iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Trędowata

Zmęczenie... To jedyne co ostatnio czuję. Pozostałe emocje wydają się być stłumione, jakby oczekiwały na rozwój wydarzeń. Lęk, pytania o przyszłość - wszystko poszło w kąt. Poradzę sobie. To jedno wiem na pewno. Bez względu na to, co się stanie.

Nigdy nie pomyślałam, że przyjdzie dzień, który zburzy moje wyobrażenie o idealnym świecie i wiarę w ludzi. Ale chyba właśnie przyszedł....

Opowiem Ci historię dwojga ludzi, którzy przetrwali burze i huragany, po to by rozstać się, gdy nastała cisza... Wciąż nie mogę się nadziwić jak miłość przegrywa z pieniądzem. I z ludzką głupotą. Mów, co chcesz, ale miłości nie da się kupić. I nie można mieć wszystkiego. Tam gdzie w grę wchodzą pieniądze lub rodzina, wszystko inne przestaje się nagle liczyć. Nawet miłość. A może zwłaszcza?

Ona - całe swoje życie ciężko pracowała. Podejmowała się najgorszych i najtrudniejszych prac - dla dzieci, dla rodziny. Rezygnowała z urlopów, brała nadgodziny, zaciągała kredyty.

On - przykładny mąż, cierpliwy rodzic. Zarabiał w najróżniejszy sposób, by wspólnie z żoną utrzymać rodzinę.

Radzili sobie, chociaż życie nie szczędziło im problemów, chorób, problemów z dziećmi, wypadków i katastrof. Przetrwali je.

Pewnie trwaliby wieki, gdyby w ich związek nie wtrącali się inni ludzie. A wtrącali się od samego początku małżeństwa. Głównie Jego rodzina. Krytykowali Ją, oskarżali o najróżniejsze rzeczy, poniżali publicznie. Ale Ona Jego kochała i Jemu przysięgała, więc znosiła to wszystko...

Mijały lata. Wreszcie ich życie nabrało kształtu. Dzieci dorosły, zaczęły własne życie. Oni mogli wreszcie odpocząć. Czy też raczej mogliby - bo Jego rodzina nieustannie wtrącała się w ich życie. Stało się to Jej codziennością. Wiele razy płakała w ukryciu, chowając głęboko żal do męża, że po raz kolejny patrzył na wszystko z boku i nie stanął w Jej obronie. Przyzwyczaiła się. Znosiła to.

Aż przyszedł dzień, kiedy i On wbił Jej nóż w plecy. Pewnego dnia nagle zwrócił się przeciwko Niej. Poszło o pieniądze. Dopóki ich nie mieli - nigdy się o nie nie kłócili. Dopiero, kiedy zaczęło im się lepiej powodzić a życie stało się lżejsze - pojawił się problem. Wspólnie pracowali na to co mieli, lecz On orzekł, że to wszystko należy do Niego. Tylko do Niego. Że w domu, w którym mieszkają, nie ma ani jednej Jej rzeczy. Te słowa całe życie powtarzała Jej Jego "życzliwa" rodzina, a teraz i On. A także to, że wiele lat temu powinien się z Nią rozwieść.Wreszcie, w finale, upokorzył Ją na oczach członków rodziny...Jego rodziny... Choć podobno od wielu lat była to także Jej rodzina. Podobno, bo nigdy nie dano Jej tego odczuć. Zawsze była tą "najgorszą", bez względu na to jak bardzo się starała, bez względu na to jak bardzo pomagała. Mimo, że poświęciła im całe swoje życie, mimo, że dla nich porzuciła własny dom i ucięła relacje z krewnymi, gdyż nie były dobrze widziane...Mimo tego wszystkiego - dla rodziny męża zawsze była niedobra. Była dla nich "trędowata".

A teraz i dla Niego taka się stała. Nigdy nie widziała Go w takim stanie. Nigdy nie usłyszała od Niego tylu przykrych słów. Nigdy nie pomyślała, że On może się tak zachować. Sądziła, że Go zna. Przecież przeżyli razem tyle lat!!!

A dziś próbuje zrozumieć, co się stało - z Jej mężem, z Jej małżeństwem, z Jej życiem. Czy to możliwe, żeby chodziło tylko o pieniądze? Czy to możliwe, by parę groszy przekreśliło lata wspólnego życia? I czy to już koniec miłości? Mówi, że nie. Że nadal kocha...

Ale do miłości trzeba dwojga.

Czy tak marne pieniądze mogą stać się przyczyną rozpadu związku? Marne, bo nigdy nie mieli ich wiele... Myślę, że to tylko pretekst. Myślę, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. Ale nie potrafię Jej tego powiedzieć. Bo w Jej oczach wciąż widzę nadzieję i nie chcę Jej tego odbierać. To nie pieniądze zabiły ich miłość, lecz wtrącająca się rodzina męża - ich wieczna krytyka i niezadowolenie ze "służącej", którą dla nich była.

Mimo, że czasy różnic klasowych mamy za sobą, pośród nas wciąż żyją trędowaci. Są tacy jak Ty i ja. Pracują, żyją uczciwie, wychowują dzieci. Ludzie ich lubią. Obcy ludzie. Bo przez najbliższych są często poniżani i podle traktowani. Przyczyna? Czasem wystarczy, że nie akceptują ich członkowie tzw. nowej rodziny. Ci ostatni krytykują zwykle jednego z partnerów (najczęściej wchodzącego do rodziny)  i wtrącają się w życie młodych ludzi. Bywa, że nigdy nie przestają się wtrącać... Czasem to wystarczy, by dla tej - wydawałoby się - najważniejszej i najbliższej osoby stać się trędowatym...

Komentarze (5)
Kobieta-reżyser dostała Oscara! Święto z goździkiem w tle.

Oscary rozdane! I tu miły akcent idealnie pasujący do Dnia Kobiet: Oscara za reżyserię otrzymała KOBIETA, po raz pierwszy w historii! Nagrodę przyznano  Kathryn Bigelow, za wyreżyserowanie filmu "The Hurt Locker. W pułapce wojny".

O filmie niewiele mogę powiedzieć, ponieważ jeszcze nie miałam okazji go widzieć. Mam więc trochę do nadrobienia, zwłaszcza, że nie był to jedyny Oscar zdobyty przez wspomniany film. Pozostałe nagrody "The Hurt Locker" zdobył w kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepszy montaż, najlepszy montaż dźwięku i najlepszy dźwięk. Chyba niczego nie pominęłam :). Krótko mówiąc - ten film trzeba po prostu zobaczyć.

Głośny "Avatar"  otrzymał Oscara za najlepsze zdjęcia, najlepsze efekty specjalne, najlepszą scenografię i dekorację wnętrz. A więc tylko trzy statuetki powędrowały do filmu, który przez niektórych nazywany był "pewniakiem" na tegorocznym rozdaniu Oscarów.

Wracając do Dnia Kobiet. Przyjęło się, że tego dnia panowie ofiarowują paniom symboliczny kwiatek. Wiele lat temu takim symbolicznym kwiatkiem był goździk. Wszystko jednak się zmienia. Zwyczaje w tej materii przeszły ewolucję. Goździk przeszedł do historii. Dziś najczęściej ofiarowywanym w tym dniu kwiatem jest tulipan. To już niemalże wieloletnia tradycja, przynajmniej w  moich okolicach. I tak - chcąc nie chcąc, tulipan kojarzy mi się jednoznacznie z Dniem Kobiet i oczywiście z wiosną :)

Tak więc wszystkim Paniom życzę wielu radości, spełnienia i całych bukietów tulipanów oraz koszy pełnych czekoladek. Niech ten dzień będzie wyjątkowy - wszak jesteśmy kobietami i nie mamy się czego wstydzić. Czemuż więc miałybyśmy nie obchodzić tego jednego szczególnego dnia w roku?

Komentarze (6)
Kolejna wiosna, kolejny rok - odkrywanie życia na nowo

No i przybyła mi dzisiaj kolejna wiosenka. Starzeję się :) i jeszcze na starość robię się sentymentalna :). Miałam nadzieję, że będzie wiosennie, tymczasem wczoraj cały dzień sypał śnieg i dziś zalega na drogach, drzewach, trawnikach. Ale tak też mi się podoba. Właściwie ten cały marzec dobrze oddaje moją zmienną i kapryśną naturę. Raz ciepło i pogodnie, innym razem chmurnie i deszczowo, jeszcze kiedy indziej melancholijnie...

Czy kolejny rok będzie inny? A któż to wie! Wiem natomiast, że zaszły zmiany we mnie samej, co z pewnością w jakiś sposób zaprocentuje i znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Nie robię żadnych postanowień, nie kreślę planów w wyobraźni. Jedyne plany jakie mają rację bytu, to takie, które zaczynamy natychmiast realizować, zanim życie zdąży je zniweczyć. Plany? Tylko na najbliższą przyszłość. I też planami bym tego nie nazwała, tylko raczej zamierzeniami, do których poczyniłam przygotowania.

Ostatni rok nie był rokiem straconym. Jak zwykle - zwycięstwa i porażki. Zwycięstwa cieszą, ale to porażki nas uczą. Wiecie co można nazwać sukcesem? Umiejętność przekształcania porażek w zwycięstwa :). A dzieje się tak, gdy wyciągamy wnioski z naszych doświadczeń i staramy się uczyć na popełnionych błędach. Przynajmniej na własnych - bo cudze błędy prawie nigdy niczego nas nie uczą :). Mało kiedy potrafimy odnieść cudze porażki do własnej sytuacji życiowej i własnego postępowania. Tak już jest. To sztuka.

Najważniejsze jest chyba to, by w każdym roku życia odkrywać je na nowo - jego radość, piękno, wagę... I w ten sposób odkrywać także siebie, poznawać mocne i słabe strony swojego charakteru, badać to, co jeszcze skrywa tajemnica... I wierzyć, że każdy kolejny rok będzie lepszy. W miarę jak przybywa nam lat, zmienia się perspektywa, z której patrzymy na życie. Dostrzegamy to, czego wcześniej nie widzieliśmy. Udaje nam się pokochać w sobie to,czego dawniej nienawidziliśmy. I uczymy się tego co najtrudniejsze, a mianowicie - żyć. Ale żyć naprawdę, pełną piersią, tęczą kolorów, nie oglądając się wstecz. Działać, zamiast czekać na cud. Bo cud możemy sprawić właśnie my - Ty i ja. Możemy stać się cudem dla kogoś lub ktoś może stać się cudem dla nas :)...

Życzę miłego popołudnia pełnego radości i uśmiechu :) pozdrawiam!!!

Komentarze (16)
Badanie cytologiczne = szansa

Przychodnia zdrowia. Na drzwiach jednego z  gabinetów pojawił się całkiem niedawno napis. Napis ów informuje, że Badanie cytologiczne w celach profilaktycznych wedle zaleceń NFZ wykonywane jest raz na 3 lata. Każde dodatkowe badanie cytologiczne wykonane w okresie danych 3 lat będzie płatne - 20 zł.

Niby żadna nowość. Od jakiegoś czasu o niczym innym się nie mówi (politykę pomijam), tylko o przepisach i zaleceniach NFZ. A temat profilaktycznych badań cytologicznych gości na łamach wielu artykułów. Mimo to wciąż mam kilka pytań, na które nikt nie potrafi udzielić  jednoznacznej odpowiedzi.

Badanie profilaktyczne raz na trzy lata - określono to na podstawie statystyk, wedle których rak szyjki macicy rozwija się od 3 do 10 lat,na podłożu przedrakowym. PRZECIĘTNIE. Wiemy jednak, że każdy organizm jest inny, zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Rak może rozwijać się szybciej lub wolniej, we właściwym sobie tempie, co uzależnione jest od wielu czynników występujących indywidualnie u każdej pacjentki. Ta sama choroba u dwóch kobiet może dawać odmienny zespół objawów.

Zanim rozwinie się sam rak, zwykle występują zmiany przedrakowe, które często nie dają żadnych objawów. Dlatego badanie cytologiczne jest tak ważne. Pozwala wykryć pierwsze zmiany nowotworowe komórek lub raka szyjki macicy we wczesnym jego stadium. Dlaczego to takie istotne? Bo wcześnie wykryty rak zwiększa szanse na przeżycie i wyleczenie. Im później zostanie odkryty, tym bardziej nasze szanse maleją...

Czytając niektóre wypowiedzi na forum pod artykułami dotyczącymi cytologii - zaczynam się dziwić temu, jak małe znaczenie kobiety przypisują temu badaniu, jak podważają jego istotę i przekreślają działania profilaktyczne. Jak często nie zdają sobie sprawy z tego, że właśnie TO badanie może uratować im życie! Czy tak mało cenimy swoje zdrowie? Czy naprawdę nam na nim nie zależy? Ależ zależy! Bo znalazłam także szereg mądrych i rozsądnych wypowiedzi.

Pomijam kwestię uczynienia badania cytologicznego obowiązkowym. Każdy ma na ten temat własne zdanie. Uważam, że żaden obowiązek nic nie zmieni dopóki kobiety nie będą świadome istoty tego badania i dopóki same nie zechcą się badać.

W dzisiejszych czasach rak nie zawsze jest wyrokiem śmierci.  Współczesna medycyna daje nam szansę. I szkoda byłoby tą szansę zmarnować. Dlatego naprawdę nie rozumiem jak można napisać, że badanie cytologiczne jest zbędne, niepotrzebne. Nie rozumiem jak można napisać, że ktoś woli nie wiedzieć, że ma raka. Bo wiedza daje nam szansę - niewiedza jest wyrokiem śmierci bez odwołania.

Mam jednak pytanie. Co ma zrobić kobieta, której zalecono robienie PROFILAKTYCZNEGO badania cytologicznego CO NAJMNIEJ raz do roku? Zalecenie wychodzi od lekarza, jednak badanie wciąż pozostaje badaniem profilaktycznym. Czy to oznacza, że NFZ płaci tylko za jedno badanie, a koszta pozostałych dwóch (i więcej) musi pokryć pacjentka? Czy działania profilaktyczne NFZu nie uwzględniają jednostkowych przypadków i sytuacji wyjątkowych?

Komentarze (15)
Czy lubisz to co robisz? Ankieta.

Prawie nikt z moich znajomych nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Większość z nich rozgląda się za nową pracą - taką, która spełniałaby ich oczekiwania finansowe i dawała im satysfakcję. Bez skutku.

Statystyczny Polak nie lubi swojej pracy. Jest nią znudzony i traktuje ją jak przykry obowiązek. Dzieje się tak głównie dlatego, że wyuczył się zupełnie innego zawodu. Niestety okoliczności zmusiły go do podjęcia pracy niezgodnej z jego zainteresowaniami.

Żyjemy w czasach, w których chwytamy się każdego zajęcia przynoszącego dochód. Mało tego - wybierając kierunek studiów często kierujemy się już nie tyle zainteresowaniami, ile możliwością znalezienia pracy w danym zawodzie. W dzisiejszym świecie ktoś, kto pracuje w zawodzie zgodnym z jego wykształceniem, może nazywać siebie szczęściarzem. A jeśli dodatkowo jest to zawód zgodny z jego zainteresowaniami, dający mu satysfakcję - przed słowem szczęściarz może dopisać wyjątkowy.

Wielu z nas ma więcej niż jeden wyuczony zawód. W pogoni za pracą, nieustannie doskonalimy swoje umiejętności i nabywamy nowe. Jeśli tylko nas na to stać, kończymy dodatkowe szkoły i kursy. Dzielimy czas między obowiązki domowe, pracę i naukę.

Podejmując pracę coraz rzadziej zwracamy uwagę na to, czy będzie ona dla nas satysfakcjonująca,  pierwsze skrzypce gra wynagrodzenie jakie możemy za daną pracę otrzymać.

To wszystko znak naszych czasów.

A jak to jest z Wami? Czy lubicie swoją pracę? Czy też marzycie o zupełnie innym, przynoszącym satysfakcję zajęciu? Co jest dla Was ważniejsze - wynagrodzenie czy satysfakcja z wykonywanej pracy? Proponuję Wam ankietę, która pozwoli mi określić jak powyższy problem kształtuje się wśród społeczności iWoman. Zachęcam do głosowania. Wkrótce wyniki pozostałych ankiet.

Serdecznie pozdrawiam :)

Komentarze (14)
Wampirze szpitale

Ostatni tydzień spędziłam w szpitalu. Na szczęście nie jako pacjentka, lecz odwiedzający. Widocznie szpital w najbliższym czasie jest mi po prostu pisany, w taki czy inny sposób...

Szpitale mają charakterystyczną aurę. Pisałam już kiedyś o wampirach energetycznych wśród ludzi (Wampir czy dawca - kim jesteś?). Istnieją także miejsca wysysające z nas całą energię. Do takich miejsc należą również szpitale.

Ilekroć przekraczam próg takiego przybytku - "coś" zaczyna się ze mną dziać. Wchodzę pełna uśmiechu, pogody ducha, radości  i siły - bo niosę ze sobą zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Bo muszę być silna dla chorego, którego odwiedzam. Bo muszę wierzyć, że wszystko się ułoży, że to przejściowe. Ale w miarę jak upływa czas, jestem coraz słabsza. Kiedy po kilku godzinach opuszczam szpital czuję się jak wrak człowieka - zmęczona, rozdrażniona, zupełnie pozbawiona siły... Wtedy marzę tylko o tym, by położyć się i spać. Mam za sobą cały  tydzień takich wzlotów i upadków energetycznych. Na szczęście - to już za mną.

Dlaczego szpitale wysysają z nas pozytywną energię?

Niektórzy twierdzą, że stan zdrowia lub choroby to nic innego jak stan energii w naszym organizmie. Jesteśmy zdrowi, gdy w naszym ciele panuje równowaga energetyczna, a przepływ energii w żaden sposób nie jest zakłócony. Jeśli jednak energia ucieka lub jej obieg jest silnie zakłócony - chorujemy. A czym jest choroba jeśli nie zakłóceniem pewnej równowagi panującej w organizmie? Zakładam, że aby wyzdrowieć należy uzupełnić braki energii. I tu pojawia się problem - bo najszybciej zdobywamy ją poprzez zabieranie jej innym.

Szpitale pełne są chorych ludzi. To miejsca, w których stale występuje deficyt energii, dlatego też ta ostatnia jest wręcz wysysana  z każdego zdrowego człowieka, który zechce ją oddawać. Niestety, ja zwykle jestem dawcą. Oddaję energię bardzo łatwo i zupełnie nieświadomie. Dlatego jedna wizyta w szpitalu pozbawia mnie energii na całe popołudnie. Tydzień takich odwiedzin sprawia, że sama zaczynam czuć się chora...

Dziś regeneruję siły. Jeszcze dwa dni wcześniej sugerowano mi wizytę u lekarza. Okazała się zbędna. Wystarczył odpoczynek - z daleka od szpitala, we własnym łóżku. Jestem jak nowo narodzona :).

Czy wierzę w to wszystko? Hmm... Wierzę w równowagę i jej decydujący wpływ na każdy żywy element, od komórki począwszy, a na biocenozach i ekosystemach kończąc. To co nas napędza to energia. Może ona być pozytywna lub destrukcyjna.

Idealny układ to idealna ilość i przepływ energii. Starajmy się, aby tej pozytywnej było w nas jak najwięcej :)

Komentarze (12)
Dziecko mniej cenne niż dorosły? Zbrodnia i kara.

Aż mnie zatrzęsło!!!

Nie miałam ostatnio specjalnie czasu ani ochoty pisać. Podobnie też było dzisiaj. Do chwili, kiedy zobaczyłam TEN materiał.

Zmęczona zasiadłam przed telewizorem. Godzina Panoramy, której co prawda nie oglądam regularnie, ale czasami lubię dowiedzieć się co to nowego wyprawia się w naszym kraju. A wyprawia się wiele i to nie od dziś! A jednak za każdym razem jestem zszokowana.

Zbrodnia...

Matka, 28- letnia kobieta nadużywająca alkoholu, zakopała swoje nowo narodzone dziecko w przydomowym ogródku. Zakopała je ŻYWCEM. Tak twierdzi sama bohaterka tej historii. W stanie uniesienia alkoholowego bowiem zdecydowała pochwalić się swoim czynem. Jedna z sąsiadek przysłuchująca się tym opowieściom, w krótkim wywiadzie przed kamerą stwierdziła, że owej wyrodnej matce nie popłynęła nawet jedna łza, kiedy opowiadała o tym jak zasypywała piachem PŁACZĄCEGO noworodka.

Kobietę aresztowano i postawiono ją w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa noworodka. Naturalnie obecnie przeprowadza się całe dochodzenie i szereg specjalistycznych badań. Zwłaszcza, że kobieta wskazała miejsce ukrycia zwłok trojga innych noworodków. Policja aktualnie to sprawdza.

... i kara. Absurdalne paragrafy?

Nie jest to pierwszy taki przypadek w Polsce. Wszyscy pamiętamy sprawę dzieci w beczce po kapuście. I kilka innych... Co dzieje się z tymi kobietami? Czy to zaburzenia psychiczne? Czy może znak naszych czasów? Czy to brak umiejętności odróżniania dobra od zła, brak kręgosłupa moralnego? Odpowiedź pozostawiam ekspertom.

Mnie nurtuje inna kwestia. Jak to możliwe, że wedle naszego prawa, za dzieciobójstwo grozi kara TYLKO od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności???! Tak mówi artykuł 149 kodeksu karnego. Jak to się stało, że tak nisko wyceniono życie dziecka?

Poczytałam trochę i jak się okazuje wyróżnia się coś takiego jak podstawowy typ zabójstwa, kwalifikowane typy zabójstwa (zwane morderstwami) oraz uprzywilejowane typy zabójstwa. Każdemu typowi przyporządkowane są pewne wymiary kar.

Artykuł 148 § 1 kodeksu karnego określa typ podstawowy zabójstwa i mówi tak : Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

Moje pytanie brzmi: a czy dziecko nie jest człowiekiem?! Ale idźmy dalej. Omawiany przypadek dzieciobójstwa należy do uprzywilejowanych typów zabójstw, tuż obok zabójstwa w afekcie oraz zabójstwa na żądanie i pod wpływem współczucia. O ile mogę pojąć "uprzywilejowanie" dwóch ostatnich typów zabójstwa, o tyle nie potrafię dostrzec go w przypadku dzieciobójstwa.

Spójrzcie. Zabójstwo w afekcie grozi karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat. Zabójstwo na żądanie i pod wpływem współczucia grozi karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Dokładnie tak samo jak w przypadku dzieciobójstwa!!!

Nie jestem prawnikiem. Nie znam się na paragrafach. Ale jestem człowiekiem i taki system kar wydaje mi się bardzo niesprawiedliwy. Dlaczego dzieciobójstwo uznawane jest za uprzywilejowany typ zabójstwa? Zabijasz dorosłego człowieka - grozi Ci od osiem, 25lat, a czasem i dożywocie. Zabijasz niewinne dziecko - i maksymalne grozi Ci pięć lat. Gdzie tu sens i logika??? Dzieciobójstwo jest na pewno szczególną zbrodnią - szczególnie okrutną i makabryczną - i powinien na to istnieć odpowiedni paragraf, ale z pewnością nie taki jak ten, który jest stosowany. Dzieciobójstwo zasługuje na surowy wymiar kary, dużo surowszy niż pięć lat.

I niech nikt nie mówi, że bywają różne sytuacje. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale te szczególne sytuacje powinno się chyba rozpatrywać pod kątem okoliczności łagodzących.

Zabójstwo dziecka powinno być traktowane tak samo jak zabójstwo dorosłego człowieka. Bo dziecko JEST człowiekiem. A "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności"

Jak w takim razie możemy twierdzić, że nasze prawo jest sprawiedliwe? Jak możemy uważać, że wszystko jest w porządku? Zwłaszcza w obliczu tylu tragedii, które wydarzyły się na przestrzeni ostatnich lat! Prawo jest potrzebne. Prawo jest niezbędne. Ale chyba warto zweryfikować pewne przyjęte paragrafy i ustanowić nowe wymiary kar

Komentarze (13)
W niewoli pieniądza

Zainspirowana wpisem ati88 dotyczącym funkcji pieniądza, pozwolę sobie spojrzeć na pieniądz z zupełnie innej strony: pieniądz jako wartość. Jest to oczywiście wartość materialna, ale mimo to kształtuje nas i wpływa na wartości duchowe. Nie odkryję Ameryki pisząc, że pieniądz nas ogranicza. Już słyszę te głosy protestu. Ogranicza? Jak to ogranicza? Przecież za pieniądze można tyle kupić!!! Ano właśnie w tym rzecz. Ludziom wychowanym w świecie, w którym pieniądz gra pierwsze skrzypce, wartości duchowe kształtują się inaczej.

Pieniądz jest wartością, która w dużym stopniu warunkuje naszą edukację. Śmieszne? Nie, prawdziwe. Przecież to finanse określają to, czy stać nas na wymarzoną szkołę czy też nie. Ileż razy słyszałam od stroskanych matek, że Piotruś zdolny, to by się go na studia posłało, ale koszta utrzymania są za duże. I prawdy w tym wiele, bo utrzymanie dziecka, opłaty za stancje, internaty, wyżywienie - to spore wydatki. Dojazdy - też kosztują. Niejednokrotnie młodzi ludzie podejmują się pracy, by zarobić na czesne studiów zaocznych, co także oznacza duży nakład finansowy.

Pieniądz jest wartością, która warunkuje także nasz światopogląd. Ludzie wychowani w doskonałych warunkach, którym nigdy niczego nie brakowało - nie znają prawdziwej wartości pieniądza. Zwykle żyją w przeświadczeniu, że kupić można wszystko, a ludzi oceniają po zawartości ich portfela. Ci, którzy od najmłodszych lat zaznali dobrobytu i dostali od losu wszystko - zwykle mają problemy z poszanowaniem biedniejszej reszty świata. Traktują ich jak najemników. Ośrodkiem ich systemu wartości jest pieniądz i przez jego pryzmat patrzą na świat. Łatwiej ulegają własnym kaprysom, bo nie muszą martwić się o jutro. Ale w moim przekonaniu są to równocześnie  osoby mało zaradne w porównaniu do tych, które od najmłodszych lat uczą się wiązać koniec z końcem.

Na szczęście zawsze  i wszędzie można znaleźć wyjątki - i oby było ich jak najwięcej.

Pieniądz psuje. Pieniądz zniewala - odbiera nam możliwość wyboru dowolnego rodzaju edukacji, drogi życiowej i swobodę myślenia. Pieniądz uczy egoizmu i często niesie ze sobą samotność. Niektórzy mówią, że pieniądz daje wolność. Według mnie - on ją odbiera. Bo ciążą na nas stereotypy z pieniądzem związane. Pieniądz dzieli - kraje, kontynenty, społeczeństwa - nawet najbliższą rodzinę. Mimo wszystko jednak pieniądz pozwala na pewien komfort. A przynajmniej daje jego namiastkę. Usuwa z drogi pewne problemy - problemy natury materialnej, ale w zamian przynosi zupełnie inne. Te inne zwykle mają naturę duchową.

Wybór więc należy do nas: wolność materialna czy duchowa?

Komentarze (16)
Od dziś mówię "TAK"!

Od dziś mówię "TAK". Czy wiecie jak rzadko używamy tego słowa? Coraz częściej wszelkie propozycje i zapytania kwitujemy słowem "nie". Jesteśmy "na nie".

Jakiś czas temu oglądałam film "Jestem na tak" (Yes man). Film jak to film, czasem bawi, czasem śmieszy. Ale ten zmusza  też do pewnej refleksji. Boimy się ryzyka, boimy się podejmowania decyzji. Wolimy to, co dobrze znane - własne cztery kąty, wybraną grupę znajomych, wybrane show w telewizji. Coraz rzadziej wychodzimy do ludzi, a ich propozycje skierowane pod naszym adresem najczęściej kończą się odmową. Wybieramy rutynę zamiast życia, bez uzasadnionej przyczyny. Nie próbujemy rzeczy nowych - bo wydaje nam się, że to co nowe i nieznane na pewno będzie złe. I  w ten sposób omija nas wiele pięknych rzeczy.

Czasem dzwoni znajomy i proponuje wyjście wieczorem. Jakaś bliżej nieokreślona impreza, podobno fajni ludzie. Na samą myśl o tłumie obcych ludzi jeży nam się włos na głowie. Wynajdujemy pierwszą lepszą wymówkę i odmawiamy. Zamykamy się w domu i zamykamy się na ludzi. Stopniowo grono znajomych się kurczy - bo od dawna nie chciało nam się z nikim spotkać na kawie. Cierpimy na brak rozrywek - ale nie chce nam się ruszyć w nieznane po przygodę. "Nieznane", które mam na myśli, wcale nie musi być daleko. Czasem jest to koncert lub przedstawienie, czasem jakieś warsztaty, czasem grupowe spotkania, których boimy się bezgranicznie. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas, nie dzisiaj, może innym razem, a najlepiej to w kameralnym gronie. W ten sposób odrzucamy okazję do przeżycia czegoś innego. Boimy się nowości. Brak nam spontaniczności i odwagi, by wyrwać się z szarych ram naszego grafiku.

Ile razy nie odbieramy czyjegoś telefonu, zmieniamy kanał w telewizji, bo film ma być z gatunku tych, których nigdy tak naprawdę nie widzieliśmy... ? A przecież inne - nie znaczy złe. Często zanim zdążymy na dobre przeanalizować sytuację - w naszej głowie od początku kołacze się słowo "nie". Podejmujemy decyzję zanim rozważymy sytuację, zanim zdążymy pomyśleć o korzyściach. Do tego w taki sposób przedstawiamy sytuację samym sobie, że dana czynność, wycieczka, wizyta - wydają nam się nader nudne i mało interesujące. Mówimy "nie" a potem mamy pretensje do życia, że nie dzieje się nic nowego, zaskakującego, ciekawego. I nie zdajemy sobie sprawy, że coś nas omija na nasze własne życzenie.

Dlatego od jakiegoś czasu stosuję zasadę bycia "na tak". Sprawdza się. Nawet kiedy nie chce mi się wychodzić z domu, a ktoś zadzwoni z propozycją małego wypadu czy wycieczki - zgadzam się. I powiem Wam, że ani razu tego nie żałowałam. Zobaczyłam dzięki temu wiele pięknych rzeczy, przeżyłam o wiele więcej przygód i doświadczyłam życia dużo bardziej niż kiedykolwiek. Nie mam już tego uczucia, że coś mnie omija, że życie przecieka mi między palcami i nie umiem go zatrzymać. Biorę z niego tyle, ile potrzebuję.

Oczywiście film, który wspomniałam, pokazuje czym kończy się popadanie w skrajności. Uczy, że najlepsza w życiu jest równowaga i zdrowy umiar. Pokazuje jednak także, że czasem warto zaryzykować, wyrwać się z zaklętego kręgu codziennych obowiązków i spróbować czegoś nowego. Czegoś, czego nie znamy, nie próbowaliśmy i zawsze byliśmy "na nie". Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że "TAK" to słowo, które niesie ze sobą radość. Asertywność jest zdrowa, ale wiecznie odmawiając pozbawiamy się możliwości zdobywania nowych doświadczeń. Doświadczeń, które mogą być przyjemne. Doświadczeń, które mogą odmienić całe nasze życie...

Komentarze (15)
Nasi najlepsi - Kowalczyk i Małysz

Mamy brąz!!! Justyna Kowalczyk wywalczyła trzecie miejsce w biegu łączonym. Nie był to łatwy bieg. Justyna mówi, że czuje się spełniona jako sportowiec i ma ku temu pełne prawo. Zdobyła już dwa medale olimpijskie! I to zaledwie w trzy dni, jak wszyscy podkreślają. Justyna się cieszy a my cieszymy się wraz z Nią.

Nie wszyscy jednak podzielają tę radość. Niektórzy wydają się być zawiedzeni. Liczyli na złoto. Widzieli w Justynie faworytkę. Byli pewni zwycięstwa. Jedyną pełną pokory osobą pozostała chyba sama Justyna, mówiąc, że nie jest faworytką, tylko dziewczyną w życiowej formie.

Presja bycia faworytem i oczekiwania fanów niosą ze sobą ogromny stres. Łatwo jest siedzieć przed telewizorem i komentować wszystkie posunięcia sportowców - trudno zaś być tam i walczyć o medale. Ilu z nas byłoby w stanie to zrobić? Nikt. Bo do tego trzeba lat treningu, żelaznej woli, konsekwencji. Do tego trzeba samozaparcia. Powiem więcej - trzeba też talentu i oczywiście ogromnego nakładu pracy.

Nie jestem jakąś ogromną fanką sportu czy samych igrzysk. Ale wczoraj usadowiłam się przed telewizorem, żeby zobaczyć jak nasza Justyna daje z siebie wszystko i wygrywa medal. Widok Polki w pierwszej piątce spełnił moje oczekiwania a zdobyty medal je przerósł. Jestem z Niej dumna. W Polsce nie ma lepszej od Niej, a na świecie nasza Justyna Kowalczyk mieści się w ścisłej czołówce. Czegóż chcieć więcej?

Zawsze jednak znajdzie się grupa malkontentów i narzekających. Zawsze znajdzie się grupa niezadowolonych i zawiedzionych. Tylko kto dał im prawo oceniania ciężkiej pracy innych? Nikt z nas nie pojechałby lepiej niż Justyna. Nikt w Polsce nie pojechałby lepiej niż Ona. I należy się Jej nasz pełny szacunek i uznanie. Pozostaje nam trzymać za Nią kciuki i życzyć dalszych sukcesów.

Niestety, Polacy mają już taką dziwną, trudną do nazwania wadę, że zbyt pochopnie wyciągają wnioski i popadają w skrajności. Przypomnijmy sobie, ile razy pojawiały się głosy, że Adam Małysz powinien skończyć karierę. Że nie skacze już tak dobrze jak wcześniej. Pozwólcie, że wtrącę tu pytanie: a czy któryś z Polaków skacze lepiej niż Małysz? Bez względu na to czy Adam jest w formie, czy też nie - i tak jest naszym najlepszym skoczkiem. Dlaczego więc chcemy zrezygnować z najlepszego spośród nas??? Poza tym  Adam już wielokrotnie pokazał, że potrafi odbudować formę. Wciąż zajmuje miejsca w czołówkach, a wśród Polaków jest bezkonkurencyjny. Skoro więc chce nadal skakać - niech skacze. Z pewnością wiele razy nas jeszcze zaskoczy. I swoich rywali także.

Nasi sportowcy są dla nas powodem do dumy. Z medalami czy bez - tutaj są najlepsi. Tak długo jak dają z siebie wszystko i spełniają własne oczekiwania - spełniają także i nasze. Możemy im tylko gratulować odwagi, pasji i hartu ducha. Trzymam za nich kciuki. Stanowią doskonałą ilustrację tego, że ciężka praca, konsekwencja i pokora pozwalają wiele osiągnąć. Dla mnie i bez olimpijskich laurów są mistrzami.

Komentarze (11)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |