skazić cały słoik konfitur. Bo pleśń będzie się rozrastać. Złość, którą nosimy w sobie - jest jak pleśń. Małe jej ogniwo potrafi zawładnąć nami bez reszty i doprowadzić do wybuchu. Zwłaszcza jeśli napotka sprzyjające okoliczności. Dlatego trzeba nam deszczu, który zdusi gniew w zarodku, oczyści atmosferę i pozwoli oddychać.

Po deszczu wstaje słońce, a po zimie - przychodzi wiosna. Weźmy więc głęboki oddech i zaprośmy w tym roku wiosnę do naszych serc nieco wcześniej. Nauczmy się dostrzegać to, co dobre i piękne,  i w tym pokładajmy nadzieję. Może wówczas to, co wydaje się złe, stanie się tylko pyłem, który wkrótce zmyje wiosenny deszcz... Niech zima w nas jak najszybciej ustąpi miejsca wiośnie, byśmy mogli na nowo zbudzić się do życia i odnaleźć w sobie wrażliwość na drugiego człowieka oraz świat...

Komentarze (17)
Niedokończone strony

Cokolwiek zaczynasz - pamiętaj o tym, żeby to skończyć. To jedna z wielu rzeczy, których pilnuję jak oka w głowie. Nie lubię spraw niedokończonych. Nie lubię niedokończonych zdań, opowieści, książek, zakupów, kłótni, rozmów... Coś, co ma swój początek - logicznie powinno mieć też i koniec. Jak w związku - z happy endem lub bez. Nigdy w życiu nie jest tak, że coś trwa w nieskończoność. Szczęście, którego wszyscy tak pragniemy jest kruche. A zła passa też wreszcie zawsze się kończy. Przechodzimy pewne etapy w życiu i kolejno je zamykamy - jak rozdziały czytanej bądź pisanej książki...

Pytanie na ile prawdziwy jest to koniec? Ile razy będziemy wracać do tego rozdziału pamięcią? Czy wystarczy zamknąć drzwi, by nie słyszeć płaczu za ścianą? Czy wystarczy zamknąć oczy, by nie widzieć zła? Nie wystarczy. Bo nie są to właściwe zakończenia...

Życie rozdaje karty, ale to my jesteśmy graczami. Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę... To my decydujemy, kiedy powiedzieć "pas", kiedy wejść do gry i kiedy odejść od stołu kończąc rozgrywkę. Nic nie jest skończone, dopóki sami tego nie postanowimy.

Dlatego czasem wracamy do przeczytanej książki po latach. By wspominać, by poczuć to, co czuliśmy wcześniej, by zachłysnąć się tamtym klimatem - jeszcze choć jeden raz... Książka ma tę przewagę nad prawdziwym życiem, że niezmiennie kończy się tak samo. Bez względu na to, ile razy do niej wracamy - wiemy co będzie dalej. Możemy cofnąć się o kilkadziesiąt stron i przeżyć wszystko jeszcze raz...

A w życiu - nie. Coś, co minęło - nie wróci. Przynajmniej nie w tamtej, pierwotnej postaci. W życiu wielokrotnie wracamy myślami do tego, co było. I gdybyśmy mieli taką moc - zmienilibyśmy wszystko! Dokonywalibyśmy innych wyborów, podejmowalibyśmy inne decyzje. W naszym pojęciu lepsze, mądrzejsze, ale kto tak naprawdę wie jak potoczyłoby się nasze życie?

Zamykając jakiś rozdział życia czasem zostawiamy sobie furtkę - na wypadek, gdyby to jednak nie był koniec. Oglądając się - nie jesteśmy w stanie w pełni poświęcić się teraźniejszości. I tak żyjemy na skraju dwóch różnych światów. Wmawiamy sobie, że z przeszłością koniec. Czyżby? Czasem zamykając za sobą drzwi - należałoby jeszcze wyrzucić klucz. Bo serce i myśli człowieka są przekorne. Ciekawość będzie nas pchała  i podpowie: zajrzyj, tylko na chwilę... Skuszeni - wracamy w to samo miejsce, w którym byliśmy przed laty. Z tą różnicą, że świadomość nieodwracalności zdarzeń budzi niepokój, melancholię i nie pozwala normalnie funkcjonować. To znak, że coś skończyło się inaczej niż chcieliśmy. Skończyło się dla kogoś - ale nie dla nas. I uśpione tkwiło w naszej podświadomości cały ten czas...

Kiedy więc wiadomo, że coś skończyło się naprawdę także dla nas? Wtedy, gdy spoglądając wstecz jesteśmy w stanie uśmiechać się ciepło, beż żalu, wybaczać sobie stare błędy i wrócić bez złudzeń do rzeczywistości... Wtedy, gdy wspomnienia są tylko wspomnieniami.

Czasem kończymy jakiś rozdział, zaczynamy następny. Przekonujemy siebie i świat, że tego chcieliśmy. Tylko serca nie da się oszukać. Głęboko na jego dnie chowamy pragnienia, które nigdy się nie urzeczywistniły i już nie urzeczywistnią. Wracamy do nich po cichu, ożywiamy je nocami w swoich snach, ale gdy wstaje dzień - wracamy do pisania nowego rozdziału.

Niektóre pragnienia potrafią przetrwać w ten sposób całe lata... Chowane głęboko w podświadomości - nie mijają. Mimo, że ich miejsce już dawno zajęły inne. Bledną, wypalają się, aż wreszcie - kończą się. Tak jest ze smutkiem, z żalem... I tylko z miłością - tą romantyczną, bez happy endu, nieszczęśliwą - bywa inaczej. Nieszczęśliwa miłość jest jak niedokończony rozdział. Tak długo jak trwa - nie da się do końca o niej zapomnieć. Zawsze będzie brakowało jej spełnienia i zakończenia na miarę Hollywood. Możemy zacząć kolejny rozdział, ale ilekroć spojrzymy wstecz - pusta strona przypomni nam to, co utraciliśmy... I myślami będziemy ją zapisywać tysiące razy, zastanawiając się co byłoby gdyby...? Nie dowiemy się nigdy. Chyba, że życie zechce rozpocząć kolejną rozgrywkę i z nowym rozdaniem powrócimy do niedokończonych stron...

Komentarze (13)
Z muzyką na TY

Zaczęło się, gdy miałam kilka lat. Podśpiewywałam sobie pod nosem i dobijałam otoczenie rozpaczliwymi próbami gry na dziecięcych cymbałkach. Pamiętam też gitarę-zabawkę, która nijak się miała do tych prawdziwych, a mimo to badałam ją wnikliwie, testując przy tym cierpliwość otoczenia. Mocno już nadszarpnięty zębem czasu adapter jak dla mnie - w tamtych czasach - mógł grać bez przerwy. Ten charakterystyczny szum nagrania, w moich uszach nadawał utworom cudownego brzmienia. Był też magnetofon szpulowy (teraz to wszystko już chyba zabytki), na który usilnie sama starałam się zakładać taśmy. Muszę wyznać, że zainteresowanie muzyką i wszystkim co grało przejawiałam co najmniej niezdrowe. Ani adapter ani wspomniany magnetofon nie przetrwały próby czasu ani starcia z dziecięcą ciekawością... Musiałam zadowolić się radiem i koncertami życzeń lecącymi w telewizji. Niewiele z tego pamiętam poza radosnym klimatem i przyjemnością, jaką sprawiały mi audycje. Potem pojawiły się magnetofony kasetowe i nastała era walkmanów. Się działo!!!

Gdy zaczynałam szkołę podstawową, jednocześnie trafiłam do ogniska muzycznego, do klasy fortepianu. I od tamtej pory muzyka towarzyszyła mojemu życiu już całkiem świadomie. Przez cały okres szkoły podstawowej, średniej i studia nie rozstawałam się z radiem ."Coś" zawsze musiało grać. Koiło to moją duszę, pobudzało wyobraźnię, przenosiło mnie w zupełnie inny świat... W szkole średniej z uporem maniaka ślęczałam już z prawdziwą gitarą i uczyłam się chwytów. Ów upór się opłacał, bo sama i bez niczyjej pomocy nauczyłam się grać na tyle dobrze, że dało się tego słuchać. Dziś chyba już niewiele pamiętam, bo w czasie studiów zamieniłam gitarę na mikrofon...

Na który okres mojego życia nie spojrzę - tam wszędzie jest ona: MUZYKA. Była wczoraj, jest dzisiaj i będzie jutro. Karmię się nią w chwilach słabości, upajam nią zmysły w chwilach relaksu, pozwalam jej grać w swojej duszy w chwilach radości. Każdy dźwięk, każde brzmienie dotyka najdelikatniejszych zakamarków mojego JA...

Muzyka jest jak najlepszy przyjaciel. Pociesza, gdy jest mi źle, koi - gdy cierpię, uspokaja - gdy nerwy zawodzą. A gdy się cieszę - ona jeszcze tę radość wzmacnia. Przynosi ze sobą harmonię, a ta - rozwiązania problemów. Muzyka to przyjaciel, który bez słów wskazuje najlepsze wyjście z sytuacji...

Dzięki muzyce potrafię wsłuchać się także w siebie. Pomaga mi rozładować emocje, pomaga spojrzeć na życie inaczej. Bywa, że przynosi melancholię, ale częściej współistnieje w smutku, który akurat na mnie spłynął. Zdarza się, że jak balsam łagodzi ból... Często wynosi mnie na wyżyny szczęścia, które zesłał los...

Bywają dni, kiedy pozwalam jej wypełnić siebie całą. Otwiera mi oczy i wyostrza pozostałe zmysły. Przenosi w świat, który sama wykreowałam w swojej wyobraźni. Świat, do którego prowadzą schody dźwięków a inspiracją są otaczające mnie brzmienia... 

Muzyka nie ma lat, nie starzeje się, zawsze wraca... Jest ponadczasowa. I niezmiennie trwa.

Jestem z muzyką "na Ty"... Bo tylko muzyka jednym dotknięciem odkrywa całą moją wrażliwość, uczucia i emocje. I gra na nich jak prawdziwy wirtuoz... Bywają dni, kiedy żyję muzyką, oddycham muzyką, aż wreszcie sama poniekąd się nią staję... Żyję w niej a ona we mnie i w całym otaczającym mnie świecie...

Na dobranoc - mój ukochany Chopin:

Komentarze (17)
Zima, hormony, kocie życie erotyczne i mistrz Vivaldi

Mam dzisiaj tzw. doła. Dół pojawił się znienacka, zaatakował i nie odpuszcza. Przyczyny jako takiej brak, jednak upatruję jej w tym, że budząc się rano nie dostrzegłam promieni słońca wpadających przez okno. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem ani co się dzieje. Zupełnie jakby dopiero dziś do mnie dotarło, że nastała biała pora roku. Zima. Tyle się o niej mówi, pisze, otacza nas z każdej strony - i to nie od dziś. Ale akurat dziś potrzebne mi było słońce.

Przyczyny numer dwa upatruję w huśtawce hormonalnej, którą mój organizm serwuje mi raz na jakiś czas. Co prawda wedle mojej wiedzy na wszelkie huśtawki stanowczo za wcześnie - ale spierać się z hormonami nie będę. Niech poszaleją, może nikomu krzywdy nie zrobię w tym czasie.

Powód numer trzy przypisuję mojemu kotu, który nie raczył nocować w domu. Zamiast tego wałęsał się gdzieś z kocicami. Trzy dni temu "obłapiał" kotkę sąsiadów, co dało się dość wyraźnie słyszeć. Wówczas również nie wrócił na noc. Rozumiem, że to już odpowiednia pora na rozpoczęcie kociego sezonu erotycznego, ale żeby tak rzucać wszystko dla kocicy? Zew natury... Dziś nie raczył się nawet zjawić na śniadaniu. Już pora obiadowa  a jego nadal nie ma. Zabalował! Zdarza mu się tak kilka razy do roku. Potem przychodzi z tym swoim "mrau", które oznacza, że muszę mu wszystko wybaczyć, bo przecież jest tylko kotem... Ach....ta kocia uczciwość...

Idę poprawić sobie nastrój dobrą muzyką, a potem może napiszę coś bardziej wartościowego. Przed Wami mistrz Vivaldi i jeden z moich ulubionych utworów muzyki klasycznej. Fragment Czterech pór roku - Zima...Sugeruję zamknąć oczy i pozwolić muzyce płynąć... Pozwolić się jej zawładnąć w całości....

 

Nic mnie tak nie uspokaja jak Cztery pory roku Vivaldiego...To stopniowane napięcie, te łagodne  i dramatyczne przejścia...

Tymczasem życzę wszystkim miłego zaśnieżonego popołudnia. Miasto przykryte śniegiem wydaje się być takie ciche i senne... Uśpione....

Komentarze (12)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |