iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Kultura wysiadania czyli o wyścigu do drzwi

Poszukiwania nowego lokum zakończone. Trochę to trwało. Może i wybredna jestem, a może po prostu starzeję się i wymagania rosną :). W każdym razie wkrótce czeka mnie przeprowadzka. Oj, będzie się działo! Ale to dopiero za jakiś czas. Na razie muszę podopinać sprawy na przysłowiowy ostatni guzik.

A teraz z innej beczki. Ostatnio podróżuję jeszcze więcej niż dotychczas, w związku z czym udało mi się poczynić kolejne obserwacji z serii "okiem pasażera". Przedmiotem szczególnego zainteresowania okazało się tym razem zachowanie ludzi wysiadających. Czy zauważyliście, że podczas wysiadania ludzi ogarnia jakiś dziwny szał? Autobus nie zdąży się jeszcze dobrze zatrzymać, a wszyscy tłoczą się w przejściu, przepychają. Wygląda to jak jeden wielki wyścig - kto pierwszy wysiądzie. Wyścig ów przybiera jednocześnie przedziwną formę agresji. Mało kto jest w stanie ustąpić pierwszeństwa osobie stojącej za nim.

Czy to dowód na to jak bardzo jesteśmy niecierpliwi? Czy ten dziwny pośpiech spowodowany jest jakimś podświadomym mechanizmem? Co pcha nas do takiego dziwnego zachowania? Chciałoby się rzecz, że nieprzyjemne doświadczenia. Ale przecież nie każdy je ma! Pośpiech? Nikt mi nie wmówi, że śpieszy się cały autobus! Kierowca zawsze spokojnie czeka aż wysiądą wszyscy pasażerowie, nie ma więc powodu, żeby rozdeptywać się nawzajem. Mimo to, gdy tylko pojazd zwalnia swój bieg, wszyscy wykazują niezdrowe pobudzenie. Każdy chciałby wysiąść pierwszy, zupełnie jakby od tego zależało jego życie. Nie daj Boże, żeby sąsiad siedzący z tyłu wysiadł przed nami!

Naturalnie niesie to za sobą pewne konsekwencje. Wiadomo, że szybciej wysiądą Ci, którzy siedzą bliżej wyjścia :). Toteż każdy chciałby usiąść z przodu. Na dworcu i przystanku niektórzy stawiają się dużo wcześniej, byle tylko zająć odpowiednie miejsca siedzący w autobusie, który pojawi się za kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut!

Nasze niezdrowe podejście, niestety, przekazujemy także dzieciom. Kiedy autobus zbliża się do miejsca przeznaczenia, mamy wypychają swoje pociechy ku przodowi, w kierunku drzwi. Nieważne, że pojazd się porusza, nieważne, że dziecko powinno w tym czasie bezpiecznie siedzieć. Ważne jest tylko to, by wysiąść w pierwszej kolejności.

Podobny mechanizm powstaje wszędzie, gdzie ludzie zmierzają do wyjścia - po seansie w kinie czy po mszy w kościele. Przykład z wczoraj. Występ znanego satyryka. Po bisie, sala nagradza owacjami występ, czeka na więcej. Niektórzy jednak zrywają się gwałtownie ze swoich miejsc i biegną w kierunku wyjścia. Skutek: ominęła ich porcja zdrowego śmiechu, ponieważ satyryk wyszedł na bis po raz drugi.

A najgorszy z tych schematów działa w sytuacjach zagrożenia. W wyniku dodatkowego stresu ludzie potrafią się tratować. Tak rodzi się panika.

Gdzie to ma swoje podłoże? Moim zdaniem po prostu nie lubimy tłumu. Nie lubimy, kiedy ktoś narusza naszą strefę osobistą, kładzie się nam na plecach, dotyka nas choćby ramieniem. Próbujemy tego uniknąć lub skrócić czas przebywania w tłumie, dlatego zrywamy się ze swoich miejsc, w nadziei opuszczenia pojazdu czy lokalu w pierwszej kolejności. Skutek jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. Lądujemy w samym środku rzeki ludzi...

Szkoda, że nikt do tej pory nie wpadł na to, że jest prostszy sposób na uniknięcie tłoczenia się w przejściu i wyjściu. Wystarczy poczekać, aż pozostali pasażerowie wysiądą :) Czasem warto ustąpić miejsca drugiej osobie. Odrobina życzliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A kultury wysiadania i generalnie zachowania w środkach komunikacji powinniśmy się wszyscy uczyć od najmłodszych lat. Warto, żebyśmy uczyli dzieci właściwych zachowań. Wiadomo bowiem, że czym skorupka za młodu nasiąknie... Dajmy dzieciom dobry przykład, pokażmy, że nie ma potrzeby tratować się  w przejściu, uczmy je cierpliwości. To tylko kilka minut...

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy zlepek przemyśleń i obserwacji :) Dobrej nocy życzę :)

Komentarze (10)
Wyjątki od reguły?

Widzę, że temat pociągów i podróży wciąż jeszcze przewija się na blogu. A u mnie podróż prawie dzień w dzień. Więcej mnie nie ma niż jestem, a tam gdzie jestem też tylko bywam, bo zaraz biegnę dalej. Dzisiaj wpis o bardzo miłym zdarzeniu.

Wracając do domu busem byłam świadkiem bardzo miłej sytuacji. Sytuacji, która powinna być normalna i nie powinna nikogo dziwić, a jednak byłam nią naprawdę przyjemnie zaskoczona. Na jednym z przystanków wsiadło kilkanaście osób w wieku, który określiłabym jako "młodzież szkolna". Ta młodzież szkolna była chyba starsza niż młodsza, czyli bardziej licealna niż gimnazjalna, ale głowy dać nie mogę. W każdym razie rozsiedli się wygodnie na wolnych miejscach. Spodziewałam się hałasów, przekleństw - bo zdarzyło mi się już podróżować z osobami w tym wieku i podobnej grupie. Tym razem jednak panowała wyjątkowo kulturalna cisza. Na kolejnym przystanku wsiadły dwie starsze panie. Wszystkie miejsca były zajęte. I tu wspomniana młodzież szkolna zszokowała mnie zupełnie - bo kilka osób zerwało się, by ustąpić miejsca wsiadającym. Panie mówiły, że nie trzeba, że one tylko na chwilę, ale młodzi okazali się w tym względzie wyjątkowo uparci. Tak więc panie mogły sobie spocząć.

Biorąc pod uwagę wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia z młodzieżą w tym właśnie wieku i w podróży - byłam bardzo mile zaskoczona postawą wspomnianych osób. Muszę  przyznać, że teraz zdarza się to bardzo rzadko. Ale może jednak jest jeszcze nadzieja na lepsze jutro :).

Druga sytuacja, w której uczestniczyłam nie była już taka miła. Miała miejsce kilka godzin wcześniej. Młoda mama z dzieckiem w wózku próbowała wejść do sklepu. Ale żeby to zrobić musiała zejść po kilkunastu (może więcej) stopniach w dół. Obserwowałam to wszystko stojąc w kolejce do kasy. Wyobraźcie sobie przed dobrych 5-10 minut NIKT tej kobiecie nie pomógł. Niektórzy wręcz irytowali się, że stoi im na drodze, ale nikt się nie domyślił, żeby pomóc. Nie wiem, czy ta kobieta prosiła o pomoc, bo nie słyszałam, ale czy pomaga się tylko wtedy gdy ktoś o to poprosi??? Kiedy już wydostałam się z kolejki i wychodziłam ze sklepu, zapytałam Ją czy pomóc. Nie macie pojęcia jak Ona się ucieszyła. Wystarczyło tylko pomóc znieść wózek, który wcale nie był ciężki. A jakie to było miłe "dziękuję" - poprawiło mi nastrój na cały dzień.

Jak to jest, że nie zauważamy ludzi obok? Nie widzimy ich problemów, trudności? A może tak bardzo wszyscy próbujemy wtopić się  w tłum, że wszelkie zachowania wyróżniające nas na chwilę są nie do przyjęcia? Cieszę się, że mogłam pomóc. Dla mnie mała rzecz - a dla kogoś być może znacznie większa. Ludzie rozstąpili się na boki jakbyśmy co najmniej ładunek wybuchowy znosiły. Nie potrafię tego zrozumieć. Ale wiecie co? Późniejsze podziękowanie mamy i promienny uśmiech małej dziewczynki siedzącej w wózku wynagrodziły mi wszystko.

Baśniowego wieczoru życzę :)))

Komentarze (12)
Pierwsza pomoc, kodeks drogowy i edukacja polskiego narodu

Uzbrojona po zęby i pazury w zeszycik formatu A5 i rodzaj pisu, czyli długopisu (nie mylić z PiS - partią polityczną) - wybieram się dzisiaj na pierwsze spotkanie w sprawie kursu na prawo jazdy. Spotkanie będzie miało charakter organizacyjny, a potem będą mi wciskać do głowy teorię, która poniekąd gdzieś tam już zalega w zakamarkach mojego mózgu. Niestety bez wspomagania nie przypomnę sobie które to zakamarki. Toteż niezbędne jest odkurzanie i odświeżenie nabytych dawno temu wiadomości. A co to będzie jak siądę za kierownicą...!!! Ile to już czasu? Cztery albo pięć lat... Ale tym razem będę bardzo uparta i dokończę to co dziś zacznę. Poza tym nie mam w planach nagłego wyjazdu za granicę, jak ostatnim razem, więc jest szansa, że tym razem upragnione prawo jazdy zrobię. Zobaczymy.

Tak przy okazji nasuwa mi się jedna refleksja dotycząca naszego szkolnictwa i programu. Program ten jest na tyle osobliwy, ze niektóre przedmioty znajdują się w nim niepotrzebnie, a inne, które mogłyby się okazać nader przydatne - w ogóle nie istnieją. Z mojego punktu widzenia w programie należałoby umieścić (lub rozszerzyć) dwa zagadnienia.

Tuż obok mnie leży sobie kodeks drogowy a w nim przepisy obowiązujące nie tylko kierowców, ale także pieszych. O tym, że pieszych obowiązują jakieś przepisy dowiedziałam się bardzo późno. Na zajęciach przeprowadzanych w klasie trzeciej szkoły podstawowej, bodajże na przedmiocie zwanym "środowiskiem", nauczono mnie tylko, że zanim wejdę na pasy, główkę należy odwrócić w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo. Wyjaśniono mi także znaczenie poszczególnych świateł i oznajmiono, że należy chodzić lewą stroną drogi, jeśli nie ma chodnika. I to był koniec nauki w tej materii... I sądząc z zachowania pieszych na drodze - nie tylko moja nauka skończyła się na tych zagadnieniach. To co niektórzy piesi wyczyniają na przejściach dla pieszych przyprawia mnie czasem o zawrót głowy. Potrafią wejść prosto pod nadjeżdżający pojazd - bo "im się należy". Nie mają dość wyobraźni żeby zrozumieć że samochód nie zatrzyma się w miejscu.  Zgadzam się, że przepisów tych jest za mało, żeby stworzyć osobny przedmiot, ale można by zagadnienia rozszerzyć i położyć na nie większy nacisk. No i oczywiście - co jakiś czas je odświeżać. Nie chodzi o kolejne wyklepanie regułek na pamięć, ale o praktyczną umiejętność zastosowania wspomnianych przepisów i uzmysłowienie pewnych prawidłowości.

No i sprawa druga - pierwsza pomoc. W szkole podstawowej również, dawno temu, na zajęciach PO - przysposobienie obronne (znów nie mylić z PO - partią polityczną), miałam kurs pierwszej pomocy. Jednak przyznaję się bez bicia i otwarcie, że niczego mnie ten kurs nie nauczył. Dlaczego? Ponieważ była to tylko i wyłącznie teoria (właśnie te regułki wklepywane na pamięć), nic praktycznego, nie mówiąc już o ćwiczeniach na fantomie, które podobno miały być - ale się nie odbyły. I powiem szczerze, gdyby dzisiaj przyszło mi udzielać pierwszej pomocy - zwyczajnie bym się bała, że zaszkodzę bardziej niż pomogę. Może stąd biorą się te tłumy gapiów podczas tragedii. Ludzie stoją zamiast pomagać. Oczywiście część stoi bo stoi, po to żeby się gapić. Ale na pewno jakaś część zwyczajnie boi się udzielić pierwszej pomocy. Bo niektórzy nie znają tych zagadnień wcale, inni pobieżnie, jeszcze inni gdzieś o tym słyszeli. A przecież w takich sytuacjach liczy się każda minuta i decyzja. Ważne nawet to, żeby wiedzieć kiedy poszkodowanego nie wolno ruszać, ważne by wiedzieć jak go ułożyć i przede wszystkim - co robić i w jakiej kolejności. Ważne żeby wiedzieć jak nie zaszkodzić. Nie wiem jak jest teraz w polskich szkołach - ale chyba niewiele się w tej materii zmieniło... Takie sytuacje ludzi paraliżują, a nie powinny. Paraliżuje ich strach i niewiedza. Więc jeśli chodzi o pierwszą pomoc przedmedyczną - nie wiem na ile to realne - ale powinien być osobny przedmiot w szkole, który przygotowałby ludzi w tej kwestii. Czy to utopia? Może. I na pewno nie każdy by się nauczył. Ale może zmniejszyłoby to odsetek gapiów, na rzecz aktywnie działających i udzielających pierwszej pomocy ludzi. Poza tym - wypadki samochodowe to nie jedyne sytuacje wymagające szybkiej interwencji. Zdarzają się przecież zasłabnięcia, zadławienia, zawały serca, udary... I wiele innych rzeczy. Dlatego wydaje mi się, że na kwestię pierwszej pomocy powinno się kłaść większy nacisk w naszej edukacji. A dla kierowców takie zajęcia powinny być obligatoryjne.

Ufffff... no to się napisałam. A teraz spokojnie przejdę przez resztę dnia w oczekiwaniu na pierwsze spotkanie otwierające mi drzwi do świata kierowców.

Miłego dzionka życzę :))

Komentarze (33)
Sprint w szpilkach

Dziś rano pan kierowca wyświadczył mi przysługę. Jak zwykle po pracy spieszyłam się na busa do domu. Musiałam wyglądać zabawnie - w eleganckiej sukience i w szpilkach pokonywałam trasę jak najlepszy sprinter.

A wszystko przez moje gapiostwo i senność. Byłam tak zmęczona, że usiadłam sobie na chwilę i przysnęłam. Kiedy udało mi się ocknąć, okazało się, że zostało 5 minut do odjazdu busa. Następny miał być dopiero za 2,5 godziny. Nie zamierzałam tyle czekać. Ale od miejsca, w którym mój pojazd się zatrzymuje dzieliło mnie jakieś 10 minut zdrowego marszu. Wyjścia były dwa - zostać tam gdzie byłam i czekać na następny transport albo ruszyć biegiem. Wybrałam to drugie.

Dziś rano po pracy ogarnęło mnie takie zmęczenie, że nie tylko nie chciało mi się przebrać (jak mam w zwyczaju), ale nawet nie zmieniłam butów na wygodniejsze. Kiedy okazało się, że czas mi się kończy - nie było już czasu na zmiany. Ruszyłam tak jak siedziałam. Kiecka nad kolankiem i szpile, na ramieniu ciężka torba, na drugim torebka, w której godzinę wcześniej zepsuł mi się zamek. Niejeden kierowca musiał mnie dziś przekląć, kiedy przebiegałam przez jezdnię, mimo, że byłam na pasach. Nie mogłam pozwolić sobie na to, by stracić choć jedną cenną minutę. Zdrowym sprintem pokonałam dzielącą mnie od busa odległość, przybywając na miejsce w ostatniej chwili. To cud, że nic sobie nie złamałam, nie wykręciłam i że wszystkie zęby wciąż mam na miejscu. Jeśli ktoś myśli, że to żaden wyczyn, niech spróbuje biec z obciążeniem z maksymalną szybkością i w szpilkach z 8cm obcasem. Kiedy przebiegałam ostatnie pasy, mój bus właśnie ruszał. Mając nadzieję, że widok jest niecodzienny, wciąż biegnąć -  pomachałam kierowcy. POCZEKAŁ!!! Ufffffffffffffffffffffffffff....

Wnioski wyciągnęłam trzy. Po pierwsze są jeszcze życzliwi ludzie na tym świecie, także wśród kierowców. Po drugie - warto ryzykować, nawet wtedy gdy nie mamy żadnej gwarancji powodzenia podejmowanych działań. Niektóre rzeczy można osiągnąć tylko jeśli nie oglądamy się wstecz, podejmujemy śmiało decyzje i wkładamy w to sporo wysiłku. Po trzecie - zmieniać buty od razu po pracy, nawet wtedy gdy zasypiam na stojąco. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć...

Komentarze (17)
"Zamień wóz na bus"

Swego czasu miałam okazję być już kierowcą (co prawda nie samodzielnym, ale wiem jak to jest), pasażerem auta osobowego i pasażerem środków komunikacji masowej - miejskiej i międzymiastowej. Jadąc miejskim środkiem transportu - czytaj: autobus, zauważyłam naklejkę na szybie treści "Zamień wóz na bus". Wywołało to w moim umyśle lawinę skojarzeń i refleksji.

Cel szczytny - gdyby kierowcy aut osobowych dojeżdżali do pracy autobusami (mówimy o masowym zwrocie społeczeństwa ku takiej czynności), z pewnością wpłynęłoby to korzystnie na środowisko poprzez redukcję ilości wytwarzanych spalin. Zmniejszyłyby się również korki i częstość ich występowania. Wszystko to wygląda pięknie. Ale żeby mogło kiedykolwiek się zdarzyć, pewne rzeczy musiałyby ulec zmianie. Po pierwsze - autobusy miejskie spóźniają się, a bywa, że nie przyjeżdżają wcale, co zdarzyło mi się nie dalej jak w zeszłym tygodniu. Czekałam, spieszyło mi się i dwa autobusy z rzędu po prostu nie przyjechały. To raczej nie jest dobra reklama dla środków komunikacji miejskiej. Powiedziałabym, że to raczej antyreklama i to bardzo skuteczna, bo tylko wzmogła moje pragnienie posiadania własnego samochodu i uniezależnienia się.

Drugie "ale" to ceny biletów, które notorycznie idą w górę. Nigdy nie przeliczyłam, co opłaca się bardziej - jazda własnym samochodem czy autobusem. Ale jeśli obecne tendencje się utrzymają to sprawy będą się przedstawiać bardzo podobnie.

Po trzecie - rozkłady jazdy nie są idealne. Na trasach uczęszczanych połączeń jest więcej. Ale co mają zrobić ludzie mieszkający w miejscach gdzie kursują raptem 3 czy 4 autobusy dziennie??? W takim układzie autobus nie będzie dla nich ani wygodnym ani sensownym środkiem transportu.

Własny samochód to przede wszystkim niezależność i możliwość panowania nad własnym czasem. To możliwośc dotarcia na miejsce we właściwym czasie... Środki komunikacji miejskiej niestety tego nie gwarantują. Zanim więc propagowana akcja będzie miała jakiekolwiek szanse powodzenia, należy upewnić się, że będzie to z korzyścią dla wszystkich. Nie można oczekiwać od właścicieli aut osobowych, że zrezygnują z nich na rzecz zatłoczonych, drogich i spóźniających się autobusów.

Komentarze (16)
Kwiat młodzieży polskiej - przyszłość czy zagłada narodu?

Znowu 24h na nogach, znowu 8 rano i znowu powrót do domu.
Mój busik, zazwyczaj pusty, tym razem jest przepełniony. Jeszcze 20 minut do odjazdu, a już brakuje miejsc. Zajmuję jedno z ostatnich. Dziwne, myślę, i rozglądam się dokoła. Same nastolatki. Nie dałabym im więcej niż po 16 lat. Żadnych opiekunów. Na tegorocznych maturzystów raczej nie wyglądają. Co robią tu sami? A zajmują praktycznie wszystkie miejsca siedzące... Jakieś 30 - 40 osób. Sporo...
Przyglądam się - wiele z nich jest ubłocona, brudna, zapach potu i to takiego "długo noszonego" roztacza się wokoło. Coś jak męska szatnia po meczu (chociaż nigdy w takiej nie byłam, ale tak to sobie wyobrażam). Tą kwaśną woń przenika inna - alkohol!
Doznaję olśnienia. JUWENALIA! Od czterech dni studenci tutejszego uniwersytetu świętują. Odbywają się koncerty, ma miejsce grupowe szaleństwo, spotkania, zabawa... Ale moim współpasażerom do studentów daleko. Gdyby nimi byli - to spaliby teraz snem sprawiedliwego gdzieś w akademikach lub na stancjach po suto zakrapianej nocy. Nie, nie... Ci tutaj to licealiści - a może nawet nie???
Panuje powszechny hałas. Trudno nie słyszeć dobiegających zewsząd rozmów okraszonych przekleństwami i słowami, które jedynie przypominają nasz ojczysty język. Ze strzępów, które mnie dobiegają, układam wszystko w jedną całość. Już wiem na pewno, że moi współpasażerowie nie są studentami, tylko uczniami w szkole. Wiem też, że uczęszczają na kursy, które narzuciła im szkoła. Siedem dni w tygodniu, czym każdy z nich jest szczególnie poirytowany - bo "kto to słyszał żeby dzień w dzień do budy chodzić?!". Chodzi zapewne o kursy przygotowawcze do jakichś testów. Już po maturach pisemnych - zakładam więc, że chodzi o testy młodszych klas, skoro szkoła mogła je uczniom narzucić i sprawdza na nich listę obecności.
W tej chwili dopada mnie niespokojna myśl - jak to się stało, że rodzice puścili ich tak po prostu na imprezę zakrapianą alkoholem do innego miasta, na koncerty pod gołym niebem, gdzie spotykają się wszystkie możliwe typy ludzi? Jednak historia wyjaśnia się już po chwili. Rodzice nic nie wiedzą. Rozgorzała na ten temat gorąca dyskusja. Powszechne oburzenie wzbudza fakt, że nie wszyscy zintegrowali się z grupą i nie wiadomo co powiedzieć ich "starym". Wracają czy nie... A przecież jeszcze idą dziś do szkoły.
Część z nich spała u znajomych, część wraz z bezdomnymi na dworcu kolejowym...Jeszcze inni wcale... Wszyscy są lekko "wczorajsi".

Słucham i włosy jeżą mi się na głowie. Trwają obrady - jak oszukać rodziców i pedagogów? Co zrobić, żeby nikt się nie domyślił? Ktoś wpada na inteligentny pomysł, żeby w szkole pójść najpierw do łazienki i trochę się umyć. Komuś innemu koleżanki przyniosą przygotowane wcześniej ubranie na zmianę. Inni w ogóle nie zamierzają iść do szkoły, ale wracają do domu, żeby się rodzice nie czepiali i nie domyślili, że byli w innym mieście.
Po drodze wsiadają osoby starsze. Żaden z szacownych pasażerów nie reaguje. Ustępuję więc miejsca starszej pani z laską. Kierowca rozkłada fotel dla sympatycznie wyglądającego dziadka.

Tak oto wygląda kwiat młodzieży polskiej. Mowa ojczysta - dwa. Szacunek - zero. Kultura osobista - a co to takiego??? Przyznam, że byłam przerażona. Opowieści, których nasłuchałam się w czasie godzinnej jazdy, wzbudziły we mnie wiele refleksji. Niekoniecznie pozytywnych. Na mowę jako taką wpływu nie mamy - takie czasy. W każdym środowisku i pokoleniu pojawiają się nowe słowa i określenia. Ale wulgaryzmy w miejscu publicznym to już zupełnie inna sprawa. Język polski w swej czystej postaci powoli ginie. Wielka szkoda... Nic dziwnego, że sięgając potem np. po Sienkiewicza, młodzież połowy nie rozumie. Nie mam nic przeciwko - proszę bardzo, niech używają nowych słów, ale dopiero po tym jak opanują podstawy, czyli język polski jako taki. Bo używanie przekleństw w tak prostacki sposób nie czyni ich dorosłymi ludźmi. Wręcz przeciwnie - pokazuje jak bardzo są niedojrzali.
Szacunek wynosi się z domu. Widocznie nikt ich nie uczył tego, że starszym należy miejsca ustąpić. A jeśli uczył - to nieskutecznie... O kulturze osobistej wypowiadać się nie będę. Mnie tego wszystkiego nauczyli przede wszystkim rodzice. SKUTECZNIE! I nie było, że boli. Za co jestem im dzisiaj naprawdę wdzięczna.

Jeśli to jest kwiat młodzieży polskiej i przyszłość narodu, to chyba zmierzamy w innym kierunku niż wszyscy sobie wyobrażają. Obraz Polski, jaką chcemy widzieć, to przeciwieństwo Polski, którą mamy.
Na szczęście - jest jeszcze ta część młodzieży, która niesie ze sobą nadzieję. Ta, która jest uosobieniem wszystkich pozytywnych cech dobrze wychowanego młodego społeczeństwa. Szkoda tylko, że pozostaje ona w znacznej mniejszości...

 

Komentarze (4)
Egocentryzm, szpan czy bezmyślność?

Ósma rano. Wracam do domu. Po prawie 17 godzinach pracy i godzinie czekania na busa. Ponad 24h na nogach. Pasażerów jest niewielu, co cieszy mnie z oczywistych względów - tłok i hałas zawsze męczą. Siadam tuż za kierowcą. Jestem zmęczona. Marzę - marzę o gorącym prysznicu i odpoczynku. Mam nadzieję się zdrzemnąć. Przynajmniej trochę. Jest spokojnie, z radia leci bardzo cicha, mało natarczywa muzyczka, co jakiś czas dolatuje mnie szmer rozmowy współpasażerów. Przysypiam. Mija kilkanaście minut. Bus staje na przystanku i wsiada człowiek z czapką z daszkiem na głowie. Od wejścia wymachuje komórką. Trudno jej nie zauważyć. Z głośników telefonu wydobywa się głośna muzyka. Kupuje bilet, zaraz wyłączy - myślę. Błąd. Gość siada na fotelu za mną. Nic nie wyłącza, nic nie ścisza. Teraz już telefon wyje po kolei różne piosenki, z reguły te bardziej hałaśliwe, zagłusza wszystko dokoła.  Mijają dwie minuty i stwierdzam, że nie ma już mowy o spaniu. Ten piekielny maniak z tyłu i jego telefon!!! W dodatku opiera się ręką o okno, tak, że telefon znajduje się prawie tuż nad moim uchem. Wiem już, że nie zniosę tego dłużej. Tymczasem właściciel aparatu zdaje się nie zauważać absolutnie niczego - ani tego, że wszyscy nagle pomilkli, ani tego, że gapią się na niego z dość wymownym oczekiwaniem. Ignoruje wszystko. Wbijam morderczo wzrok w lusterko wsteczne pojazdu i też intensywnie wpatruję się w kolesia. Rezygnuję po minucie i zastanawiam się czy nie uświadomić mu, że wynaleziono coś takiego jak słuchawki i żeby w nie zainwestował.Ale musiałabym przekrzyczeć telefon z trzeszczącymi już teraz głośnikami. Delikatnie odwracam się i próbuję dać mu do zrozumienia, że jest za głośno i że nie jest jedynym pasażerem. Zero reakcji.Wysiada po kolejnych 15 minutach. .

To tylko przykład. Czego? Nie wiem. Nie wiem czy to tylko ludzka bezmyślność, szpan czy totalny egocentryzm. Spotykam się  z przykładami takich zachowań wszędzie. Zachowania aspołeczne. Tacy ludzie nie liczą się z innymi. Robią co chcą, gdzie chcą, jak chcą. Jeśli to bezmyślność - to jeszcze jest nadzieja. Można ich uświadomić. Ale jeśli egoizm - to nic się z tym nie da zrobić. I tylko zastanawia mnie jedna rzecz. Jak można funkcjonować w społeczeństwie i oczekiwać, że będziemy szanowani a nasze prawa respektowane, kiedy sami nie przestrzegamy podstawowych zasad obowiązujących między ludźmi?

A Wy? Spotykacie się czasem z takimi zachowaniami? Oby jak najmniej... Tego wszystkim życzę. Miłego popołudnia!

 

Komentarze (4)