iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Do moich drogich koleżanek z iWoman :)

Pantero, tak sobie myślę, że życie jest niewiadomą. I ta niewiadoma nas zmienia - zmienia nasze poglądy, pragnienia, to, w co wierzymy. Zmienia nas, ale niekoniecznie naszych bliskich... Niekoniecznie naszych współpracowników. Albo wręcz przeciwnie - ich także zmienia, tylko w taki sposób, że drogi prowadzą nas w przeciwnych kierunkach... I jesteśmy od siebie coraz dalej, a dostrzegamy to dopiero, gdy dzielą nas już miliardy lat świetlnych... Czasem trzeba zostawić za sobą to co było ważne kiedyś, dla tego co jest ważne dziś. Czasem trzeba zamknąć jedne drzwi, żeby otworzyć następne. I dobrze jest zrobić to w porę, zanim zniszczymy nawet dobre wspomnienia. Głowa do góry. Jeśli coś się kończy, to coś innego się zaczyna. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Uratuj siebie, bo dla siebie Ty musisz być centrum świata. Bez Ciebie Twój własny świat nie mógłby istnieć. Pozdrawiam ciepło i trzymam kciuki. :)

Chinko - gratuluję :) Wiem z innych źródeł ;), że kipisz radością, rozwijasz się i cieszysz życiem :). Tęsknię za naszymi "rozmówkami", ale wszystko jest do nadrobienia. Jeśli nie tu, to gdzie indziej.

Luizo Joanno - mam nadzieję, że Opatrzność nad Tobą czuwa. I że dobrzy ludzie nie pozostają głusi na Twoje prośby, potrzeby, wołanie... Obyś tylko takich spotykała na swojej drodze.

Tęsknię za Wami dziewczyny i za tym czasem, który spędziłyśmy tu razem, śmiejąc się, plotkując, wspierając... Tęsknię za uśmiechniętą Marietką i rzeczową Mrówką. Za poezją Natali. Być może wkrótce przeniosę się do innego serwisu i zacznę wszystko od nowa. Oczywiście poinformuję o tym wcześniej. Może zajrzycie? Tu lub gdziekolwiek. Ciekawa jestem co u Was.

Pozdrawiam ciepło:)

Komentarze (9)
Pociąg do... alkoholu

Cicho wszędzie, głucho wszędzie... Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Minęło sporo czasu od mojego ostatniego wpisu, ale dzisiaj jestem i podzielę się kilkoma myślami.

Alkohol. Przerażające jaki wpływ wywiera na ludzi. Niektórzy robią się po nim łagodni jak baranki i grzecznie udają w objęcia Orfeusza. Innym rośnie poziom agresji, ochota na zwierzenia albo po prostu wyłącza się myślenie. To ostatnie należy chyba do najgorszych reakcji...

A dlaczego o tym piszę? Otóż niedawno przeprowadziłam się na inne osiedle. Któregoś razu, z okna, zauważyłam kilkoro uczniów gimnazjum, na pewno nie byli starsi. Stali za garażem, osłonięci od strony ulicy. Uczniowie wagarowali kiedyś, wagarują i dziś, pomyślałam. Ale zaraz potem chłopcy wyciągnęli puszki piwa. I bynajmniej nie podziwiali ich z zewnątrz, tylko szybko zajęli się zawartością.

Nie czekałam. Zadzwoniłam na policję. Ale nic z tego nie wyszło. Nie dlatego, że policja się nie zjawiła. Pojawiła się nad wyraz szybko. Problem polegał na tym, że chłopcy zauważyli jadący radiowóz i szybko uciekli. Nie wiedziałam gdzie, bo nie mogłam sobie pozwolić, żeby cały czas siedzieć w oknie. Widziałam tylko, że nie było ich, gdy pojawili się funkcjonariusze. I że wrócili, gdy policjanci sprawdziwszy teren pojechali dalej. Bardzo to wszystko chłopców rozbawiło.

I tak się to kończy za każdym razem, niestety. Dzieciaki rozpływają się w powietrzu. Wkrótce policja przestanie wierzyć moim słowom.

Powiesz "A komu to szkodzi? Jak my byliśmy młodzi, to też robiliśmy głupie rzeczy i powyrastaliśmy z tego". Może niektórzy. Ale znam takich, którzy z alkoholu już nie wyrośli. A przede wszystkim nie sięgali po niego tak wcześnie. Zresztą odniesienia do przeszłości nie sprawdzają się obecnie w każdej sytuacji. Zbyt wiele się zmieniło. Trzeba reagować. Zawsze. Możesz mi powiedzieć, że reagować można w różny sposób, nie musi być to telefon na policję. Bo angażowanie w takie sprawy policji przynosi wstyd rodzicom i dzieciom. Z całym szacunkiem - gdyby to było moje dziecko, wolałabym wiedzieć. Po to, żeby jako rodzic móc w porę zareagować, coś zmienić, jeszcze bardziej uważać, po prostu pomóc. Nie można wychodzić z założenia, że "moje dziecko jest inne". Niestety, żyjemy w czasach, w których w dużej części utraciliśmy kontrolę nad naszymi pociechami - na rzecz kolegów, czy też wszechobecnego internetu. A wiadomości z całego świata coraz częściej pokazują jak mało rodzice znają swoje dzieci. Możemy się starać, tłumaczyć, dawać dobry przykład, poświęcać jak najwięcej czasu, ale to nie daje żadnej gwarancji, że nasze dziecko nie sięgnie po alkohol. A jeśli sięgnie po alkohol, to czemu miałoby nie sięgnąć po narkotyki albo inne świństwa?

Nie wolno nam tego ignorować. Nie wolno nam nie reagować. Wszelkie dostrzeżone sytuacje tego typu trzeba zgłaszać. Wstyd? Wstyd będzie większy, kiedy pod wpływem alkoholu to dziecko zacznie robić inne - głupie, lub potępiane przez społeczeństwo rzeczy... Nic się nigdy nie zmieni, jeśli będziemy przymykać oko na dzieci i młodzież sięgające po alkohol. Albo na to, że osoby zdawałoby się dorosłe i świadome tego co robią kupują niepełnoletnim alkohol w zamian za puszkę piwa czy paczkę papierosów.

Jeśli uważasz, że młodzież i dzieci - bo takie sytuacje też się zdarzają - pijące alkohol to nie twój problem, to powiem, że bardzo się mylisz. Bo to jest problem nas wszystkich. Nie tylko rodziców, nie tylko szkoły. To jest problem całego społeczeństwa. I nie wolno nam tego problemu ignorować.

Tak, gdyby chodziło o moje dziecko, chciałabym, żeby ktoś interweniował i zadzwonił po odpowiednie służby. Musi wiedzieć, że nie ma społecznego przyzwolenia na takie zachowanie.

A czemu mnie to tak dotyka? Bo któryś z tych widzianych przeze mnie chłopców za parę lat może się upić a potem wsiąść do samochodu i kogoś zabić. Może moje dziecko, może twoje, może twoją mamę albo brata, może siostrę mojego sąsiada. Tylko dlatego, że ktoś wcześniej nie zareagował. Czasem jedno działanie może zmienić czyjeś całe życie. Albo komuś je zabrać. Chcesz się czuć za to odpowiedzialny? Chcesz mieć poczucie winy i zastanawiać się czy mogło być inaczej? Ja nie chcę...Dlatego to JEST mój problem. I twój też...

Komentarze (1)
Wstyd? Wstyd to kraść!

Nigdy nie przepadałam za piłką nożną. Nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi w ganianiu jednej małej kulki po całym boisku. Ale w końcu zrozumiałam. Nie chodzi o piłkę. Chodzi o grę. Piłka jest jedna, bramki dwie, a kibiców.... No właśnie. Wbrew pozorom prawdziwych kibiców nie ma tak znowu wielu. Najgorsze, że zdecydowana większość z nas się za nich uważa, a nie ma pojęcia co to oznacza….

Prawdziwi kibice są ze swoją drużyną na dobre i na złe. Wspierają, kochają, cieszą się sukcesami i wybaczają wszelkie porażki. To prawie jak małżeństwo. Nie zawsze jest dobrze. Baaaa, w niektórych związkach przeważają problemy i smutek. Jest trudno i ciężko. A jednak mimo to partnerzy powinni stać za sobą murem. Zawsze, a nie tylko wtedy, gdy jest dobrze. Powinni się wzajemnie wspierać i szanować, bez względu na to, czy spełniają swoje wzajemne oczekiwania czy też nie. Ta zasada dotyczy każdego rodzaju partnerstwa. I idealnie przekłada się na naszą obecną sytuację w grze.

W tym roku postanowiłam się przełamać. Obiecałam sobie, że obejrzę każdy mecz z udziałem polskiej reprezentacji i każdy inny, który mi się uda. Jesteśmy współgospodarzami Euro 2012. Warto wiedzieć, co się dzieje w naszym kraju. Warto się orientować. I przyznaję, że gra mnie wciągnęła. Kibicowałam naszej drużynie, dzieliłam z nimi ich radości i smutki. Nie nastawiałam się (jak zdecydowana większość polskich kibiców) na wygraną. Podeszłam do tego obiektywnie, z dystansem. Efekt? Czuję niedosyt, ale nie czuję rozczarowania.

Nie zamierzałam w ogóle komentować, tego co się stało. Bo co tu komentować? Po prostu się nie udało. I tyle. Ale jak czytam nagłówki w prasie i artykuły na stronach internetowych to krew mnie zalewa! To naturalne, że mieliśmy nadzieję na „dłużej i więcej”. To naturalne, że chcielibyśmy zostać mistrzami i to najlepiej całego świata. Ale nie od razu Rzym zbudowano. I to jest to, czego nie potrafimy zrozumieć. My, Polacy, mamy jakąś dziwną mentalność. MUSIMY mieć wytłumaczenie na każdą okoliczność i porażkę. Nie jesteśmy w stanie uznać najprostszego: tego, że ktoś był lepszy. Zamiast tego szukamy winnych. Musimy mieć kozła ofiarnego i nie liczymy się z tym, czy nasza krytyka jest słuszna czy nie. Liczy się tylko to, żeby wskazać winnego i nie przebierając w słowach „wygarnąć mu”. Pytanie tylko: po co? Komu to pomoże? Co to da? Czy ktoś poczuje się przez to lepiej? Czy to coś zmieni? Odpowiedź: Nic nie da i niczego nie zmieni. Za to pogorszy ogólną atmosferę. Ale przecież uwielbiamy jątrzyć i mieszać, prawda? I to począwszy od uznanych dziennikarzy a na szarych ludzikach kończąc. Jesteśmy narodem, który kocha mieszać SWOICH z błotem. Uwielbiamy wyolbrzymiać porażki i kopać leżącego.  Nie szczędzimy przykrych i ostrych słów. Cóż, przykład idzie z góry, ale to nieistotne w tym momencie. Polskie przysłowie mówi: zły to ptak, co własne gniazdo kala. A my to robimy. Jak to o nas świadczy? Nie najlepiej…

Jak widzę słowa „wstyd i kompromitacja” to nie wiem czy śmiać się czy płakać. Wstyd to kraść. Ale na pewno nie jest wstydem przegrać z lepszym. Taka jest piłka, na tym polega gra. Wygrywa lepszy. Nasi piłkarze przegrali, ale przyjęli porażkę z pokorą, uznali wyższość rywala. Nie usłyszeliśmy od nich że „jeśli nie spełnili naszych oczekiwań to nasz problem” jak powiedział swoim kibicom kapitan drużyny rosyjskiej. Nasi chłopcy przegrali, ale nie próbowali udawać, że nic się nie stało. Nikt z nas nie jest w stanie zrozumieć co przeżywają teraz zawodnicy, jak wielka jest ich frustracja i zawód. Ale nie szukają sobie głupich usprawiedliwień. Przyznają się do swoich błędów. To postawa godna pochwały w kraju, w którym za swoje porażki zawsze obwinia się kogoś innego. Wstyd?! Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz pastwią się nad piłkarzami i trenerem, używając mocnych i niepotrzebnych słów. Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz odwrócili się do nich plecami. Jak było dobrze, to byliście z nimi, a jak jest źle, to trzeba dobić? To się nazywa fałsz i obłuda. To jest właśnie wstyd! Ale to takie typowe. Podpisujemy się pod sukcesami, ale w razie porażki zostawiamy swoich na lodzie. Mamy prawo czuć smutek, ma prawo być nam przykro, ale nauczmy się wreszcie jedności. Nauczmy się wreszcie, że prawdziwy kibic jest ze swoją drużyną na dobre i na złe. Spróbujmy wczuć się w sytuację piłkarzy. Jeśli my czujemy rozgoryczenie, to co muszą czuć oni???

Wiecie, cholernie trudno być piłkarzem (a właściwie kimkolwiek) w kraju, w którym wszyscy na wszystkim się „znają”. Wśród aktorów, dziennikarzy, polityków i zwykłych zjadaczy chleba aż roi się od ekspertów. Każdy ma dyplom w każdej dziedzinie. Dlatego tak łatwo przychodzi nam krytyka innych. Tylko że gdybyśmy to my wyszli na murawę, to po 10 minutach część z nas trzeba byłoby reanimować lub znieść z boiska. Zawsze wydaje się nam, że wiemy najlepiej, bo łatwo jest wiedzieć, jak się siedzi z puszką piwa przed telewizorem. Nie rozumiemy emocji, nie czujemy presji, nie podejmujemy decyzji. Ale od tych, którzy grają oczekujemy perfekcji. Odbieramy im człowieczeństwo i prawo popełniania błędów. A kiedy przegrywają wyzywamy od najgorszych, przeklinamy. Obrażamy się, bo zawiedli nasze oczekiwania. A czy te oczekiwania nie były „lekko” wygórowane? Nakręcamy się, wmawiamy sobie zwycięstwo, a potem czujemy się rozczarowani. Niemal każdemu wydaje się, że byłby na tym boisku lepszy, czujemy się uprawnieni do wystawiania not i ocen. Zapominamy, że to sport i wygrywa najlepszy. Ktoś musi odpaść. Na tym to polega.

Moglibyśmy się wiele nauczyć od naszych piłkarzy ( i nie naszych kibiców, patrz Irlandia). Przede wszystkich przegrywać. Bo to też trzeba umieć. Trzeba umieć przyznać się do błędu. Większość z nas nie potrafi. Frustrację i rozgoryczenie ukrywamy w potoku złośliwości i obelg. To brak klasy i nieumiejętność radzenia sobie z porażką. Wykrzykujemy, że drużyna nie spełniła naszych oczekiwań, ale czy my sprostaliśmy zadaniu? Nie, jeśli odwróciliśmy się od nich po przegranej. Taka sytuacja oznacza, że nie zdaliśmy  egzaminu szanowni tzw. "kibice”, nie mamy więc prawa krytykować innych. 

I jeszcze słowo odnośnie trenera. Powinien zostać tam gdzie jest. Chyba nikt w Polsce nie rozumie, że na sukces trzeba zapracować. Jeśli buduje się drużynę od podstaw, to potrzebny jest czas, żeby coś osiągnąć. A dwa czy trzy lata, wybaczcie, ale to namiastka potrzebnej ilości. Wystarczyło na zrobienie porządków i tchnięcie ducha w drużynę. Ale zabrakło na to, żeby dorównać Hiszpanii czy Brazylii. To drużyny, które od dawna pracują na jakość, a my chcielibyśmy mieć wszystko od razu. Na to potrzeba o wiele więcej czasu. Każdy zasługuje na drugą szansę. Nigdy niczego nie osiągniemy, jeśli bez końca będziemy zmieniać selekcjonera. Nie będzie szans na to, by uczyć się na błędach. To jak zmieniać lekarstwo, zanim przekonamy się czy działa.

I wbrew temu, co się teraz mówi – drużyna ma potencjał i będą z niej ludzie. O ile ci wszyscy „eksperci” i „znawcy tematu” tego nie zepsują.

Euro trwa, mimo że nasza drużyna już nie zagra. Cieszmy się tymi mistrzostwami. Cieszmy się, że możemy w nich uczestniczyć. Pokażmy Europie, że mamy klasę. Bawmy się dalej. Zdajmy ten egzamin do końca, nie wolno wychodzić w połowie. Piłka jest nadal w grze!

Dziękuję tym wszystkim, którzy wiedzą czym jest kibicowanie, którzy tak pięknie dopingowali naszej reprezentacji i nadal stoją za nią murem. Dziękuję tym wszystkim, którzy mimo porażki wciąż służą drużynie wsparciem. Po burzy zawsze w końcu wychodzi słońce. My na swoje musimy jeszcze poczekać, ale w końcu wyjdzie ono i dla nas. Gorąco w to wierzę. Trzeba nam cierpliwości, dużo ciężkiej pracy i trochę więcej szczęścia. A przede wszystkim kibiców, którzy nie będą oceniać, tylko wspierać drużynę. Takich, którzy docenią serce włożone w grę, a nie tylko wynik. Takich, którzy oprócz flagi w samochodzie noszą też polską flagę w sercu, bez względu na okoliczności.

Komentarze (3)
Gdzie byłam jak mnie nie było czyli Nie obiecuję niczego

Na ulicy zaczepiła mnie koleżanka. Zdenerwowana szarpnęła mnie za ramię, kiedy przeszłam obok nie zauważywszy jej.." Słuchaj, co się z Tobą dzieje? Nigdzie cię nie ma!" Przez chwilę nie wiedziałam o co kobiecie chodzi. No bo jak to - nie ma mnie? Przecież jestem, wszędzie jestem, biegam to tu, to tam, ciągle coś załatwiam. Jestem! Zrozumiałam chwilę później, wysłuchawszy długiej listy zarzutów i pretensji. No tak. Nie ma mnie. Nie piszę bloga, nie można się do mnie dodzwonić, nigdy nie mam czasu, a spotkać byłoby chyba łatwiej samego króla. Nie ma mnie... Połowa znajomych myśli, że wyjechałam z Polski. Cóż...

Jest w tym trochę racji. Ciężko mnie złapać. Ale znajomych nie unikam. Ani się nie ukrywam. Utrzymuję kontakty z tymi, którzy utrzymują je  ze mną. A blog....zaniedbałam. Wiele razy obiecywałam sobie, że wrócę, ale prawda jest taka, że nie było kiedy. A jak było, to brakowało natchnienia. Wciąż brakuje mi dawnej atmosfery, ludzi... Wszystko jest inne. Ja jestem inna. Wciąż tu zaglądam, podczytuję niektórych, bywa, że zostawię komentarz. Ale już nie łudzę się, że będzie jak wcześniej. Musiałabym zacząć zupełnie nowego bloga - z nowymi pytaniami, rozterkami, wnioskami, opiniami...Czy to realne? Może....

Ten rok był niezwykle intensywny. Ciągle próbuję nowych rzeczy. Przede wszystkim - ułożyć swoje życie wedle własnego widzimisię. Nie pod dyktando. A dyktujących znalazłoby się wielu :). Musiałam wyprostować wiele zaległych spraw. Szczęście wcale nie przychodzi łatwo :) Trzeba sobie na nie zapracować :). 

Widziałam informację o kolejnym konkursie iWoman:) I trzymam kciuki za swoich ulubieńców :). A ja? Ja niczego nie obiecuję. Jeśli wróci atmosfera sprzed lat - to czemu nie? Poznałam wtedy fantastyczne osoby, z niektórymi kontakt mam do dziś, a z jedną spotkałam się niedawno osobiście. I wiem, że zawdzięczam to pobytowi tutaj. Nie zapomniałam. I nie zapomnę. Dziękuję iWoman! :)

A teraz żyję nadchodzącymi wakacjami i wyjazdem, który mi się należy. Został tydzień i odliczam dni. Złota Praga czeka! Nie obiecuję niczego - ale będę zaglądać tu do Was!

Miłego popołudnia!

Komentarze (9)
ZAPLANOWAĆ SZCZĘŚCIE

Nie lubię robić planów. Śmieszne, biorąc pod uwagę jak dobrą jestem organizatorką. Kiedy trzeba, zaplanuję wszystko perfekcyjnie co do minuty. A jednak unikam planowania, szczególnie długoterminowego. Uważam, że to nakłada na mnie zbyt sztywne ramy. Skoro nie jestem w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za pół roku - jak mogę robić plan na najbliższych pięć lat??? Co innego marzyć, dążyć do czegoś, a co innego planować.

A jednak ludzie wokół mnie robią to cały czas. Na przykład planują wesela z dwuletnim wyprzedzeniem, licząc na to, że przez ten czas nic się nie zmieni. Wierzą, bo chcą wierzyć. I w niektórych przypadkach rzeczywiście nic się nie  zmienia, uczucie jeszcze się umacnia. Ale w wielu innych sytuacjach zmienia się wszystko. Narzeczony czuje się znudzony, narzeczona szuka pocieszenia w życzliwych ramionach... W życiu nie ma nic stałego ani pewnego. Moja koleżanka, R., wyszła dwa lata temu za mąż. Tuż po ślubie ukochany mężczyzna wyjechał do pracy za granicę, ona została tutaj. Tak uzgodnili. "Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć - mamy całe życie" - powtarzali. Pół roku po jego wyjeździe u R. zdiagnozowano ostrą białaczkę. Nie miała szans. Mąż zdążył się z nią tylko pożegnać. A mieli tyle planów! Miał być dom, dzieci, kariera... Zapomnieli tylko o najważniejszym - o byciu razem, o byciu ze sobą, o czasie dla siebie. Odłożyli go na potem. Ale "potem" nie było...

Rodzimy się z gotowym planem na życie. Nasi rodzice poświęcają dziewięć miesięcy na szczegółowy opis tego, kim będzie ich syn czy córka, jak to przejmie rodzinne interesy, jak będzie kontynuować rodzinną tradycję. Dobrze, jeśli na "gdybaniu" się kończy, a potem pozwalają nam pokierować życiem według własnego "widzimisię". Ale co jeśli to idzie dalej? Od najmłodszych lat wpajają nam ten sam schemat. Układają nam według niego życie, bez pytania czy się na to zgadzamy... Mówią: "Najpierw pójdziesz do szkoły, potem skończysz studia, założysz rodzinę, zrobisz karierę...".  Ta sugestia jest tak silna, że któregoś dnia budzimy się przeświadczeni, że musimy się spieszyć, bo mamy plan do wykonania. Tylko że to nie jest nasz plan. Ileż to razy życie pokazuje, że kolej rzeczy może być zupełnie inna! Szkoła tak, ale studia już nie - bo przyszło urodzić dziecko, bo nie było odpowiedniego zaplecza finansowego, bo przyszła ciężka choroba. Albo po prostu - chcieliśmy INACZEJ. Za przykład niech posłuży inna koleżanka, A., która tak bardzo zasugerowała się słowami rodziny o rychłym zamążpójściu, że całe dni, tygodnie i lata spędzała na poszukiwaniach kandydata. W rezultacie zaniedbała najpierw studia, potem pracę, wszystkich znajomych i samą rodzinę. Żyła jak w transie, o niczym innym nie mówiła. Stało się to jej obsesją, aż zaczęła podejmować desperackie kroki. Skończyło się ciężką depresją i próbą samobójczą, długą terapią. Dziś wie, że to wszystko wcale nie było jej potrzebne do szczęścia. Ona chciała żyć inaczej, ale nie umiała wyzwolić się z narzuconego jej schematu...

Są ludzie, którzy nie potrafią żyć bez grafiku. I nie ma to nic wspólnego z zatłoczonym kalendarzem i setką spotkań. To po prostu ludzie, którzy MUSZĄ mieć plan, aby odnaleźć się w życiu. Gdy nie mają gotowego planu - czują się zagubieni i zagrożeni.Tracą głowę, gdy wydarza się coś niespodziewanego. Nie potrafią reagować natychmiast - bo potrzebują planu działania. I nie wiem, czy takim osobom zazdrościć czy może współczuć...?

Plan jest dobry, jeśli przewiduje różne okoliczności. Plan jest dobry, jeśli potrafimy go dostosować do swoich potrzeb - a nie odwrotnie. Plan jest dobry, jeśli w żaden sposób nas nie ogranicza. I czasem dobrze go mieć, szczególnie w chwilach, kiedy wszystko wali się nam na głowę. Ale trzeba umieć być elastycznym...

Dlatego nie lubię robić długoterminowych planów. Życie mnie tego oduczyło. A jeśli już coś planuję - zawsze mam plan B, C i D, tak na wszelki wypadek. Zawsze biorę pod uwagę to, że będę musiała coś zmienić. Mój plan na życie uległ zmianie już wielokrotnie. I na pewno różni się od tego, co zaplanowali moi rodzice :). A mimo to (albo właśnie dlatego) jestem z tym szczęśliwa.

Robiąc dalekosiężne plany często zapominamy, że życie to wypadkowa wielu zmiennych i niewiadomych. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie pomoc, ani skąd zawieje wiatr. Dlatego robiąc plany nie wolno zapominać o tym, że żyjemy tu i teraz. I mamy prawo do szczęścia właśnie tu i teraz, a nie za dziesięć lat.

Komentarze (11)
JUŻ JEST!

Już Mam!!!

Czekałam tylko jeden dzień, od wczoraj. Jeszcze w czasie weekendu złożyłam zamówienie, zrobiłam przelew i dzisiaj wreszcie JEST! Z niecierpliwością pilnowałam dzisiaj przyjścia listonosza i... Chyba się trochę przestraszył, że go tak napadłam na klatce schodowej, ale co tam :) Najważniejsze, że już jest :). Co jest? Oczywiście książka wydana przez naszą blogową koleżankę Marietkę! :) Dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze nie wiedzą: Marietka wydała książkę! Tak, tak, nasza Marietka :). Tych, którzy chcieliby poczytać na ten temat więcej, odsyłam do źródła, czyli TUTAJ i jeszcze TUTAJ. Na tych stronach sama autorka opowie Wam o wszystkim :).

A ja - zabieram się do czytania :). 

Żeby Was zachęcić, dodam, że książkę otrzymałam z dedykacją :), a dodatkowo dołączone do niej zostało zdjęcie autorki z autografem!!!

Marietko - jesteś wielka! :)

Komentarze (8)
Barwy jesieni

Wkrótce czeka mnie wielka uroczystość. Właściwie nie do końca mnie, tylko bliską mi osobę, a ja mam być jednym z gości. Jednakże stopień pokrewieństwa między mną a bliskim jest na tyle duży, że czuję się jakby ta uroczystość była moja. W związku z tym postanowiłam nabyć odpowiednie odzienie. Zarezerwowałam sobie na to cały dzień. Część udało mi się zakupić w zeszłym tygodniu, resztę zostawiłam na teraz. Przy okazji rodzina obarczyła mnie koniecznością nabycia pewnych elementów odzienia także i dla nich. Podejrzewałam, że będzie z tym straszny problem, ale mimo wszystko zgodziłam się dokonać ewentualnego zakupu.

Wczoraj, uzbrojona w wygodne buty (spodziewałam się wielu godzin spacerowania) i środki pieniężne, udałam się na łowy. Obskoczyłam wszystkie hurtownie odzieży, duże sklepy, mniejsze sklepy, sklepy z najnowszymi kolekcjami i nic. Wreszcie zdesperowana pomyślałam, że jest mi już wszystko jedno ile to wszystko będzie kosztować, byleby udało się kupić, wchodziłam więc do każdego napotkanego sklepu. Rezultat zerowy. Ach właśnie - jeśli chodzi o zakup pożądanych części garderoby dla rodziny, udało mi się go dokonać już podczas pierwszej godziny. Dla siebie nie znalazłam nic.

Wczorajsze wędrówki nasunęły mi jedną zasadniczą myśl. Gdziekolwiek weszłam  - wszystko było czarne, szare i mdłe. Gdybym kochała nad życie zieleń - to z pewnością z rozpaczy utopiłabym się w rzece. Zieleni bowiem - pięknej i soczystej - nie dostrzegłam wczoraj nigdzie. Ewentualnie tą zgniłą, która przyprawia mnie o mdłości. Niebieskiego także nie znalazłam w formie, która by mi odpowiadała. Ani czerwieni. Wszystko było albo szare, albo białe, albo czarne, albo innego koloru, ale w tak przygaszonym odcieniu, że zlewało się z resztą...

Wiem, że jest jesień. Ale czy to oznacza, że mamy wyglądać szaro i ponuro? Czy nie wystarczy nam to, że coraz krótszy dzień przybliża nas do jesiennej depresji i musimy dobijać się także kolorystycznie? Przecież od dawna wiadomo, że kolory które nas otaczają oddziałują na naszą podświadomość. Można w to wierzyć albo nie, fakt pozostaje faktem.

Jesień jest piękną porą roku. Cudownie kolorową. Niepotrzebnie odejmujemy jej uroku i doprawiamy szarościami. Jest w niej złoto słońca, czerwień, żółć i brązy spadających liści oraz zieleń tych, które jeszcze wciąż szeleszczą w koronach drzew. Do tego błękit nieba... Jest pięknie! Czemu nie oddać tego kolorystycznie w postaci ubioru? Nie znaczy to, że powinniśmy się ubierać szaleńczo pstrokato, ale może odrobina śmiałego koloru by nie zaszkodziła?

Wiem, że jest coś takiego jak moda, ale naprawdę chciałabym żeby była trochę bardziej kolorowa i żywa, szczególnie jesienią. Jeśli to co widziałam wczoraj jest teraz trendy, a przecież oglądałam najnowsze kolekcje, to ja chyba powinnam wrócić do Indii. Tam przynajmniej nie wpadałam w depresję po wejściu do sklepu . Oczy otwierały mi się szeroko i aż chciało się uśmiechać. A tutaj wszystko zlewa się z szarymi budynkami. Na tle szarych budynków szarzy ludzie, w szarych ubraniach... Smutne... A może jeszcze smutniejsze jest to, że sami - świadomie lub nie - uciekamy w szarości, nie chcemy się wyróżniać na tle całego świata. Wolimy być nijacy, nie mieć własnej tożsamości, wolimy powielać wzorce niż wykazać się inicjatywą i kreatywnością. Summa summarum, giniemy w tej szarości i przytłaczającej palecie barw. Sami wpędzamy się w depresję i postrzegamy świat tylko wyłącznie z tej szarej i smutnej perspektywy. Tak właśnie pani jesień zyskuje złą sławę i mówi się o niej że jest płowa. Płowe to jest przedzimie jeśli już, okres przejściowy między jesienią a zimą, zanim śnieg przykryje puszyście ziemię. Ale jesień tryska barwami!

Możecie mi powiedzieć, że nie znam się na modzie i wcale nie będę się z Wami spierać. Jeśli bycie modnym oznacza bycie szarym i przygaszonym kolorystycznie, to ja wolę być niemodna :). Lepiej być sobą, niż szarym elementem bezbarwnego tłumu.

Miłego dnia życzę!!! :)

Komentarze (14)
Dom jak skarbonka

Przeprowadzona, posprzątana i urządzona. Tak mogę o sobie dzisiaj powiedzieć. Mimo, że od przeprowadzki minęły dwa tygodnie, życie dopiero teraz nabrało normalnego rozmiaru i tempa. Do tej pory ciągle musiałam po coś jeździć, tego brakowało, tamtego nie było, coś jeszcze by się przydało. Okazało się, że znalezienie lokum i przewiezienie rzeczy było najmniejszym problemem. Rozpakowanie ich także. Prawdziwym problemem okazały się częściowe braki w wyposażeniu, bo czegoś nie zabrałam, bo myślałam, że się nie przyda - a byłoby jak znalazł. Nauczka na przyszłość :). Podczas kolejnej przeprowadzki (w razie czego) będę już mądrzejsza.

Swoją drogą urządzenie całego domu musi być nie lada wyzwaniem. Pomysł to nie wszystko. Potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Nawet jeśli niektóre rzeczy są tańsze, na innych producent zarobi podwójnie. Jeśli jeszcze ktoś ma w tym kierunku zdolności i może sobie sam przygotować lub zrobić wiele rzeczy - to super. Potrzebny będzie czas i materiały. Ale jak ktoś kupuje tzw. gotowce - to trzeba się przygotować na to, że kieszeń będzie pusta i pusta. Dom czy mieszkanie to jedna wielka skarbonka. Nawet już urządzone często potrzebuje żeby co jakiś czas wrzucić w nie trochę kasy, coś dokupić, odświeżyć, zmienić...  Czasem zastanawiam się po co nam to? Mieszkając w Indiach widziałam domy z minimum sprzętów, surowo urządzone, aczkolwiek niezbędne rzeczy były. I ludziom dobrze się tak żyje. Nie przywiązują wagi do tego jak mieszkają, tylko z kim. Miałam wrażenie, że są o niebo szczęśliwsi od nas. A u nas? Sąsiad robi remont - to my też, przecież nie będziemy gorsi! Kuzyn kupił nowe meble, no to my też, czemu mamy mieć gorzej? Zaciągamy kredyty, bierzemy pożyczki i spłacamy je potem latami, tylko po to, żeby nie mieć gorszego samochodu niż kolega z pracy. A czy to naprawdę jest konieczne? Czy to co mamy naprawdę świadczy o tym, jakimi ludźmi jesteśmy? Nie wydaje mi się. Czy naprawdę opinia zawistnych ludzi jest dla nas taka ważna, żeby pakować się w długi? Uważam, że nie. Ale wielu z nas najwyraźniej nie dorosło jeszcze do tego, by ustawić właściwą kolejność priorytetów i wprowadzić ją w życie. Bo mieć moi drodzy nie zawsze oznacza być. Za to być zawsze oznacza mieć - niekoniecznie materialnie, ale na pewno duchowo!

Komentarze (3)
(Nie)uczciwa konkurencja w XXI wieku

Powiedzenie "Niech wygra najlepszy" nie ma racji bytu w XXI wieku. Nadal istnieje współzawodnictwo i konkurencja, jednak ich sens i idea zostały całkowicie wypaczone. Nie chodzi już bowiem o to, by pokazać się z jak najlepszej strony, tylko o to, by w jak najgorszym świetle przedstawić rywali i tym samym odwrócić uwagę od siebie.

Śmiem twierdzić, że w obecnych czasach nie ma już czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Jest tylko konkurencja nieuczciwa, zawistna, w której zamiast przestrzegania reguł istnieje tendencja do ich nadmiernego łamania. Krótko mówiąc chodzi o to, by jak najbardziej zaszkodzić rywalom i wybielić siebie. Ten, kto stara się grać fair, z pewnością nie dotrze na szczyt.

Na szczęście los bywa sprawiedliwy. Podam przykład lokalny. Mamy tu przewoźnika, firma znana od lat. Dawno temu uzyskała pozwolenie na przewóz ludzi, choć w tamtych czasach wcale nie było to łatwe. Był także drugi przewoźnik ale nigdy nie działał z takim rozmachem. W każdym razie przewoźnik numer 1 zyskał zaufanie i uznanie tutejszych mieszkańców.

Fortuna kołem się toczy, czasy się zmieniają - do tego stopnia, że obecnie pozwolenie na przewóz osób może tu uzyskać praktycznie każdy. Toteż powstało nagle kilka konkurencyjnych firm. Właściciele ich byli na tyle sprytni, że postanowili zaszkodzić konkurencji. Poustawiali godziny odjazdów na 10 minut przed odjazdami starego przewoźnika, sądząc iż to pozwoli im pozyskać klientów. Zagranie poniżej pasa, ale nikt z mieszkańców lojalki ze starą firmą nie podpisywał. Każdy wybierał takie godziny, które mu pasowały. Jednakże nowy przewoźnik okazał się mało rzetelny. Mimo, że na rozkładzie figurowało (i wciąż figuruje) dwa razy więcej połączeń niż stary przewoźnik kiedykolwiek oferował, szybko okazało się, że kursy te istnieją tylko na papierze, w rzeczywistości zaś po prostu ich nie ma. Ileż to razy ludzie podirytowani wracali do domu, ponieważ ich podróż nie doszła do skutku!

Obecnie nikt już nie traktuje poważnie konkurencji, nikt bowiem nie lubi być wystawiany do wiatru. Nowy przewoźnik stracił zaufanie zanim je uzyskał. Stracił także wielu klientów przez swoją nieuczciwość. Jeśli bowiem kurs został uwzględniony w rozkładzie - powinien się odbyć, bez względu na to, czy pasażerem będzie jedna osoba czy trzydzieści.

Sprawdza się stare porzekadło: kto pod kim dołki kopie, ten  sam w nie wpada :). Nie zmienia to jednak faktu, że idea rywalizacji została wypaczona. Każdy chce wygrywać, każdy powtarza "niech wygra najlepszy". Pytanie tylko: w czym? W grze, czy też w obrażaniu i poniżaniu przeciwnika? Duch rywalizacji w XXI wieku zionie agresją, złośliwością i podstępnością. Nie ma czegoś takiego jak czysta, uczciwa gra. Nie ma czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Liczy się tylko wygrana - nieważne jakim kosztem.

W pracy - wyścig szczurów. Wygrywa nie ten, kto osiąga najlepsze wyniki, lecz ten, kto wyeliminuje konkurencję. Kradzież pomysłów i złośliwe plotki rujnujące komuś karierę są na porządku dziennym. Chcesz pomóc sobie - musisz zaszkodzić rywalom. Dozwolone jest wszystko, począwszy od donosicielstwa, a na niesłusznym szkalowaniu czyjegoś imienia kończąc, Liczy się efekt: po trupach do celu.

W XXI wieku konkurencja nie zna litości. Jest bezwzględna i pozbawiona skrupułów. Wygrywa ten, kto zdyskredytuje przeciwnika. Czy to oznacza, że jest to osoba najlepsza i godna zaufania? Moim zdaniem nie można ufać komuś, kto nie zna pojęcia uczciwości. Nie można ufać komuś, kto wygrywa nie ciężką pracą, tylko podstępem.

Czy właśnie tego musimy uczyć nasze dzieci - jak rozpychać się łokciami i dążyć do celu za wszelką cenę? Czy właściwe postawy nie mają już racji bytu? Czy uczciwość to przeżytek?

Komentarze (7)
Przyjaciel czy wróg? Historia Oli.

Czy Twoi przyjaciele naprawdę są Twoimi przyjaciółmi czy może znajomość z Tobą jest tylko szansą na zysk?

Moja dobra znajoma, Ola, zatrudniła się w pewnej firmie. Od początku nie ukrywała tego, że zyski materialne są dla niej ważne. Miała swoje plany i w ten sposób dążyła do ich realizacji. Współpraca z szefostwem układała się ciężko. Ola, bardzo ambitna dziewczyna, robiła więcej niż powinna, wykazywała inicjatywę, tryskała pomysłami. Szefostwo doceniło ją w bardzo dziwny sposób. Kiedy przyszło do zapłaty, dziewczyna dostała tylko połowę uzgodnionej kwoty. To znacznie ostudziło jej zapał. Szefowie nie uzasadnili swojej decyzji, ale stwierdzili, że są zadowoleni z jej pracy. Dotknięta niesprawiedliwością Ola postanowiła robić tylko tyle, ile musi. Ograniczyła się do swoich obowiązków. Dopiero wtedy szefostwo dostrzegło swój błąd i postanowiło wynagrodzić pracownicy niesprawiedliwą decyzję. Mimo wszystko Ola była dla nich bardzo cennym pracownikiem, którego nie chcieli stracić. Niestety, kwestie finansowe jeszcze kilka razy stały się powodem konfliktów między Olą a zwierzchnikami.

Minęło kilka miesięcy. Przed Olą otworzyły się nowe perspektywy. Wiązały się one z wyjazdem za granicę. Poinformowała szefostwo, że za pół roku opuści firmę i wyjedzie na jakiś czas. Reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Rozmowa skończyła się wielką awanturą. Dziewczynie zarzucano, że chce zostawić firmę na lodzie, że ciężko będzie znaleźć kogoś na jej miejsce z podobnymi kwalifikacjami. Ola przejęła się sytuacją i postanowiła wszystko wyprostować, czyli znaleźć zastępstwo na czas ewentualnego wyjazdu. Zapytała przyjaciółkę, czy podjęłaby się zastępstwa, gdyby ona musiała wyjechać. Iwona, bo tak miała na imię owa przyjaciółka, zgodziła się. Zastrzegła sobie jednak, że to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli Ola naprawdę wyjedzie. Szczęśliwa Ola przedstawiła szefostwu kandydaturę potencjalnej zastępczyni.

Niestety, wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień. Wyjazd Oli został odwołany. Wydawało jej się więc, że będzie po staremu. Nie przewidziała tylko tego, że Iwona zmieniła swoje nastawienia do ewentualnej pracy i postanowiła ją zdobyć za wszelką cenę. Poszła do zwierzchników Oli i opowiedziała im wymyśloną historyjkę. Z jej ust padło między innymi stwierdzenie, że Ola oszukuje pracodawców, że jej wyjazd jest aktualny, ale nic nie mówi, bo chce się na nich zemścić.
Pracodawcy uwierzyli Iwonie, nie słuchali wyjaśnień Oli. Zawiesili ją, Iwonę przyjęli na okres próbny.

Obecnie Iwona chadza do kawiarni i klubów w towarzystwie jednego z szefów... Ola straciła pracę i została z niczym. Czy Iwona od początku chciała tak postąpić? A może przekonały ją ewentualne zyski finansowe? Tego nie wie nikt...

Życie nieustannie czegoś nas uczy.  Trzeba bardzo uważać na to, kogo nazywamy przyjacielem. Może się bowiem okazać, że pod maską dobra i życzliwości, ktoś skrywa zupełnie inne zamiary...

Komentarze (11)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |