iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Samotność - drugie imię wolności

Nie widziałam go od kilku dni, bo przychodzi i wychodzi kiedy chce. Ma swoje życie, swój mały świat, swoje własne ścieżki, które tylko czasem prowadzą go do domu. Wczoraj wreszcie się spotkaliśmy. Siedział na schodach, pod drzwiami i wyraźnie czekał. Kiedy podeszłam bliżej, spojrzał na mnie i przywitał głębokim pomrukiem, tak charakterystycznym dla jego gatunku. Ale nie wstał jak zwykle, tylko siedział i wpatrywał się we mnie. Wtedy dostrzegłam jak bardzo zmienił się przez tych kilka dni. Zmarniał, oczy straciły blask, wyraźnie rozchorował się. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu, przygotowałam posiłek, ale nie był nim zainteresowany. To dla niego takie nietypowe... Podeszłam więc do niego, przyjrzałam się i już wiedziałam - bez lekarza się nie obejdzie...

Koty są samotnikami. Zazdrościmy im swobody, późnych powrotów, nocnych wypadów, własnych wydeptanych ścieżek, niezależności. Nazywamy to wolnością. Jak często jednak mylimy wolność z samotnością?

Jest dobrze, gdy mamy do kogo wrócić. Jest dobrze, gdy ktoś się o nas martwi i troszczy, choć nieraz wywołuje to nasz sprzeciw. Jest dobrze, gdy ktoś może się nami zaopiekować, zauważy chorobę, poda pomocną dłoń.

A co się dzieje gdy nie mamy nikogo? Pędzimy z miejsca na miejsce zachłyśnięci wolnością, żyjemy dla siebie, twierdzimy, że nie potrzebujemy nikogo. Ale jeśli znikniemy - nikt tego nie zauważy. Jeśli zachorujemy - nikt nie pójdzie do apteki po leki. Nikt nie pomoże wstać z łóżka. A gdy staniemy na skraju rozpaczy, a pod nami rozciągnie się otchłań bez dna - nikt nie chwyci nas nagle za rękę... To już nie jest wolność. To samotność.

Sztuką jest żyć tak, by czuć się wolnym - dopóki nie oznacza to samotności. Wolnym można być wszędzie. Natomiast prawdziwa samotność przychodzi najczęściej wtedy,  gdy otacza nas tłum... Można w nim utonąć wraz z wszystkimi problemami - i nikt tego nie zauważy.

Dlatego warto nauczyć się odróżniać niezależność od samotności. Warto, by zawsze w pobliżu był ktoś, kto we właściwym momencie weźmie nas  za rękę...

Komentarze (13)
Restauracja to nie budka z zapiekankami

Czy wiecie czym różni się restauracja od budki z zapiekankami? Głównie tym, że w restauracji trzeba dłużej czekać. I o to się właśnie rozchodzi.

Jest taka jedna restauracyjka, w której lubię jadać (gdy czas i zasobność portfela na to pozwalają). Po pierwsze nie jest zbyt duża, a więc nie ma w niej tłoku. Nie trzeba przepychać się między stolikami i udawać, że nie słyszymy o czym rozmawiają sąsiedzi. Przestrzeni starcza dla każdego, można czuć się  swobodnie. Do tego jest przytulnie, wystrój nie przytłacza. Jest schludnie, elegancko i czysto. Do tego wspaniała zawsze uśmiechnięta obsługa i to co najważniejsze: rewelacyjne, zawsze świeże przygotowywane na miejscu jedzenie. Żadnego odgrzewania, żadnych mikrofalówek. Smacznie i zdrowo - aż chce się tam wracać!

Jedyny minus to to, że trzeba czekać. Sprawa wydaje mi się oczywista, skoro posiłki przyrządzane są od podstaw. Gotując w domu też nie jestem w stanie niczego przygotować w pięć minut- chyba, że z mikrofalówki albo z paczki, a nie o taki posiłek chodzi. Czas oczekiwania w restauracji, o której piszę to około 15-20 minut. Czasami krócej, zależnie od tego, ilu gości  znajduje się akurat w lokalu. Nigdy jednak nie przekracza granicy, którą podałam. Zresztą wybierając się do restauracji trzeba liczyć się z tym, że nie jest to budka z hot-dogami. Wyjście do restauracji ma zupełnie inny charakter - pozwala rozkoszować się chwilą, chłonąć atmosferę miejsca, delektować się rozmową.

Nie wszyscy jednak to rozumieją. Ostatnio byłam świadkiem przykrej sytuacji. Do restauracji przyszła jedna pani, rozejrzała się dokoła, po czym wybrała stolik przy oknie. Zamówiła herbatę i coś jeszcze, przy czym herbatę podano jej już po chwili. Nie minęło nawet 10 minut, a pani zrobiła kelnerce potężną awanturę - tak potężną, że chociaż się starałam to trudno było jej nie usłyszeć. Pani żądała podania jej posiłku natychmiast! Bo ileż można czekać!!! Nie było słychać co odpowiedziała kelnerka, ale z postawy wnioskuję, że przepraszała - cóż, w końcu klient nasz pan. Posiłek wkrótce podano, jednakże pani już do samego końca nie była niczym usatysfakcjonowana.

A moim zdaniem osobistość ta po prostu pomyliła lokale. Bo takie zachowanie nigdzie nie jest dobrze widziane. Może przy budce z zapiekankami zostałoby wybaczone, tutaj jednak wszyscy pozostali klienci poczuli się urażeni, zarówno nieuzasadnionymi pretensjami tejże pani, jak i jej głośnym zachowaniem.

Świat nas rozpieszcza, a technika przyzwyczaja do zaspokajania potrzeb natychmiast. Problem polega na tym, że często kosztem jakości. Jeśli więc chodzi o gastronomię trzeba wykazać się zrozumieniem. Wchodząc do restauracji rozkoszujmy się jej atmosferą i pamiętajmy, że nie jesteśmy jedynymi klientami. Warto też odnotować w pamięci, że nie jest to budka z hot-dogami, lecz elegancki lokal, w którym na dobry i ciepły posiłek trzeba poczekać. Kucharz jest bowiem tylko człowiekiem,a nie maszyną. Jeśli liczymy na małe arcydzieło sztuki kulinarnej - musimy poczekać 20 minut, tyle bowiem zajmuje jego przyrządzenie. Jeśli zaś żądamy przygotowania naszego zamówienia natychmiast - sprawmy sobie  mikrofalówkę i zostańmy w domu.

Na to co dobre - trzeba poczekać.

Komentarze (12)
Darmowe przepowiednie: nadchodzi przełom!

W ostatnim tygodniu zaniedbałam bloga i pisanie. Czasem wskazane jest oderwanie się od codzienności na jakiś czas. Po co? Po to, by móc do niej wrócić z nowymi siłami i świeżym spojrzeniem. Tak więc po okresie nieobecności wracam pełna nowych pytań - czasem naiwnych, czasem nurtujących, czasem retorycznych...

Kilka dni temu odkryłam w swojej skrzynce intrygującego maila. Nadawca nieznany. Właściwie znany, bo imię było, ale zupełnie do mnie nie przemawiało. Mail zawierał gorliwe przeprosiny od obcej mi osoby, za to, że nie odczytała mojej prośby na czas i nie mogła mi pomóc. Rzekoma sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu. Sprytnie. Kilka miesięcy - przyznacie -  to wystarczający okres czasu, żeby zapomnieć do kogo wysyłało się maila i gdybym siebie nie znała - uwierzyłabym, że coś takiego zaistniało w przeszłości. Na nieszczęście dla piszącego znam siebie całkiem nieźle i w życiu nie prosiłabym wróżki czy jasnowidza o pomoc. A z treści wiadomości wyraźnie wynikało kim jest nadawca i jaką pomoc mi oferuje. Astrologia to coś do czego podchodzę z dużym przymrużeniem oka i nie pozwoliłabym, aby to ona wyznaczała mi drogę. To raz. Dwa - każdy jest ciekawy swojej przyszłości, jednakże nie należę do osób, które chciałyby ją poznać przed czasem. Oczywistą koleją rzeczy było umieszczenie maila w koszu.

I tak nastał spokój. Do dziś. Dziś bowiem otrzymałam kolejnego maila. Tym razem zawierał on informacje, które nadawca rzekomo "wyczuł" odnośnie mojej osoby. Dałabym się nabrać, gdyby nie potraktowano mnie jak zupełnego laika. To, że nie wierzę w astrologię nie oznacza, że moja wiedza na jej temat jest zerowa. Ogólne pojęcie mam i przydaje się ono w podobnych sytuacjach. Bowiem wszystko to, co wiadome było nadawcy z tajemnych źródeł - mnie również jest znane, z książek i horoskopów. Mail zawierał ogólne informacje na temat mojego znaku zodiaku, planet, numerologii. Nic odkrywczego. Naturalnie w promocji zaproponowano mi książkę jasnowidza (za symboliczną kwotę pieniędzy), która pomoże mi uniknąć kolejnych życiowych błędów. Wszystko to w ramach przeprosin i w zakresie BEZPŁATNEJ pomocy.

Jedyna rzecz, która mnie zaciekawiła to fakt, że w wiadomości pojawiła się data: 28 kwietnia 2010. Ten dzień ma stanowić przełom w moim dotychczasowym życiu - prywatnym, zawodowym, finansowym i jakim tylko chcecie. W dalszej części maila piszący częściowo się z tego wycofał i zaznaczył, że nie podaje dokładnej daty. "Cud" może nastąpić kilka dni wcześniej lub później.

Cóż, do 28 kwietnia już nie daleko. Tylko miesiąc. Ciekawa jestem jakiż to cud może się nagle wydarzyć i sprawić, że będę - wedle piszącego - szczęśliwa? Co takiego może wywrócić moje życie do góry nogami? Bo na chwilę obecną nie mam większych powodów do narzekań i nie zamierzam poprawiać tego co jest dobre.

Czasem zapominamy o tym, że lepsze jest wrogiem dobrego - i na tym bazują wszyscy naciągacze. Przerażające jest to, jak często udaje im się nas nabrać. W dobie internetu łatwo jest zdobyć czyjąś datę urodzenia i adres mailowy. A to już wystarczy, by stworzyć wiarygodną historyjkę. Dlatego bądźmy czujni.

Miłego popołudnia życzę i z niecierpliwością oczekuję na serię fantastycznych zdarzeń w moim życiu, która - wedle przepowiedni - właśnie nadchodzi ;))))

Komentarze (9)
O zieleńszej trawie

Trawa na cudzym podwórku zawsze wydaje się zieleńsza, zdrowsza, piękniejsza...

Nasze życie często ogarnia rutyna. Jesteśmy znużone codziennymi obowiązkami. Marzymy o tym, by wyrwać się z zaklętego kręgu ciągle tych samych zdarzeń. Praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprawianie dzieci do szkoły...Każdego dnia ten sam rytuał przez wiele lat. Czasem zazdrosnym okiem patrzymy na tych, którzy żyją inaczej niż my - podróżują, obracają się w "wielkim świecie" albo znaleźli inny sposób na egzystencję. Oni także borykają się z problemami, ale zdajemy się tego nie zauważać. Marzymy o tym, by choć przez jeden dzień wejść w inną rolę. I nie mieści nam się w głowie, że ktoś mógłby nam zazdrościć tego nudnego,  monotonnego, poukładanego życia. Ktoś, kto nie ma rodziny zazdrości nam wspólnych obiadów. Ktoś znużony ciągłymi podróżami zazdrości nam tego, że każdego dnia budzimy się w swoim łóżku. Ktoś samotny zazdrości nam przestrzeni wypełnionej gwarem i głosami ludzi...

Będąc  w danej sytuacji od lat dostrzegamy często już tylko jej minusy. Tracimy z oczu to, co dla innych jest tak cenne. Zaglądając komuś przez ramię podziwiamy jego życie - zazdrościmy wolności, emocji, adrenaliny, przygody. Tymczasem ten ktoś oddałby to całe ekscytujące życie za odrobinę spokoju i bezpieczną przystań...

Rozejrzyjmy się dokoła siebie. Może w rutynie codziennych zdarzeń dostrzeżemy coś naprawdę cennego? Coś, co przypomni nam, ze życie jest piękne i warte każdej chwili. Może będzie to uśmiech dziecka, może czułe spojrzenie partnera, a może... Może coś innego, o czym my już zapomniałyśmy, lecz serce wciąż pamięta... I wtedy okaże się, że trawa na naszym podwórku jest dużo piękniejsza niż ta u sąsiada - bo nasza własna :).

Miłego dnia!!!

Komentarze (26)
Tacy jak my - osoby z zespołem Downa.

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. To dobry moment, by dać społeczeństwu możliwość zdobycia niezbędnych informacji dotyczących tego defektu genetycznego. Jest to także doskonała okazja "oswojenia" społeczeństwa z problematyką zagadnienia.

ZESPÓŁ DOWNA  - WADA GENETYCZNA

Ogólnie rzecz ujmując, zespół Downa jest spowodowany obecnością dodatkowej kopii 21 chromosomu. Stąd Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa obchodzony jest właśnie 21 marca, gdzie 21 jest symbolem chromosomu, zaś marzec (trzeci miesiąc) symbolizuje jego trisomię.

Przyczyny występowania tej wady genetycznej na poziomie komórki i jej podziałów są poznane częściowo i stale badane. Wiemy natomiast - zostało to potwierdzone, że ryzyko urodzenia dziecka z zespołem Downa zwiększa się wraz z wiekiem potencjalnej matki.

Dodatkowe informacje na ten temat można znaleźć na stronie www.zespol-downa.website.pl/

BOIMY SIĘ TEGO CZEGO NIE ZNAMY

Kiedy poruszam temat zespołu Downa wśród znajomych, na niektórych twarzach widzę typowy grymas. To rezultat braku wiedzy i informacji. Mimo potężnego rozwoju mediów niektóre treści wciąż pozostają tabu. Mówi się o nich mało lub wcale, co wpływa na opinię publiczną. Boimy się tego, czego nie znamy. Jesteśmy przerażeni tym, czego nie potrafimy zrozumieć. A przecież czasy średniowiecza dawno minęły. Dziś nie topimy ani nie palimy na stosie domniemanych czarownic. W poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące nas pytania odwołujemy się do nauki. Mimo to społeczeństwo wciąż piętnuje każdą odmienność. Znane są przypadki dyskryminacji osób dotkniętych zespołem Downa, począwszy od społeczności lokalnych po szerokie fora publiczne. Jest to tym bardziej przykre, że dzisiejsza nauka  potrafi wyjaśnić przyczyny ich odmienności.

Inny nie znaczy zły.Osoby z zespołem Downa wymagają przede wszystkim więcej uwagi i ciepła, bo miłości potrzebują wszystkie dzieci bez wyjątku, zarówno te dotknięte wadami genetycznymi jak i te bez defektów.

Odmienność nie jest przestępstwem. Jest wynikiem wielu czynników oddziałujących na nas od chwili poczęcia. Nie mamy wpływu na to, jakim urodzimy się człowiekiem. Nie wybieramy sobie koloru skóry czy oczu. Nie ponosimy za to odpowiedzialności. Osoby dotknięte zespołem Downa także nie wybrały sobie tego losu. Dlatego też powinniśmy pamiętać, że pod tym względem dyskryminacja osób z zespołem Downa jest bliska dyskryminacji rasowej.

Przemilczanie problemu, jego niezauważanie i spychanie osób nim dotkniętych na margines społeczny jest niewybaczalne.

Osoby dotknięte zespołem Downa są takimi samymi ludźmi jak my, tyle, że urodziły się z wadą genetyczną. Mają większe szanse na prawidłowy rozwój w społeczeństwie, które je akceptuje, niż w takim, które spycha je na margines. Dlatego potrzebne są akcje informacyjne pogłębiające wiedzę społeczeństwa i budzące świadome pozytywne odruchy względem osób z trisomią 21 chromosomu. Potrzebne są programy umożliwiające takim osobom w miarę normalne życie. Wreszcie potrzebne są takie dni jak ten dzisiejszy, byśmy otworzyli się na innych ludzi. Najwyższy czas, abyśmy przestali bać się ich odmienności i potrafili ją zrozumieć. 

Komentarze (9)
Dochować tajemnicy

Za chwilę zdradzę Ci sekret.

Czy jesteś ciekawa? Czy chcesz go poznać?

A jeśli Ci go zdradzę - czy dochowasz tajemnicy?

Wiem, że powiesz tak. W myślach zaś dodasz szybko: Jeszcze zależy co to będzie... My, kobiety, mamy fatalną opinię tych, które nie potrafią dotrzymać tajemnicy. Nie wynika to jednak ze złej woli. To raczej kwestia naszej natury.

Istnieje powiedzenie: jeśli chcesz, by ludzie się o czymś szybko dowiedzieli - powiedz to kobiecie. Zapewne gdyby wnikliwie przyjrzeć się historii, okazałoby się, że całe królestwa i cesarstwa wpadały w tarapaty, ponieważ kobiety nie potrafiły utrzymać języka za zębami. Nie robiły tego jednak w złej wierze. Nie wszystkie. Były raczej wykorzystywane. Od czasów starożytnych i średniowiecznych niewiele się zmieniło.

CUDZY SEKRET TRUDNIEJ ZACHOWAĆ DLA SIEBIE

Może powinnam zacząć od samych sekretów. Kobiety zdradzają CUDZE sekrety. Własnych - strzegą jak oka w głowie. Najpilniej strzeżonym sekretem każdej szanującej się damy jest naturalnie jej wiek :). Nie daj Boże, żeby prawdziwa data urodzenia zainteresowanej dostała się do wiadomości publicznej! Aby się przed tym ustrzec kobieta stosuje szereg środków zapobiegawczych. Najczęściej stosowaną metodą jest wprowadzanie rozmówcy w błąd. Najlepiej wielokrotnie. Pod wpływem sprzecznych informacji zbity z tropu partner dyskusji porzuca chęć uzyskania odpowiedzi na nurtujące go pytanie...

Inną, pilnie strzeżoną tajemnicą są przepisy na wypieki. Co prawda w dobie pełnej komputeryzacji wspomniane receptury są strzeżone jakby mniej. Panie dzielą się swoimi osiągnięciami gastronomicznymi dużo chętniej niż dawniej.

Wreszcie jeszcze inne panie posuwają się dużo dalej - i przez lata w tajemnicy trzymają nazwisko ojca swoich dzieci...

Sugerując się tymi przykładami zdawałoby się, że kobieta potrafi dochować tajemnicy jak mało kto. Jednakże kiedy niewiasta poznaje cudzy sekret - sprawy przybierają zupełnie inny obrót. Cudza tajemnica kusi. Cóż za pożytek z poznania jej, jeśli nie można się nią podzielić z innymi?

DLACZEGO KOBIETA NIE UMIE DOCHOWAĆ TAJEMNICY?

Nie każda kobieta zdradza cudze sekrety. I nie zawsze. Muszą zajść pewne okoliczności. Najbardziej niezawodną "okolicznością" jest dobrze zbudowany, czarujący mężczyzna, który potrafi wykorzystać naiwne kobiece serce, by zdobyć informacje. Sprzyja temu otwarta natura kobiety i jej chęć dzielenia się wiedzą z ukochanym.

Inną okolicznością jest samotność. Kobieta wdzięczna za dotrzymanie jej towarzystwa gotowa jest dobrowolnie podzielić się informacjami.

I wreszcie okoliczność trzecia: powierzanie sekretu w sekrecie :). Kobieta, pragnąc udowodnić swe zaufanie i lojalność przyjaciółce czy też członkowi rodziny, w wielkim sekrecie zdradza powierzone jej tajemnice, wierząc iż nie wymkną się one dalej. Niestety, rzeczywistość pokazuje, że informacja szybko obiega całą okolicę. Działa to trochę na zasadzie przewracających się kostek domina. Jeśli przewróci się jedna - przewrócą się wszystkie.

Kobieta ma potrzebę rozmawiać. Skoro nie może mówić o własnych sekretach - wyjawia cudze :).

Tyle z przymrużeniem oka. A Waszym zdaniem kto potrafi lepiej dochować tajemnicy: kobieta czy mężczyzna? Czy kobiety naprawdę nie potrafią zatrzymać dla siebie cudzych sekretów?

Na koniec żart, który był inspiracją tego wpisu.

Na przyjęciu goście spierają się kto jest bardziej godzien zaufania - kobiety czy mężczyźni.
- Żadna kobieta nie potrafi dochować tajemnicy - mówi z wyższością jeden z panów.
- Nie wydaje mi się - odpowiada jego sąsiadka z prawej. - Trzymam w tajemnicy swój wiek, odkąd skończyłam 21 lat
- Któregoś dnia się pani wyda.
- Nie sądzę. Kiedy trzyma się coś w sekrecie 27 lat, to trzyma się to już na wieki.

 

Komentarze (16)
"Niecierpliwość to okropnie brzydka wada"

Niecierpliwość to bardzo brzydka wada. Niestety, w pewnych sytuacjach dotyka każdego z nas...

Znajomi otworzyli klub. No właściwie nie otworzyli - raczej reaktywowali. Klub powstał w miejscu starego, zmienili się zarządzający, czyli właściciele. A żeby nikt nie zarzucił mi nieścisłości - zmieniła się ich połowa. Jedna osoba odeszła, inna zajęła jej miejsce. Jedną spółkę rozwiązano, inną zawiązano. Chyba wystarczająco nakreśliłam sytuację, a więc do rzeczy.

Klub odremontowano. Jego usytuowanie wykluczało przebudowę pomieszczeń, dlatego głównymi elementami remontu były: malowanie, sprzątanie, zakup nowych mebli oraz odświeżenie i wyeksponowanie baru. Moim skromnym zdaniem wyszło całkiem nieźle, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości samego miejsca.

Zamiarem nowych właścicieli była również zmiana klienteli, która za "starych czasów" bynajmniej  nie stanowiła elity i prezentowała poziom wtórnego analfabetyzmu. Klienci to byli nie najlepsi nie tylko ze względów czysto kulturalnych, ale także (i przede wszystkim) dlatego, że nie zostawiali w lokalu "porządnej gotówki" i straszyli resztki "normalnych" i pożądanych odbiorców. Dlatego nowi właściciele  w pierwszym rzędzie postarali się o porządny monitoring i ochronę, która przeprowadzałaby selekcję przy wejściu do klubu. Problemu mieli z tym co niemiara, bowiem zła sława lokalu obiegła szeroko całe miasto i nikt nie chciał podjąć się tego zadania. Wreszcie znaleziono odpowiednie osoby i klub został otwarty.

Nowi właściciele postanowili zupełnie zmienić politykę lokalu. Selekcja klienteli i nowy image klubu stanowiły początek zmian. Kolejne miały postawić go na nogi, sprawić by tętnił życiem. Toteż wprowadzono szereg atrakcji i promocji, zainwestowano w reklamę.

Najtrudniejsze jednak wciąż przed nimi. Kiedy otwiera się zupełnie nowy klub - ma on czystą kartę. Kiedy reaktywuje się stary - zmiana wystroju i właścicieli niestety nie wystarcza. Na dobrą opinię trzeba pracować dwa razy ciężej. Przede wszystkim trzeba odpracować złą sławę poprzedniego lokalu, przekonać klientów, że "teraz będzie inaczej", a to niemalże graniczy  z cudem. Ludzie kochają uprzedzenia, a zła opinia niesie się dalej i pozostaje na dłużej. Trudno z nią walczyć. Do tego należy dodać "ośli" upór i niecierpliwość. Ludzie oczekują zmian natychmiast. Tymczasem niektóre zmiany trzeba po prostu wypracować - a to wymaga czasu.

Istnieją klienci, którzy zrażeni starymi doświadczeniami nawet nie sprawdzają nowego lokalu - od razu wystawiają mu złą opinię wśród znajomych i nieznajomych. A cóż takiego mogło się zmienić? rzucają przez ramię. Jest tak jak było. Nie polecam.

Tymczasem ja się pofatygowałam, sprawdziłam i wiem, że jest inaczej. To prawda, że właścicieli klubu czeka jeszcze wiele pracy, ale zmiany są widoczne. Tyle, że na efekty tych zmian trzeba poczekać.

Podobnie jest w życiu. Gdy ktoś obiecuje się zmienić - oczekujemy całkowitego przeobrażenia już następnego dnia. Nie dostrzegamy drobnych przemian. Spodziewamy się potężnego uderzenia, zaskoczenia. Chcemy, by nowe cechy charakteru naszego partnera raziły w oczy. A one nie rażą. Często pozostają przez nas niezauważone. Przychodzą cicho i tak samo cicho odchodzą, kiedy są niedoceniane. Prawdziwe zmiany wymagają czasu. I czegoś jeszcze. To "coś" nazywamy cierpliwością.  Dotyczy to w równym stopniu tego, który się zmienia jak i tego, który zmian oczekuje.

Zakończę słowami piosenki Kasi Sobczyk: "Niecierpliwość to okropnie brzydka wada. Przez tę wadę się niekiedy głupio wpada"...

Dla tych, którzy wolą słuchać niż czytać - wersja audio (plus wideo):)

 

Komentarze (7)
Koniczynka na szczęście czyli everyone's Irish

Drobna, zielona,delikatna... Koniczyna. Wkrótce będzie można ją spotkać na łąkach i trawnikach. Mówimy, że jest pospolita. Tymczasem właśnie z koniczyną wiąże się niezwykła historia.

Już jutro 17 marca. Dla Irlandczyków jest to data niezwykła, oznacza bowiem święto narodowe - dzień św. Patryka. Jednakże wspomniane święto jest obchodzone także poza Irlandią, między innymi w Polsce.

KIM BYŁ ŚW. PATRYK ?

Krótko mówiąc - był misjonarzem, który przyczynił się do chrystianizacji Irlandii. Żył na przełomie IV i V wieku. Nie wiadomo skąd dokładnie pochodził. Niektóre źródła podają, że jego rodzimą ziemią była Szkocja, inne wymieniają Bretanię. Żywot świętego obfitował w nieszczęśliwe wydarzenia. Wystarczy wspomnieć choćby porwanie przez piratów czy też przebywanie w niewoli. Nie pozostało to bez wpływu na dalsze jego losy. Po latach cierpień zdecydował się służyć Bogu i nawracać Irlandczyków na wiarę chrześcijańską. 

Żywot św. Patryka jest niezwykle ciekawy, dlatego wszystkim, którzy mają ochotę go nieco zgłębić polecam następujące linki:

Święty Patryk

Święty Patryk 2

Jeśli wierzyć informacjom przedstawianym w internecie, św. Patryk jest obecnie jednym z najbardziej znanych i popularnych świętych. Zapewne głównie za sprawą swego święta.

DZIEŃ ŚW. PATRYKA - ZIELEŃ I KONICZYNA

Św. Patryk zmarł (prawdopodobnie) 17 marca (w 461r) i dlatego ten dzień  roku ustanowiono jego świętem. W Irlandii jest ono obchodzone hucznie i wesoło, z tańcami, gdyż tego dnia nie obowiązuje post, a rozpoczyna je poranna msza w kościele.

W dniu św. Patryka świętujący ubierają się na zielono, co nawiązuje do irlandzkiego krajobrazu (poza tym zieleń stanowi barwę narodową Irlandii). Ten, kto nie będzie miał na sobie ani odrobiny zieleni w dniu święta - może być podszczypywany przez innych. Wszędzie można się także natknąć na trójlistną koniczynę, symbol święta i jednocześnie godło Irlandii. Legenda głosi, że na przykładzie trójlistnej koniczyny św. Patryk wyjaśniał nawracanym ludziom istnienie jednego Boga w trzech osobach. Stąd do dziś koniczyna pozostała symbolem krzyża i Trójcy Świętej. Warto dodać, że w czasach przedchrześcijańskich koniczyna była magiczną rośliną druidów. Św. Patryk umiejętnie wykorzystał stare wierzenia do wprowadzenia i umocnienia nowej wiary.

Istnieją także inne legendy związane z tym szczególnym dniem. Możecie je znaleźć tutaj

W dniu św. Patryka koniczyną przyozdabia się domy, twarze, ubrania - jej wizerunki można spotkać wszędzie. Ten, kto tego dnia znajdzie koniczynkę czterolistną - będzie miał podwójne szczęście.

Jeśli więc nie macie planów na 17 marca - może warto wykopać spod ziemi jakąś koniczynę? :) Oczywiście zwały śniegu mogą stanowić tu pewne utrudnienie, ale dla chcącego nic trudnego ;P. Everyone's Irish on St. Patrick's Day, może więc warto oddać się irlandzkiemu nastrojowi tego szczególnego dnia i poczuć tchnienie wiosny, które ze sobą niesie? :)

Życzę wszystkim wesołego dnia i przesyłam koniczynkę - na szczęście :).

P.S. Dla niewtajemniczonych - krótki film instruktażowy  pokazujący jak świętować dzień św. Patryka jak prawdziwy Irlandczyk :)

Komentarze (11)
Paradoks par z wieloletnim stażem

Tworzywem świata są sprzeczności. Na nich bazują wszystkie rzeczy, których inaczej wyjaśnić nie potrafimy. Można mnożyć i szerzyć przykłady, ale nie w tym rzecz.

Ile razy w swoim życiu marzyłyście o "szczęśliwym zakończeniu"? O długich latach spędzonych w jednym związku, o rodzinie, o tym, by co dzień budzić się u boku tej samej osoby, a  po latach z rozrzewnieniem wspominać pierwsze spotkanie Panuje przekonanie, że pragną tego wszystkie kobiety. Ale to duże uproszczenie. Lepiej powiedzieć, że pragnie tego większość kobiet i część mężczyzn. Ależ tak! Wbrew ogólnie panującej opinii - mężczyźni także potrzebują stabilizacji. I kiedy przychodzi właściwy dla nich czas, odkładają na półeczkę męskie ego, po to by znaleźć towarzyszkę, z którą dopełnią swoich dni. Towarzyszkę, która da im oparcie i z którą stworzą rodzinę. Dla każdego mężczyzny przychodzi bowiem wiek, w którym chce się on ustatkować - postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić potomstwo. Ale ja nie o tym. Najistotniejsze jest to, że długoletnich i szczęśliwych związków pragną przedstawiciele różnych płci. To marzenie, które ziszcza się rzadko. Tak się dziwnie składa, że ludzie, którzy są ze sobą od lat, zamiast znać się coraz lepiej - często nie wiedzą o sobie nic. Zamiast nauczyć się ze sobą rozmawiać - uciekają w ciszę. Zamiast dzielić się ze sobą wszystkim - zaczynają siebie unikać. Zamiast siebie kochać - często zaczynają się nienawidzić. Zamiast chcieć dać siebie i wszystko drugiej osobie - coraz więcej pragną zatrzymać tylko dla siebie. O ile na początku związku wyjawiają sobie wszystkie tajemnice, o tyle z biegiem lat mają przed sobą coraz więcej sekretów. Czyż nie jest to paradoks?

Pary pozostające w jednym związku wiele lat można podzielić na trzy grupy:

  • pary szczęśliwe. Zdecydowana rzadkość. Znają się na wylot, potrafią ze sobą nie tylko rozmawiać, ale i milczeć. Upływający czas nie zmienia tego co myślą o sobie nawzajem, tego czego dla siebie pragną. W miarę jak mija życie - oni wciąż nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Nie mają przed sobą sekretów, szanują siebie, znają swoje marzenia i lęki. Są przykładem prawdziwej jedności. W starszym wieku spacerując potrafią wciąż trzymać się za ręce jak nastolatki. Stanowią dla siebie oparcie. Są odzwierciedleniem przysięgi małżeńskiej -  " na dobre i na złe". O takim związku marzy większość z nas.
  • pary szczęśliwe pozornie. Zdecydowana większość. Ona wie, jaką On pije kawę i co przyrządzić na obiad, żeby Mu smakowało. On wie jakie kupić Jej kwiaty i jaki serial lubi oglądać. Nie znają swoich prawdziwych marzeń ani pragnień, często unikają trudnych tematów. Skupiają się na pracy, dzieciach, ale w ich związku czegoś brakuje. Przemilczają ten fakt stwarzając pozory idealnego układu.
  • pary nieszczęśliwe. W miarę jak mijają lata, mają do siebie coraz więcej pretensji i żalu. Nie potrafią ze sobą rozmawiać inaczej niż tylko kłócąc się. O wszelkie niepowodzenia obwiniają partnera. Wzajemne oskarżenia i zamęczanie siebie trwa latami. To chyba najgorszy rodzaj związku w jakim można być...

I cóż? Wszyscy marzymy o idealnym związku do końca życia, dążymy do znalezienia odpowiedniego partnera. A jednak tylko nieliczni osiągają swój cel. Często trafiamy inaczej niż byśmy chcieli. Inaczej niż oczekiwaliśmy. Inaczej niż sobie obiecywaliśmy. Często z przysięgi małżeńskiej nie zostaje nic poza pięknym wspomnieniem. Czy to dlatego, że nigdy tak naprawdę nie znaliśmy swojego partnera i dopiero z biegiem lat odkryliśmy jego prawdziwe oblicze? Czy może dlatego, że z biegiem lat zmieniamy się my i nasze priorytety? Jak to się dzieje, że poznając kogoś przez lata - nie znamy go wcale? Może nie staraliśmy się poznać? A może nasz partner od zawsze grał kogoś innego? A może przymykaliśmy oczy na to co boli, wierząc że czas wszystko zmieni? Ale czas tylko wyostrza bolesne zadraśnięcia i jątrzy rany. Nie leczy ich w długoletnich związkach, tylko zasklepia na krótszą lub dłuższą chwilę....

Może szczęśliwe zakończenia nie istnieją? A może po prostu bardzo chcemy wierzyć w bajki - tak bardzo, że nasz książę przez chwilę jest księciem bez skazy. To wystarczy by powiedzieć Mu "TAK". Potem zaczyna się prawdziwe życie...Wydawałoby się, że ludzie którzy znają się tyle lat, będą ze sobą na tyle związani, że nie zechcą się ranić. Rzeczywistość jest inna. Im dłużej kogoś znamy, tym łatwiej przychodzi nam sprawianie mu przykrości i cierpienia...

A jak to jest w Waszych związkach? Czy z biegiem lat umacniacie się w nich czy odchodzicie w drugą stronę? Jak to jest w związkach Waszych bliskich i znajomych? Czy są szczęśliwi? Ile znacie prawdziwie szczęśliwych par? Bo ja mogę policzyć takie na palcach jednej ręki...

Komentarze (13)
NKPO w natarciu!

Jestem chyba jedyną osobą w swoim otoczeniu, która kompletnie nie interesuje się życiem sąsiadów. Nie wiem kto ile ma w portfelu, nie wiem kto z kim się "szlaja", nie wiem kto z kim się rozwodzi. Krótko mówiąc - w opinii tubylców - nie wiem nic. Ten brak wiedzy nieszczególnie mi doskwiera. W tym jednym przypadku im mniej wiem, tym lepiej się czuję i tym lepiej układają się moje stosunki  z sąsiadami. Bowiem gdy cała okolica nagle dzieli się na dwa fronty, obstając za sąsiadem lub sąsiadką, ja nieświadoma sytuacji mam dobry kontakt z obojgiem :).

Naturalnie swoją ignorancją dla prywatnego życia tutejszej społeczności obrażam Naczelne Koło Plotkar Osiedlowych (w skrócie NKPO), toteż i mnie zapewne biorą na języki, dopisując historii mojego życia różne "ciekawe" wątki. Najwyraźniej moje jestestwo wydaje im się nudne, więc ubarwiają je i dodają mu pikanterii...

Wczoraj jedna pani z NKPO chciała się ze mną podzielić najświeższymi informacjami (zapewne świeżo "wyprodukowanymi" w umysłach członkiń koła). Zaczęło się jak zwykle, od tego oklepanego pytania: A wiesz, że Kowalski to...? Chciałam jej brzydko przerwać i odpowiedzieć: Nie, nie wiem. I nie chcę wiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Paniom z NKPO lepiej się nie narażać :P. Toteż uśmiechnęłam się grzecznie i wskazałam na zegarek, co miało oznaczać, że mi się spieszy. Zaczęłam już nawet powoli odchodzić w swoją stronę, gdy z ust mojej rozmówczyni wyrwało się pełne oburzenia: Bo ty to się zupełnie nie interesujesz tym, co się dokoła Ciebie dzieje!. No nie powiem, zwróciło to moją uwagę - bo zabrzmiało zupełnie jak zarzut. I to JAWNY, a panie z NKPO nigdy niczego nie mówią wprost - wolą mówić za plecami samego zainteresowanego. Czyżby postępy w szeregach, zmiany w działalności? Może... Ale żeby zarzucić mi brak zainteresowania tym co się dzieje? Bzdura!!! Oczywiście, że się interesuję: służbą zdrowia, przyszłymi wyborami, stanem dróg, nowymi ustawami - czyli w moim pojęciu tym co istotne. Życie prywatne moich sąsiadów nie leży w kręgu spraw najważniejszych dla mojego bytu.

Tymczasem - podczas gdy ja zastanawiałam się nad owym progresem w postępowaniu członkiń NKPO i analizowałam własne zainteresowania, oburzenie mojej rozmówczyni zdawało się narastać. Nie zważając na to, że zaburza moje procesy myślowe, kontynuowała swój monolog: Ja chciałam ci powiedzieć TAKĄ rzecz!!! Straszną, co u Kowalskich się stała!!! A ty jak zwykle nie masz czasu! Ty nigdy nie masz dla nas czasu. Zawsze gdzieś się spieszysz. jak można tak lekceważyć ludzi pośród których się żyje?! Przecież to także twoja sprawa!!!  W tym miejscu pani z NKPO przerwała, prawdopodobnie zbierając siły do kolejnego ataku. Niestety, nie zwróciła uwagi na fakt, że jej ostatnie zdanie przykuło moją uwagę wystarczająco mocno. Pani Z. - zaczęłam - Po pierwsze to nie jest ani moja ani pani sprawa. Nie zamierzam się wtrącać i pani też raczej nie powinna.

Trzeba było przemyśleć te słowa zanim je wypowiedziałam, ale było już za późno. Moja rozmówczyni zapowietrzyła się, poczerwieniała, po czym wyrzuciła z siebie słowa jak pociski z karabinu maszynowego: Ależ ja się nie wtrącam! Jak śmiesz coś takiego sugerować? Ja ci tylko chciałam powiedzieć dla twojego dobra co tu się wyrabia! Bo ci Kowalscy to tacy porządni ludzie kiedyś byli! I wiesz co? Zgadnij! No..? ROZWODZĄ SIĘ!!! W tym miejscu pani z NKPO wytrzeszczyła na mnie oczy i zrobiła efektowną pauzę. Z trudem powstrzymałam cisnący się na usta uśmiech i chęć uświadomienia pani Z., że ludzie rozwodzili się i rozwodzić się będą, że w obecnych czasach to całkiem normalne i nikogo nie dziwi. Z trudem również powstrzymałam się od powiedzenia mojej rozmówczyni, że o niej samej i jej mężu również ludzie gadają - i to nikt inny, jak jej koleżanki z NKPO. O tym, że i on, i ona kogoś mają na boku, i w sumie wcale nie żyją razem. Tylko, że wstyd im się rozwieść. I jest to rodzaj tajemnicy publicznej. Wszyscy o tym wiedzą, ale państwo Z. gorliwie zaprzeczają, mimo, że on co drugi dzień nocuje poza domem. Itd... Nie wiem czy to prawda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby bliżej się tym zainteresować. Plotki mnie po prostu nudzą i męczą. Nie lubię zaśmiecać sobie głowy niepotrzebnymi informacjami...

Grzecznie zbyłam panią Z. mówiąc, że problemy sąsiadów nie są moją sprawą i że każdy powinien prać brudy w swoim domu a nie publicznie. O ile mi wiadomo, Kowalscy nie chodzą po ludziach i nie opowiadają o swoim rozwodzie, w związku z czym członkinie NKPO również nie powinny. Odpowiedziało mi machnięcie ręki. Pani Z. wróciła do swojego domu i stanęła w oknie, polując na kolejną ofiarę, którą trzeba uświadomić w kwestii sąsiedzkich zbrodni...

Prawda jest taka, że każdy ma swoje buty i nie powinien z nimi włazić w życie innych. Jeśli ktoś przychodzi się nam wyżalić lub porozmawiać, to jesteśmy zobowiązani do zachowania tego w tajemnicy, szczególnie wtedy, gdy ktoś prosi nas o dyskrecję. Bo życie innych ludzi nie jest dobrem publicznym. Jest ich prywatną sprawą. Doskonale potrafię wczuć się w sytuację, w której każda napotkana osoba wypytuje o szczegóły życia małżeńskiego i zadaje niedyskretne pytania. Do przyjemnych rzeczy to nie należy, bywa wręcz upokarzające. Dlatego nie obchodzą mnie cudze rozwody. Dla mnie ważne jest to, że Kowalska to przesympatyczna osoba, a Kowalski to facet,  na którego pomocną dłoń można liczyć. W stosunku do mnie oboje zawsze są bardzo grzeczni i nigdy żadnej krzywdy mi nie zrobili. O ile wiem - nikomu innemu też nie. I to wszystko co mnie interesuje w tym temacie.

Domyślam się, że dzisiaj to ja jestem tematem numer jeden członkiń NKPO, jako jednostka zupełnie aspołeczna i lekceważąca najistotniejsze sprawy lokalnej społeczności  :))).

Komentarze (23)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |