iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jak to życie potrafi zaskoczyć...

Nie było mnie, oj nie było mnie długo. Wyszłam za mąż i miałam zaraz wrócić, ale... wciągnęło mnie na dobre. Pranie, gotowanie, sprzątanie no i zagadka znikających skarpetek, o której pisze czarnapantera :). Żartuję. Z tym małżeństwem to trochę przesadziłam. Nie wyszłam za mąż - jakże bym śmiała nie poinformowawszy Was wcześniej :). Ale problem ze znikającymi rzeczami mam, a owszem. Czasami to sama czuję się tak, jakbym wpadła w jakąś czarną dziurę. Szczególnie deficytowy jest czas, który - uwierzcie - po prostu przecieka mi przez palce. Mam jeszcze tyle planów, spraw do załatwienia, tyle chcę zobaczyć, poznać, zrobić - a zwykłe 24h nie wystarczają mi by sprostać obowiązkom, których się podjęłam.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam. Zapomniałam uwzględnić sen i posiłki. Ale jakoś daję sobie radę :). Życie mnie nie rozpieszcza i wciąż potrafi zaskoczyć. Jak ostatnio...

Ileś lat temu poznałam człowieka, który zawładnął moim sercem bezgranicznie. Człowiek ów, nazwijmy go umownie X, jawił mi się jako stworzenie iście nieziemskie. Cóż to była za miłość! Taka, o której rozpisują się poeci, marzą wszystkie nastolatki, taka, której obraz nosi się w sercu do grobowej deski. I taka zupełnie mało mająca wspólnego z życiem, bo to właśnie życie nas rozdzieliło. Tego związku nie skończyło żadne z nas, po prostu musieliśmy się rozstać, rozdzieliły nas okoliczności. X podjął twardą i nieodwołalną decyzję nie widząc innego rozwiązania. A ja? Ja uważałam że inne rozwiązanie istnieje, z tym, że byłoby o wiele wiele trudniejsze do wprowadzenia w życie. Cóż, zawsze byłam nieco oderwana od ziemi... Czas mijał a ja wypłakiwałam sobie oczęta za panem X, marzyłam o chwili, w której do mnie wróci, powie, że zrozumiał błędy itd, tworzyłam coś na kształt poezji z deszczu, mgły i kilku wspomnień, które mi po nim zostały. Po nim i po naszej miłości. Marzyłam... Ale tylko marzyłam, bo wiedziałam, że X ma narzeczoną, z którą co prawda mu się nie układa, ale którą rodzina X jest zachwycona.

Tak więc płakałam i godziłam się z losem, prawie jak bohater romantyczny, wystarczyłoby tylko dołożyć konflikt wewnętrzny żeby targał mną na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przemóc, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym. To ten upragniony i wytęskniony X przekonywał mnie stale, że powinnam sobie ułożyć życie bez niego, założyć rodzinę, wychować męża (to ostatnie dopowiadałam sobie sama ;P )... Wreszcie doszłam do wniosku, że jestem na to gotowa. W końcu ile lat można opłakiwać coś, co skończyło się zanim na dobre się zaczęło? Szkoda życia! Nie udało mi się zapomnieć, ale udało mi się pogodzić z sytuacją i żyć dalej. W tym godzeniu się z losem i sytuacją bardzo pomocny okazał się Y, którego wówczas poznałam. Y wniósł do mojego życia wiele słońca i nadziei. Przy nim odżyłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem dla kogoś ważniejsza niż wszystko inne.

Od tamtej pory minął prawie rok. Okazało się, że miłość może uskrzydlać nie rozdzierając człowieka w środku. Że potrafi być bezinteresowna i przynosić poczucie bezpieczeństwa. Że stałe konflikty czy awantury nie muszą być jej częścią. Za to są nią spokój i harmonia.

Około 2 tygodni temu dowiedziałam się, że pan X zerwał ze swoją narzeczoną. Że bardzo żałuje wyboru jakiego dokonał przed laty. Że do dziś żałuje, że nie walczył - o mnie i o nas. Dostałam również intrygującą wiadomość od członka jego rodziny z prośbą: "Wróć".

Poczułam się tak, jakbym dostała cegłą w głowę. Wróć? Teraz? Po tym wszystkim? Przez dwa dni chodziłam skołowana i niepewna już niczego. Życie dołożyło mi konflikt wewnętrzny, o którym pisałam wcześniej :). Bo oto na wyciągnięcie ręki mam tą wyśnioną wymarzoną wytęsknioną miłość opiewaną przez poetów. A z drugiej strony miłość zrównoważoną, spokojną, jasną... Miłość, która nie nakłada na mnie ograniczeń i daje mi prawdziwą wolność.

Życie potrafi zaskoczyć. I ludzie, których znamy również potrafią nas zaskoczyć. Ale najbardziej zaskakujemy sami siebie, kiedy dociera do nas, że ta miłość - szalona, zwariowana, dla której gotowi jesteśmy skoczyć w ogień, to nie taka miłość której pragniemy. Prawdziwa miłość nie wymaga od nas bezsensownych poświęceń. Prawdziwa miłość to ta, która dodaje nam skrzydeł, byśmy mogli wznieść się wysoko, ale nie zakłada nam przy tym łańcucha na szyję.Wiele innych uczuć często przybiera maskę miłości, po to by po jakimś czasie ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie dajmy się temu zwieść...

Jak myślicie, którą miłość wybrałam? :)

Komentarze (8)
Zaczęłam pić... bo warto!

Zaczęłam pić. I to na umór. Upijam się od rana do wieczora a czasem i w nocy. Już widzę niedowierzanie w oczach niektórych z Was i pełne niepokoju kręcenie głową. I słusznie. Tylko ja nie napisałam co zaczęłam pić. Nie alkohol bynajmniej (czyżbym słyszała westchnienie ulgi? ;) ), tylko najzwyklejszą na świecie wodę mineralną - niegazowaną. Też mi coś, woda, może ktoś pomyśleć, wszyscy piją wodę. Zgoda, piją, ale czy aby na pewno w jej czystej postaci? Zastanówcie się, ile razy w ciągu dnia sięgacie po wodę, a ile razy po kawę, herbatę, soki i napoje gazowane? Hmm? Domyślam się, że w większości przypadków wynik jest niekorzystny dla wody. A przecież to woda stanowi 60-70% ogólnej masy ciała.

Na początku było ciężko. Kiedy mieszkałam w Indiach, wodę pompowano we mnie na każdym kroku - restauracja, hotel, uliczne stragany - wszyscy upierali się, że powinnam pić właśnie wodę. Nie potrafili zrozumieć mojego zamiłowania do herbaty (i to bez mleka!), słabości do mleka w czystej postaci ani hektolitrów wypijanych soków. Ja z kolei nie umiałam zrozumieć ich namiętności do wody ani tego, że jest serwowana do każdego posiłku. Ale cóż, przyszedł czas, że zrozumiałam. Tylko że dopiero po powrocie do Polski :).

Sięgnęłam po wodę kilka tygodni temu (to już chyba z 1,5 miesiąca albo i więcej). Na początku delikatnie, bo musiałam się do niej przyzwyczaić. Stopniowo (w ciągu 2 tygodni) odstawiałam wszelkie inne napoje (w tym moją ulubioną herbatę!). W chwili obecnej piję tylko i wyłącznie niegazowaną wodę mineralną. Do każdego posiłku, poza posiłkami, na dzień dobry i na dobranoc. Tylko woda. Doszło do tego, że nie mogę się bez niej obyć :). Dokądkolwiek się udaję - woda idzie ze mną :).

Okazało się, że organizm szybko się przyzwyczaja :). W chwili obecnej potrafię już rozróżnić smak wody. Tak, tak, okazało się, że woda mineralna, zależnie od producenta, może smakować lub nie. Mam już nawet swoje ulubione marki :D.

A najlepsze zostawiłam na koniec. W ostatnich miesiącach mi się przytyło, dość znacznie, z uwagi na problemy zdrowotne (przejściowe). Wcale nie jadłam dużo, a kilogramów i tak przybywało. Kiedy zaczęłam pić wodę, nie wyglądało na to, że coś się zmieni. Na początku wypijałam około 2 butelek dziennie, co daje w sumie 3 litry. Nie widziałam zmian. Ale po 3 tygodniach picia wody coś drgnęło. Obecnie wypijam 3-4 butelki wody dziennie (4,5-6 litrów). W ciągu ostatniego tygodnia zauważyłam ogromną różnicę w wadze ciała. Kilogramy lecą w dół :) Wróciłam do swojego rozmiaru i mieszczę się w sukienkę, którą miałam na sobie na studniówce! :) Nie stosuję żadnej dodatkowej diety, jem to co lubię i wszystko na co mam ochotę. Z tą różnicą, że do wszystkiego piję wodę. A picie wody wymusiło kilka innych zdrowych nawyków.

Generalnie czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim moja skóra wygląda o niebo lepiej (mimo stosowania tych samych kosmetyków co wcześniej) - jest gładziuteńka i delikatna, zero cellulitu, nierówności. Wszelkie dolegliwości zdrowotne, które pojawiały się wcześniej - zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nie ma problemów z gardłem, mimo że eksploatuję je tak samo a może nawet bardziej. Zniknęła chrypka, z którą borykałam się co rano. I całkiem nieźle znoszę upały. Po prostu jest dobrze :). O korzyściach można pisać w nieskończoność.

Także moje drogie, serdecznie polecam niegazowaną wodę mineralną. Gdyby istniało panaceum na wszelkie bolączki kobiety, z pewnością byłaby to woda lub coś z nią związane ;). Polecam Wam picie wody do każdego posiłku - sok, kawę czy herbatę można wypić potem. A jeśli nie możecie się zmusić - przynajmniej spróbujcie na początek wypijać szklankę wody z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Szczególnie teraz, kiedy tak łatwo się odwodnić. Niech Was nie zniechęcają pewne niedogodności (cóż picie wody w tych ilościach wymusza pewne mechanizmy fizjologiczne), bo najtrudniejsze do zniesienia są tylko na początku. Da się z tym żyć, a w miarę jak organizm się przyzwyczaja, staje się to coraz mnie dokuczliwe. I nie musicie wypijać naraz 4 kubków wody. Wystarczy, że będziecie ją mieć pod ręką i wypijać co chwilę trochę. Mówią, że woda zdrowia doda - a ja mówię, że także i urody :) Warto!!! Rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania :)

Komentarze (7)
Zwariowany dzień

Znowu przyczepił się do mnie PECH. Ale nie taki dramatyczny,. tylko ten powodujący komiczne sytuacje. Komiczne dla innych, dla mnie dopiero po czasie.

Zaczęło się wczoraj. Dzięki mojej sklerozie zablokowałam sobie internetowy dostęp do konta bankowego. Wystarczyło trzykrotnie wpisać błędne hasło. No właśnie błędne, to dlaczego mnie zablokowało? Przecież wpisywałam właściwe! Zweryfikowałam w pamięci wykonywane czynności i po chwili mnie olśniło. Myślałam dobrze, ale pisałam źle. Pomyliłam ze sobą dwie cyfry i trzykrotnie popełniłam ten sam błąd. Moje gratulacje dla samej siebie. Gdyby istniał jakiś konkurs na roztargnienie to wygraną miałabym w kieszeni. Z drugiej strony czy to już ten wiek, że będę o wszystkim zapominać??? Czy to już ten wiek, że muszę sobie wszystko zapisywać, w przeciwnym razie uleci? Zresztą - pamiętałam dobrze, źle klepałam klawiaturę, to jak to nazwać? Roztargnienie, ślepota? Nazwałabym to brakiem łączności ośrodka decydującego z wykonawczym....

Z wysiłkiem wystukałam numer infolinii i pytam tego biednego pana po drugiej stronie co ja mam teraz zrobić? A ten biedny pan ani na chwilę nie stracił powagi (myślałam, że mnie wyśmieje, ale jednak nie) i tym samym spokojnym głosem poinstruował gdzie mam się zgłosić. No to dzisiaj podreptałam do najbliższego oddziału banku i z pokorą bijąc się w piersi wyznałam popełniony błąd. O dziwo nikt się nie śmiał, chociaż od wczoraj nawet ja sama nie mogłam wyjść z podziwu dla samej siebie i śmiałam się do granic możliwości. Z roztargnienia, czy jak to tam zwał.

Dostęp internetowy odzyskałam.

Wróciwszy do domu, postanowiłam zjeść szybki obiad. Popełniłam błąd kardynalny robiąc sałatkę i łącząc składniki w niedozwolony sposób, co wydało się dopiero przy jej spożywaniu. Znowu roztargnienie... Tym razem nieco mnie otrzeźwiło.

No i wreszcie wychodzę z domu, a tu ściana deszczu (plus jest taki, że błyskawicznie wymiotło panów ocieplających budynek i zrobiło się cicho). Mam parasolkę, ale zalało całą ulicę, woda sięga powyżej kostek. Co robię? Oczywiście włażę tam gdzie jest najgłębiej i nie robię tego celowo - przypadek. Nie wracam do domu bo skoro już i tak jestem mokra, jest mi wszystko jedno. Biegnę na przystanek. Akurat jedzie busik. No to wyjmuję pieniążek, a w drugiej ręce dzierżę parasolkę. Wchodzę do busa, ktoś mnie potrąca i pieniążek wypada. No wypada, tylko gdzie? Rozglądam się, nie widzę nigdzie, wyjmuję z portfela drugi i płacę. Po czym siadam i analizuję sytuację. Gdzieś ten pieniążek musi być. Sprawdzam u siebie w rękawie - nie ma. Zaglądam do złożonej parasolki - JEST! Próbuję go wyciągnąć, ale parasolka jest z tych długich, nie da się bez rozkładania, a gdzie ja ją w tym busiku rozłożę?! NO to przechylam parasolkę, żeby pieniążek wypadł. Cel osiągnęłam, wypadł, tylko znowu nie wiem gdzie! Patrzę pod nogi, na siedzeniu obok. Nie ma i nie ma. Przez chwilę daję spokój, po czym doznaję kolejnego oświecenia. Może moneta spadła gdzieś za mną. Oglądam się. JEST! Próbuję przełożyć rękę przez fotele - ale się nie da. No to pomagam sobie parasolką. Kiedy pieniążek jest tuż - sięgam ręką i... pieniądz leci w drugą stronę... Znowu pomagam sobie parasolką. Wreszcie kładę się na siedzeniu i podnoszę zgubę. Nareszcie!

Oczywiście żadnemu pasażerowi nie umknęły moje zmagania. Scena, której sam Jaś Fasola by się nie powstydził, ech...

Ale najważniejsze jest to, że ani deszcz, ani uciekający pieniądz, ani blokada konta nie wyprowadziły mnie z równowagi. Okazało się, że potrafię się z siebie śmiać i traktować siebie z dystansem. To ważne. Dzień był zwariowany, ale sporo mnie nauczył. Między innymi tego, że kałuża jest zawsze najgłębsza tam, gdzie wydaje się być najpłytsza ;P. Jaś Fasola byłby ze mnie dumny ;).

Życzę Wam miłego wieczoru i tego, by każdy pech objawiał się tylko w postaci komicznych zdarzeń :) Pozdrawiam :)

 

Komentarze (11)
Styropianowe refleksje

Głupota niestety nie jest chorobą. A szkoda, bo gdyby była, można byłoby próbować ją leczyć. Albo chociaż mieć nadzieję, że ktoś kiedyś wynajdzie na nią lekarstwo. A tak zostaje jedynie pogodzić się z faktami. Mój znajomy mawia, że gdyby głupota miała skrzydła i mogła latać - mało kto pozostałby na ziemi. Coś w tym jest.

Panowie z firmy ocieplającej budynek - mimo wcześniejszych namiętnych zapewnień, że już nie będą tego robić - wciąż torturują nas od najwcześniejszych godzin rannych. Dochodzę do wniosku, że lubią urozmaicenia w pracy w postaci telefonów mieszkańców. Na pewno lubią też dni zaprawione nutką ryzyka, kiedy to mój sąsiad odgraża się im, że jak jeszcze raz obudzą mu dziecko to...

Na szczęście przemili panowie mniej klną. Czasem jeszcze wymknie się któremuś jakieś wulgarne słówko, ale częściej pod nosem niż na cały głos. Chociaż tyle dobrego. Ze złych rzeczy doszedł sypiący się do mieszkania styropian. Wszędzie go pełno, nie nadążam sprzątać. To efekt otwartego na chwilę okna. Potrzebowałam świeżego powietrza, dlatego zdecydowałam się na ten krok. Teraz czeka mnie porządne sprzątanie. Ale warto było ;).

Styropian sprzyja refleksjom. Ocieplamy domy, żeby nie marznąć zimą. Żeby mieszkało się przytulnie i przyjemnie. Żeby uniknąć dodatkowych kosztów. Pomyślałam sobie, że w życiu jest tak samo. Każdy z nas jest jak ten budynek, który przetrwa bez ocieplania. Ale nie będzie się już mieszkało tak dobrze. Pojawi się wilgoć, a koszty ogrzewania będą znacznie wyższe. Tak samo jest z nami, ludźmi. Potrafimy trwać bez miłości. Ale bez niej gorzkniejemy. Wyzbywamy się pewnej radości. Brak nam pewnego rodzaju ciepła. Szukamy więc miłości, by ocieplić nasze życie. By żyło się przyjemniej, bezpieczniej, przytulniej. Żeby było się do kogo przytulić, żeby było się do kogo uśmiechać. Miłość jest trochę jak styropian :). Otula nas i ociepla nasze życie. Sprawia, że staje się ono lżejsze i łatwiejsze. Bo każdy bagaż niesiony we dwoje wydaje się lżejszy, a każda troska dzielona na pół wydaje się mniejsza.

Można przetrwać bez miłości. Lecz czy można bez niej żyć? Czy można żyć ze świadomością, że nikomu na nas nie zależy? To chyba byłoby bardzo trudne. Ale jest tu pewien błąd. Nigdy w życiu nie dzieje się tak, że jesteśmy obojętni całemu światu. "Zawsze gdzieś czeka ktoś" jak mówi piosenka Anny Jantar. Nawet kiedy wydaje nam się, że wszyscy nas nienawidzą, że wszyscy nas opuścili - nie jest tak. Bardzo często przypisujemy ludziom błędne intencje. Bywa, że w złości mówimy sobie różne przykre rzeczy. Ale wcale nie muszą być one prawdziwe. Dlatego nigdy nie wolno ulegać czarnym myślom.

Człowiek to istota, która mimo całej swojej przekory nie potrafi żyć bez miłości. Potrzebuje jej by w pełni ukształtować swój system wartości. Każdy potrzebuje kochać i być kochanym. Dawać miłość i dostawać ją od drugiej osoby. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic dziwnego. Nie wolno nam czuć się słabszymi dlatego, że tęsknimy za miłością. Nie jesteśmy gorsi dlatego, że potrzebujemy miłości. Miłość nie czyni człowieka słabszym, lecz silniejszym.

Bywa, że wstydzimy się przyznać do potrzeby miłości. A przecież jest ona zupełnie naturalna. Ludzka. Wszyscy chcą kochać i być kochani. Nie wstydźmy się tego. Pozwólmy sobie na miłość. Pozwólmy sobie na ludzkie odruchy, żeby nasz świat nie stał się krainą pełną marionetek i maszyn wyzutych z uczuć. Jesteśmy ludźmi - bądźmy ludzcy. Nie wstydźmy się kochać.

Tyle tytułem styropianowych rozważań :). Miłego dnia!

Komentarze (5)
Zamiast budzika - przekleństwo na dzień dobry

Od tygodnia nie potrzebuję budzika. Panowie z firmy ocieplającej budynek robią za koguta. Na domiar złego najgłośniejsze prace wykonują CODZIENNIE między szóstą a ósmą rano. W sam raz dla kogoś kto pracuje na drugą zmianę lub wraca z nocy. Pora idealna!

Ten wpis miałam ochotę popełnić dzisiaj o siódmej rano, kiedy przeuroczy pan próbował wybić mi dziurę w ścianie, robiąc przy tym możliwie jak najwięcej hałasu - ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Ilość wulgaryzmów, którą mógłby potencjalnie ów wpis zawierać nie przeszłaby żadnej cenzury. Ach właśnie. Okazało się, że ja też potrafię przeklinać! Cóż, od tygodnia za oknem mam ekspertów w tej dziedzinie - zdążyłam się doszkolić. Słowo na K - jak się okazało - można stosować nie tylko jako przecinek, ale także jako kropkę i cudzysłów. Bywa ono również przydatnym zamiennikiem na wszelkiego rodzaju inne słowa, których akurat w pamięci brak. Znakomicie zastępuje "cześć", "dzień dobry", "nie wiem" i wiele innych zwrotów. Jest niezastąpione gdy woła się kolegę po fachu, szuka młotka, szpadla czy innych rzeczy. I to wszystko moi drodzy o godzinie siódmej rano.

Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że panowie wykonują swoją pracę. Ale powinni też liczyć się z tym, że w budynku mieszkają inni ludzie. I nie każdy ma do pracy na rano. Niektórzy wracają z nocy lub idą na drugą zmianę - i chcieliby odrobiny spokoju. Zwłaszcza, że od tygodnia schemat jest ten sam. Panowie hałasują ile się da między szóstą a ósmą, potem cichną, około dziesiątej znikają z pola widzenia i słyszenia. I przez cały dzień jest już cichuteńko. No to niech mi ktoś powie, dlaczego nie mogą hałasować od dziewiątej, a tych cichych prac wykonywać rano?! Okazało się, że mogą - ale nie pomyśleli. A delikatnie zwracana wcześniej uwaga skutkowała wyjątkową złośliwością i nasileniem hałasu w godzinach porannych. Trzeba było sięgnąć po inne środki.

Kwestia szeroko pojętej łaciny zaintrygowała mnie już wcześniej. Od tygodnia bowiem na dzień dobry nie słyszę nic innego tylko głośne K****. Pod samym oknem! Okno pozostaje od tygodnia zamknięte, co w żaden sposób nie umniejsza dokuczliwości tego zjawiska. Na szczęście nie mam dzieci. Na szczęście - bo gdybym miała to bym komuś ręcznie wytłumaczyła, żeby się hamował ze swoją znajomością łaciny i nieujarzmionym językiem. Tu mieszkają ludzie! Ludzie, którzy pracują i to naprawdę w różnych godzinach. I trzeba umieć się dostosować i to uszanować. Nie życzę sobie przekleństw wykrzykiwanych od samego rana pod oknami - takie doznania są mi zupełnie niepotrzebne. A jeszcze mniej dzieciom sąsiadów, które tylko nasłuchują a potem chodzą i powtarzają jak echo. Czy naprawdę doszło już do tego, że każdy robi swoje byle zrobić - i serdecznie gdzieś ma pozostałych? Czy to może tylko kwestia zastanowienia się i pomyślenia? Przecież wystawiają opinię nie tylko sobie, ale pewnej grupie społecznej, a wierzę, że nie wszyscy są tacy. Dlatego póki co pretensja tylko do tych za moimi oknami.

Zniosłam cierpliwie skuwanie płytek, wiercenie i nawet zdania, w których czasem NIE trafiło się przekleństwo. Ale tego walenia młotkiem dziś rano już nie zniosłam. Zwłaszcza, że całkiem niedawno się położyłam. Nie może być tak, że cały dzień jest błoga cisza i nikogo nie ma (a powinni być), a jak przychodzi szósta rano to robi się wielki hałas, K**** sypie się jedno po drugim i nikt się nawet nie próbuje zachowywać cicho. Już pomijam to wieczne zaglądanie do okien, przez które rolety są stale zaciągnięte.

Tak więc dzisiejszy dzień sponsoruje słowo "DOŚĆ!" i ból głowy. Mimo to życzę Wam miłego dnia ;)

Komentarze (6)
Dom jak skarbonka

Przeprowadzona, posprzątana i urządzona. Tak mogę o sobie dzisiaj powiedzieć. Mimo, że od przeprowadzki minęły dwa tygodnie, życie dopiero teraz nabrało normalnego rozmiaru i tempa. Do tej pory ciągle musiałam po coś jeździć, tego brakowało, tamtego nie było, coś jeszcze by się przydało. Okazało się, że znalezienie lokum i przewiezienie rzeczy było najmniejszym problemem. Rozpakowanie ich także. Prawdziwym problemem okazały się częściowe braki w wyposażeniu, bo czegoś nie zabrałam, bo myślałam, że się nie przyda - a byłoby jak znalazł. Nauczka na przyszłość :). Podczas kolejnej przeprowadzki (w razie czego) będę już mądrzejsza.

Swoją drogą urządzenie całego domu musi być nie lada wyzwaniem. Pomysł to nie wszystko. Potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Nawet jeśli niektóre rzeczy są tańsze, na innych producent zarobi podwójnie. Jeśli jeszcze ktoś ma w tym kierunku zdolności i może sobie sam przygotować lub zrobić wiele rzeczy - to super. Potrzebny będzie czas i materiały. Ale jak ktoś kupuje tzw. gotowce - to trzeba się przygotować na to, że kieszeń będzie pusta i pusta. Dom czy mieszkanie to jedna wielka skarbonka. Nawet już urządzone często potrzebuje żeby co jakiś czas wrzucić w nie trochę kasy, coś dokupić, odświeżyć, zmienić...  Czasem zastanawiam się po co nam to? Mieszkając w Indiach widziałam domy z minimum sprzętów, surowo urządzone, aczkolwiek niezbędne rzeczy były. I ludziom dobrze się tak żyje. Nie przywiązują wagi do tego jak mieszkają, tylko z kim. Miałam wrażenie, że są o niebo szczęśliwsi od nas. A u nas? Sąsiad robi remont - to my też, przecież nie będziemy gorsi! Kuzyn kupił nowe meble, no to my też, czemu mamy mieć gorzej? Zaciągamy kredyty, bierzemy pożyczki i spłacamy je potem latami, tylko po to, żeby nie mieć gorszego samochodu niż kolega z pracy. A czy to naprawdę jest konieczne? Czy to co mamy naprawdę świadczy o tym, jakimi ludźmi jesteśmy? Nie wydaje mi się. Czy naprawdę opinia zawistnych ludzi jest dla nas taka ważna, żeby pakować się w długi? Uważam, że nie. Ale wielu z nas najwyraźniej nie dorosło jeszcze do tego, by ustawić właściwą kolejność priorytetów i wprowadzić ją w życie. Bo mieć moi drodzy nie zawsze oznacza być. Za to być zawsze oznacza mieć - niekoniecznie materialnie, ale na pewno duchowo!

Komentarze (3)
Rzecz o podbródkach czyli nie tuczmy dzieci!

Czy to normalne, pytam się, żeby dziecko miało drugi podbródek? A czasem trzeci i czwarty? Nienormalne (poza sytuacjami, kiedy wynika to z przyczyn chorobowych). A niestety spotykane coraz częściej. Zauważyłam niezdrową tendencję "tuczenia" dzieci, zarówno wśród znajomych jak i w tłumie zupełnie obcych ludzi. Rodzic czuje się w porządku, bo dziecko zjadło, więc głodne nie chodzi, nieważne jakimi środkami szanowny rodzic to osiągnął. Tymczasem nóżki i rączki dziecięcia coraz bardziej przypominają tłuste serdelki. A wszystkiemu winnych jest kilka czynników.

Po pierwsze wszechobecne fast foody. Choćby sytuacja z wczoraj. Mama, bardzo szczupła osoba, wręcz wychudzona, zamówiła dla siebie dietetyczną colę. Dzieci natomiast nakarmiła pizzą - w ilości przekraczającej możliwości dorosłego mężczyzny. Widać było, że taka sytuacja powtarza się dość często, ponieważ dzieci były już zdrowo utuczone i przypominały przedstawicieli społeczeństwa amerykańskiego. Czy ta mama zastanowiła się jaką krzywdę robi dzieciom? Nie sądzę. Wyglądała na zachwyconą faktem, że jej dzieci mają taki dobry apetyt. Cechowała ją najwyraźniej straszna krótkowzroczność, bo nie pomyślała o tym, że obie dziewczynki będą miały nieprzyjemności w szkole, a w przyszłości czekają je lata poświęcone dietom odchudzającym. A jest jeszcze aspekt zdrowotny - obciążone stawy i kości będą się deformować, bo dziecko nadal rośnie, plus inne konsekwencje takiego obżarstwa. Pomijam już kwestię psychiki i niskiej samooceny.

Fast foody stały się tak popularne, że w menu niektórych rodzin goszczą znacznie częściej niż normalne posiłki. Wystarczy pójść, kupić i zjeść - nie trzeba robić zakupów, gotować, zmywać... Prawda, że proste? Oszczędzamy tyle czasu! A czas to obecnie towar deficytowy. Dla kobiety, która pracuje na dwóch etatach i dla mężczyzny, który gotować nie potrafi, fast foody są istnym wybawieniem! Niestety, ma to swoje konsekwencje.

Inna rzecz, że zbyt często traktujemy fast foody jak nagrodę. Dziecko dostanie piątkę z klasówki - idziemy na pizzę, przeczyta książkę - dostaje Happy Meal z zabawką w środku. Fast foody przydatne są również wtedy kiedy dziecko jeść nie chce - normalnego obiadu oczywiście, natomiast frytki wciąga chętnie. Cóż, niekiedy wydaje nam się, że nie jest ważne co dziecko spożywa, byleby jadło. Tymczasem to, co nasze dziecko pochłania, przekłada się na jego rozwój, a więc rodzaj pożywienia jest bardzo istotny.

Ale fast foody to tylko jeden problem. Drugim jest brak ruchu. Gry w klasy, w gumę, w berka - już dawno odeszły w zapomnienie. Teraz najlepsze gry to te komputerowe, które nie wymagają wychodzenia z domu ani nawet z pokoju, a jedyny ruch i rozwój jaki warunkują, to ręki która naciska klawisze myszy lub klawiatury. Rodzic się cieszy, bo może trochę odetchnąć, pociecha ma zajęcie, jest w domu, czyli bezpieczna. Czyżby? A czy rodzic wie, z kim jego dziecko rozmawia przez internet? Czy wie w jakie gry grywa? Czy wie jakie filmiki ogląda? Zwykle nie. Współcześnie dzieci nie doceniają gry w piłkę ani sportów jako takich. A rodzice z braku czasu też nie zabierają ich na piesze wycieczki, nie wychodzą z nimi na dwór. Kiedyś znakomitym prezentem był rower. Dzisiaj rower to przeżytek. Liczy się tylko komputer... Tak więc dziecko prowadzi bierny tryb życia, jest słabsze fizycznie, co za tym idzie często choruje. Jeśli dodać do tego posiłki spożywane przed telewizorem lub komputerem - nadwaga gwarantowana. Tradycja wspólnego spożywania posiłków, całą rodziną, upadła. Nikt nie ma na to siły ani ochoty. Tata po przyjściu z pracy czyta gazetę, dziecko zamyka się w swoim pokoju z grą komputerową, a mama biega po całym domu i stara się wszystkim dogodzić. Chyba jako jedyna zażywa naprawdę dużo ruchu i nie ma czasu normalnie zjeść.

Nasze dzieci tuczą też często dziadkowie, którym dziecko w każdym wieku wydaje się zawsze za chude, za małe. Podrzucają więc wnuczkom słodycze, w nadziei, że to pomoże dziecku lepiej się rozwijać. Ostatnio słyszałam o przypadku, kiedy dwunastolatce trzeba było usunąć trzy stałe zęby, ponieważ były tak zepsute, że nie nadawały się do leczenia!

Modne stało się również dawanie dzieciom pieniążków, zamiast robienia kanapek do szkoły. Dajemy dziecku na tzw. bułkę, ale gwarantuję Wam, że dziecko nie kupi tej bułki tylko jakiś batonik, wafelek, cukierek lub gumę do żucia. Tak już jest.

Podsumowując, nawyki żywieniowe naszych dzieci są konsekwencją naszych własnych postaw i zachowań. Jeśli my nie zadbamy o prawidłowe odżywianie się potomka, możemy być pewni, że on też nie zadba. W końcu od tego ma rodziców :). Nie tuczmy naszych dzieci, nie wmuszajmy w nie posiłków na siłę. Przecież i nam zwyczajnie zdarza się, że nie jesteśmy głodni. Zamiast wpychać w dziecko porcję jedzenia, zastanówmy się gdzie leży przyczyna kiepskiego apetytu. Może są to bóle brzucha? A może zwyczajnie przekarmiamy pociechę? Kontrolujmy wagę naszych dzieci i konfrontujmy ją z tym co mówią lekarze. Pizza może być miłym urozmaiceniem posiłków raz na jakiś czas, ale nie faszerujmy nią dzieci codziennie. Jedno społeczeństwo Amerykanów nam wystarczy. Wzbogacajmy dietę naszych dzieci w świeże warzywa i owoce, pamiętajmy o jogurtach i mleku, ale nie przesadzajmy z pustymi kaloriami. Sami chcielibyśmy ich uniknąć, dlaczego więc karmimy nimi nasze dzieci? Umiar jest potrzebny we wszystkim. Podbródek to taka część ciała, której pojedynczy egzemplarz w zupełności wystarczy nam na całe życie. A już na pewno naszym dzieciom. Nie tuczmy ich więc. Pozwólmy im się zdrowo rozwijać.

Komentarze (5)
Przed przeprowadzką - refleksyjnie

W moim życiu wszystko stanęło teraz na głowie. Jedną nogą jestem już w innym mieście, muszę zorganizować przeprowadzkę i jak patrzę na ilość rzeczy, które KONIECZNIE muszę ze sobą zabrać, to zastanawiam się, jak dałam radę w Indiach. Całe życie w jednej średniej walizce i jakoś zdawało egzamin. No tak, ale ciągle narzekałam, że nie mam swojego miejsca, że przydałaby się taka czy inna książka, że gdybym była u siebie, to miałabym to czy tamto pod ręką. Teraz będzie inaczej. Okazało się, że jednak się starzeję i potrzebuję trochę stabilizacji. I ruchu w bardziej pożytecznym wydaniu. Już nie tyle podróżowania, co zdobywania wiedzy, rozwijania swoich umiejętności, podnoszenia kwalifikacji, pomagania innym.

Energia mnie rozsadza. Czasem myślę, że pod tym względem byłby to idealny czas na potomstwo. Ale potem tłumaczę sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dopnę kilka spraw. Że na to przyjdzie czas - wkrótce. Tylko nikt nie umie powiedzieć, kiedy to "wkrótce" nadejdzie, ani kiedy będzie ten "właściwy" czas. Obecnie często odkładamy macierzyństwo "na później". Najpierw kariera i samorealizacja, najpierw zabezpieczenie finansowe, stabilizacja, potem dzieci. A przecież tyle matek codziennie udowadnia, że można sobie poradzić także z dziećmi. Że można to godzić - tylko jakim kosztem? Myślę, że nie ma na to reguły. Dla każdej kobiety przychodzi inny czas, toteż wypowiedzi typu "w Twoim wieku powinnaś mieć już trójkę dzieci" po prostu mnie irytują. Nie muszę powielać czyichś zachowań. Z drugiej strony nie chciałabym odkładać tego na ostatni dzwonek.

Życie tak szybko mija! Jeszcze wczoraj bawiłam się w piaskownicy, łaziłam po drzewach, rozbiłam kolano spadając z roweru - a dzisiaj zastanawiam się jakie będzie moje dziecko... Zegar biologiczny tyka i przypomina o prawach natury. Cóż... Na najbliższe trzy miesiące zaplanowałam sobie tyle zajęć, że i tak nie będę miała siły myśleć o uciekającym czasie. Zapomniałam uwzględnić w kalendarzu dni wolne, toteż praktycznie ich nie będzie. Pracoholizm, na szczęście tylko tymczasowy. Z doświadczenia wiem, że jak dokładam sobie tyle obowiązków, to znaczy, że chcę o czymś zapomnieć. Coś mnie uwiera. Niestety, nie wiem co i niech tak na razie pozostanie. Wkrótce samo wyjdzie i wtedy będę się z tym zmagać.

Od przyszłego miesiąca zaczynam nowy rozdział życia. Na pewno nie będzie łatwiejszy, ale może barwniejszy? Po prostu inny, ciekawszy. I nie mogę się już doczekać :). Z czasem może być różnie, toteż nie obiecuję pojawiać się częściej, ale co jakąś chwilę zdam Wam relację z tego co się dzieje. Jak uporządkuję wszystkie sprawy, będzie szansa na to, że wrócę do starych nałogów ;), będę częściej odwiedzać Wasze blogi i swój też. Tymczasem miłego dnia życzę :) I pamiętajcie o uśmiechu - bo to uniwersalny klucz do serca każdego człowieka ;)

Komentarze (18)
(Nie)uczciwa konkurencja w XXI wieku

Powiedzenie "Niech wygra najlepszy" nie ma racji bytu w XXI wieku. Nadal istnieje współzawodnictwo i konkurencja, jednak ich sens i idea zostały całkowicie wypaczone. Nie chodzi już bowiem o to, by pokazać się z jak najlepszej strony, tylko o to, by w jak najgorszym świetle przedstawić rywali i tym samym odwrócić uwagę od siebie.

Śmiem twierdzić, że w obecnych czasach nie ma już czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Jest tylko konkurencja nieuczciwa, zawistna, w której zamiast przestrzegania reguł istnieje tendencja do ich nadmiernego łamania. Krótko mówiąc chodzi o to, by jak najbardziej zaszkodzić rywalom i wybielić siebie. Ten, kto stara się grać fair, z pewnością nie dotrze na szczyt.

Na szczęście los bywa sprawiedliwy. Podam przykład lokalny. Mamy tu przewoźnika, firma znana od lat. Dawno temu uzyskała pozwolenie na przewóz ludzi, choć w tamtych czasach wcale nie było to łatwe. Był także drugi przewoźnik ale nigdy nie działał z takim rozmachem. W każdym razie przewoźnik numer 1 zyskał zaufanie i uznanie tutejszych mieszkańców.

Fortuna kołem się toczy, czasy się zmieniają - do tego stopnia, że obecnie pozwolenie na przewóz osób może tu uzyskać praktycznie każdy. Toteż powstało nagle kilka konkurencyjnych firm. Właściciele ich byli na tyle sprytni, że postanowili zaszkodzić konkurencji. Poustawiali godziny odjazdów na 10 minut przed odjazdami starego przewoźnika, sądząc iż to pozwoli im pozyskać klientów. Zagranie poniżej pasa, ale nikt z mieszkańców lojalki ze starą firmą nie podpisywał. Każdy wybierał takie godziny, które mu pasowały. Jednakże nowy przewoźnik okazał się mało rzetelny. Mimo, że na rozkładzie figurowało (i wciąż figuruje) dwa razy więcej połączeń niż stary przewoźnik kiedykolwiek oferował, szybko okazało się, że kursy te istnieją tylko na papierze, w rzeczywistości zaś po prostu ich nie ma. Ileż to razy ludzie podirytowani wracali do domu, ponieważ ich podróż nie doszła do skutku!

Obecnie nikt już nie traktuje poważnie konkurencji, nikt bowiem nie lubi być wystawiany do wiatru. Nowy przewoźnik stracił zaufanie zanim je uzyskał. Stracił także wielu klientów przez swoją nieuczciwość. Jeśli bowiem kurs został uwzględniony w rozkładzie - powinien się odbyć, bez względu na to, czy pasażerem będzie jedna osoba czy trzydzieści.

Sprawdza się stare porzekadło: kto pod kim dołki kopie, ten  sam w nie wpada :). Nie zmienia to jednak faktu, że idea rywalizacji została wypaczona. Każdy chce wygrywać, każdy powtarza "niech wygra najlepszy". Pytanie tylko: w czym? W grze, czy też w obrażaniu i poniżaniu przeciwnika? Duch rywalizacji w XXI wieku zionie agresją, złośliwością i podstępnością. Nie ma czegoś takiego jak czysta, uczciwa gra. Nie ma czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Liczy się tylko wygrana - nieważne jakim kosztem.

W pracy - wyścig szczurów. Wygrywa nie ten, kto osiąga najlepsze wyniki, lecz ten, kto wyeliminuje konkurencję. Kradzież pomysłów i złośliwe plotki rujnujące komuś karierę są na porządku dziennym. Chcesz pomóc sobie - musisz zaszkodzić rywalom. Dozwolone jest wszystko, począwszy od donosicielstwa, a na niesłusznym szkalowaniu czyjegoś imienia kończąc, Liczy się efekt: po trupach do celu.

W XXI wieku konkurencja nie zna litości. Jest bezwzględna i pozbawiona skrupułów. Wygrywa ten, kto zdyskredytuje przeciwnika. Czy to oznacza, że jest to osoba najlepsza i godna zaufania? Moim zdaniem nie można ufać komuś, kto nie zna pojęcia uczciwości. Nie można ufać komuś, kto wygrywa nie ciężką pracą, tylko podstępem.

Czy właśnie tego musimy uczyć nasze dzieci - jak rozpychać się łokciami i dążyć do celu za wszelką cenę? Czy właściwe postawy nie mają już racji bytu? Czy uczciwość to przeżytek?

Komentarze (7)
Dziękuję Mamo

Zainspirowana jednym z wpisów, a właściwie dwoma, które pojawiły się na "naszym" blogowisku, postanowiłam dodać coś od siebie. Inspirujące teksty odczytałam wczoraj rano, po czym panowie elektrycy odebrali mi możliwość napisania własnego, czy chociażby skomentowania przeczytanych. Odcięli zasilanie a co za tym idzie także i internet. Kiedy wreszcie energię elektryczną łaskawie mi oddano, okazało się, że nie mam już czasu i muszę udać się w kolejną podróż, co pozbawiło mnie możliwości pisania na kilkanaście kolejnych godzin. Cóż, tak teraz wygląda moje życie. Nieustannie w drodze, nieregularne posiłki, wszystkie sprawy załatwiane "na telefon", a dostęp do internetu raz jest, raz nie. Przynajmniej skończyły się moje problemy z zasypianiem. Śpię wszędzie i w każdych warunkach. Nie przeszkadza mi hałas, zmęczenie, ludzie kłócący się za ścianą - nie przeszkadza mi nic. Kiedy tylko mam możliwość, zamykam oczy i śnię. Poza tym wszędzie jest mnie pełno i działam na wysokich obrotach. Uwielbiam to! Choć przyznaję, ma to także swoje złe strony, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie dotarłam i jestem :). A teraz do rzeczy.

Sprawa dotyczy złego macierzyństwa.

Moje drogie dziewczyny! Z definicji wynika, że kobieta, która dziecko urodziła - jest matką. Ale matką jest także osoba, która to dziecko wychowuje, poświęca mu swój czas i siebie. To powinna być właściwa definicja słowa matka. Nie bądźcie dla siebie takie surowe i niesprawiedliwe. Złe matki to te, które porzucają swoje dzieci na śmietniku, topią je w stawach lub zakopują w ogródku, to te, które znęcają się nad dzieckiem fizycznie i psychicznie. Złe matki to te, których nie obchodzi los ich dziecka ani jego dobro. Złe matki to te, które świadomie wyrządzają dziecku krzywdę. Ale ta kobieta, która pragnie dla dziecka jak najlepiej - na pewno nie jest złą matką. Nie jest złą matką ta, która chcąc zapewnić dziecku lepszy byt, oddaje je pod opiekę kochającym i odpowiedzialnym osobom. Podobnie jak ta, która martwi się o swoją pociechę i stara się jej zapewnić wszystko, co najlepsze. A już na pewno nie jest złą matką ta kobieta, która zastanawia się czy nie jest dla dziecka zbyt surowa lub łagodna, czy jej metody wychowawcze są właściwe, ta, która przeżywa chwile zwątpienia i załamania.

Macierzyństwo to sztuka, doskonalona z biegiem lat. Bardzo trudna, wieloletnia, w której wzloty przeplatają się z upadkami. Będąc dzieckiem uczymy się świata od podstaw. Rodzice są dla nas wzorem do naśladowania i to przez pryzmat ich postaw i zachowań odbieramy bodźce i kształtujemy nasz system wartości. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że nasi rodzice też się w tym czasie uczą - jak być dla nas wzorem, jak dawać dobry przykład, po prostu - jak być mamą i tatą. Każda nauka opiera się na popełnianiu błędów i unikaniu ich w przyszłości. Dlatego i rodzicielstwo nie jest tych błędów pozbawione. Normalne jest to, że czasem każdą matkę dopada zniechęcenie, zniecierpliwienie i czarne myśli na temat przyszłości jej dziecka i procesu wychowawczego.

Istnieją kobiety stworzone do macierzyństwa. Doskonale się w nim odnajdują, ale i one miewają gorsze dni. Są również matki godzące macierzyństwo z karierą. Często czują się winne temu, że nie dość dużo czasu spędzają z dzieckiem. Ale to nie czyni z nich złych matek. Bo obowiązkiem matki jest między innymi zapewnić dziecku byt. Między innymi, ponieważ mimo wszystko najważniejsza jest miłość. Dziecko może obejść się bez nowej gry komputerowej, ale bez matczynej miłości często wyrasta na osobę z zaburzeniami emocjonalnymi.

Macierzyństwo to nie tylko blaski. Macierzyństwo to także cienie - nieprzespane noce, zmartwienie rysujące się zmarszczkami na twarzy, łzy ocierane ukradkiem, niepokój chowany głęboko przed światem. Macierzyństwo to lata pełne niepewności, z kołaczącym się w głowie pytaniem : co z niej/niego wyrośnie?

Dobra matka to nie tylko ta (a nawet rzadko), która zawsze głaszcze dziecko po główce, cokolwiek by nie zrobiło. Dobra matka to ta, która czasem musi dać dziecku szlaban i wytłumaczyć, że źle zrobiło. To ta, która czasem musi być surowa, mimo że w głębi serce jej się kraje. Dobra matka to ta, która uczy dziecko jak odróżnić dobro od zła i jakie są konsekwencje naszych zachowań. Wreszcie dobra matka to ta, która przeżywa chwile zwątpienia i zadaje sobie pytanie: czy zrobiłam wszystko co mogłam? Czy moje dziecko będzie dobrym człowiekiem? i koronne: czy jestem dobrą matką?

Macierzyństwo to proces, którego efekty można ocenić dopiero po wielu latach. Bywa, że mimo największych wysiłków rodziców, dziecko wybiera własną drogę, inną niż ta, którą wymarzyli mu rodzice. Czasem jest to droga właściwa, czasem nie. Trzeba pamiętać, że nasze dziecko - kiedy już dorośnie - ma prawo popełniać swoje błędy, tak jak i my wcześniej. I nie da się go uchronić przed całym złem tego świata. Najważniejsze, by dać dziecku miłość i otoczyć je opieką. Najważniejsze, by dać dziecku siebie i to co w nas najlepsze. A wszystkie lata trudu i zwątpienia wynagrodzą nam pewnego dnia słowa: Dziękuję Mamo. Kocham Cię.

Komentarze (6)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |