iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Zaczęłam pić... bo warto!

Zaczęłam pić. I to na umór. Upijam się od rana do wieczora a czasem i w nocy. Już widzę niedowierzanie w oczach niektórych z Was i pełne niepokoju kręcenie głową. I słusznie. Tylko ja nie napisałam co zaczęłam pić. Nie alkohol bynajmniej (czyżbym słyszała westchnienie ulgi? ;) ), tylko najzwyklejszą na świecie wodę mineralną - niegazowaną. Też mi coś, woda, może ktoś pomyśleć, wszyscy piją wodę. Zgoda, piją, ale czy aby na pewno w jej czystej postaci? Zastanówcie się, ile razy w ciągu dnia sięgacie po wodę, a ile razy po kawę, herbatę, soki i napoje gazowane? Hmm? Domyślam się, że w większości przypadków wynik jest niekorzystny dla wody. A przecież to woda stanowi 60-70% ogólnej masy ciała.

Na początku było ciężko. Kiedy mieszkałam w Indiach, wodę pompowano we mnie na każdym kroku - restauracja, hotel, uliczne stragany - wszyscy upierali się, że powinnam pić właśnie wodę. Nie potrafili zrozumieć mojego zamiłowania do herbaty (i to bez mleka!), słabości do mleka w czystej postaci ani hektolitrów wypijanych soków. Ja z kolei nie umiałam zrozumieć ich namiętności do wody ani tego, że jest serwowana do każdego posiłku. Ale cóż, przyszedł czas, że zrozumiałam. Tylko że dopiero po powrocie do Polski :).

Sięgnęłam po wodę kilka tygodni temu (to już chyba z 1,5 miesiąca albo i więcej). Na początku delikatnie, bo musiałam się do niej przyzwyczaić. Stopniowo (w ciągu 2 tygodni) odstawiałam wszelkie inne napoje (w tym moją ulubioną herbatę!). W chwili obecnej piję tylko i wyłącznie niegazowaną wodę mineralną. Do każdego posiłku, poza posiłkami, na dzień dobry i na dobranoc. Tylko woda. Doszło do tego, że nie mogę się bez niej obyć :). Dokądkolwiek się udaję - woda idzie ze mną :).

Okazało się, że organizm szybko się przyzwyczaja :). W chwili obecnej potrafię już rozróżnić smak wody. Tak, tak, okazało się, że woda mineralna, zależnie od producenta, może smakować lub nie. Mam już nawet swoje ulubione marki :D.

A najlepsze zostawiłam na koniec. W ostatnich miesiącach mi się przytyło, dość znacznie, z uwagi na problemy zdrowotne (przejściowe). Wcale nie jadłam dużo, a kilogramów i tak przybywało. Kiedy zaczęłam pić wodę, nie wyglądało na to, że coś się zmieni. Na początku wypijałam około 2 butelek dziennie, co daje w sumie 3 litry. Nie widziałam zmian. Ale po 3 tygodniach picia wody coś drgnęło. Obecnie wypijam 3-4 butelki wody dziennie (4,5-6 litrów). W ciągu ostatniego tygodnia zauważyłam ogromną różnicę w wadze ciała. Kilogramy lecą w dół :) Wróciłam do swojego rozmiaru i mieszczę się w sukienkę, którą miałam na sobie na studniówce! :) Nie stosuję żadnej dodatkowej diety, jem to co lubię i wszystko na co mam ochotę. Z tą różnicą, że do wszystkiego piję wodę. A picie wody wymusiło kilka innych zdrowych nawyków.

Generalnie czuję się bardzo dobrze. Przede wszystkim moja skóra wygląda o niebo lepiej (mimo stosowania tych samych kosmetyków co wcześniej) - jest gładziuteńka i delikatna, zero cellulitu, nierówności. Wszelkie dolegliwości zdrowotne, które pojawiały się wcześniej - zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Nie ma problemów z gardłem, mimo że eksploatuję je tak samo a może nawet bardziej. Zniknęła chrypka, z którą borykałam się co rano. I całkiem nieźle znoszę upały. Po prostu jest dobrze :). O korzyściach można pisać w nieskończoność.

Także moje drogie, serdecznie polecam niegazowaną wodę mineralną. Gdyby istniało panaceum na wszelkie bolączki kobiety, z pewnością byłaby to woda lub coś z nią związane ;). Polecam Wam picie wody do każdego posiłku - sok, kawę czy herbatę można wypić potem. A jeśli nie możecie się zmusić - przynajmniej spróbujcie na początek wypijać szklankę wody z samego rana, zaraz po przebudzeniu. Szczególnie teraz, kiedy tak łatwo się odwodnić. Niech Was nie zniechęcają pewne niedogodności (cóż picie wody w tych ilościach wymusza pewne mechanizmy fizjologiczne), bo najtrudniejsze do zniesienia są tylko na początku. Da się z tym żyć, a w miarę jak organizm się przyzwyczaja, staje się to coraz mnie dokuczliwe. I nie musicie wypijać naraz 4 kubków wody. Wystarczy, że będziecie ją mieć pod ręką i wypijać co chwilę trochę. Mówią, że woda zdrowia doda - a ja mówię, że także i urody :) Warto!!! Rezultaty przeszły moje najśmielsze oczekiwania :)

Komentarze (7)
Rzecz o podbródkach czyli nie tuczmy dzieci!

Czy to normalne, pytam się, żeby dziecko miało drugi podbródek? A czasem trzeci i czwarty? Nienormalne (poza sytuacjami, kiedy wynika to z przyczyn chorobowych). A niestety spotykane coraz częściej. Zauważyłam niezdrową tendencję "tuczenia" dzieci, zarówno wśród znajomych jak i w tłumie zupełnie obcych ludzi. Rodzic czuje się w porządku, bo dziecko zjadło, więc głodne nie chodzi, nieważne jakimi środkami szanowny rodzic to osiągnął. Tymczasem nóżki i rączki dziecięcia coraz bardziej przypominają tłuste serdelki. A wszystkiemu winnych jest kilka czynników.

Po pierwsze wszechobecne fast foody. Choćby sytuacja z wczoraj. Mama, bardzo szczupła osoba, wręcz wychudzona, zamówiła dla siebie dietetyczną colę. Dzieci natomiast nakarmiła pizzą - w ilości przekraczającej możliwości dorosłego mężczyzny. Widać było, że taka sytuacja powtarza się dość często, ponieważ dzieci były już zdrowo utuczone i przypominały przedstawicieli społeczeństwa amerykańskiego. Czy ta mama zastanowiła się jaką krzywdę robi dzieciom? Nie sądzę. Wyglądała na zachwyconą faktem, że jej dzieci mają taki dobry apetyt. Cechowała ją najwyraźniej straszna krótkowzroczność, bo nie pomyślała o tym, że obie dziewczynki będą miały nieprzyjemności w szkole, a w przyszłości czekają je lata poświęcone dietom odchudzającym. A jest jeszcze aspekt zdrowotny - obciążone stawy i kości będą się deformować, bo dziecko nadal rośnie, plus inne konsekwencje takiego obżarstwa. Pomijam już kwestię psychiki i niskiej samooceny.

Fast foody stały się tak popularne, że w menu niektórych rodzin goszczą znacznie częściej niż normalne posiłki. Wystarczy pójść, kupić i zjeść - nie trzeba robić zakupów, gotować, zmywać... Prawda, że proste? Oszczędzamy tyle czasu! A czas to obecnie towar deficytowy. Dla kobiety, która pracuje na dwóch etatach i dla mężczyzny, który gotować nie potrafi, fast foody są istnym wybawieniem! Niestety, ma to swoje konsekwencje.

Inna rzecz, że zbyt często traktujemy fast foody jak nagrodę. Dziecko dostanie piątkę z klasówki - idziemy na pizzę, przeczyta książkę - dostaje Happy Meal z zabawką w środku. Fast foody przydatne są również wtedy kiedy dziecko jeść nie chce - normalnego obiadu oczywiście, natomiast frytki wciąga chętnie. Cóż, niekiedy wydaje nam się, że nie jest ważne co dziecko spożywa, byleby jadło. Tymczasem to, co nasze dziecko pochłania, przekłada się na jego rozwój, a więc rodzaj pożywienia jest bardzo istotny.

Ale fast foody to tylko jeden problem. Drugim jest brak ruchu. Gry w klasy, w gumę, w berka - już dawno odeszły w zapomnienie. Teraz najlepsze gry to te komputerowe, które nie wymagają wychodzenia z domu ani nawet z pokoju, a jedyny ruch i rozwój jaki warunkują, to ręki która naciska klawisze myszy lub klawiatury. Rodzic się cieszy, bo może trochę odetchnąć, pociecha ma zajęcie, jest w domu, czyli bezpieczna. Czyżby? A czy rodzic wie, z kim jego dziecko rozmawia przez internet? Czy wie w jakie gry grywa? Czy wie jakie filmiki ogląda? Zwykle nie. Współcześnie dzieci nie doceniają gry w piłkę ani sportów jako takich. A rodzice z braku czasu też nie zabierają ich na piesze wycieczki, nie wychodzą z nimi na dwór. Kiedyś znakomitym prezentem był rower. Dzisiaj rower to przeżytek. Liczy się tylko komputer... Tak więc dziecko prowadzi bierny tryb życia, jest słabsze fizycznie, co za tym idzie często choruje. Jeśli dodać do tego posiłki spożywane przed telewizorem lub komputerem - nadwaga gwarantowana. Tradycja wspólnego spożywania posiłków, całą rodziną, upadła. Nikt nie ma na to siły ani ochoty. Tata po przyjściu z pracy czyta gazetę, dziecko zamyka się w swoim pokoju z grą komputerową, a mama biega po całym domu i stara się wszystkim dogodzić. Chyba jako jedyna zażywa naprawdę dużo ruchu i nie ma czasu normalnie zjeść.

Nasze dzieci tuczą też często dziadkowie, którym dziecko w każdym wieku wydaje się zawsze za chude, za małe. Podrzucają więc wnuczkom słodycze, w nadziei, że to pomoże dziecku lepiej się rozwijać. Ostatnio słyszałam o przypadku, kiedy dwunastolatce trzeba było usunąć trzy stałe zęby, ponieważ były tak zepsute, że nie nadawały się do leczenia!

Modne stało się również dawanie dzieciom pieniążków, zamiast robienia kanapek do szkoły. Dajemy dziecku na tzw. bułkę, ale gwarantuję Wam, że dziecko nie kupi tej bułki tylko jakiś batonik, wafelek, cukierek lub gumę do żucia. Tak już jest.

Podsumowując, nawyki żywieniowe naszych dzieci są konsekwencją naszych własnych postaw i zachowań. Jeśli my nie zadbamy o prawidłowe odżywianie się potomka, możemy być pewni, że on też nie zadba. W końcu od tego ma rodziców :). Nie tuczmy naszych dzieci, nie wmuszajmy w nie posiłków na siłę. Przecież i nam zwyczajnie zdarza się, że nie jesteśmy głodni. Zamiast wpychać w dziecko porcję jedzenia, zastanówmy się gdzie leży przyczyna kiepskiego apetytu. Może są to bóle brzucha? A może zwyczajnie przekarmiamy pociechę? Kontrolujmy wagę naszych dzieci i konfrontujmy ją z tym co mówią lekarze. Pizza może być miłym urozmaiceniem posiłków raz na jakiś czas, ale nie faszerujmy nią dzieci codziennie. Jedno społeczeństwo Amerykanów nam wystarczy. Wzbogacajmy dietę naszych dzieci w świeże warzywa i owoce, pamiętajmy o jogurtach i mleku, ale nie przesadzajmy z pustymi kaloriami. Sami chcielibyśmy ich uniknąć, dlaczego więc karmimy nimi nasze dzieci? Umiar jest potrzebny we wszystkim. Podbródek to taka część ciała, której pojedynczy egzemplarz w zupełności wystarczy nam na całe życie. A już na pewno naszym dzieciom. Nie tuczmy ich więc. Pozwólmy im się zdrowo rozwijać.

Komentarze (5)
O biernym paleniu raz jeszcze

O paleniu papierosów napisano chyba już wszystko. Zwolennicy zażarcie bronią swojego prawa do palenia, przeciwnicy popadają niekiedy w skrajności i żądają zupełnego zakazu. Gdyby mogli, potopiliby wszystkich palaczy, zamknęli wszystkich producentów itd. To oczywiście zdrowa przesada, bo idąc tym tropem, to samo trzeba by zrobić z pijącymi alkohol czy kawę. A przecież (podobno) wszystko jest dla ludzi.

Jak dla mnie, każdy niech decyduje o sobie. Jeśli zna konsekwencje i następstwa palenia, a mimo to chce się truć - proszę bardzo. Tak długo, jak truje tylko siebie, mnie nic do tego. Pewnie, byłoby fajnie, gdyby ludzie nie palili. Iluż zgonów rocznie by ubyło, ilu chorób byśmy sobie zaoszczędzili! Ale to nierealne. Świat nie jest utopią, tylko padołem ziemskim, na którym sami o sobie decydujemy. Czasem chęć palenia przewyższa strach przed rakiem. U innych zaś włącza się istne lekceważenie i mechanizm obronny typu "może nie zachoruję". Nieistotne. Nie obchodzi mnie czy ktoś pali tak długo, jak truje tylko siebie.

Niestety, u niektórych palaczy pojawiają się także stany skrajnych zachowań. Albo nie wierzą w szkodliwość palenia (czyżby mechanizm zaprzeczania?), albo nic ich to nie obchodzi, do tego stopnia, że szkodzą także innym. To już czysty egoizm. Palacze uzurpujący sobie prawo do palenia wszędzie i przy wszystkich są po prostu egoistami. Bo normą jest niepalenie, a nie nałóg.

Żeby nie odgrzebywać odwiecznego konfliktu między palącymi i niepalącymi, powiem krótko: każde publiczne miejsce powinno mieć wyznaczone miejsca dla palących i niepalących.  Podobnie powinno być na przystankach i w klubach. A do tych ostatnich czasem aż strach wejść. Kłęby dymu otaczają wchodzących już na wejściu. Wystarczy dziesięć minut w zadymionym pomieszczeniu, żeby dymem przesiąkły nasze włosy, skóra i ubranie. To ostatnie nadaje się potem już tylko do prania. Ktoś może powiedzieć, że jest proste rozwiązanie. Nie chodzić w takie miejsca. Ale w takim razie od razu powiedzmy sobie, że kluby to miejsca tylko dla osób palących. A powinny być dla wszystkich! Załóżmy jednak, że będziemy takich miejsc unikać. Nie będziemy wychodzić na piwo, ani na koncerty w klubach. Pytanie brzmi co mają zrobić osoby niepalące, które w takich klubach pracują? One nie mogą uniknąć kontaktu z dymem z racji swojego zatrudnienia. Czy ktoś płaci im szkodliwe? Czy ktoś w ogóle zwraca na to uwagę?  Czy są jakieś przepisy regulujące tę kwestię?
Jeśli ktoś potrafi udzielić odpowiedzi - chętnie poczytam.

Palenie szkodzi - i jest to niezaprzeczalny fakt, a nie przypuszczenie. Bierne palenie szkodzi nawet bardziej niż czynne. Więc taka mała prośba - palaczu, nie truj. To Twoja indywidualna decyzja czy chcesz sobie szkodzić czy nie. Twój wybór. Miej jednak na uwadze, że są w Twoim otoczeniu osoby, które nie palą i którym Twoje palenie nie tylko przeszkadza, ale i szkodzi. Miej na uwadze, że niektórzy mogą mieć alergię na dym papierosowy. Miej na uwadze, że paląc w czyimś towarzystwie być może przyczyniasz się do rozwoju niebezpiecznej (może śmiertelnej) choroby u tej osoby. Weź pod uwagę, że swoim paleniem możesz zaszkodzić zarówno osobie dorosłej jak i dziecku. Składniki dymu papierosowego osadzają się na ścianach pomieszczeń. Dlatego jeśli w domu mieszkają dzieci lub osoby niepalące - nie pal w mieszkaniu, wyjdź na balkon.

Zanim zapalisz następnego papierosa w miejscu publicznym lub w czyimś towarzystwie - zastanów się choć przez chwilę, czy chcesz się przyczynić do czyjegoś nieszczęścia lub choroby.

A tu, z tego miejsca, pragnę podziękować wszystkim tym, którzy palą papierosy, ale rozsądnie, nie szkodząc innym. Dziękuję za to, że szanujecie prawo do zdrowia innych osób.

Komentarze (8)
Badanie cytologiczne = szansa

Przychodnia zdrowia. Na drzwiach jednego z  gabinetów pojawił się całkiem niedawno napis. Napis ów informuje, że Badanie cytologiczne w celach profilaktycznych wedle zaleceń NFZ wykonywane jest raz na 3 lata. Każde dodatkowe badanie cytologiczne wykonane w okresie danych 3 lat będzie płatne - 20 zł.

Niby żadna nowość. Od jakiegoś czasu o niczym innym się nie mówi (politykę pomijam), tylko o przepisach i zaleceniach NFZ. A temat profilaktycznych badań cytologicznych gości na łamach wielu artykułów. Mimo to wciąż mam kilka pytań, na które nikt nie potrafi udzielić  jednoznacznej odpowiedzi.

Badanie profilaktyczne raz na trzy lata - określono to na podstawie statystyk, wedle których rak szyjki macicy rozwija się od 3 do 10 lat,na podłożu przedrakowym. PRZECIĘTNIE. Wiemy jednak, że każdy organizm jest inny, zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Rak może rozwijać się szybciej lub wolniej, we właściwym sobie tempie, co uzależnione jest od wielu czynników występujących indywidualnie u każdej pacjentki. Ta sama choroba u dwóch kobiet może dawać odmienny zespół objawów.

Zanim rozwinie się sam rak, zwykle występują zmiany przedrakowe, które często nie dają żadnych objawów. Dlatego badanie cytologiczne jest tak ważne. Pozwala wykryć pierwsze zmiany nowotworowe komórek lub raka szyjki macicy we wczesnym jego stadium. Dlaczego to takie istotne? Bo wcześnie wykryty rak zwiększa szanse na przeżycie i wyleczenie. Im później zostanie odkryty, tym bardziej nasze szanse maleją...

Czytając niektóre wypowiedzi na forum pod artykułami dotyczącymi cytologii - zaczynam się dziwić temu, jak małe znaczenie kobiety przypisują temu badaniu, jak podważają jego istotę i przekreślają działania profilaktyczne. Jak często nie zdają sobie sprawy z tego, że właśnie TO badanie może uratować im życie! Czy tak mało cenimy swoje zdrowie? Czy naprawdę nam na nim nie zależy? Ależ zależy! Bo znalazłam także szereg mądrych i rozsądnych wypowiedzi.

Pomijam kwestię uczynienia badania cytologicznego obowiązkowym. Każdy ma na ten temat własne zdanie. Uważam, że żaden obowiązek nic nie zmieni dopóki kobiety nie będą świadome istoty tego badania i dopóki same nie zechcą się badać.

W dzisiejszych czasach rak nie zawsze jest wyrokiem śmierci.  Współczesna medycyna daje nam szansę. I szkoda byłoby tą szansę zmarnować. Dlatego naprawdę nie rozumiem jak można napisać, że badanie cytologiczne jest zbędne, niepotrzebne. Nie rozumiem jak można napisać, że ktoś woli nie wiedzieć, że ma raka. Bo wiedza daje nam szansę - niewiedza jest wyrokiem śmierci bez odwołania.

Mam jednak pytanie. Co ma zrobić kobieta, której zalecono robienie PROFILAKTYCZNEGO badania cytologicznego CO NAJMNIEJ raz do roku? Zalecenie wychodzi od lekarza, jednak badanie wciąż pozostaje badaniem profilaktycznym. Czy to oznacza, że NFZ płaci tylko za jedno badanie, a koszta pozostałych dwóch (i więcej) musi pokryć pacjentka? Czy działania profilaktyczne NFZu nie uwzględniają jednostkowych przypadków i sytuacji wyjątkowych?

Komentarze (15)
Wampirze szpitale

Ostatni tydzień spędziłam w szpitalu. Na szczęście nie jako pacjentka, lecz odwiedzający. Widocznie szpital w najbliższym czasie jest mi po prostu pisany, w taki czy inny sposób...

Szpitale mają charakterystyczną aurę. Pisałam już kiedyś o wampirach energetycznych wśród ludzi (Wampir czy dawca - kim jesteś?). Istnieją także miejsca wysysające z nas całą energię. Do takich miejsc należą również szpitale.

Ilekroć przekraczam próg takiego przybytku - "coś" zaczyna się ze mną dziać. Wchodzę pełna uśmiechu, pogody ducha, radości  i siły - bo niosę ze sobą zapewnienie, że wszystko będzie dobrze. Bo muszę być silna dla chorego, którego odwiedzam. Bo muszę wierzyć, że wszystko się ułoży, że to przejściowe. Ale w miarę jak upływa czas, jestem coraz słabsza. Kiedy po kilku godzinach opuszczam szpital czuję się jak wrak człowieka - zmęczona, rozdrażniona, zupełnie pozbawiona siły... Wtedy marzę tylko o tym, by położyć się i spać. Mam za sobą cały  tydzień takich wzlotów i upadków energetycznych. Na szczęście - to już za mną.

Dlaczego szpitale wysysają z nas pozytywną energię?

Niektórzy twierdzą, że stan zdrowia lub choroby to nic innego jak stan energii w naszym organizmie. Jesteśmy zdrowi, gdy w naszym ciele panuje równowaga energetyczna, a przepływ energii w żaden sposób nie jest zakłócony. Jeśli jednak energia ucieka lub jej obieg jest silnie zakłócony - chorujemy. A czym jest choroba jeśli nie zakłóceniem pewnej równowagi panującej w organizmie? Zakładam, że aby wyzdrowieć należy uzupełnić braki energii. I tu pojawia się problem - bo najszybciej zdobywamy ją poprzez zabieranie jej innym.

Szpitale pełne są chorych ludzi. To miejsca, w których stale występuje deficyt energii, dlatego też ta ostatnia jest wręcz wysysana  z każdego zdrowego człowieka, który zechce ją oddawać. Niestety, ja zwykle jestem dawcą. Oddaję energię bardzo łatwo i zupełnie nieświadomie. Dlatego jedna wizyta w szpitalu pozbawia mnie energii na całe popołudnie. Tydzień takich odwiedzin sprawia, że sama zaczynam czuć się chora...

Dziś regeneruję siły. Jeszcze dwa dni wcześniej sugerowano mi wizytę u lekarza. Okazała się zbędna. Wystarczył odpoczynek - z daleka od szpitala, we własnym łóżku. Jestem jak nowo narodzona :).

Czy wierzę w to wszystko? Hmm... Wierzę w równowagę i jej decydujący wpływ na każdy żywy element, od komórki począwszy, a na biocenozach i ekosystemach kończąc. To co nas napędza to energia. Może ona być pozytywna lub destrukcyjna.

Idealny układ to idealna ilość i przepływ energii. Starajmy się, aby tej pozytywnej było w nas jak najwięcej :)

Komentarze (12)
Pechowe Walentynki

Los bywa przewrotny. Jeszcze wczoraj mówiłam komuś, że za żadne skarby świata nie poszłabym do szpitala z własnej woli i nie poddałabym się dobrowolnie operacji. I dlatego podziwiam. A dzisiaj? Dzisiaj uświadomiono mi, że ja sama mogę nie mieć wkrótce innego wyboru....

Ostatni raz jako pacjentka byłam w szpitalu dłużej mając dwanaście lat. Ogólnie wspominam ten czas dobrze - panie pielęgniarki były miłe, lekarze również. Pobyt wspominam tym lepiej, że nie zakończył się on żadną operacją. Ot, kilka dni badań. Żadnych nieprzyjemności... Potem trafiłam do szpitala jeszcze raz, w czasie studiów - z urazem kręgosłupa. Żeby było śmieszniej - były to Walentynki :). Niewinny upadek na lodzie skończył się dość nieciekawie. Kilka tygodni w kołnierzu ortopedycznym... Ale w szpitalu spędziłam wtedy tylko jedną noc. Zrobiono badania. Uraz spowodował czasowy niedowład ręki. Miałam zostać na obserwacji, ale ostatecznie wypisano mnie do domu. Bardzo na to nalegałam.Bo szpitale nie kojarzą mi się najlepiej. Szczególnie ten drugi raz. Całą noc leżałam na korytarzu, a lekarze w mojej obecności kłócili się o to, kto zapłaci za rezonans... W końcu doszli do wniosku, że jednak badanie jest konieczne.

Potem sporadycznie zdarzało mi się być pacjentką w szpitalu, ale nigdy nie trwało to dłużej niż kilka godzin. Za to wielokrotnie namawiano mnie na kilkudniowy pobyt w szpitalu, bo lekarze zawsze mieli jakieś dziwne podejrzenia względem mojej osoby. Kompletnie nie rozumiem dlaczego :))). Nigdy jednak do szpitala nie trafiłam. Zawsze następowała cudowna poprawa - na czas :).

Teraz mam na tą "cudowną poprawę" siedem dni. Za siedem dni kontrola (o ile tych siedem dni wytrwam). Jak nie stanie się cud - no to chcąc nie chcąc jednak jakiś szpital nawiedzę i nie będzie to kilka godzin...

Pacjentka ze mnie marna jak widać - bo uzdrawiam się niemal samą siłą woli. Wystarczy wymówić magiczne słowo "szpital" w mojej obecności i działa jak najlepsze lekarstwo. Za to wielokrotnie odwiedzałam innych w szpitalu. I te wizyty nie kojarzą mi się pozytywnie. Z wszystkich wyniosłam bardzo złe wspomnienia, bo były to bolesne przeżycia. Niektóre zatarły się w pamięci, inne trwają w niej do dziś, choć naprawdę wolałabym zapomnieć...Często odwiedzałam ludzi ciężko chorych i umierających... Te wszystkie emocje, przeżycia, uczucia - zostają w człowieku na zawsze...

W związku z tym wszystkim - nie lubię szpitali. Nie ze względu na personel czy warunki, tylko ze względu na moje wspomnienia. A zbliżające się Walentynki za każdym razem mi o tym przypominają. I to ironia losu, że akurat teraz, kiedy wszędzie już czuć, widać i słychać ten szczególny dzień - znów staję w obliczu prawdopodobieństwa, że trafię na salę operacyjną...

ALE - jestem bardzo dobrej myśli :). Mam całe siedem dni, pozytywne myślenie może zdziałać cuda :D. Akumulatory naładowane, uśmiech na twarzy i za siedem dni widmo szpitala oddali się na dobre. Bo nic nie uzdrawia tak, jak pozytywna energia. A tej mi nie brakuje. :)))

Dlatego wszystkim dobrej nocki życzę i pięknego jutrzejszego dnia. Słońca, słońca, jeszcze raz słońca i podwójnej dawki witaminy U (uśmiechu) :))))

Komentarze (28)
Chcesz mieć dzieci? Licz kilogramy!

Tak często mówimy, że trzeba o siebie dbać. Na forach dyskusyjnych najczęściej podaje się za przyczynę walory estetyczne. Bo kobieta powinna dobrze wyglądać, dbać o sylwetkę, unikać zbędnych kilogramów, które są mało estetyczne. Za drugi powód podaje się przyczyny zdrowotne - ale dużo rzadziej. Małe dziewczynki chcą wyglądać jak super modelki głównie ze względu na to, że kojarzy im się  to ze sławą, bogactwem, i kilometrowymi kolejkami mężczyzn, którzy się do takich kobiet ustawiają. Czy to modelka czy aktorka - talia osy pozostaje wiecznie modna.

Tymczasem, jak się okazuje, dużo istotniejszy jest aspekt zdrowotny. Naukowcy z Australii odkryli bowiem, że prawidłowa waga jest jednym z istotnych kryteriów warunkujących zajście w ciążę i jej właściwy przebieg. Bez względu na to czy wyglądasz jak top modelka czy też walczysz z nadwagą - jeśli chcesz mieć dzieci - powinnaś liczyć kilogramy!

Podstawą badań było obliczenie współczynnika(wskaźnika) masy ciała dla każdej kobiety poddanej obserwacji. Wskaźnik masy ciała, BMI (ang. Body Mass Index) obliczamy dzieląc masę ciała (podaną w kg) przez wzrost w metrach podniesiony do kwadratu. Swój współczynnik BMI możesz obliczyć za pomocą odpowiednich kalkulatorów na jednej z poniższych stron:

1. kalkulator BMI

2. kalkulator BMI

3. kalkulator BMI

Możliwe wyniki dla wskaźnika BMI i jego znaczenie jest następujące:

Niedowaga < 18,5
Waga w normie 18,5 – 24,9
Nadwaga 25 – 29,9
Otyłość stopnia I 30 – 34,9
Otyłość stopnia II 35,00 - 39,99
Otyłość stopnia III >>40

źródło: www.kobieta.wp.pl

Jeśli Twój współczynnik BMI mieści się w normie - nie masz żadnych powodów do zmartwienia. Jeśli jednak przekracza on 30, a chcesz mieć dzieci - musisz zastanowić się nad redukcją wagi. Do takich wniosków doszli australijscy naukowcy. W dużym skrócie chodzi o zmiany jakie zachodzą w płynie pęcherzykowym komórek jajowych. W pacjentek otyłych zawierał on:

  • duże ilości tłuszczów z rodzaju trójglicerydów, które mogą zmieniać metabolizm komórki jajowej i utrudniać tworzenie zarodka;
  • związki powodujące procesy zapalne, które uszkadzają komórki;
  • insulinę i androgeny - hormony męskie.

Ponadto u kobiet otyłych stwierdza się podwyższone stężenie estrogenów we krwi, co może zaburzać owulację - hamuje ją. A bezowulacyjne cykle prowadzą do niepłodności. Podobnie ma się sprawa w przypadku chorób ginekologicznych, które współistnieją z otyłością, jak mięśniaki macicy czy PCO (zespół policystycznych jajników).Otyłość może również zmniejszać skuteczność tabletek antykoncepcyjnych.

Panie zainteresowane tematem odsyłam do następujących artykułów:

Wpływ nadwagi na przebieg ciąży i porodu

Otyłość szkodzi jajnikom

Otyłość i ciąża nie idą w parze

Jak wynika z badań, o sylwetkę i kondycję powinni zadbać także panowie, ponieważ otyłość i nadwaga mogą obniżać sprawność seksualną panów i produkcję plemników.

UWAGA: nie tylko panie z otyłością mogą mieć problem z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Jeśli Twój współczynnik BMI wskazuje, że masz niedowagę - ten problem może dotyczyć także Ciebie. Po pierwsze znaczna niedowaga może powodować zaburzenia hormonalne, brak miesiączki a w efekcie - trudności w zapłodnieniu. Po drugie noworodki pań z niedowagą często wykazują pewną niedojrzałość, rodzą się z mniejszą masą ciała, często muszą spędzić jakiś czas w inkubatorze. Panie zainteresowane tym problemem odsyłam tutaj:

Wpływ niedowagi na płodność oraz przebieg ciąży i porodu

Cóż, jak widać - tak źle i tak niedobrze. Źle jest posiadać nadliczbowe kilogramy, ale niedobrze również kiedy nam ich brakuje. W jednym i drugim przypadku bowiem, mogą pojawiać się trudności z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Tak więc nie pozostaje nam nic innego jak zachować zdrową równowagę. Zarówno w jedzeniu, jak i w stosowaniu diet należy zachować odpowiedni umiar. Kobieta powinna dbać o siebie i swoją sylwetkę, ale mimo wszystko powinna wyglądać jak kobieta, a nie jak wieszak na ubrania. Nawet natura się tego domaga.

Komentarze (10)
Palaczu! Nie truj!

Światowa Organizacja Zdrowia informuje: "Ponad 94 % ludzi na świecie nie ma zapewnionej ochrony prawnej przed dymem papierosowym".
W czym rzecz? Oczywiście chodzi o tzw. bierne palenie. Polega ono na wdychaniu dymu pochodzącego z papierosów osób palących oraz dymu wydychanego przez te osoby. Dlaczego to takie szkodliwe? Cała tajemnica leży w składnikach dymu papierosowego.

DYM PAPIEROSOWY I JEGO SKŁADNIKI

Dym papierosowy wygląda niewinnie. Ot, mgiełka. Niestety ta mgiełka zawiera bardzo wiele niezwykle szkodliwych substancji. Najczęściej wymieniane to:

  • ACETON - wykorzystywany do produkcji  farb, lakierów, barwników, środków czyszczących. Doskonały rozpuszczalnik. Jeszcze całkiem niedawno używany jako zmywacz do paznokci (dziś jest to w Polsce zakazane). Charakteryzuje się ostrym specyficznym zapachem (na pewno go znacie). Aceton jest toksyczny. Wdychanie jego oparów powoduje podrażnienia błon śluzowych nosa i ust, a także łzawienie oczu i ból głowy. Osoby wrażliwe odczuwają jego działanie już w bardzo niskich stężeniach;
  • ARSEN - rakotwórczy;
  • BUTAN - występuje w ropie naftowej, stosowany do wyrobu benzyny, kauczuku syntetycznego, napełniania zapalniczek;
  • CYJANOWODÓR - kwas pruski. Ma zapach gorzkich migdałów. Jest silnym środkiem dezynsekcyjnym i deratyzacyjnym. Silne trujący, używany przez hitlerowców w komorach gazowych;
  • FORMALDEHYD - używany do konserwacji zwierząt, produkcji dywanów i wykładzin syntetycznych. Stosowany do wyrobu żywic, barwników i jako środek odkażający;
  • POLON - pierwiastek radioaktywny;
  • NIKOTYNA - zwiększa ciśnienie krwi, przyspiesza akcję serca i zaburza jego rytm, jest rakotwórcza;
  • TLENEK WĘGLA czyli czad - zmniejsza zawartość tlenu we krwi;
  • CIAŁA SMOŁOWATE - silnie rakotwórcze.

I wiele, wiele innych. Niezła mieszanka, prawda? Przyglądając się temu bliżej zaskakujący pozostaje fakt, że tak wielu z nas dobrowolnie przyjmuje te substancje. Przerażające natomiast jest to, że pozostali z nas wdychają te substancje mimo woli, w postaci dymu papierosowego.

ODDZIAŁYWANIE DYMU PAPIEROSOWEGO
Dym papierosowy może być alergenem. Może podrażniać śluzówkę, powodować łzawienie oczu, powodować zatkany i cieknący nos. Osoby wdychające dym papierosowy mogą kichać i kaszleć, mieć duszności. Oprócz tego mogą pojawiać się bóle i zawroty głowy, nudności i senność. Można by tu zapewne wymienić jeszcze wiele innych objawów, ponieważ każdy organizm ludzki jest wielką indywidualnością. Niemniej jednak takie objawy mogą występować u osób narażonych na wdychanie dymu papierosowego. Jeśli kontakt z dymem się powtarza i jest długotrwały, dym papierosowy zwiększa ryzyko zachorowania na raka, choroby serca, astmę (szczególnie u dzieci) i alergię (bądź nasila ich objawy jeśli dziecko jest biernym palaczem). Dym papierosowy zwiększa ryzyko wystąpienia infekcji płuc, uszu, wystąpienia poronień i wad wrodzonych.
 
"GLOBALNA EPIDEMIA TYTONIOWA"

Tak właśnie Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zatytułowała opublikowany przez siebie raport. Wedle niego aż 94% populacji nie ma zapewnionej ochrony prawnej przed dymem papierosowym. Oznacza to, że mogą być one biernymi palaczami, świadomie bądź nie. WHO podaje, że palenie zabija rocznie ponad 5 milionów osób, z czego około 600 tysięcy ludzi rocznie umiera z powodu biernego palenia. Według Światowej Organizacji Zdrowia ludziom grozi epidemia tytoniowa i do 2030 roku liczba zgonów spowodowanych paleniem może wzrosnąć do 8mln rocznie o ile nie zostaną podjęte żadne środki zaradcze.

ZAKAZY PALENIA

Od roku 2004 stopniowo w niektórych krajach na świecie wprowadzane są zakazy palenia w restauracjach, pubach, kawiarniach. Tych miejsc jest jednak wciąż za mało. Teoretycznie mamy wyznaczone miejsca dla palących i niepalących, jednakże nie wszędzie zakazy są przestrzegane, nie wszędzie też miejsca takie są wyznaczone. Gdyby dobrze się zastanowić, miejscem, w którym najczęściej stajemy się biernymi palaczami - jest nasz dom rodzinny. Nasi najbliżsi palą, nie zawsze zwracając uwagę na to, że dym szkodzi także innym. Najbardziej cierpią najmłodsi, którzy nie zdają sobie sprawy ze szkodliwości dymu papierosowego ani ze skutków jego oddziaływania na ich organizm. Dzieci często nie mają też w tej kwestii nic do powiedzenia. Są narażone na wdychanie wszystkich wymienionych wcześniej szkodliwych substancji - i wielu innych. Nie wystarczy, że dziecko nie będzie obecne w momencie palenia papierosa. Nie wystarczy, ponieważ dym papierosowy osiada na meblach i ścianach.  Przenika otoczenie. Jest wszechobecny.

Nie palę. Nie potępiam jednak żadnego palacza. Wszystko jest dla ludzi i jeśli ktoś chce się truć, czuje się z tym dobrze i wie jakie będą konsekwencje - nic mi do tego. To jego życie. Nie zgadzam się jednak na to by czyniono ze mnie biernego palacza. Chciałabym móc wdychać czyste powietrze, pracować w pomieszczeniach nie przesiąkniętych dymem i przebywać w nie zadymionych lokalach. Takich, w których widać coś więcej niż mgła z papierosa. Chciałabym, aby dzieci, które znam i wszystkie pozostałe nie były skazywane na konieczność wdychania dymu papierosowego i nie były biernymi palaczami od najmłodszych lat. Dlatego miałabym tylko jedną prośbę do osób palących: nie trujcie dzieci!!! Ja jako osoba dorosła potrafię się w jakimś stopniu uchronić przed biernym paleniem. Najmłodsi - nie mają tej możliwości.

Komentarze (9)
Strzeżmy się samozwańczych znachorów!

Są Waszymi znajomymi, sąsiadami, rodziną. Albo odwiedzają kogoś z Waszej rodziny czy znajomych. Tacy, co to już niby przeżyli wszystkie choroby świata i znają na każdą lekarstwo. Delikatnie podsuwają Wam leki, które przepisał im dawniej lekarz, mówiąc: "Weź, na pewno Ci pomogą. Mnie postawiły na nogi".

Samozwańczy znachorzy.

Ileż to razy byliśmy w takiej sytuacji? Nie raz i nie dwa. Leczymy się, ale kuracja nie przynosi rezultatów (wszak nie od razu Rzym zbudowano). Umęczeni bólem i chorobą, zwierzamy się ze swoich dolegliwości sąsiadce. Ta wybiega jak oparzona z mieszkania i wraca po 10 minutach z listkiem tabletek w ręce. Pieczołowicie przyciska je do ciała jak największy sekret, po to by za chwilę zdradzić tajemnicę. Wreszcie kładzie na stole lub podaje nam mówiąc: "Miałam podobnie. Też miałam takie bóle i te tabletki mi pomogły. Dostałam je od lekarza [tu nieraz pada inne słowo: wujka, koleżanki, siostry, itp.] i od razu podziałały". A my? Niewiele się zastanawiając - próbujemy, bo co nam szkodzi jedna niewinna tabletka?

A jednak szkodzi...

Każdy lek przepisywany przez lekarza uwzględnia nie tylko samą chorobę, ale też możliwości wystąpienia alergii czy interakcji z innymi lekami, a dawka - stan chorego, wagę, wiek i nasilenie objawów. Lekarstwa to nie cukierki. Gdyby tak było - nie potrzebowalibyśmy na nie recept. Wiele leków jest ogólnodostępnych. Nie oznacza to, że są one zupełnie bezpieczne. Każdy lek dostarczany organizmowi to ingerencja w jego funkcjonowanie. Nie odczujemy tego dziś ani jutro - ale bardzo możliwe, że za kilka lat już tak jeśli będziemy nadużywać środków farmaceutycznych.

Polacy lubią leki

 A Polacy jak się okazuje przodują w przyjmowaniu wielu leków - głównie przeciwbólowych. Nosimy je przy sobie. Według danych GUS z 2004 roku, na pytanie czy w ciągu ostatnich 2 tygodni zażywałeś jakiekolwiek leki, ponad 54% pytanych odpowiedziało TAK. Najczęściej przyjmowane były witaminy, potem leki obniżające ciśnienie i wreszcie na trzecim miejscu pojawiają się leki przeciwbólowe! Przy najmniejszym bólu sięgamy po tabletkę, która przyniesie ulgę. Jeśli ból powtarza się codziennie - to codziennie faszerujemy się tym co mamy pod ręką. A nie ma z tym problemu, ponieważ część leków przeciwbólowych jest sprzedawana nie tylko w aptekach, ale i na stacjach benzynowych, w sklepach, kioskach... Mijają dni, potem tygodnie - i jakoś nie zastanawiamy się nad przyczyną pojawiających się tak często objawów. Zamiast tego łykamy pigułkę i zapominamy o sprawie. W ten sposób nieraz maskujemy naprawdę istotne choroby. Leki przeciwbólowe mogą być stosowane doraźnie, jeśli jednak ból jest przewlekły - należy zwrócić się do lekarza by znaleźć jego przyczynę. Poza tym przyjmując leki tak często - zwiększamy tolerancję organizmu na lek. Brzmi ładnie, ale wcale dobre nie jest. Po prostu małe dawki leku przestają nam pomagać i potrzebujemy coraz większych i silniejszych. Przy okazji niszczymy m.in. wątrobę.

Wróćmy jednak do dobrych dusz, o których pisałam na początku. Leki, które nam podtykają nie należą zwykle do ogólnodostępnych. Są to przeważnie leki dostępne tylko na receptę. Osoba, która nam ich użycza, zazwyczaj nie ma pojęcia o skutkach ubocznych leku i interakcjach, w które może wchodzić z już przyjmowanymi lekami. Nie uwzględnia też wieku ani postury chorego. Nie zna całej jego historii choroby, a nawet gdyby znała - nie potrafi odpowiednio łączyć faktów (wykluczamy przypadki w których dobrą duszą jest lekarz lub farmaceuta ;P). Skutek? Szkodzi zamiast pomagać. Każdy lek może być trucizną jeśli nie jest odpowiednio dobrany. Nawet tą samą chorobę u dwóch różnych osób leczy się czasem inaczej. Co roku koszty leczenia skutków nierozważnego stosowania leków siągają setek milionów złotych.

Zanim więc sięgniemy po lek, którego nie znamy, zastanówmy się czy to ryzyko naprawdę nam się opłaca. A najlepiej podziękujmy sąsiadce za troskę i odmówmy zażywania leku - wszak mogłoby się okazać, iż jest to prawdziwie niedźwiedzia przysługa...

Komentarze (0)
W kolejce po....maseczkę!

W aptekach rozpętało się piekło. Kolejki jak za starych dawnych czasów. Kiedyś po mięso, dziś po...maseczki! Miałam okazję przekonać się o tym nie dalej jak wczoraj. Nie dość, że trzeba było się wystać, bo wszyscy przede mną prosili o maseczki, które tak na marginesie zostały już dawno wykupione, to jeszcze ludzie potrafią zadziałać na nerwy jak mało kto.

Z tego co widzę i słyszę jakieś szaleństwo chorobowe rzuciło się na nasz kraj. Zresztą zapewne nie tylko na nasz, ale na nasz również. Spokojne dotąd społeczeństwo masowo wykupuje leki, maseczki, nawet aspiryna idzie jak świeże bułeczki. Gdzie nie pójdę tam słyszę o szczepieniach. Każda grupa uważa się za najbardziej narażoną na zachorowanie....

Co ja na to? Nic. Nie zamierzam na razie niczego kupować ani sobie aplikować, ponieważ od ładnych kilku tygodni i tak jestem w przychodni przynajmniej raz w tygodniu. Zaczęło się niby niewinnie. Najpierw był jeden antybiotyk, po siedmiu dniach przepisano mi następny, tłumacząc, że piewszy był zupełnie nietrafiony i diagnoza też. No cóż, za pierwszym razem pan doktor nawet mnie nie osłuchał, to skąd mógł wiedzieć, z czym ma do czynienia. Drugi antybiotyk - i kolejne siedem dni wyjęte z życiorysu. A po tych siedmiu dniach co usłyszałam??? Że chyba trzeba będzie jeszcze jeden antybiotyk przepisać, jeszcze inny i silniejszy. Hmmm.... ciekawe. W przypadku dwóch pozostałych też to słyszałam. Już  w połowie antybiotykoterapii zaczęłam odczuwać wszystkie jej możliwe skutki uboczne, od kobiecych spraw począwszy, na żołądku kończąc. Mój stan zdrowia generalnie poprawił się, tylko nie na tyle na ile można by sobie tego życzyć. Antybiotyki skończyły mi się trzy dni temu. Od dwóch miewam dreszcze i nudności.... I powiem Wam szczerze - jakoś nie mam ochoty znowu iść do przychodni. I tak powinnam sobie wykupić tam czasowy abonament - w aptekach też. Nie czuję się źle. Jestem osłabiona - ale po tylu antybiotykach nawet konia by powaliło. Generalnie czuję się dobrze i wszystkie objawy, które miałam wcześniej ustapiły. Teraz przypałętało się coś nowego.

Więc na pytanie czy ja też po maseczkę, odpowiedziałam, że nie. Z moim szczęściem to już się z zarazkiem zdążyłam zetknąć. Może już nawet odchorowałam swoje i nawet o tym nie wiem. Nie będę się faszerować lekami bez potrzeby. W ostatnich tygodniach zjadłam tyle chemii, że na samo wspomnienie zdrowieję automatycznie. Moja wątroba się nie skarży, ale w końcu na pewno zastrajkuje. Ileż można!!!

Przede mną gorąca herbata z cytryną, banan jako przekąska, a do obiadu dorzucę więcej czosnku niż zwykle. W lodówce czeka jogurt. Wychodzę tylko ciepło ubrana i staram się zakrywać głowę. Szerokim łukiem omijam tych, którzy kichając zapominają przesłonić ręką usta. Tyle mogę zrobić i nie wymaga to maltretowania biednej wątroby porcjami leków, które na razie nie mają czego leczyć. Nie popadajmy w paranoję. Faszerowanie zdrowego organizmu lekami może przynieść więcej szkody niż pożytku.

Komentarze (20)
1 | 2 | 3 |