iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O biernym paleniu raz jeszcze

O paleniu papierosów napisano chyba już wszystko. Zwolennicy zażarcie bronią swojego prawa do palenia, przeciwnicy popadają niekiedy w skrajności i żądają zupełnego zakazu. Gdyby mogli, potopiliby wszystkich palaczy, zamknęli wszystkich producentów itd. To oczywiście zdrowa przesada, bo idąc tym tropem, to samo trzeba by zrobić z pijącymi alkohol czy kawę. A przecież (podobno) wszystko jest dla ludzi.

Jak dla mnie, każdy niech decyduje o sobie. Jeśli zna konsekwencje i następstwa palenia, a mimo to chce się truć - proszę bardzo. Tak długo, jak truje tylko siebie, mnie nic do tego. Pewnie, byłoby fajnie, gdyby ludzie nie palili. Iluż zgonów rocznie by ubyło, ilu chorób byśmy sobie zaoszczędzili! Ale to nierealne. Świat nie jest utopią, tylko padołem ziemskim, na którym sami o sobie decydujemy. Czasem chęć palenia przewyższa strach przed rakiem. U innych zaś włącza się istne lekceważenie i mechanizm obronny typu "może nie zachoruję". Nieistotne. Nie obchodzi mnie czy ktoś pali tak długo, jak truje tylko siebie.

Niestety, u niektórych palaczy pojawiają się także stany skrajnych zachowań. Albo nie wierzą w szkodliwość palenia (czyżby mechanizm zaprzeczania?), albo nic ich to nie obchodzi, do tego stopnia, że szkodzą także innym. To już czysty egoizm. Palacze uzurpujący sobie prawo do palenia wszędzie i przy wszystkich są po prostu egoistami. Bo normą jest niepalenie, a nie nałóg.

Żeby nie odgrzebywać odwiecznego konfliktu między palącymi i niepalącymi, powiem krótko: każde publiczne miejsce powinno mieć wyznaczone miejsca dla palących i niepalących.  Podobnie powinno być na przystankach i w klubach. A do tych ostatnich czasem aż strach wejść. Kłęby dymu otaczają wchodzących już na wejściu. Wystarczy dziesięć minut w zadymionym pomieszczeniu, żeby dymem przesiąkły nasze włosy, skóra i ubranie. To ostatnie nadaje się potem już tylko do prania. Ktoś może powiedzieć, że jest proste rozwiązanie. Nie chodzić w takie miejsca. Ale w takim razie od razu powiedzmy sobie, że kluby to miejsca tylko dla osób palących. A powinny być dla wszystkich! Załóżmy jednak, że będziemy takich miejsc unikać. Nie będziemy wychodzić na piwo, ani na koncerty w klubach. Pytanie brzmi co mają zrobić osoby niepalące, które w takich klubach pracują? One nie mogą uniknąć kontaktu z dymem z racji swojego zatrudnienia. Czy ktoś płaci im szkodliwe? Czy ktoś w ogóle zwraca na to uwagę?  Czy są jakieś przepisy regulujące tę kwestię?
Jeśli ktoś potrafi udzielić odpowiedzi - chętnie poczytam.

Palenie szkodzi - i jest to niezaprzeczalny fakt, a nie przypuszczenie. Bierne palenie szkodzi nawet bardziej niż czynne. Więc taka mała prośba - palaczu, nie truj. To Twoja indywidualna decyzja czy chcesz sobie szkodzić czy nie. Twój wybór. Miej jednak na uwadze, że są w Twoim otoczeniu osoby, które nie palą i którym Twoje palenie nie tylko przeszkadza, ale i szkodzi. Miej na uwadze, że niektórzy mogą mieć alergię na dym papierosowy. Miej na uwadze, że paląc w czyimś towarzystwie być może przyczyniasz się do rozwoju niebezpiecznej (może śmiertelnej) choroby u tej osoby. Weź pod uwagę, że swoim paleniem możesz zaszkodzić zarówno osobie dorosłej jak i dziecku. Składniki dymu papierosowego osadzają się na ścianach pomieszczeń. Dlatego jeśli w domu mieszkają dzieci lub osoby niepalące - nie pal w mieszkaniu, wyjdź na balkon.

Zanim zapalisz następnego papierosa w miejscu publicznym lub w czyimś towarzystwie - zastanów się choć przez chwilę, czy chcesz się przyczynić do czyjegoś nieszczęścia lub choroby.

A tu, z tego miejsca, pragnę podziękować wszystkim tym, którzy palą papierosy, ale rozsądnie, nie szkodząc innym. Dziękuję za to, że szanujecie prawo do zdrowia innych osób.

Komentarze (8)
Przyjaciel czy wróg? Historia Oli.

Czy Twoi przyjaciele naprawdę są Twoimi przyjaciółmi czy może znajomość z Tobą jest tylko szansą na zysk?

Moja dobra znajoma, Ola, zatrudniła się w pewnej firmie. Od początku nie ukrywała tego, że zyski materialne są dla niej ważne. Miała swoje plany i w ten sposób dążyła do ich realizacji. Współpraca z szefostwem układała się ciężko. Ola, bardzo ambitna dziewczyna, robiła więcej niż powinna, wykazywała inicjatywę, tryskała pomysłami. Szefostwo doceniło ją w bardzo dziwny sposób. Kiedy przyszło do zapłaty, dziewczyna dostała tylko połowę uzgodnionej kwoty. To znacznie ostudziło jej zapał. Szefowie nie uzasadnili swojej decyzji, ale stwierdzili, że są zadowoleni z jej pracy. Dotknięta niesprawiedliwością Ola postanowiła robić tylko tyle, ile musi. Ograniczyła się do swoich obowiązków. Dopiero wtedy szefostwo dostrzegło swój błąd i postanowiło wynagrodzić pracownicy niesprawiedliwą decyzję. Mimo wszystko Ola była dla nich bardzo cennym pracownikiem, którego nie chcieli stracić. Niestety, kwestie finansowe jeszcze kilka razy stały się powodem konfliktów między Olą a zwierzchnikami.

Minęło kilka miesięcy. Przed Olą otworzyły się nowe perspektywy. Wiązały się one z wyjazdem za granicę. Poinformowała szefostwo, że za pół roku opuści firmę i wyjedzie na jakiś czas. Reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Rozmowa skończyła się wielką awanturą. Dziewczynie zarzucano, że chce zostawić firmę na lodzie, że ciężko będzie znaleźć kogoś na jej miejsce z podobnymi kwalifikacjami. Ola przejęła się sytuacją i postanowiła wszystko wyprostować, czyli znaleźć zastępstwo na czas ewentualnego wyjazdu. Zapytała przyjaciółkę, czy podjęłaby się zastępstwa, gdyby ona musiała wyjechać. Iwona, bo tak miała na imię owa przyjaciółka, zgodziła się. Zastrzegła sobie jednak, że to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli Ola naprawdę wyjedzie. Szczęśliwa Ola przedstawiła szefostwu kandydaturę potencjalnej zastępczyni.

Niestety, wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień. Wyjazd Oli został odwołany. Wydawało jej się więc, że będzie po staremu. Nie przewidziała tylko tego, że Iwona zmieniła swoje nastawienia do ewentualnej pracy i postanowiła ją zdobyć za wszelką cenę. Poszła do zwierzchników Oli i opowiedziała im wymyśloną historyjkę. Z jej ust padło między innymi stwierdzenie, że Ola oszukuje pracodawców, że jej wyjazd jest aktualny, ale nic nie mówi, bo chce się na nich zemścić.
Pracodawcy uwierzyli Iwonie, nie słuchali wyjaśnień Oli. Zawiesili ją, Iwonę przyjęli na okres próbny.

Obecnie Iwona chadza do kawiarni i klubów w towarzystwie jednego z szefów... Ola straciła pracę i została z niczym. Czy Iwona od początku chciała tak postąpić? A może przekonały ją ewentualne zyski finansowe? Tego nie wie nikt...

Życie nieustannie czegoś nas uczy.  Trzeba bardzo uważać na to, kogo nazywamy przyjacielem. Może się bowiem okazać, że pod maską dobra i życzliwości, ktoś skrywa zupełnie inne zamiary...

Komentarze (11)
Kultura wysiadania czyli o wyścigu do drzwi

Poszukiwania nowego lokum zakończone. Trochę to trwało. Może i wybredna jestem, a może po prostu starzeję się i wymagania rosną :). W każdym razie wkrótce czeka mnie przeprowadzka. Oj, będzie się działo! Ale to dopiero za jakiś czas. Na razie muszę podopinać sprawy na przysłowiowy ostatni guzik.

A teraz z innej beczki. Ostatnio podróżuję jeszcze więcej niż dotychczas, w związku z czym udało mi się poczynić kolejne obserwacji z serii "okiem pasażera". Przedmiotem szczególnego zainteresowania okazało się tym razem zachowanie ludzi wysiadających. Czy zauważyliście, że podczas wysiadania ludzi ogarnia jakiś dziwny szał? Autobus nie zdąży się jeszcze dobrze zatrzymać, a wszyscy tłoczą się w przejściu, przepychają. Wygląda to jak jeden wielki wyścig - kto pierwszy wysiądzie. Wyścig ów przybiera jednocześnie przedziwną formę agresji. Mało kto jest w stanie ustąpić pierwszeństwa osobie stojącej za nim.

Czy to dowód na to jak bardzo jesteśmy niecierpliwi? Czy ten dziwny pośpiech spowodowany jest jakimś podświadomym mechanizmem? Co pcha nas do takiego dziwnego zachowania? Chciałoby się rzecz, że nieprzyjemne doświadczenia. Ale przecież nie każdy je ma! Pośpiech? Nikt mi nie wmówi, że śpieszy się cały autobus! Kierowca zawsze spokojnie czeka aż wysiądą wszyscy pasażerowie, nie ma więc powodu, żeby rozdeptywać się nawzajem. Mimo to, gdy tylko pojazd zwalnia swój bieg, wszyscy wykazują niezdrowe pobudzenie. Każdy chciałby wysiąść pierwszy, zupełnie jakby od tego zależało jego życie. Nie daj Boże, żeby sąsiad siedzący z tyłu wysiadł przed nami!

Naturalnie niesie to za sobą pewne konsekwencje. Wiadomo, że szybciej wysiądą Ci, którzy siedzą bliżej wyjścia :). Toteż każdy chciałby usiąść z przodu. Na dworcu i przystanku niektórzy stawiają się dużo wcześniej, byle tylko zająć odpowiednie miejsca siedzący w autobusie, który pojawi się za kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut!

Nasze niezdrowe podejście, niestety, przekazujemy także dzieciom. Kiedy autobus zbliża się do miejsca przeznaczenia, mamy wypychają swoje pociechy ku przodowi, w kierunku drzwi. Nieważne, że pojazd się porusza, nieważne, że dziecko powinno w tym czasie bezpiecznie siedzieć. Ważne jest tylko to, by wysiąść w pierwszej kolejności.

Podobny mechanizm powstaje wszędzie, gdzie ludzie zmierzają do wyjścia - po seansie w kinie czy po mszy w kościele. Przykład z wczoraj. Występ znanego satyryka. Po bisie, sala nagradza owacjami występ, czeka na więcej. Niektórzy jednak zrywają się gwałtownie ze swoich miejsc i biegną w kierunku wyjścia. Skutek: ominęła ich porcja zdrowego śmiechu, ponieważ satyryk wyszedł na bis po raz drugi.

A najgorszy z tych schematów działa w sytuacjach zagrożenia. W wyniku dodatkowego stresu ludzie potrafią się tratować. Tak rodzi się panika.

Gdzie to ma swoje podłoże? Moim zdaniem po prostu nie lubimy tłumu. Nie lubimy, kiedy ktoś narusza naszą strefę osobistą, kładzie się nam na plecach, dotyka nas choćby ramieniem. Próbujemy tego uniknąć lub skrócić czas przebywania w tłumie, dlatego zrywamy się ze swoich miejsc, w nadziei opuszczenia pojazdu czy lokalu w pierwszej kolejności. Skutek jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. Lądujemy w samym środku rzeki ludzi...

Szkoda, że nikt do tej pory nie wpadł na to, że jest prostszy sposób na uniknięcie tłoczenia się w przejściu i wyjściu. Wystarczy poczekać, aż pozostali pasażerowie wysiądą :) Czasem warto ustąpić miejsca drugiej osobie. Odrobina życzliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A kultury wysiadania i generalnie zachowania w środkach komunikacji powinniśmy się wszyscy uczyć od najmłodszych lat. Warto, żebyśmy uczyli dzieci właściwych zachowań. Wiadomo bowiem, że czym skorupka za młodu nasiąknie... Dajmy dzieciom dobry przykład, pokażmy, że nie ma potrzeby tratować się  w przejściu, uczmy je cierpliwości. To tylko kilka minut...

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy zlepek przemyśleń i obserwacji :) Dobrej nocy życzę :)

Komentarze (10)
Żyć znaczy doświadczać

Moja koleżanka nie chce mieć żadnych zwierząt w domu. Powodowana poniekąd ciekawością zapytałam czy nie lubi zwierzaków. Ależ nie! Nic z tych rzeczy. Uwielbiam zwierzęta - odpowiada. Zaintrygowana pytam więc dlaczego nie ma ich w domu? Czy to z powodu braku miejsca? A skąd! Miejsca jest pod dostatkiem. Wystarczyłoby nawet dla kilku zwierzaków. Podobną odpowiedź otrzymuję na pytanie o czas i finanse. Wszystko jest, niczego jej nie brakuje i marzy o tym, żeby mieć psa, kota lub inne zwierzątko. Słucham i przestaję cokolwiek rozumieć. Pytam więc dlaczego nie ma żadnego czworonożnego przyjaciela w domu. Izka przez chwilę patrzy na mnie, po czym mówi, że po prostu nie chce.

W tym momencie poczułam się zwyczajnie głupia. Bo jak to jest? Iza ma warunki i możliwości, żeby zaopiekować się jakimś stworzeniem, lubi zwierzęta, marzy o tym, żeby mieć jakieś, ale jak przychodzi co do czego, to jednak nie chce??? Poprosiłam Izę, żeby mi to wyjaśniła.

Kiedy była mała, Iza miała psa. Piesek pojawił się w domu, gdy miała pięć lat. Praktycznie razem się wychowywali. Iza dbała o psa, a pies o Izę. Byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, bawili się, razem poznawali świat, razem się uczyli. Trwało to dziesięć lat. Pewnego dnia pies nagle zachorował. Weterynarz podjął się leczenia, ale mimo to z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Okazało się, że dla pieska nie ma już ratunku. Pewnego dnia rano nie przyszedł do Izy, żeby ją obudzić. Nie przywitał się z nią, nie czekał by wyprowadziła go na dwór, jak to zawsze robiła. Tego dnia piesek po prostu się nie obudził. Iza bardzo przeżyła to, co się stało. Była bardzo zżyta ze swoim czworonożnym przyjacielem. Długo po nim płakała i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało. Wszyscy próbowali jej tłumaczyć, że takie jest życie. Od tamtej pory Iza nie chciała mieć już żadnego zwierzęcia. Bała się, że zaprzyjaźni się z nim tak jak ze swoim psiakiem, a potem przyjdzie czas się rozstać. Bała się, że znów będzie cierpieć i rozpaczać. Boi się do dziś...

Zastanowiła mnie ta opowieść. Kiedy odchodzi ktoś nam bliski - cierpimy, czy to zwierzę, czy to człowiek. Niektórzy mówią: przecież to tylko pies. No tak. Ale nie przychodzi im do głowy, że ten pies był wierniejszym przyjacielem niż jakakolwiek osoba. Nie opłakujemy psa. Opłakujemy przyjaciela. I w tym wypadku nie boimy się straty zwierzęcia - boimy się utraty przyjaciela, boimy się utraty kogoś bliskiego. Być może boimy się obcowania ze śmiercią, bo jest nieunikniona. Przerywa to, co wydaje nam się wieczne. Burzy złudzenia. A może nie boimy się śmierci, lecz tego co ze sobą niesie? Uczucia pustki, samotności, żalu, czasem wyrzutów sumienia, pytań bez odpowiedzi...

Niestety śmierć była, jest i będzie. Możemy nie mieć żadnego zwierzaka w domu, lecz  wciąż pozostajemy w kontakcie z wieloma ludźmi. Ludzie także są śmiertelni. Nie sposób przewidzieć ich losów. Nie sposób przewidzieć jak długo będą z nami. Otaczają nas. Nie można więc odciąć się od tego, co ludzkie. A mimo to wielu z nas próbuje tego dokonać. Nie utrzymujemy kontaktów towarzyskich nie dlatego, że nie chcemy ich mieć. Nie utrzymujemy ich, bo tak jest łatwiej. Bo mniej obciąża nas to psychicznie. Bo pozwala nabrać do wszystkiego dystansu. I nikt nie obarcza nas swoimi problemami. Dużo bardziej boli nas strata osoby bliskiej niż po prostu znajomej. Po co więc zbliżać się do kogoś? Po co kogoś kochać? Po co mieć dzieci? Przecież i przyjaciel, i partner, i dziecko może nas zranić...

Niestety, od tego nie da się uciec. Nie da się uciec od relacji, emocji, bo to wszystko jest ludzkie. To wszystko określa nas jako istoty myślące i czujące. Może więc nie warto uciekać od tego, co może nas zranić? Nie znaczy to, że powinniśmy dawać się niszczyć. Ale nie powinniśmy też w żaden sposób ograniczać się tylko dlatego, że boimy się bólu, smutku i żalu. Jeśli jest szansa przeżyć coś pięknego, a do takich rzeczy z pewnością zalicza się przyjaźń i miłość - nie powinniśmy się hamować tylko dlatego, że "coś" może nas zranić. A w chwili kiedy przychodzi czas rozstania - trzeba pamiętać te wszystkie dobre chwile, które dostaliśmy od losu. Bez względu na to co stanie się potem. Smutek i żal nie powinny nakładać na nas żadnych ograniczeń.

To tak jak z utraconą miłością. W chwili rozstania obiecujemy sobie, że już nigdy więcej... Ale mija czas. Mija i leczy rany. Okazuje się, że wciąż jesteśmy w stanie kochać. Jeśli więc możemy tą miłość komuś dać - kochajmy, zamiast bać się pustki, którą może ze sobą przynieść to uczucie. Życie jest pełne tylko wtedy, kiedy żyjemy naprawdę. A żyć naprawdę oznacza doświadczać - zarówno tego co dobre jak i tego co bolesne...

Komentarze (7)
Wielkich ludzi docenia tylko historia

W ciągu ostatnich dni dociera do nas tyle wielkich słów, wspomnień, rozmów, tyle pięknych wypowiedzi, które w obliczu tragedii nie znaczą nic. Nie cofną czasu, nie zwrócą życia tym, których już nie ma. Trudno nawet powiedzieć, czy choć w niewielkim stopniu łagodzą ból i żal...Sprawiają jedynie, że każdego dnia przeżywamy te koszmarne wydarzenia od nowa. Każdego dnia od nowa uderza w nas docierająca zewsząd informacja - informacja, która przytłacza swoim ciężarem...

Wciąż trudno nam uwierzyć w to co się stało. Trudno jest uwierzyć, ze to rzeczywistość a nie fikcja. A jednak życie potrafi zaskoczyć i dopisać zakończenie, o którym nikt nie śnił nawet w najgorszych koszmarach.

Gdzie się nie ruszyć, tam media biją prezydenckiej parze peany pochwalne. Prześcigają się w przybliżaniu nam sylwetki zmarłego Prezydenta i jego żony. Teraz. Dopiero teraz. Przedstawiają Go nie tylko jako polityka, ale przede wszystkim jako człowieka. Moje pytanie brzmi: dlaczego dopiero teraz? Przecież śp. Prezydent Lech Kaczyński - podobnie jak pozostałe osoby - był człowiekiem także przed katastrofą . Był nie tylko politykiem, nie tylko Prezydentem. Przede wszystkim był człowiekiem  - takim jak my. Miał rodzinę, marzenia, pasje i ogromną wiedzę. Miał swoje słabości, odnosił porażki i zwycięstwa - nie tylko jako polityk, lecz właśnie jako człowiek.

Za sprawą mediów postrzegaliśmy naszego Prezydenta tylko przez pryzmat polityki i decyzji, które podejmował, przez pryzmat tego, jakie poglądy reprezentował. Trudno było dostrzec człowieka w natłoku krytyki i nagonki jaka miała miejsce. Dostrzegaliśmy tylko polityka. To błąd. Przypięliśmy kolejną łatkę. Nigdy nie przyszło nam zastanowić się z czego wynikają podejmowane przez prezydenta decyzje, czym są uwarunkowane, skąd się biorą takie a nie inne poglądy. A odpowiedź jest prosta - z tego, jakim był człowiekiem. To co nas kształtuje  to przede wszystkim człowieczeństwo i wyznawane wartości. To rzutuje na wszelkie nasze działania. Cechy charakteru, dążenia, osobowość i odczucia wpływają na nasze postępowanie, na zdolność postrzegania świata, na to, kim jesteśmy. Decyzje i działania danej osobistości pochwalamy lub krytykujemy za jej życia. Ale wielkość człowieka dostrzegamy dopiero po jego śmierci...

Smutne jest to, że na co dzień  interesujemy się tylko zewnętrzną powłoką danej osoby. Widzimy lekarza, prawnika, czy jak w tym przypadku - polityka. Nie zauważamy jego prawdziwego wnętrza, wielkiego serca, emocji. Dopiero w obliczu śmierci reflektujemy się i dostrzegamy w zmarłym przede wszystkim człowieka. Paradoksalnie dopiero w obliczu tragedii zagłębiamy się w życie osób, których już z nami nie ma.

Aspekt emocjonalny, który za życia prezydenta zupełnie nie interesował mediów, teraz jest dla nich prawdziwą pożywką. Uczucia bliskich, znajomych i współpracowników tragicznie zmarłych osób, nagle stały się ważne. Wydaje mi się jednak, że najczęściej zadawane pytanie "Jak Pan/Pani się czuje?" jest po prostu nie na miejscu. To brutalne odzieranie ludzi z ich prywatności i brak szacunku w dobie żałoby. To zupełny brak delikatności, współczucia i taktu. Wszyscy czujemy się fatalnie, przeżywamy tragedię na swój sposób i trudno sobie choćby wyobrazić czego doświadczają osoby bezpośrednio związane z tymi, którzy odeszli - ich rodziny, dzieci, żony, mężowie, wnuki...

Osoby, które zginęły w katastrofie lotniczej uparcie walczyły o historyczną prawdę.  Przerażająca symbolika tych tragicznych zdarzeń dopisała zakończenie do sprawy Katynia. Zakończenie - lub nowy początek. Obudziła w Polakach uśpiony patriotyzm i uczucie solidarności. Jesteśmy bowiem jednością wobec historii i jej zdarzeń. Jesteśmy Polakami. Nasi przodkowie walczyli o wolny kraj. Walczyli za sprawę. Ten okrutny czas powoli zaczął zacierać się w naszej świadomości. Na szczęście znalazły się wśród nas osoby, które nie zapomniały i nie poddały się presji mijającego czasu. Do końca starały się o uwidocznienie prawdziwych zdarzeń. Polityka dała im moc i narzędzia, by tego dokonać. Ale ducha i siłę wyzwoliła głęboko zakorzeniona wiara w prawdę. Wiara w sprawiedliwość.

Tragedia, która się wydarzyła, sprawiła, że prawdę o Katyniu usłyszał cały świat. Spełniło się marzenie wielu ludzi. Za to marzenie 96 osób oddało życie. Taką cenę zapłaciły one za wierność swoim przekonaniom - za wierność sobie...

I choćby z tego względu należy im się nasz głęboki szacunek. Historia docenia wielkich ludzi. Doceńmy i my...

Komentarze (9)
Fatalny kwiecień

Kwiecień to jakiś fatalny miesiąc. Pięć lat temu (2.04 2005), rok temu w Kamieniu Pomorskim (13. 04. 2009) i dzisiaj (10.04.2010).

Wybaczcie proszę, ale nie mam dzisiaj nic więcej do powiedzenia. Nie potrafię znaleźć słów...

Wszystko oddaje cisza i milczenie....

[*]

Komentarze (11)
Życie na walizkach

Wkrótce czeka mnie przeprowadzka z miasta A do miasta B. Zaoszczędzi mi to nieustannych podróży i czasu, ale przede wszystkim ograniczy poziom zmęczenia. Obecnie wyjeżdżam przynajmniej dwa razy w tygodniu, moje życie składa się z pakowania, pośpiechu, wydłużonych dni, nieprzespanych nocy i powrotów. Czas wyjazdów jest różny. Wszystko kręci się wokół rozkładów jazdy.

Lubię podróże. Lubię wypady w nieznane - dalekie i bliskie. Nie przerażają mnie obce miejsca, hotele, pensjonaty ani jedzenie niewiadomego pochodzenia na talerzu. Kocham samoloty, pociągi i autobusy. Jednakże podróże w tym samym kierunku dwa razy w tygodniu na tak krótkim dystansie jak ten, który pokonuję, po pewnym czasie zaczynają męczyć. Dlatego dla własnej wygody postanowiłam się przeprowadzić.

Aktualnie jestem na etapie poszukiwań odpowiedniego lokum. Jak zwykle problem polega na tym, że wiem doskonale jak powinno ono wyglądać. W czasie studiów zebrałam sporo doświadczeń odnośnie mieszkania u kogoś, ze współlokatorami, z rodziną itp. Dzięki temu wiem czego unikać. Trzymajcie kciuki za powodzenie mojego przedsięwzięcia.

Tymczasem dokładnie dzisiaj mija rok odkąd umieściłam pierwszy wpis na blogu iWoman. Jak ten czas szybko leci! Wiele się w tym czasie nauczyłam, wiele zrozumiałam i bardzo wiele zmieniło się w moim życiu. Z tej skromnej okazji pragnę podziękować wszystkim wirtualnym znajomym - za to, że jesteście, pomagacie, wspieracie, ale również tym wszystkim, którzy pozostają niewidoczni, a tworzą to miejsce: autorom, administratorom, działowi wsparcia technicznego i informatykom oraz wszystkim tym, o których zwykle się nie wspomina.

A teraz już przestaję nudzić. Dziękuję i miłego popołudnia życzę :)

Komentarze (8)
Święta w obcym kraju

Święta powinno się spędzać z rodziną. Nie rozumiałam tego, dopóki nie wyjechałam za granicę. Wiem co mi powiecie: "To obgadywanie, to całe jedzenie, te dyskusje przy świątecznym stole! Nikt za tym nie tęskni!" To prawda. Ale dla mnie święta zawsze miały inny wymiar - bardziej duchowy - i tego zabrakło mi w dalekim świecie.

Pierwsze święta poza Polską były dziwne. Trafiło na Wigilię i Boże Narodzenie. Nie było opłatka, śledzia, pierogów z makiem... Nie było nic. Zamiast tego podano nam indyka, ponieważ ludzie którzy nas otaczali nie mieli pojęcia o polskich tradycjach. Pomylili Wigilię z amerykańskim Świętem Dziękczynienia. Nie było nawet normalnej choinki, tylko jej namiastka. Nie było refleksji, zadumy, nie było nic.... Nie było oczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Boże Narodzenie w Indiach nie miało wymiaru duchowego, ponieważ Hindusi nie bardzo rozumieją ideę tego święta. Przyjęli do swoich tradycji to, co widywali w filmach: trochę ozdób, kolorowe światełka, które rozwieszają podczas każdego festiwalu, maleńką choinkę, św. Mikołaja... Wszystko to, co gwarantuje dobrą zabawę. Jedyną namiastką prawdziwych polskich świąt było śpiewanie kolęd.... po angielsku! A to czego brakowało najbardziej, to najbliżsi zgromadzeni przy jednym stole, ciepło rodzinnego domu, sianko pod obrusem...

Jeszcze dziwniejsza była Wielkanoc. Bez kolorowych pisanek, bez święconki, bez śmigusa dyngusa... Wcale nie czuło się świąt...

Nie można mieć pretensji do Hindusów - ich tradycje są inne, podobnie jak święta.  Festiwale w Indiach są radosne, głośne, taneczne i muzyczne. Ale przede wszystkim - rodzinne.

Tam daleko, wśród obcych ludzi, zdałam sobie sprawę jak bardzo tęsknię za świętami w domu. To było dwa lata temu.

Traf chciał, że zarówno ubiegłoroczne Boże Narodzenie, jak i tegoroczną Wielkanoc spędziłam w domu tylko częściowo. Znowu zabrakło mi świąt... Znów za nimi zatęskniłam...

Gdybyśmy częściej spędzali święta w obcym kraju, może potrafilibyśmy dostrzec w nich coś więcej niż okazję do wymiany poglądów politycznych, plotkarstwa, obżarstwa? Może przestałyby nas nudzić i męczyć, a zaczęły cieszyć? Może poczulibyśmy prawdziwego ducha świąt i wrócilibyśmy do tradycji, które zdają się nie mieć dla nas już żadnego głębszego znaczenia?

Komentarze (13)
Rozważania przedświąteczne

Chciałam tego uniknąć, ale skoro wszyscy już wpadli w ten radosny świąteczny nastrój i szał składania życzeń, dopiszę się i ja. Zanim jednak to uczynię - kilka przedświątecznych spostrzeżeń z przymrużeniem oka.

Po pierwsze - mężczyzna w kuchni. Mężczyzna, który nigdy nie gotował, za to lubi sobie zjeść. Mężczyzna ów postanowił pouczać mnie w kuchni - i tu popełnił błąd. Tak bowiem jak mężczyzny nie poucza się za kierownicą - tak kobiety nie poucza się w kuchni. Gdybyż jeszcze rozsądnie gadał, może puściłabym to mimo uszu. Ale herezje opowiadać zaczął i uczyć mnie jak przewracać kotlety. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam czy dotąd mu smakowały moje kotlety? Smakowały, a jakże!!! No to kiego mi się wtrąca? Na szczęście zreflektował się i zadośćuczynił winie przy krojeniu sałatki.

Spostrzeżenie drugie - dom i mieszkanie. Mieszkając w bloku sprzątania jest mniej. Tak, wiem co mi powiecie. Sprzątania jest tyle, ile bałaganu, a to nie zależy od  metrażu lokalu. Chodzi mi jednak o to, że domy zwykle mają ogródki. Jak nie ma ogródków, to jest podwórko, które trzeba wysprzątać. A jak nie ma podwórka to są przynajmniej drzewa, które rosną koło domu. Jak by nie było - sprzątania jednak więcej. Przynajmniej z tego punktu widzenia. Jak ktoś jest zdolny, to potrafi zrobić bałagan nawet w jednym pokoju - i to taki, że trudno się z nim uporać. Metraż jednak też ma znaczenie - im więcej przestrzeni, tym więcej kurzu do starcia.

Punkt trzeci - zdrowie. Okres przedświąteczny z punktu widzenia zarazków, to najlepszy moment na inwazję. Z naszego - niekoniecznie, bo przecież i tak mamy wolne. Nie ma nic gorszego niż chorować w święta. A tak łatwo się przeziębić ulegając złudzeniu wiosennego słońca, myjąc okna, szorując podłogi... Tu zawieje, tam zawieje i już - choroba gotowa. W tym roku psikusa zrobiły mi moje oczy, które dopadło jakieś zapalenie. Pani doktor chyba jest z nimi w zmowie. Stwierdziła, że to alergiczne zapalenie spojówek (nigdy w życiu nie byłam alergikiem - albo się uczuliłam albo ktoś tu kłamie). Dała kropelki - a po kropelkach jest jeszcze gorzej. W tym roku więc, dzięki zapuchniętym oczom, sama wyglądam jak królik wielkanocny.

I żeby tradycji stało się zadość - w Lany Poniedziałek powinna zepsuć się pogoda. Spodziewam się deszczu - jak co roku zresztą. Przygotujcie parasole.

Kończąc te czarne prognozy, pragnę życzyć wszystkim radosnych, spokojnych, pięknych Świąt Wielkanocnych i tego wszystkiego, czego życzy się z tej okazji: smacznego jajka, mokrego dyngusa, beczących owieczek, bogatego zająca i tego co najważniejsze: Bożego błogosławieństwa.

Bądźcie zdrowi, jak mawiał bohater pewnej książki :) Zmykam do swoich zajęć :)

Wesołych Świąt!

Komentarze (5)
Zgrupowanie młodzieży i polityka

Dawno dawno temu - chciałoby się rzec, że jeszcze w innej epoce mojego życia - miałam okazję uczestniczyć w zgrupowaniu młodzieży z całej Europy. Było to kilkanaście lat temu. Wszyscy uczestnicy zgrupowania mieli wtedy po szesnaście, siedemnaście lat. Wytypowano nas na podstawie konkursu w szkołach, a raczej wytypowaliśmy się sami. Zadanie należało do tych ambitnych - trzeba było napisać esej lub wykonać pracę plastyczną dotyczącą pokoju w Europie.

Zgrupowanie trwało tydzień czasu i minęło szybko, jak piękny sen. Zorganizowano je w Holandii. Każdy dzień poświęcony był integracji, zabawie, ale i refleksji nad motywem przewodnim zgrupowania. Opowiadaliśmy sobie historie naszych krajów, serwowaliśmy dania narodowe, próbowaliśmy tańczyć polkę i poznawaliśmy się - nasze zwyczaje, tradycje, przekonania.

Poznałam wtedy fantastycznych ludzi - takich, których nie zapomina się mimo upływu czasu. Ci ludzie właśnie nauczyli mnie, że można żyć bez uprzedzeń i dyskryminacji. Wystarczy chcieć.
Po powrocie do domu staraliśmy się pozostać w kontakcie. Udało się to częściowo, przez kilka lat. Wtedy nie było tylu możliwości co teraz. Internet nie był powszechnie dostępny, a komórki dopiero rozpoczynały podbój świata. Mieliśmy do dyspozycji tradycyjne listy i pocztę. Poza tym był to dla każdego z nas przełomowy okres w życiu - kończyliśmy szkoły średnie, wybieraliśmy się na studia, zmienialiśmy miejsca zamieszkania. Absorbowały nas nowe rzeczy, ludzie i sytuacje.

Parę tygodni temu wpadłam na pomysł odszukania poznanych podczas zgrupowania ludzi. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Doszłam do wniosku, że mogę wykorzystać internet, który - co by o nim nie mówić - oferuje szereg możliwości. Liczyłam się z tym, że nie będzie łatwo, że być może nie uda mi się znaleźć nikogo lub - że niektórzy nie zechcą dać się odnaleźć. Efekt przerósł moje oczekiwania. Do tej pory dotarłam do połowy uczestników zgrupowania, co uważam za duże osiągnięcie biorąc pod uwagę fakt, że do żadnego z nich nie miałam adresu email.
Odnalezieni do tej pory uczestnicy reagują dość  entuzjastycznie - pamiętają zgrupowanie, wspominają,  proszą o kontakty do pozostałych odnalezionych. Wciąż brakuje kilku najważniejszych dla mnie osób. Tu będę musiała wykorzystać pocztę, ponieważ jedyne czym dysponuję, to adresy do korespondencji. Adresy, które do tej pory mogły ulec zmianie wielokrotnie!!!
Nie poddaję się jednak, jestem dobrej myśli, napędza mnie pozytywna energia, którą przywołały wspomnienia. To wspomnienia zwykłych nastolatków, potrafiących podejmować dojrzałe decyzje i  znajdować rozwiązania dobre dla wszystkich.

Przez siedem dni zgrupowania, mimo tak wielu różnic kulturowych, potrafiliśmy dojść do porozumienia w kwestiach najważniejszych dla nas i przyszłych pokoleń - w kwestii pokoju w Europie. Nie potrzebowaliśmy debat, sal sejmowych, paragrafów. Wystarczyła nam przestrzeń i powietrze, którym mogliśmy oddychać. Potrafiliśmy się zrozumieć - mimo problemów językowych, mimo tego, że pochodziliśmy z odmiennych środowisk. Przyświecał nam jeden cel. Nie mieliśmy środków ani możliwości - mieliśmy tylko serca pełne zapału i głowy pełne pomysłów.

Jak to się dzieje, że politycy, którzy mają zarówno środki jak i możliwości, wolą je trwonić na bezowocne przekomarzanie się i wzajemne obrzucanie błotem, niż zrobić krok naprzód? Czemu nie potrafią wyzbyć się uprzedzeń w imię wspólnego dobra?

Grupa nastolatków pochodzących z różnych krajów potrafiła dojść do porozumienia w istotnych kwestiach w ciągu kilku dni. Politycy nie potrafią tego dokonać przez lata i całe dekady. Czy to oznacza, że brak im dobrej woli czy też może z biegiem czasu utracili klarowność widzenia i umiejętność dostrzegania tego co najistotniejsze?


Może powinna istnieć granica wiekowa, powyżej której bycie politykiem byłoby zabronione? Może potencjalni przywódcy narodu powinni nimi zostać zanim utracą zdolność analitycznego myślenia i zapał, zanim przesiąkną "polityką dla polityki", zanim uprzedzenia i słowne potyczki staną się dla nich ważniejsze niż dobro ogółu?

Komentarze (10)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |