iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dziękuję Mamo

Zainspirowana jednym z wpisów, a właściwie dwoma, które pojawiły się na "naszym" blogowisku, postanowiłam dodać coś od siebie. Inspirujące teksty odczytałam wczoraj rano, po czym panowie elektrycy odebrali mi możliwość napisania własnego, czy chociażby skomentowania przeczytanych. Odcięli zasilanie a co za tym idzie także i internet. Kiedy wreszcie energię elektryczną łaskawie mi oddano, okazało się, że nie mam już czasu i muszę udać się w kolejną podróż, co pozbawiło mnie możliwości pisania na kilkanaście kolejnych godzin. Cóż, tak teraz wygląda moje życie. Nieustannie w drodze, nieregularne posiłki, wszystkie sprawy załatwiane "na telefon", a dostęp do internetu raz jest, raz nie. Przynajmniej skończyły się moje problemy z zasypianiem. Śpię wszędzie i w każdych warunkach. Nie przeszkadza mi hałas, zmęczenie, ludzie kłócący się za ścianą - nie przeszkadza mi nic. Kiedy tylko mam możliwość, zamykam oczy i śnię. Poza tym wszędzie jest mnie pełno i działam na wysokich obrotach. Uwielbiam to! Choć przyznaję, ma to także swoje złe strony, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie dotarłam i jestem :). A teraz do rzeczy.

Sprawa dotyczy złego macierzyństwa.

Moje drogie dziewczyny! Z definicji wynika, że kobieta, która dziecko urodziła - jest matką. Ale matką jest także osoba, która to dziecko wychowuje, poświęca mu swój czas i siebie. To powinna być właściwa definicja słowa matka. Nie bądźcie dla siebie takie surowe i niesprawiedliwe. Złe matki to te, które porzucają swoje dzieci na śmietniku, topią je w stawach lub zakopują w ogródku, to te, które znęcają się nad dzieckiem fizycznie i psychicznie. Złe matki to te, których nie obchodzi los ich dziecka ani jego dobro. Złe matki to te, które świadomie wyrządzają dziecku krzywdę. Ale ta kobieta, która pragnie dla dziecka jak najlepiej - na pewno nie jest złą matką. Nie jest złą matką ta, która chcąc zapewnić dziecku lepszy byt, oddaje je pod opiekę kochającym i odpowiedzialnym osobom. Podobnie jak ta, która martwi się o swoją pociechę i stara się jej zapewnić wszystko, co najlepsze. A już na pewno nie jest złą matką ta kobieta, która zastanawia się czy nie jest dla dziecka zbyt surowa lub łagodna, czy jej metody wychowawcze są właściwe, ta, która przeżywa chwile zwątpienia i załamania.

Macierzyństwo to sztuka, doskonalona z biegiem lat. Bardzo trudna, wieloletnia, w której wzloty przeplatają się z upadkami. Będąc dzieckiem uczymy się świata od podstaw. Rodzice są dla nas wzorem do naśladowania i to przez pryzmat ich postaw i zachowań odbieramy bodźce i kształtujemy nasz system wartości. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że nasi rodzice też się w tym czasie uczą - jak być dla nas wzorem, jak dawać dobry przykład, po prostu - jak być mamą i tatą. Każda nauka opiera się na popełnianiu błędów i unikaniu ich w przyszłości. Dlatego i rodzicielstwo nie jest tych błędów pozbawione. Normalne jest to, że czasem każdą matkę dopada zniechęcenie, zniecierpliwienie i czarne myśli na temat przyszłości jej dziecka i procesu wychowawczego.

Istnieją kobiety stworzone do macierzyństwa. Doskonale się w nim odnajdują, ale i one miewają gorsze dni. Są również matki godzące macierzyństwo z karierą. Często czują się winne temu, że nie dość dużo czasu spędzają z dzieckiem. Ale to nie czyni z nich złych matek. Bo obowiązkiem matki jest między innymi zapewnić dziecku byt. Między innymi, ponieważ mimo wszystko najważniejsza jest miłość. Dziecko może obejść się bez nowej gry komputerowej, ale bez matczynej miłości często wyrasta na osobę z zaburzeniami emocjonalnymi.

Macierzyństwo to nie tylko blaski. Macierzyństwo to także cienie - nieprzespane noce, zmartwienie rysujące się zmarszczkami na twarzy, łzy ocierane ukradkiem, niepokój chowany głęboko przed światem. Macierzyństwo to lata pełne niepewności, z kołaczącym się w głowie pytaniem : co z niej/niego wyrośnie?

Dobra matka to nie tylko ta (a nawet rzadko), która zawsze głaszcze dziecko po główce, cokolwiek by nie zrobiło. Dobra matka to ta, która czasem musi dać dziecku szlaban i wytłumaczyć, że źle zrobiło. To ta, która czasem musi być surowa, mimo że w głębi serce jej się kraje. Dobra matka to ta, która uczy dziecko jak odróżnić dobro od zła i jakie są konsekwencje naszych zachowań. Wreszcie dobra matka to ta, która przeżywa chwile zwątpienia i zadaje sobie pytanie: czy zrobiłam wszystko co mogłam? Czy moje dziecko będzie dobrym człowiekiem? i koronne: czy jestem dobrą matką?

Macierzyństwo to proces, którego efekty można ocenić dopiero po wielu latach. Bywa, że mimo największych wysiłków rodziców, dziecko wybiera własną drogę, inną niż ta, którą wymarzyli mu rodzice. Czasem jest to droga właściwa, czasem nie. Trzeba pamiętać, że nasze dziecko - kiedy już dorośnie - ma prawo popełniać swoje błędy, tak jak i my wcześniej. I nie da się go uchronić przed całym złem tego świata. Najważniejsze, by dać dziecku miłość i otoczyć je opieką. Najważniejsze, by dać dziecku siebie i to co w nas najlepsze. A wszystkie lata trudu i zwątpienia wynagrodzą nam pewnego dnia słowa: Dziękuję Mamo. Kocham Cię.

Komentarze (6)
Wyścig w rodzinie. Kategoria: małżeństwo...

Tydzień temu zjechali się goście. Goście nie widziani od miesięcy a przeze mnie nawet od lat. Rodzina.... Zaczęło się jak zwykle - od pytań o życie prywatne i zawodowe. Moje odpowiedzi nie wydały się chyba nikomu w pełni zadowalające, ale wystarczające by dać mi spokój. Babcie i ciocie zostawiły na chwilę udręczanie mnie i zajęły się omawianiem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości innego członka rodziny... Pomyślałam sobie, że tym razem mi się upiekło - nie będzie kazań i wywodów na temat tego, jak to ludzie żyli kiedyś i że one w moim wieku..... Pomyślałam jak zwykle nie w porę, bo oto nadszedł dziadek i bez wstępów zadał mi to pytanie: kiedy wychodzę za mąż? Udzieliłam odpowiedzi wymijającej, co dziadka wcale nie zadowoliło i kontynuował swoją przemowę. O tym, że moja kuzynka z tego samego rocznika już wyszła za mąż, a przecież ja jestem od Niej starsza o kilka miesięcy i teraz już nie mam wyjścia, MUSZĘ się brać za siebie i szybko łapać męża (???!). Że teraz już nie mam na co czekać, bo skoro Ona to zrobiła to i mnie nie pozostaje nic innego. Ręce mi opadły!!! Na nic się zdały moje protesty, tłumaczenia i próby zmiany tematu. Dziadek był uparty do granic możliwości.

Kiedy wreszcie zostałam sama ze swoimi myślami, doszłam do wniosku, że zawsze tak było. Wyścig w rodzinie. Kto pójdzie do lepszej szkoły, kto się lepiej uczy, kto będzie miał lepszą pracę, kto ma większe osiągnięcia i wreszcie kto szybciej i lepiej ułoży sobie życie. Zawsze była skala porównawcza w postaci kuzynów i kuzynek w tym samym bądź podobnym wieku..Zawsze ktoś czuł się po takich spotkaniach rodzinnych niedowartościowany, a rodzice siłą wypychali swoje dziecko na naukę jakichś zbędnych umiejętności, tylko dlatego, że kuzyn czy kuzynka umiejętność tę nabyli....

I nic się nie zmieniło... Ale powiem Wam jedno. Nie lubię słowa MUSZĘ. Bo ja nie muszę - ja mogę, czasem powinnam, czasem sama sobie narzucam pewne rzeczy, ale wynika to z mojego widzimisię. Zawsze podświadomie i świadomie sprzeciwiałam się wszelkim konkursom rodzinnym na najlepsze dziecko i wszelkim wyścigom. Tym bardziej teraz. Kiedy słyszę że muszę coś zrobić - bo kuzynka to zrobiła - jakoś nie działa to na moją ambicję. Nie rozpatruję tego w tych kategoriach. Uważam że każdy ma swoje życie i może nim pokierować tak jak tylko ma ochotę i życzenie. Nie muszę powielać osiągnięć mojej kuzynki. To byłoby chore. Nie żyję Jej życiem tylko swoim własnym.

I pomyślałam sobie jeszcze, że ta presja rodziny jest straszna. Zwłaszcza wśród członków starszej daty. Nie zdają sobie sprawę, że takie nagabywanie i co gorsza porównywanie może budzić czyjeś kompleksy, jak mnie się zdarzało za dawnych lat. Teraz? Teraz budzi to tylko i wyłącznie mój sprzeciw...

Komentarze (18)
Dwa domy...

Cały czas powtarzam, że dla mnie dom to ludzie. Ludzie, których nie zastąpią najpiękniejsze wnętrza, pokoje ani mury. Dom to ciepło, którego nie zastąpią żadne bogactwa tego świata. Ciepło, którego nie można kupić. Można wynająć fachowców, by zbudowali fortecę - postawią fundamenty i ściany. Dekoratorzy urządzą je wedle najnowszych trendów, wyszukają idealne meble, dobiorą kolory... Ale nie ma takiego fachowca, który nadałby tej nowej przestrzeni charakter prawdziwego domu. Bo ten nadajemy my sami. My - ludzie...

Większość z nas ma jeden dom. Niektórzy (a może zbyt wielu??) nie mają go wcale. Wracają po pracy do pustych zimnych ścian, nikt na nich nie czeka... Nikt się specjalnie nie troszczy. Wszędzie pulsująca cisza... Można próbować ją zagłuszyć głośną muzyką, nastawić telewizor na maksimum - ale ta cisza nie znika. Ona przenika i przekrzykuje smutkiem wszystko inne. Ta cisza męczy i boli. Czasem ignorujemy ją i oszukujemy się by móc żyć dalej. Normalnie...?

Jestem pod tym względem szczęściarą.Mam dwa domy. Dwa prawdziwe domy - ludzi, z którymi mogę dzielić wszystko. Pierwszy dom to dom rodzinny. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dom, w którym czekają rodzice, brat i babcia, pies merda ogonem, a kot wita w progu głośnym miauczeniem. To Oni, Ci najbliżsi są mi domem. Nieistotne gdzie się znajdują. Mogą być rozrzuceni po całym świecie. Ale to ludzie, do których chce się wracać. To Oni - mój dom.

I mam też drugi dom - równie prawdziwy. Ale z tymi ludźmi nie łączą mnie więzy krwi. Z tymi ludźmi łączą mnie więzy głębokiej przyjaźni. Ostatnio pomyślałam sobie właśnie, że są dla mnie jak rodzina. Nie "jak rodzina". Oni są moją rodziną! Może nie mamy wspólnych krewnych ani żadnych papierów, które wskazywałyby na pokrewieństwo. Nie ma takich. Ale jest rodzinne ciepło, zaufanie i wsparcie, którego wielu ludzi mogłoby mi pozazdrościć.

Jestem szczęściarą. Mam dwa prawdziwe domy. Ludzi, którzy są dla mnie, ze mną i stoją ramię w ramię, cokolwiek by się nie działo. Dom to te wszystkie małe rzeczy, których tak nie doceniamy: krzątanina w kuchni, płacz małego dziecka za ścianą, wspólny obiad, wieczorny rodzinny seans filmowy i długie rozmowy nawet o tych najprostszych rzeczach. Wydawałoby się mało istotnych... Dom to ciepło, które dajesz i otrzymujesz. Dom to miłość - bezinteresowna i czysta. Dom to ludzie, którzy znaczą wszystko...

Komentarze (16)
Dzieci - narzędzie zemsty na byłym partnerze!

Rozwód. W dzisiejszych czasach nikogo już nie dziwi, nie razi, coraz rzadziej starsze panie ze zgorszeniem szepcą sobie na ucho, że ona rozwódka, on rozwodnik. Liczba rozwodów tak gwałtownie wzrosła, że przestały być one tematem tabu. Czasami w życiu po prostu nie wychodzi, ludzie podejmują decyzje, które wydają im się trafne. Ale czas i okoliczności potrafią wszystko zmienić. Wreszcie dochodzą do wniosku, że nie chcą już ze sobą być i decydują się na rozwód. Najgorzej wychodzą na tym dzieci...

TROCHĘ STATYSTYKI ROZWODOWEJ

Statystyki podają, że w 2008 roku rozwiodło się 65,5 tysiąca par małżeńskich, o tysiąc mniej niż rok wcześniej. Prawdziwy rekord jeśli chodzi o rozwody Polacy osiągnęli w roku 2006, kiedy rozwód  otrzymało 72 tysiące par małżeńskich. Część załatwia sprawę "polubownie" i w 70% przypadków wina nie jest orzekana. Uwaga drogie Panie i Panowie - małżonkowie przed rozwodem średnio przeżywają  ze sobą ok. 13 lat! Wynika z tego, że po tym czasie następuje jakiś kryzys w związkach - nie sprecyzowano bliżej czy chodzi o kryzys wieku średniego czy inny, ale wszystko wskazuje na to pierwsze, ponieważ czas tego kryzysu przypada zwykle na 45 rok życia mężczyzny i 35 rok życia kobiety.

PRAWDZIWY DRAMAT

Niejednokrotnie rozwód jest najlepszym rozwiązaniem dla pary, która nie potrafi się już ze sobą normalnie porozumieć ani współistnieć. Zwłaszcza wtedy gdy para taka posiada dzieci. Spodziewam się teraz protestów i pytań - jak to?! Przecież tyle par jest ze sobą tylko ze względu na dzieci!!! Oczywiście - o ile potrafią się ze sobą dogadać i żyć tak by dziecko nie było narażone na nieustające kłótnie i awantury. W przeciwnym razie tylko pogarszają stan rzeczy. Dziecko, które wychowuje się w takich warunkach będzie zastraszone, zestresowane, a jego obraz świata i życia w rodzinie wykoślawi się i ukształtuje na wzór tego, co młody człowiek widzi na co dzień. W przyszłości może to zaowocować problemami w stworzeniu zdrowych związków i relacji międzyludzkich.

Jak podają statystyki, 63% par, które otrzymały w 2006 roku rozwód, wychowywały w tym czasie ponad 67 tysięcy małoletnich dzieci. Wyłączna opieka nad dziećmi zwykle przyznawana jest matce i bardzo rzadko ojcu. Często też prawo do opieki nad dziećmi przyznawane jest obojgu rodzicom. I tu zaczyna się prawdziwy dramat. Nie - nie dramat rodziców, ale dramat dzieci. Wielokrotnie w czasie rozwodu i walki o prawa do sprawowania opieki nad dziećmi, te ostatnie służą za kartę przetargową. Tak często zdarza się, że niezgoda między rozwiedzionymi już rodzicami odbija się na dzieciach! Chcąc sobie wzajemnie dokuczyć, dorośli ludzie (!!!) posługują się w tym celu swoimi pociechami. Mimo, że sąd nie ograniczył kontaktu ani władzy rodzicielskiej żadnemu z rodziców, starają się oni dokonać tego we własnym zakresie. Utrudniają widzenia, zabraniają dzieciom spotkań z drugim rodzicem (zwykle ojcem), posuwają się do szantażu emocjonalnego, często wmawiają dzieciom, że tata już ich nie kocha, bo przecież nie przychodzi, nie odwiedza, a więc na pewno też nie myśli. Na pewno zapomniał... Tyle, że tata nie przychodzi, bo mama mu tego zabrania. Ale tego już się dzieciom nie mówi...

Zdaję sobie sprawę z tego, że są różni ojcowie i różne matki - tacy i takie, które nie interesują się dziećmi. Tacy, którym wystarcza widzenie raz na dwa miesiące... Wiem, że są tacy. Ale są też tacy, którzy po rozwodzie pragną brać czynny udział w opiece nad dziećmi, chcą się o nie nadal troszczyć i uczestniczyć w ich życiu jak wcześniej. I uniemożliwiają im to urazy powstałe między rozwiedzionymi rodzicami. Dla niektórych są to urazy tak głębokie, że posługują się własnymi dziećmi - nie szanując przy tym ich emocji i uczuć - byleby sprawić przykrość byłemu współmałżonkowi.

WSZYSCY JESTEŚMY LUDŹMI

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Każdy może popełnić błąd. I sytuację każdego z nas należałoby rozpatrywać indywidualnie. Ale w boju o swoje ja i własne dobro, w walce, w której chcemy dać upust żalom i własnym rozterkom, często zapominamy o tym, że są jeszcze dzieci. Dzieci, które niczemu nie zawiniły i zasługują na to, by żyć w miarę możliwości normalnie dalej, już po rozwodzie rodziców. Sam rozwód rodziców i fakt, że jedno z nich znika z codziennego życia dzieci i wyprowadza się, jest już dla dzieci wyjątkowo traumatycznym przeżyciem. Każda sprzeczka, kłótnia czy awantura rodziców, nawet rozwiedzionych, jest dla dzieci bolesna. I nawet jeśli tego nie okazują - bardzo to przeżywają. Wszystko to wpływa na kształtujące się dopiero charaktery i poczucie wartości najmłodszych.

Każdy chciałby dorastać w pełnej rodzinie. Kiedy jest to niemożliwe, powinniśmy starać się zapewnić dzieciom w miarę normalny kontakt z drugim rodzicem. Dzieci to mali ludzie - czują i przeżywają często dużo intensywniej niż my. I rozumieją dużo więcej niż nam się wydaje. Nie powinny nigdy płacić za to, że rodzice nie potrafią się porozumieć. Wmawianie dzieciom, że tata czy mama już ich nie kocha, nastawianie ich przeciwko byłemu mężowi czy żonie, stosowanie przemocy psychicznej i grożenie karami cielesnymi w razie gdyby spotkały się z drugim rodzicem - jest karygodne i wypacza dzieciom cały obraz świata, w którym dorastają. Pozostawia to trwały ślad w ich psychice i piętno na sercu i duszy. Takim postępowaniem wyrządzamy dzieciom większą krzywdę niż samym rozwodem. A wykorzystywanie dzieci jako narzędzia zemsty na byłym współmałżonku uważam za nieludzkie i niemoralne.

Dlatego apeluję do tych, którzy być może nie zdają sobie sprawy z tego, że podświadomie krzywdzą swoim postępowaniem własne, niczemu winne dzieci - o więcej rozwagi. Niech wojna między byłymi współmałżonkami nie przekłada się na dzieci. Niech te ostatnie nie płacą za to, że dorośli ludzie nie radzą sobie z własnymi emocjami, uczuciami i życiem. Każde dziecko ma prawo do szczęścia. Przed nim całe życie. Pokażmy mu, że dorosłość to coś więcej niż kłótnie i awantury. Pokażmy, że dorosłość to mądrość i umiejętność znalezienia kompromisu bez krzyku, przemocy psychicznej i agresji. Dorosłość to umiejętność dojścia do porozumienia w imię wspólnego dobra...

Komentarze (14)
A gdyby rodzina zniknęła....

Posłusznie melduję się już z własnego domu :). Obok mój kubek z herbatą, przede mną mój kochany laptop, wszystko na swoim miejscu. Jedyne co nowe to to, że mnie połamało. Łamało tak kilka dni - zaczęło od barku i karku, a dziś połamało do reszty, wlazło gdzieś między łopatki i nie chce wyjść. No trudno się mówi.

Przeżyłam dziś rano horror znany z bajki (zabijcie - nie pamiętam tytułu). Budzę się rano, schodzę do kuchni - pusto. Zaglądam do pokoi - pusto! Wymiotło wszystkich czy jak? A dom powinien być dzisiaj pełen ludzi... W dodatku wszystko wygląda tak jakby jeszcze dwie minuty wcześniej tu byli.... W połowie dopita kawa, grające radio. Stoję i zastanawiam się - czy to mi się śni, czy to się dzieje naprawdę? Nawet uszczypnęłam się - trochę za mocno :/, bo zabolało. Wszystkie rzeczy widzę na swoich miejscach, i buty i okrycia wierzchnie - nic się nie zmieniło. Brakuje  tylko ludzi... Jeszcze bez paniki sięgam po telefon, dzwonię - brak sygnału.... Czy to ja zwariowałam??? Sprawa na szczęście szybko się wyjaśniła, w dość prosty sposób jak to zwykle bywa, ale co się przez te pół godziny nazastanawiałam to moje.

I tak sobie myślę teraz: co by było gdyby to moje życie potoczyło się inaczej, bez nich, bez tych wszystkich osób, które przy mnie były, bez prawdziwego domu, w którym dorastałam... Co by się stało gdyby to wszystko nagle zniknęło??? Znam ludzi, którzy odczuliby ogromną ulgę. Ucieszyliby się, że nie muszą się już niczym przejmować, tłumaczyć, kłócić, pamiętać o wszystkim i wszystkich. Znam takich, którzy byliby uszczęśliwieni taką sytuacją. Znam też takich, którzy nie chcieliby dalej żyć, bo rodzina jest dla nich sensem istnienia...

Ja na pewno NIE należę do pierwszego typu. Gdyby moi bliscy zniknęli czułabym się zagubiona, rozdarta, rozżalona. Bo wolność, o której niektórzy mówią w tym przypadku jest tylko pozorna. To wolność od obowiązków i problemów, które są naturalną częścią życia - nie będzie tych to będą inne. Ale czy tak naprawdę chcieliby się uwolnić także od ludzi, z którymi dzielą życie, radości i smutki??? Być może niektórzy.Większość - raczej nie. A ja na pewno nie. To droga, którą idziemy wszyscy wspólnie , to droga na dobre i na złe, w bogactwie, biedzie, kłopotach i szczęściu. Trochę brzmi jak przysięga małżeńska - ale czy nie tak właśnie powinno być?

Wiem, że rodziny bywają różne. Każda jedna ma swoje tajemnice i sekrety, którymi niechętnie dzieli się z innymi ludźmi, ale w rodzinie te sekrety są wszystkim znane. Spajają jej członków w jedno ogniwo, sprawiają, że w ten wyjątkowy sposób jesteśmy inni niż reszta. Jesteśmy jednością dzisiaj jutro zawsze na dobre i na złe.To jest właśnie rodzina.

Każdy o czymś marzy, ma w głowie jakiś model rodziny, który chciałby widzieć w rzeczywistości. Niektórzy dążą do tego by go zrealizować, inni nie. Dla mnie rodzina to ciepło. Dom. Ale nie budynek, tylko ludzie. Rodzina to ludzie, do których się wraca. Ludzie, o których się myśli. Ludzie, o których wiemy prawie wszystko. Ludzie, którzy mimo swoich wad są nam bliscy. Mimo tego, że czasem każdemu ciśnie się na usta "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to po środku, żeby nie wycięli", mimo, że zdarzają się kłótnie, nawet o drobiazgi, to jest to zawsze część naszego życia. Duża część. Czy chiałabym aby ta część zniknęła? NIGDY! Kiedy los rzucił mnie daleko od domu, te wszystkie niedoskonałości przestały się liczyć. Ważne było to, że Ci ludzie są. Może gdzieś tam daleko, ale myślą i tęsknią.

Często zapominamy o tym co czyni nas rodziną. Przedkładamy sprawy materialne nad duchowe. Martwimy się o pieniądze. Przytłaczają nas problemy. Ale najważniejsze jest to, że jesteśmy...

Moje życie bez rodziny byłoby zupełnie inne. A ja nie byłabym sobą. Może źle to określiłam. Po prostu nie byłabym tą osobą, którą jestem dzisiaj. Może byłabym teraz w zupełnie innym miejscu na Ziemi. Może zajmowałabym się czymś zupełnie innym. Może nie byłoby mnie tu wcale....Może... Ale jestem i są moi bliscy. I tylko to się liczy. Mam swój rozum, popełniam swoje błędy, które oni czasem akceptują, a czasem nie. Ale nie zmienia to faktu, że jestem częścią tej rodziny, należę do niej i tak będzie już zawsze.

Nie znam takiej rodziny, która byłaby idealna :). Nie znam takiej, która w pełni odpowiadałaby obrazowi, który mam w głowie. Ale znam takie, w których mimo wiecznego niedoboru środków finansowych i łatania dziur w domowym budżecie - panuje harmonia, spokój i rodzinne ciepło. Takich rodzin życzę sobie i Wam. Abyśmy zawsze umieli dostrzec to, co najważniejsze...

Komentarze (22)
Takie wielkie NIC...

Czy Was też boli kiedy Wasi najbliżsi nie doceniają tego co mają? A może ja jestem jakaś nienormalna? Może tylko mnie robi się przykro kiedy słyszę "nic mi się nie układa"? Słyszę i zaraz analizuję - jak to? Jest rodzina - nie ma w niej żadnej patologii, nikt się z nikim nie rozwodzi, wszyscy są zdrowi - czy to tak mało? Bo zawsze wydawało mi się, że to najważniejsze... Jedno małe niepowodzenie czy nieporozumienie w pracy i od razu "nic mi się nie układa"?

I kiedy słyszę coś takiego to nagle czuję się tak jakby ta praca to było wszystko. Rodzina, znajomi, przyjaciele - jesteśmy bez znaczenia. Nie wystarczamy, żeby ktoś powiedział "dobrze, że Was mam".

I jest mi przykro. Chociaż wiem, że te słowa nie były wypowiedziane celowo - to przecież zdradzają stan umysłu i myśli. To znaczy, że my wszyscy, którzy podobno jesteśmy najbliżsi - nie znaczymy nic... Albo jesteśmy bo jesteśmy. Bo musimy być, bo powinniśmy być, bo byliśmy zawsze... Nikt się nie zastanawia co by było gdyby nas nagle zabrakło. Bo gdyby tak się stało to pojawiłaby się czarna rozpacz i stwierdzenia dużo głębsze niż to. Gdyby nie układało się i w domu, i w pracy, i generalnie w kontaktach międzyludzkich - to ja rozumiem. Można powiedzieć "nic mi się nie układa". Ale w sytuacji takiej jak ta, kiedy najbliżsi stoją murem, gotowi pomóc w każdej chwili - takie zdanie jest po prostu niesprawiedliwe i boli.

Dlaczego ludzie nie doceniają tego co najważniejsze? Dlaczego nie doceniają tego co mają, tylko skupiają się na rzeczach ulotnych, przejściowych? Czy każdy z nas potrzebuje zakopać się czasem na dnie smutku i rozgrzebywać jestestwo od podstaw? Jeśli zdarzy Wam się kiedyś coś takiego - pamiętajcie, że tuż obok są ludzie, którzy Was kochają. To oni są w życiu najcenniejsi. Nie rańcie ich nieprzemyślanymi słowami, które wcale nie oddają prawdy....

Komentarze (16)
Rodzicu - czy znasz swoje dziecko?

Chętnie wypowiedziałabym się  w tej kwestii, ale niestety dzieci jeszcze nie posiadam. Za to wiem jak to wygląda z perspektywy dziecka, małego, średniego i dorosłego. Ile rodzice o nas wiedzą? Z moich obserwacji wynika, że dzieci są zupełnie inne niz rodzicom się wydaje...Rodzicom, których znam, często wydaje się, że znają swoje dziecko najlepiej, "na wylot", że wiedzą o nim wszystko. Ale kiedy pytam ich o plany dziecka, o to co lubi, gdzie chciałoby pojechać, co chciałoby zobaczyć - często udzielają mi zupełnie innej odpowiedzi niż ich potomek. Im starsze dziecko - tym więcej rozbieżności. Oczywiście nie ma reguły, są rodzice, którzy rzeczywiście znają swoje dzieci. Ale czy to nie jest tak, że wiemy o dzieciach tyle ile same chcą nam powiedzieć?

Kiedy jesteśmy mali, rodzice opiekują się nami cały czas. Wtedy znają nas najlepiej. Wiedzą co lubimy jeść, oglądać, kiedy lubimy wstawać i kłaść się spać, co nas cieszy i smuci. Wiedzą, który miś musi leżeć obok, żebyśmy mogli spokojnie zasnąć... Wiedzą, kto jest naszym najlepszym przyjacielem i kogo nie darzymy sympatią. Ale dorastamy. W miarę jak rodzic traci kontrolę nad naszym życiem, pojawiają się sekrety, którymi dzielimy się lub nie... Mamy "swoje sprawy" a potem także swoje życie. Wieloma rzeczami nie dzielimy się z rodzicami, w obawie, że nie zrozumieją. Innym razem czekamy na właściwy moment - moment, który nie nadchodzi... Często dochodzi do tego, że więcej wiedzą o nas przyjaciele, niż ci, którzy sprowadzili nas na świat. Rodzice często nie mają pojęcia jaką osobą jest ich dziecko, bo widzą je przeważnie tylko w domu. Nie wiedzą z jakimi problemami się boryka. Ci, którzy znają to "dziecko" jako osobę, to jego przyjaciele, znajomi, współpracownicy. Rodzice, mimo że tak bliscy, często posiadają na nasz temat wiedzę zakodowaną jeszcze w dzieciństwie, która przeważnie nijak się ma do dorosłej rzeczywistości... Dla  rodziców wciąż jesteśmy małymi dziewczynkami i chłopcami, których trzeba skarcić, albo coś za nich zrobić. Nie dostrzegają, że w pewnym momencie ich dziecko dorosło, że samo może podejmować decyzje, że jego zainteresowania się zmieniły...

W dorosłym życiu, tak samo jak w dzieciństwie, potrzebuje wsparcia rodziców - ale zupełnie innego rodzaju. Chcemy by po prostu byli. Czasem aż chce się stanąć naprzeciw nich z uroczym uśmiechem i powiedzieć "Mamo, Tato - dorosłam/-em".

Tak więc pytam się Was dzisiaj jako dzieci - czy Wasi rodzice Was znają i jako rodziców - czy znacie swoje dzieci? Bo często to dziecko zna rodziców lepiej niż oni swojego potomka...

Komentarze (10)
Synowa, teściowa i jeńcy wojenni

Konflikt synowa - teściowa znany jest nam wszystkim nie od dziś, napisano na ten temat chyba już wszystko, broniąc to jednej strony, to drugiej, to znowu obydwu. Wypowiadały się teściowe, synowe przedstawiały swój punkt widzenia. Tymczasem wina na samym początku leży pewnie po którejś ze stron, potem zaś na pewno po środku, bo żadna dobrowolnie nie odpuści. I tak zaczyna się wojna. Tylko o co? Najczęściej o względy syna (męża), czasem o "terytorium" (jeśli wspólnie mieszkają), no i o władzę. Tak, wiem jak to brzmi, ale niektóre matki nie mogą pogodzić się z tym, że już nie decydują o życiu swoich dzieci, a niektóre żony ciężko znoszą dobry kontakt męża z matką. Jednak nie o nich chcę dzisiaj pisać. Pragnę spojrzeć na ten problem z zupełnie innej strony. Strony, która moim zdaniem cierpi w tym konflikcie najbardziej, a o której się nie mówi. Niełatwo być stale między młotem a kowadłem - a w takim położeniu znajduje się mąż (syn) i w takim położeniu znajdują się dzieci (wnuki). A także wszyscy, którzy znajdują się w najbliższym otoczeniu. Są to jeńcy wojenni, na których skupia się całe zło wspomnianej sytuacji.

Kłótnie o drobnostki, sprzeczki o detale, raz na jakiś czas otwarta wojna, a na co dzień chłodne omijanie się, ciągłe narzekania, ale w tajemnicy, bo do osób trzecich, nigdy wprost. Skargi - do męża i syna. Bo mama zrobiła to, Twoja żona zrobiła tamto. I presja - ZRÓB COŚ. A co ten biedny człowiek ma zrobić, kiedy jedyne czego chce to spokój? Jak stanie w obronie matki, to będą kłopoty z żoną. Jak będzie bronił żony - to będzie nie fair wobec matki. Nie ma łatwego wyjścia z tej sytuacji. Co robi najczęściej? Ucieka. Nie chcąc mieć zatargów ani z partnerką ani z matką. która wychowywała go tyle lat, po prostu unika konfrontacji. Z czasem staje się kartą przetargową. W kłótniach obie - i matka i żona - używają jego osoby, by zyskać przewagę. Przypominają, co powiedział, co zrobił, czego by chciał, często podając informacje nieprawdziwe i wyssane z palca. I w ten oto sposób Bogu ducha winny człowiek zostaje wplątany w wojnę domową, w której nie ma ochoty ani zamiaru uczestniczyć. Im bardziej konflikt się zaostrza, tym częściej wszystko skupia się na nim.Jest jak tarcza, do której obie strzelają. Co gorsza, często każą Mu wybierać. "Albo ja, albo ona!". I podsuwając Mu całe stosy argumentów żądają, by opowiedział się po jednej ze stron. Kiedy biedak nie wie co ma zrobić i miota się między nimi, przychodzi czas na argumenty ostateczne:
Mama: W końcu to ja jestem Twoją matką, chcesz mnie do grobu wpędzić?! Na co mi przyszło, własne dziecko mnie tak traktuje...
Żona: Jestem Twoją żoną. Ze mną się ożeniłeś i ze mną sypiasz. Jak możesz pozwalać, żeby Twoja matka tak mnie traktowała?!

I tak zaczyna się życie mężczyzny - już nie w domu, a w obozie jenieckim, gdzie nie wiadomo kto wróg, kto przyjaciel, gdzie wzajemne oskarżenia padają jedno po drugim, gdzie nikt nie może czuć się normalnie i bezpiecznie. Cokolwiek mężczyzna zrobi nie tak - zostanie wykorzystane przez jedną ze stron. Jego codziennym obowiązkiem staje się wysłuchanie listy skarg i zażaleń każdej z dwóch kobiet w jego życiu: Twoja żona nie umie gotować, źle wychowuje dzieci, niedokładnie sprząta. Twoja matka bez przerwy się wtrąca, sprawdza mnie, ciągle narzeka...
I w ten oto sposób wojna może trwać latami...

Tymczasem pojawiają się dzieci i w miarę jak dorastają, również są świadkami nieustannych walk między mamą a babcią. O ile na początku nie rozumieją w czym rzecz, o tyle szybko orientują się, że mama i babcia się nie lubią. A w miarę jak dzieci zaczynają dorastać także i one dołączają do obozu jenieckiego, bo każda kobieta próbuje je nastawić przeciwko drugiej. Pojawia się zazdrość, która objawia się w jeszcze gorszy sposób. Jeśli babcia Cię chwali - mama będzie krytykować. Jeśli mamie się coś spodoba - babcia będzie negować... I tak bez przerwy i niezmiennie.

W ten oto sposób wojna synowa-teściowa trwa, a jeńców wojennych przybywa. Konflikt zatacza coraz to szersze kręgi, obie ze stron nabywają nowych sprzymierzeńców, mniej zorientowanych w sytuacji i mniej poszkodowanych, jeśli opowiedzą się po którejś ze stron. Nieporozumienia stają się chlebem powszednim i obie panie są już do siebie tak uprzedzone, że nic nie jest w stanie tego zmienić. Nawet specjalnie nie próbują już nic zmieniać, ponieważ przyzwyczaiły się do tego, że jest jak jest. Tymczasem ich pierwszy jeniec wojenny, mąż i syn, jakoś gorzej wygląda, słabnie, choruje albo ma częste delegacje, coraz rzadziej go widują... Ma kłopoty ze snem, jest poirytowany i rozdrażniony (który to stan obie panie przypisują sobie nawzajem). Zaczyna snuć plany ucieczki z miejsca, które od dawna nie jest domem. Ucieczka różnie może się zakończyć - np. upojeniem alkoholowym, które pojawia się częściej niż kiedyś.
A dzieci? Ciężko żyje się  w domu, w którym atmosfera jest gęsta i kłótnie wiszą na włosku. Stres, stany lękowe, zmęczenie, zły nastrój - to ich codzienność. Stan psychiczny przekłada się na fizyczny i dzieci chorują - na choroby, których nikt nie potrafi wytłumaczyć. To ból głowy, to brzucha, to nudności....

A przecież wszystko może wyglądać zupełnie inaczej. Może - bo jak mi napisano w jednym z komentarzy (Pozdrawiam!) są wspaniałe teściowe, są i wspaniałe synowe. I każda dla każdej taka może być. Potrzeba tylko więcej tolerancji i akceptacji, a mniej złośliwości, agresji i zazdrości.

Słówko dla teściowej: skoro Twój syn zdecydował się poślubić wybraną kobietę - to znaczy, że nie jest ona taka zwyczajna. To znaczy, że ją kocha, a więc uszanuj to, nie krytykuj jej. Bo to bardzo trudne wchodzić do nowej rodziny i w nową rolę.
Słówko dla synowej: pamiętaj, że to dzięki tej kobiecie, która wychowała Twojego męża, On jest teraz z Tobą. To Jej zawdzięczasz swojego męża - bo to Ona go urodziła. Zrozum, że trudno Jej się pogodzić z faktem, że Jej mały mężczyzna jest już dorosły :)

A na co dzień - nie bierzcie jeńców wojennych. Bo to nie ich wojna. Nie pozwólcie, by ktoś inny cierpiał dlatego, że Wy pozostajecie w konflikcie. Zastanówcie się, o co Wam tak naprawdę chodzi? O to, żeby małżeństwo syna się rozpadło, o to, żeby zerwał kontakt z matką??? A przecież obie kochacie tego samego człowieka. Pozwólcie Mu być szczęśliwym. On kocha Was obie...

Komentarze (12)
Pokochaj mnie, Mamo!

Nie pytają. Żądają. Stawiają siebie na piedestale. Oczekują, że w życiu nawet dorosłego już dziecka będą bezwzględnie najważniejsi. Ważniejsi od współmałżonka, pracy, dzieci. Nie przyjmują odmowy. Stosują szantaż emocjonalny. Całe życie starają się kontrolować swoje dzieci - od najmłodszych lat, przez okres dojrzewania, czas małżeństwa, aż po wychowywanie wnuków. Zawsze mają rację - dziecko nie ma jej nigdy.
Pozwólcie, że przedstawię - przed Wami TOKSYCZNI RODZICE

Mam koleżankę. Jest w moim wieku. Nie potrafi myśleć o sobie i własnym szczęściu. Bardzo chce, wyrywa się, próbuje uciekać, ale w ostateczności i tak zawsze kończy się tak samo. Wmawia sobie, że rodzice jej potrzebują i nie poradzą sobie bez niej. Co nie jest prawdą, bo radzą sobie doskonale. Cokolwiek by nie robiła, nigdy nie jest dość dobra, zawsze słyszy, że mogła zrobić coś lepiej. Że mogła postarać się bardziej. A w przypadku porażek -  jak mogła zrobić to swoim rodzicom, w ogóle o nich nie myśli. Nie proszą jej o pomoc. Żądają i oczekują. Wszystko robi z myślą o zadowoleniu rodziców, z nadzieją, że wreszcie ją pochwalą, nie skrytykują. Dzieciństwo wspomina bardzo źle, jako pasmo udręk i tortur - fizycznych i psychicznych. Mimo to - do dziś jest uzależniona od tego "co powiedzą jej rodzice", co pomyślą i co pochwalą a czego nie. Większość swoich decyzji, jeśli nie wszystkie,  konsultuje z rodzicami. Są dla niej wyrocznią. Wszystkie toksyczne zachowania rodziców usprawiedliwia stwierdzeniem, że "to ona jest złym dzieckiem". Jeśli rodzice są niezadowoleni - to jej wina. Jeśli bywają agresywni - to dlatego, że była nieposłuszna. Jeśli źle się czują - to dlatego, że zawiodła ich oczekiwania. Jest nieszczęśliwa, bo całe życie próbuje zasłużyć na to, by być kochaną.

Toksyczni rodzice to przeważnie Ci "porządni", z dobrych domów, zainteresowani dziećmi "do bólu", kontrolujący je bezustannie. W domu nie ma problemów, z którymi borykają się inne rodziny. Warunki materiale są dobre - a mimo to brak w nim prawdziwej miłości, poczucia stabilizacji i bezpieczeństwa oraz ciepła, a dzieci nie są szczęśliwe.

Istnieje pięć podstawowych zasad odpowiedzialnego rodzicielstwa (www.cpp-metanoia.com):
1. zaspokajanie fizycznych potrzeb swoich dzieci,
2. ochrona dzieci przed fizyczną krzywdą,
3. zaspokajanie dziecięcej potrzeby miłości, uwagi i przywiązania,
4. ochrona dzieci przed krzywdą uczuciową,
5. troska o moralny rozwój dzieci.

Toksyczni rodzice spełniają najczęściej (tylko) potrzeby określone w puncie pierwszym. Dziecko, którego prawa są notorycznie łamane, a potrzeby niezaspokajane, zaczyna czuć się winne wobec świata i rodziców. Uważa, że to ono postępuje źle, a zachowanie rodziców odbiera jako wzorzec i normę. Zaczyna czuć się gorsze, jego poczucie własnej wartości uzależnione jest w pełni od tego, co mówią o nim rodzice. Jeśli bezustannie karcą, nawet za najmniejsze przewinienia lub niedopatrzenia - dziecko nabiera przekonania, że "jest do niczego" i zawodzi swoich rodziców. Toksyczni rodzice nie pamiętają o tym, że z dzieckiem trzeba rozmawiać, wysłuchać, przytulić... Nie pamiętają, że dziecko trzeba kochać i okazywać mu to. Nie pamiętają, że dziecko jest człowiekiem, takim samym jak ludzie dorośli i tak samo ma swoje prawa i potrzeby. Ciągła kontrola i ignorowanie dziecięcych potrzeb prowadzi do tego, że mały człowiek zamyka się w sobie, przestaje mieć własne zdanie - bo przecież jego opinie są nieważne i nigdy nie ma racji. Czuje się bezwartościowe i niegodne miłości. Niegodne zaufania.

Rodzice to tylko ludzie. Jak wszyscy. I tak jak wszyscy popełniają błędy, mają do nich prawo.  Nie ma czegoś takiego jak RODZIC IDEALNY. Podobnie nie można wymagać od dziecka, które przecież dopiero się uczy życia, że będzie perfekcjonistą w każdym calu. Trzeba pozwolić mu popełniać własne błędy, aby mogło się na nich uczyć. Trzeba pokazać mu, co to znaczy kochać, szanować i rozmawiać. Bo to, czego nauczymy je we wczesnych latach - zostanie mu już na całe życie. Doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego to bagaż, który niesiemy ze sobą już zawsze. Jeśli dziecko nie nauczy się podejmować samodzielnych decyzji w domu rodzinnym - jeśli mu się tego nie umożliwi, w życiu dorosłym będzie mu bardzo trudno. Dzieci potrzebują uwagi i czułości, ale także zaufania.
Toksyczni rodzice często znieważają dziecko słownie: wyzywają, poniżają, obrażają i obwiniają (także za swoje błędy). Często wypominają dziecku wszystko co mogli zrobić, a nie zrobili, bo ono się urodziło. Miłość i czułość przeplatana jest napadami agresji, za które dziecko z czasem zaczyna się obwiniać.

CECHY OSÓB, KTÓRE MAJĄ TOKSYCZNYCH RODZICÓW (wg www.adonai.pl):
  • ich życiem rządzi przymus;
  • zawsze postępują tak jak chcą ich rodzice i nie wyobrażają sobie, że mogliby zrobić coś innego, nawet jeśli nie podoba im się sytuacja i stawiane wymagania;
  • żyją w przekonaniu, że życie ich matki bądź ojca opiera się tylko na nich, że muszą być na każde skinienie, inaczej rodzice sobie nie poradzą;
  • decyzje podejmują tylko w porozumieniu z rodzicami, nigdy samodzielnie, nigdy w porozumieniu ze współmałżonkiem;
  • wszelkie plany pojawiają się dopiero po rozmowie z rodzicami, a każde inne mogą ulec zmianie, jeśli rodzic będzie akurat "potrzebował" pomocy;
  • często mają problemy ze stworzeniem udanego związku, ponieważ toksyczni rodzice niszczą wszelkie pozytywne relacje dziecka z innymi; często wybierają życie singli i zostają w domu rodziców;
  • są nieszczęśliwe, bo nie widzą możliwości zaspokojenia swoich własnych potrzeb, ale także czują się niekochane przez rodziców;
  • w życiu zawodowym odnoszą sukcesy - są pracowici, solidni, bardzo lubiani - wszystko po to by zadowolić rodziców;
  • godzą się na wszystko - w życiu prywatnym i zawodowym unikają konfliktów i nie potrafią odmawiać - często są więc wykorzystywani.

Lata spędzone z toksycznymi rodzicami owocują zaburzeniami w systemie wartości i ocenie sytuacji, często problemami w odróżnianiu dobra od zła i normy od zachowań nieprawidłowych. Toksyczność może przechodzić z pokolenia na pokolenie. To czego nauczyli nas rodzice - przekazujemy dalej. Do skutków toksycznego wychowania można zaliczyć także zaburzenia odżywiania, schizofrenię, wiele psychoz, problemy we wchodzeniu w związki partnerskie, depresje czy nawet wszelkiego rodzaju choroby fizyczne (www.theppd.org).

Dziecko chce mieć świadomość tego, że liczymy się z jego opiniami i że są one wartościowe. Chce mieć świadomość, że jest dumą rodziców, a nie przeszkodą w ich życiu. Dlatego warto okazywać dziecku radość z tego, że jest z nami. Warto też zachęcać je do samodzielności i rozmawiać z nim o wszystkim. Tak, by czuło się pełnoprawnym członkiem rodziny.

Dziecko to mały człowiek. Tak samo jak dorośli ma prawo do życia, miłości i poszanowania jego osoby. Sytuacje, w których dziecko musi "zapracować" na uczucie rodziców są karygodne. Dziecko jest po to, by je kochać, wspierać i pomóc zrozumieć świat, który nas otacza. Odpłaci nam tym samym. Ale życie jest jego własne i w miarę dorastania stopniowo samo powinno zacząć o sobie decydować. .

Jako rodzice stawiamy dzieciom setki wymagań, mamy mnóstwo oczekiwań i nadziei. Wydaje nam się czasem, że dziecko jest po to, by wynagradzać nam nasze życiowe pomyłki i by naprawiać nasze błędy. Tymczasem dziecko oczekuje od nas tylko jednego: prawdziwej miłości, czułości i poczucia, że jest dla nas ważne. Gdybyśmy mogli zrozumieć krzyk noworodka, który rozlega się przy porodzie, byłoby to "POKOCHAJ MNIE, MAMO!".

wykorzystane źródła i więcej na:

http://theppd.org/index.php?id=37,49,0,0,1,0
http://www.cpp-metanoia.com/index.php?option=com_content&task=view&id=184&Itemid=75
http://www.sciaga.pl/tekst/55903-56-toksyczni_rodzice
http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=10997
http://adonai.pl/rodzina/?id=87

Komentarze (12)
Międzynarodowy Dzień Rodziny
  • Jutro 15 maja. Międzynarodowy Dzień Rodziny. Tak ustanowiło 16 lat temu ONZ. Dzień ten został ustanowiony w celu zwrócenia uwagi społeczeństwa na problemy pojawiające się w rodzinach i podkreślenia znaczenia polityki prorodzinnej (www.wikipedia.pl)

    W świetle dramatów, które rozgrywają się codziennie w naszych domach, dzień ten przychodzi poniekąd w porę. Myślę jednak, że nie poświęca się mu należytej uwagi. Mało się o nim mówi, mało się o nim słyszy, zaledwie niektóre placówki starają się go uczcić specjalnymi atrakcjami przeznaczonymi dla rodzin.

    Ktoś kto zapyta - a cóż to za problemy, jest kompletnym ignorantem. Rodzina jako najmniejsza komórka społeczna boryka się z tysiącami mniejszych i większych kłopotów. Do tych najważniejszych, najtrudniejszych z pewnością należy alkoholizm i przemoc w rodzinie. Przemoc fizyczna i psychiczna. Na pewno trzeba tu zaliczyć także wiele problemów opiekuńczych i wychowawczych.

    Te problemy dotyczą każdego z nas. Każdy ma w domu swój mały świat. Dlatego może właśnie tego dnia warto szczególnie przyjrzeć się temu, co mamy, co chcemy mieć, tego czy i co można naprawić, i jak radzić sobie w najtrudniejszych sytuacjach. Jak pomóc sobie, jak pomóc dzieciom i jak sprawić, by rodzina była prawdziwą rodziną, a nie tylko grupą osób z definicji. Może warto tego dnia poświęcić więcej czasu na spokojną rozmowę i określenie wzajemnych potrzeb, i oczekiwań. Może warto okazać sobie więcej ciepła i uczucia - nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że tak rzadko to robimy. Może warto właśnie tego dnia spędzić więcej czasu z najbliższymi i przypomnieć sobie, co to znaczy BYĆ RODZINĄ.

    Nie...nie "może warto", tylko NA PEWNO WARTO.

     

     

Komentarze (2)