iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Skazane na śmierć i wyrzucane na śmietnik

Długi weekend upłynął nam "weterynaryjnie". Nam - czyli mnie i mojemu kotu. Poznajcie się - oto On:,

Ma dziesięć lat i jest typowym kocurem, który zawsze chodzi własnymi ścieżkami. Na całe noce znika, walczy o terytorium i ugania się za pannami, toteż nieraz wraca z takich wojaży nieco poturbowany. Tak też stało się i ostatnim razem.

W piątek rano zauważyłam, że w ogóle nie reaguje ani na wołanie, ani specjalnie nie ma ochoty jeść, ani nawet nie podnosi się z miejsca. Pobieżne oględziny (pobieżne, ponieważ nie jestem weterynarzem i nie znam się specjalnie na kociej anatomii) wykazały duży obrzęk stawu barkowego. Nie wiedziałam skąd się to wzięło, wiedziałam natomiast, że normalne nie jest. W związku z tym pofatygowaliśmy się do pana doktora.

Wsadzić mojego kota do samochodu graniczy z cudem, jako że ma on uraz do wszelkiej mechaniki i pojazdów, tym razem specjalnie się jednak nie bronił. Pan weterynarz stwierdził, że to prawdopodobnie obrzęk pourazowy - może spadł, może został pogryziony (chociaż śladów nie było), może ktoś go potrącił. W każdym razie zaaplikował kotu zastrzyk. A raczej dwa - drugi na koci katar, ropiejące oczka i kaszelek. No i musieliśmy się stawić dnia następnego. W sobotę rano kociak miał się już znacznie lepiej, odzyskał apetyt i zaczął chodzić (chociaż lekko kulejąc).

Dziś odbyliśmy naszą ostatnią wizytę. Kot ma się świetnie. Obrzęk, który mógł być bardzo niebezpieczny - ustąpił i nawet oczka powoli zaczynają wyglądać dużo ładniej, kaszel zniknął. Dziś już bardzo trudno było go wsadzić do samochodu, ponieważ czując przypływ sił uparcie bronił się przed przejażdżką. Przypomniał sobie także niestety, że ma pazurki. Na szczęście w lecznicy był bardzo dzielnym kotem, cierpliwie zniósł ukłucie. Teraz wyleguje się na słoneczku i szaleje, biegając tam i z powrotem. Wróciła też codzienna gimnastyka.

Ten język miał być wystawiony w moją stronę - ale coś nie wyszło :D.

Mój kot ma naprawdę ogromne szczęście, że trafił do takiego domu jaki ma. Gdzie ktoś o niego dba, karmi go, pielęgnuje go, kiedy zachoruje. Dom, którego jest domownikiem - takim trochę innym, mniejszym, ale równie ważnym członkiem rodziny. Znam niestety wielu ludzi, którzy wyznają zasadę, iż kot dba o siebie sam. "Wyliże się". Czasem tak. Ale wyobraźmy sobie sytuację, kiedy człowiek zwichnie nogę - samo się nie naprawi. U zwierzęcia też nie. Uważam, że jeśli decydujemy się przyjąć pod swój dach zwierzątko - to nakłada to na nas obowiązek dbania o nie jak najlepiej. I zawsze. Nie tylko wtedy, gdy nam się o nim przypomni. Każde zwierzę, czy to kot czy pies, to żywe stworzenie, które ma swoje potrzeby - nie tylko fizyczne. Nasze zwierzęta też potrzebują czułości, zabawy, pieszczoty. Wymagają uwagi. Należy o tym pamiętać. Niestety - wielu ludziom wydaje się, że zwierzę to taka chodząca zabawka, którą można wyrzucić, kiedy się znudzi... A ja jeszcze raz podkreślam, że zwierzę takie czuje i wbrew temu co się ogólnie przyjęło - myśli. Na swój sposób. Zwierzęta potrafią być wdzięczne, potrafią też robić na złość i okazywać swoje niezadowolenie. 

Jestem oburzona sytuacjami, w których ktoś bierze na wychowanie szczeniaka lub kociaka i po jakimś czasie się ich pozbywa. Póki małe - to fajne. Ale gdy dorasta, przestaje być nagle takie interesujące. Co robi nieodpowiedzialny właściciel? Wywozi kotka daleko od domu i zostawia gdzieś w lesie. Psa przywiązuje do drzewa - i skazuje go na pewną śmierć. Przywiązany pies, niejednokrotnie z kagańcem na pysku, nie ma ani szansy się bronić ani zdobyć pożywienia. To oznacza dla niego powolną, trudną śmierć. Śmierć z wycieńczenia, odwodnienia, głodu. Śmierć jakiej nie życzy się przecież nikomu - a co dopiero bezbronnemu zwierzęciu??? Takiemu psu pozostaje tylko czekać - na cud. Może ktoś przypadkiem znajdzie go w lesie, odwiąże, napoi... Trzeba pamiętać, że są to stworzenia wychowane w warunkach domowych, więc szanse na to, że poradzą sobie w warunkach naturalnych są prawie żadne...

Są też ludzie, którzy chcąc pozbyć się niechcianego pupila, przywiązują go gdzieś pod sklepem. Tu sytuacja jest podobna. Zanim okoliczni mieszkańcy zorientują się, że zwierzę porzucono - może być już dla niego za późno. Taka jest zapłata nieodpowiedzialnych ludzi za wierność i lojalność.

Gdyby ktoś umieścił drugiego człowieka w worku z kamieniami i wrzucił do wody - byłoby to morderstwo z zimną krwią, surowo karane w świetle prawa. A co stanie się z człowiekiem, który zrobi to kotu? Właściwie NIC. A przecież tak samo odbiera mu życie i skazuje na okrutną śmierć. Kto dał mu do tego prawo?! Nikt!!! Pytam się więc - czy ktoś, kto ma sumienie postąpić tak ze zwierzęciem, nie posunie się kiedyś dalej??? Czy ktoś kto ma odwagę odebrać życie zwierzęciu, zawaha się, gdy zamiast psa czy kota będzie miał przed sobą człowieka?! Niestety - raczej się nie zawaha...

Zdarzają się różne sytuacje życiowe i staram się to rozumieć. Są schroniska dla zwierząt. Chyba bardziej humanitarnie jest oddać tam zwierzę niż bezdusznie zabijać... Sądzę ,iż jest to dużo lepsze rozwiązanie. Na pewno lepsze niż śmierć  - z wycieńczenia, przez utopienie, na pewno lepsze niż wyrzucenie na śmietnik.

Osobiście jednak uważam, że jeśli już decydujemy się zaopiekować zwierzakiem to powinna być to przyjaźń lub miłość aż do samego końca, na dobre i na złe. I jego dobro i zdrowie powinno być dla nas równie ważne jak własne. Rozpoczynając opiekę nad zwierzakiem stajemy się za niego moralnie odpowiedzialni. Zwłaszcza, że zwierzę raczej nie ma szans samo się nakarmić czy uzdrowić. Dlatego też niech nie oczekuje ode mnie litości ktoś, kto nie miał jej dla najmniejszych i bezbronnych. Niech nie oczekuje jej ktoś, kto potrafi skazać żywe stworzenie na bezsensowną i okrutną śmierć. Nikt nie ma prawa odbierać drugiemu życia - nawet jeśli tym kimś jest tylko pies czy kot, który przestał nas obchodzić. Pozostawienie stworzenia w obcym miejscu, przywiązanie go do drzewa - to wyrok śmierci - niezasłużony, bezlitosny  i niemoralny dowód dominacji człowieka nad zwierzęciem i nadużywania tej władzy. A niejednokrotnie też dowód wyższości takich zwierząt nad zwyrodnialcami, którzy w zamian za ofiarowaną im miłość i lojalność krzywdzą, i odbierają jedyne, co ubezwłasnowolnione zwierzę ma na własność - ŻYCIE!

Komentarze (9)
Czyżby legalne oszustwo?

Umowa 12-miesięczna. Wedle niej przez okres kolejnych 12 okresów rozliczeniowych operator przyznaje abonentowi pewne wymienione w umowie profity i zniżki. Tak wygląda to na papierze. W rzeczywistości rabaty i obiecane zniżki przyznawane są jedynie przez okres 11 miesięcy, dzięki zastosowaniu przez operatora bardzo sprytnego wybiegu. Czyżby legalne oszustwo?
Zdenerwowałam się wczoraj. Jestem (nie?)szczęśliwą posiadaczką numeru telefonu w tzw. mixie. Co miesiąc płacę stałą kwotę (druki do zapłaty operator przesyła z wyprzedzeniem na cały czas trwania umowy), a jeśli potrzebuję więcej - doładowuję kartą. Od lat również jestem związana z tym samym operatorem telefonii komórkowej (choć coraz częściej zaczynam zastanawiać się dlaczego - może to kwestia przywiązania?).Zdarzały nam się wcześniej nieporozumienia, ale o ile sobie przypominam nigdy nie poczułam się oszukana. Do wczoraj.

Moja stara umowa wygasła 30 maja tego roku. Nowa umowa została podpisana jeszcze w marcu (za sprawą dzwoniących do mnie konsultantów). Wedle dokumentu, który mi przysłano i który został podpisany przez obydwie strony, cytuję "Umowa zostaje zawarta na czas określony 12 miesięcy, liczone od 2009-05-30". Oczywistym dla mnie był fakt, iż zarówno zniżki jak i inne korzyści oraz taryfy zaczynają obowiązywać tego właśnie dnia. Nic bardziej mylnego. A wydało się przypadkiem. Zadzwoniłam bowiem do konsultanta z prośbą o przesłanie mi kolejnych druków do zapłaty. Pan nie umiał mi dobrze wytłumaczyć o co chodzi, ale stwierdził, że moja umowa wchodzi w życie dopiero z dniem 29 czerwca. Poprosiłam grzecznie aby ponownie sprawdził, ale jego odpowiedź była taka sama. Trafiło mnie. Po południu zadzwoniłam jeszcze raz. Tym razem telefon odebrała kobieta, z którą rozmawiało mi się dużo łatwiej i która wytłumaczyłam mi w czym rzecz. Otóż umowa obowiązuje od 30 maja tego roku do 30 maja roku następnego. Obowiązuje MNIE - tzn. że nie mogę w tym czasie wypowiedzieć umowy i muszę utrzymać aktywny numer. Natomiast obiecane w umowie profity są aktywowane "najpóźniej z dniem rozpoczęcia najbliższego okresu rozliczeniowego następującego po dniu zakończenia umowy na czas określony". Słowo wyjaśnienia. Każdy okres rozliczeniowy zaczyna się 29 dnia miesiąca. Tak więc ostatni okres rozliczeniowy zaczął mi się 29 maja - kiedy to jeszcze obowiązywała stara umowa. Mimo że nowa umowa weszła w życie 30 maja, to usługi dla niej aktywowane będą dopiero z początkiem nowego okresu rozliczeniowego czyli 29 czerwca. Od 29 czerwca tego roku do 30 maja roku przyszłego jest tylko 11 miesięcy jeśli mnie pamięć nie myli. I w ten oto sposób umowa 12-miesięczna, z której miałam czerpać korzyści przez kolejnych 12 miesięcy, nagle obowiązuje tylko miesięcy 11. Oczywiście operatora. Tak przynajmniej zrozumiałam. Czy nie sprawiedliwiej byłoby wyznaczyć początek nowej umowy na dzień będacy początkiem nowego okresu rozliczeniowego - czyli 29 maja? Wtedy wszystko pasowałoby idealnie, nie byłoby niejasności... Pytanie - czy z dniem 29 maja roku przyszłego zostaną mi przyznane po raz kolejny (12) zniżki, skoro umowa kończy się 30 maja 2010? Nie sądzę...
W chwili obecnej czekam na jasną i klarowną odpowiedź w tej sprawie. Póki co piętrzą się przede mną administracyjne schody. 

Jestem zła, ponieważ jestem związana z tym operatorem od lat. Tymczasem nacisk w tej firmie położony jest na zdobywanie nowych klientów - bardziej niż na zatrzymanie starych i zasłużonych. Gdzie tu jest sens i logika? Człowiek wiąże się z operatorem umową, korzyści ma i tak niewielkie w porównaniu do osób dopiero co wstępujących, taryfy wyższe, i jeszcze dochodzi do takich sytuacji... Pretensje oczywiście nie do Bogu ducha winnych konsultantów, którzy wykonują swoją pracę, ale do osób przygotowujących treść umowy. Na chwilę obecną czuję się oszukana. Mam nadzieję, że sprawa wkrótce wyjaśni się z korzyścią dla mnie, choć raczej się na to nie zanosi.

Komentarze (6)
Na łonie przyrody - agroturystyka

Chyba powinnam się odciąć od cywilizacji na jakiś czas. Telewizji i tak mało oglądam, ale ograniczyłabym jeszcze bardziej. Radia słucham okazyjnie. Musiałabym wyłączyć także komórkę i przenieść się na tydzień do jakiejś pustelni, gdzie nie docierałyby żadne wiadomości - ani dobre ani złe.

Tu niedaleko ( w promieniu 100km i mniej - do wyboru do koloru) są różne gospodarstwa agroturystyczne. Jedno mam nawet takie poniekąd zaprzyjaźnione, bo zdarzyło mi się tam kilka razy pracować na imprezach. Obsługa jest miła, właściciele również... Miejsce jest spokojne, okolica piękna, jedzenie naprawdę smaczne i zdrowe. Dodatkowo można sobie poobcować ze zwierzętami - są strusie, alpaki, króliki...(www.dolina.hg.pl/)Widziałam. Nawet próbowałam wdać się w dyskusję ze strusiem, ale chyba wiedział, że ja tylko przejazdem, bo zignorował moją obecność :/. W każdym razie ostatnio coraz częściej myślę o tym, żeby tak prywatnie uciec tam na jakieś dwa dni.... O telefon nie musiałabym się martwić, bo zasięg jest tylko w niektórych częściach gospodarstwa. Same zobaczcie:

www.dolina.hg.pl/

Dodatkowo jest szansa przejechać się oryginalnym wozem pancernym :), bo właściciel jest miłośnikiem militariów (www.dolina.hg.pl/)

I chyba zasponsoruję sobie taki wyjazd, poobcuję z przyrodą, usiądę ze strusiem i pomedytujemy, zastanowimy się nad życiem (chociaż tego zastanawiania się chyba chwilowo mam dość :). Poza tym są inne atrakcje : kajaki, rowery - a więc aktywny wypoczynek jak najbardziej wchodzi w grę. Ostatnim razem udało mi się nawet zrobić zdjęcie królikom:

Zdjęcie nie jest najlepszej jakości z dwóch powodów - po pierwsze nie miałam czasu, by ustawić aparat, po drugie dopiero wstawał dzień, było jeszcze dość ciemno. Tutaj - nieco rozjaśnione :).

A okolica jest naprawdę cudowna - jezioro, lasy... Teraz póki co, to i tak specjalnie wyjechać sobie nie mogę, ale jest to moje marzenie do zrealizowania w najbliższym możliwym terminie. :)

Wam też polecam - odpoczynek na łonie przyrody. Mam nadzieję, że takie lekarstwo postawi mnie na nogi. Z dala od cywilizacji i jej problemów...

Komentarze (10)
A zaczyna się od słowa...

Zaczyna się niewinnie i wręcz biblijnie. Bo na początku zawsze jest słowo. Jednak "biblijność" w tym miejscu się kończy, a powstaje produkt cywilizacji. Słowo bowiem zamienia się w zdanie, a jedno zdanie w dwa, dwa - w dziesięć. Przechodzą z ust do ust. Zaczynają się mnożyć, piętrzyć, aż urastają do niebotycznych rozmiarów. I oto jest: PLOTKA.

Ludzkość zaprogramowana jest na domysły.
Homo sapiens, a więc człowiek rozumny - jak sama nazwa mówi - zwykł używać swego umysłu nader intensywnie. Dzięki temu mamy dziś komputery i z zapałem możemy uczestniczyć  w życiu naszej portalowej społeczności. Dzięki temu również osobniki, które zatrzymały się w rozwoju na poziomie neandertalskim, mogą zaciągać swoje potencjalne ofiary już nie do jaskiń, ale do ciepłych mieszkań. Te same osobniki mogą spokojnie konsumować zawartość puszki zakupionej w sklepie na rogu zamiast wyruszać na długie i żmudne polowania na grubego zwierza. Wreszcie wszyscy możemy śledzić na ekranie telewizora relację z meczu Barcelona - Manchester, obejrzeć ciągnący się w nieskończoność wątek rodziny Foresterów lub dowiedzieć, co akurat dzieje się na drugim końcu świata. Wdzięczne pozostają również konie, które zwolniono z obowiązku dostarczania poczty i pełnienia funkcji transportowej - na rzecz samochodów, pociągów, tramwajów i samolotów. To wszystko człowiek rozumny osiągnął dzięki wytężonej pracy trybików zlokalizowanych gdzieś pod sklepieniem mózgoczaszki. Praca trybików ma jednak także skutki uboczne, obserwowane głównie w czasach współczesnych, przy czym działanie to nasila się najpierw w kilkuosobowych grupach, potem w niewielkich skupiskach ludzkich, aby wreszcie zawładnąć całą ludzkością. Mowa naturalnie o plotce, która jest swoistym tworem umysłu człowieka współczesnego (Homo sapiens recens). Człowiek współczesny jako  podgatunek człowieka rozumnego z umysłu użytek robi nadal. Ale niekoniecznie w celach zbawiennych...

Któraż z nas nie doświadczyła podstępnego działania plotek?? Ile z nas okiem sąsiadów była w ciąży i to czworaczej (bo przybyły nam jakieś 3kg), szlajała się z wszystkimi (spotkanie z kolegą, który odprowadził do domu wieczorem), zdradzała męża (delegacja służbowa), była nieuprzejma (asertywność), zarabiała miliony (jednorazowa premia w pracy)? Plotka nie omija nikogo - im wyższą pozycję ktoś zajmuje, tym więcej się o nim mówi. Wystarczy popatrzeć na osoby publiczne, aktorów, reżyserów, piosenkarzy i wreszcie na nas - szare istoty, gdzieś u podstawy tej drabiny sławy. Warto zaznaczyć, że masowa produkcja plotek rozwija się głównie tutaj. A polityka? Temat bez dna - wszystkie chwyty dozwolone!

Zaskakujący pozostaje jednak fakt, że przyjęło się, iż to kobiety są strasznymi plotkarami - nie przeczę, odrobina prawdy w tym jest. Ale czy godzinna rozmowa z przyjaciółką przez telefon musi od razu oznaczać ploty? Może to być przecież niewinna rozmowa na temat tego w co się ubrać na imprezkę w czwartek....
A mężczyźni? Naturalnie, że plotkują. A najlepszym przedmiotem plotek i to niekoniecznie w dobrym guście jesteśmy oczywiście my - kobiety. Z tą drobną różnicą, że mężczyźni ograniczają się do własnego grona. Ale co oni potrafią wymyślić....!!! Czyżby byli większymi plotkarzami niż kobiety??? Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiicho... jeszcze któryś usłyszy :)

Tak więc praca nad "poprawianiem" wizerunku każdego z nas trwa nieustannie, bez względu na to czy bierzemy w tym udział czy też nie. Plotka ma działanie głównie destrukcyjne i szkodzące ogólnie. To zadziwiające, jak z jednego słowa zrodzić się może cała historia!!! Dla plotki granic nie ma. Jak to mówią - wszystko dobre, co nie szkodzi, czego w tym przypadku stuprocentowo zagwarantować nie można.

A ja za 2 godzinki wyruszam na mój cotygodniowy maraton, w ten weekend wydłużony także o piątek, tak więc prawdopodobnie odmeldowuję się aż do niedzieli, a może i poniedziałku. No - chyba że uda mi się gdzieś zakraść do internetu w celu podczytania najnowszych wpisów i umieszczenia komentarzy :))
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, ściskam każdą z osobna i życzę fantastycznego weekendu :)

Komentarze (12)
Kolejka, problem koszykowy i pani kasjerka

Wracasz z pracy. Po drodze jeszcze musisz zrobić zakupy, bo pan i władca wczoraj nie poszedł - był mecz w telewizji, więc dziś spadło na Ciebie. Jesteś zmęczona i poirytowana samą myślą o robieniu zakupów i targaniu ich do domu. Wchodzisz do sklepu. A tu już czekają na Ciebie przynajmniej dwa problemy: kolejka i tzw. problem koszykowy. No i oczywiście trzeci. PANI KASJERKA.

Przed laty pracowałam w sklepie jako kasjer-sprzedawca. Praca dała mi się we znaki - zarówno godziny pracy, jak i sam jej charakter. U nas w kraju osoby pracujące "na kasie" z szacunkiem się nie spotykają. Przyjęło się uważać, że są to osoby bez wykształcenia i kultury osobistej, leniwe i winne złu całego świata. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Praca kasjera czy sprzedawcy jest wyjątkowo trudna - jak każda praca z ludźmi i w dużej mierze uzależniona od klienta. W dodatku w żaden sposób nie przekłada się ona na zarobki, które są niewielkie. Jednakże czasu spędzonego na tym stanowisku nigdy nie żałowałam, ponieważ nauczyło mnie ono anielskiej wręcz cierpliwości, opanowania i dokładności. Dlatego, kiedy sama robię zakupy - wiem dobrze na co zwracać uwagę. Wiem też kiedy pani kasjerce się po prostu "nie chce", a kiedy naprawdę jest zmęczona.

Robiąc zakupy, spotykam się z podstawowymi problemami:

1. problem koszykowy
2. kolejki
3. pani kasjerka

Problem koszykowy i kolejki nakładają się na siebie. Dajmy na to - stoję w kolejce w dziale mięsnym. Trzymam swój koszyk z boku. Miejsca jest dużo. Za chwilę ktoś staje za mną, oczywiście z koszykiem, który trzyma przed sobą, nie z boku. Co chwila wbija mi go w plecy. Czy nie można stać spokojnie nawet przez chwilę? Jeszcze bardziej "lubię" kiedy zamiast koszyków klienci mają do dyspozycji wózki. Wtedy mam jak w banku, że w takiej kolejce ktoś na mnie najedzie. Wózek mógłby stać z boku, nie robiąc nikomu krzywdy - ale niestety - jako poważny klient, wózek również stoi w kolejce. Przeważnie na moich kostkach. O bezpiecznym odstępie się nie pamięta - bo nie daj Boże ktoś wykorzysta te 20cm  i stanie przed wózkiem! Dlatego wózek stoi w kolejce tuż za mną doprowadzając mnie i moje kostki oraz biodra do rozpaczy.
Inny kolejkowy problem to grupa tzw. podpieraczy. Są to ludzie, którzy najwyraźniej przytłoczeni ciężarem życia i problemów nie są w stanie samodzielnie wystać w kolejce, i dlatego muszą się o coś opierać. Z braku wielu możliwości podpieracze wykorzystują zwykle stojące tuż przed nimi plecy ludzkie. Nie muszę wspominać, że plecy te zwykle do kogoś należą, a z moim szczęściem przeważnie jestem to ja. Stoję sobie spokojnie w kolejce, aż tu nagle czuję na karku czyjś oddech, czyjaś broda ląduje nagle na moim ramieniu - i już - właśnie po raz kolejny stałam się ofiarą podpieracza! Nie muszę mówić, że kończy się awanturą, ponieważ podpieracz nie przywykł do tego, iż czyjeś plecy mu odmawiają!

Znalazłszy poszukiwane produkty, targam swój koszyk w kierunku kasy (gdzie oczywiście znów kolejka, problem koszykowy i podpieracze). Pani kasjerka, pracująca tu od roku, znów ma zły dzień. Jak co dzień zresztą. Kiedy przychodzi moja kolej głośno mówię "dzień dobry", ale odzewu nie ma, bo pani kasjerka znów siedzi tu chyba za karę. Zaczyna rzucać produktami. Trochę mi się krew burzy, ale jeszcze nie komentuję. Biedne obtłuczone pomidory trafiają na wagę, a zaraz po nich banany - sztuk dwie. Waga pokazuje, że jest ich ponad kilogram (????????????). No tak, na rogu wagi wbudowanej w taśmę, stoi szklana tacka. Pani kasjerka jednak tego nie widzi. Zamyka rachunek i podaje kwotę. Proszę o ponowne zważenie owoców - PO USUNIĘCIU TACKI I WYZEROWANIU WAGI. Pani kasjerka robi to, ale jest oburzona. Nie czuje się winna. Nie przeprasza. Daję jej pieniądze a ona... RZUCA MI RESZTĘ! NO i w tym momencie moja cierpliwość się wyczerpuje. Pracowałam jako kasjerka, wiem, jak jest. Ale ciężka praca nie zwalnia ani z kultury osobistej ani z profesjonalnej obsługi klienta. Jeśli nie podoba jej się ta praca - na jej miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych osób.

Zdarzają się przykre sytuacje i trudni klienci, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi, którzy nie wykazują dobrej woli i za błędy innych pracowników obwiniają kasjerki. Ale z tym się trzeba liczyć podejmując ten rodzaj pracy. Nie zwalnia to z wykonywania obowiązków rzetelnie. A przede wszystkim słowa: dzień dobry, proszę, przepraszam, dziękuję i do widzenia - obowiązują wszędzie. Także w pracy. A może przede wszystkim. Chamstwa nie znoszę. Ani ludzi, którzy zachowują się jakby pracowali za karę.

Wniosek z tego taki, że na SZACUNEK trzeba sobie zapracować.

 

Komentarze (9)
Anioły są wśród nas, a cuda zdarzają się codziennie

Zastanawiacie się czasem, czy spotkacie na swojej drodze anioła? A ja Wam mówię, że spotykacie je codziennie :) Trzeba tylko patrzeć sercem..

Anioły według wierzeń religijnych to uskrzydlone istoty duchowe, zwykle uosabiające dobroć, pośredniczące między Bogiem a ludźmi. W dzisiejszym trudnym do zrozumienia i pełnym chaosu świecie słowo "anioł" nabiera jednak także zupełnie innego znaczenia...

Aniołem często nazywamy osobę, która jest dobra, łagodna i szlachetna. Kogoś, kto jest niezwykle cierpliwy i chętnie pomaga innym. Kogoś, na kogo można liczyć, kto "spada nam z nieba", kiedy wszystko inne zawodzi. Innymi słowy aniołem może być każdy z nas. W odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i sytuacji, możemy być aniołem dla drugiej osoby. Znacie takiego kogoś? Na pewno. Każdy w swoim życiu spotyka "anioła" choć raz...

Zdarzają się też sytuacje, kiedy stajemy się takim aniołem zupełnie nieświadomie. Podam Wam przykład sytuacji, która zdarzyła mi się w zeszłym roku. Co wieczór po pracy mnie i moją koleżankę odwoził do domu kolega. Jest dobrym kierowcą. Wysiadając z samochodu zawsze życzyłyśmy Mu dobrej nocy i wchodziłyśmy do domu. Ten jeden raz był inny. Kiedy wysiadłyśmy z samochodu, nagle cofnęłam się, nachyliłam i rozkazałam "Jedź powoli!". Nie wiem skąd mi się to wtedy wzięło. Ani nie było większego ruchu na drodze, ani nic szczególnego w tym wieczorze. Na pewno znacie to uczucie. Słowa przychodzą same - nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego. Tak po prostu i zupełnie naturalnie. Pół godziny później zadzwonił wspomniany kolega mówiąc, że miał wypadek. Nic Mu się nie stało. Gdyby jechał trochę szybciej - z samochodu nie zostałoby nic...
Jestem pewna, że każdy może opowiedzieć taką historię. Ja mam ich znacznie więcej. Nazwijcie to jak chcecie. Przeczucie, intuicja, a może siła wyższa...?

W świecie, w którym prawie nikt nie wierzy już w cuda - cuda zdarzają się codziennie, w każdej chwili, w każdym miejscu na Ziemi. Tylko trudno jest nam je dostrzec. Prosząc o cud spodziewamy się głosu z nieba, poświaty i nieprawdopodobnych zdarzeń. Tymczasem cuda pojawiają się w naszym życiu tak zwyczajnie i naturalnie jak przychodzi każdy dzień... Cudem są każde narodziny, każde nowe życie. Cudem jest każdy kolejny dzień i słońce wschodzące po burzy. Dzięki cudom unikamy wypadków i przykrych zdarzeń. Dlatego kiedy wszystko zdaje się być przeciwko nam - nie możemy znaleźć kluczy albo spóźniamy się na autobus, zamiast denerwować się na to, że nic nie wychodzi, pamiętajmy, że musi być w tym jakiś sens. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Cudem bywa zwykłe spotkanie na ulicy lub ktoś kto niespodziewanie puka do naszych drzwi...

Jeśli więc zdarzają się nam zwykłe rzeczy - pamiętajmy, że gdzieś za nimi stoją rzeczy niezwykłe. Jeśli w naszym życiu pojawiają się życzliwi ludzie, którzy pomagają, ostrzegają, doradzają - może właśnie zesłano nam nieświadomego swej misji anioła :).
Anioły są wśród nas a cuda zdarzają się codziennie. Prawda, że to wspaniały świat? :)

Miłego, uśmiechniętego dnia!!!

MODLITWA

anioła mi ześlij
anioła
by dodał sił
kiedy wołam

gdy drżę
i z żalu truchleję

anioła

niech serce
rozgrzeje

anioła
niech cud mi obwieści

ten jeden raz
mi go ześlij

 

Komentarze (8)
Przegrywaj z uśmiechem!

Euro 2012 w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu. Nie, nie jestem jakimś szczególnym fascynatem piłki nożnej, ale słuchając dziś relacji w TV nasunęła mi się pewna refleksja. Cieszymy się naszym sukcesem i porażką Ukrainy (na razie wyznaczono jedynie Kijów). W każdym komentarzu podkreślany jest fakt - nasze cztery miasta i jedno ukraińskie. Skąd taka potrzeba rywalizacji? Przecież wyznaczono dwa państwa - czy nie powinny one ze sobą współpracować? Przecież cel jest jeden i wszystkim nam zależy, żeby dobrze wypaść. Całej Polsce i całej Ukrainie.

Idea rywalizacji jest nam wpajana od najmłodszych lat. Kto ładniej powie wierszyk, kto ładniej zaśpiewa piosenkę? Uważam, że miałoby to sens, gdybyśmy wszyscy byli obdarzeni takimi samymi zdolnościami, gdyby wszystkie dzieci w szkole miały tak samo dobry słuch, zdolności muzyczne i rytmiczne, a jakość wykonania piosenki zależała od intensywności ćwiczeń. Ale tak nie jest. Są dzieci, które bardzo chcą śpiewać, starają się, ale nie mają zdolności w tym kierunku. Czy to ich wina? Nie. Niczyja. Dlaczego więc są karane niskimi ocenami na lekcjach muzyki za "nieprawidłowe" odśpiewanie piosenki? Na lekcjach muzyki można oceniać wiedzę (a jest jej sporo, od znajomości nutek po kompozytorów) - a nie zdolności. Powinno się oceniać zaangażowanie dziecka. Zgadzam się - trzeba nagradzać dzieci szczególnie uzdolnione, może zorganizować dla nich jakieś specjalne dodatkowe zajęcia, może chór, albo muzyczne przedstawienia, może  nauka gry na instrumentach - ale dlaczego karać dzieci, które nie wykazują szczególnych zdolności w tym kierunku? Bo dwója za śpiew to kara, która zniechęci ucznia na długo, jeśli nie na dobre. Z motywacją nie ma to nic wspólnego. A dzieci są bardzo zdolne - tylko każde w innym kierunku. Jedne plastycznie, inne językowo, jeszcze inne fizycznie. Trzeba o tym pamiętać.
To naturalnie tylko przykład, ale uważam, że dobry. Co się dzieje w takiej sytuacji wśród uczniów jednej klasy? Zaczynają się podziały i rodzi się zwykła zazdrość. Zazdrość, która towarzyszy nam praktycznie już do końca życia. Pojawia się konkurencja - wewnątrz klasy, między klasami, potem w pracy i w życiu codziennym, a niejednokrotnie w rodzinie. Dobrze, jeżeli jest zdrowa, ale co jeśli przekracza granice zdrowego rozsądku? Co jeśli sięgamy po coraz to bardziej radykalne środki, byleby tylko zwyciężać, a nasz sposób patrzenia na świat i dążenia są nastawione tylko i wyłącznie na wygraną? Cóż, w tak skrajnych przypadkach jesteśmy w stanie posunąć się do rzeczy mało przyjemnych i gramy nie fair. Lęk przed porażką jest tak silny, że popycha niekiedy do czynów niegodnych człowieka. Myślę, że nie trzeba tego rozwijać. Spotykamy się z tym na co dzień w pracy. Tzw. wyścig szczurów to najlepszy przykład - kopanie dołków jeden pod drugim, "kablowanie", zagrania nie fair... Niestety - w niektórych firmach to taka szara codzienność. Jak nie będziesz się bronić i zwalczać ognia ogniem, to długo miejsca nie zagrzejesz. Przykre - ale prawdziwe. "Po trupach do celu".

Konkurencja w rodzinie i najbliższym otoczeniu to też nie jest nowy temat. Kto ma droższy samochód, grzeczniejsze dzieci, lepszą pracę, kto ma fajniejsze wakacje co roku itd. Można wymieniać bez końca. I na tej podstawie tworzą się między ludźmi podziały. Budzi się źle pojęta zazdrość, która dzieli, a z czasem rodzi nawet nienawiść.
I pomyśleć, że wszystko to zaczyna się już w najmłodszych latach naszego życia!

Bardzo chciałabym móc sprawić, by pedagodzy oceniali wiedzę i postępy oraz umiejętności i zaangażowanie, a nie zdolności uczniów - na pewno wiele by to zmieniło. Ale nie mam niestety takiej mocy ani nie leży w moich kompetencjach poddawanie krytyce obecnego systemu. Jednakże ma prawo mi się on nie podobać i tak właśnie jest. Tak się przyjęło, a zmiany wymagałyby dużego nakładu pracy i zmian nie tylko w sposobie nauczania. Bo znam wspaniałych nauczycieli, którzy są niestety ograniczani przez program i obowiązujące reguły.
Zmiany wymagałyby też jeszcze większego zaangażowania rodziców w wychowywanie dzieci i kształtowanie ich systemu wartości. Zmiany wymagałyby istotnych przemian w świadomości społeczeństwa i naturze mediów. A nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe.

Jestem przeciwna wywoływaniu i szerzeniu ducha niezdrowej konkurencji, zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Jeśli w najmłodszych latach nie nauczymy ich przegrywać z twarzą - nie będą tego umiały także potem. Pochwalam natomiast fair play w każdej sytuacji. Wiele razy na tym straciłam, ale zyskałam coś po wielokroć cenniejszego - spokój ducha, doświadczenie i pewność, że uczciwość mimo wszystko się opłaca. Bo nic tak nie buduje jak uczciwa wygrana. Takie zwycięstwo smakuje tysiąc razy lepiej. Porażka natomiast, odniesiona w uczciwej rywalizacji, w każdym wieku ma wartości edukacyjne.

Dlatego uważam, że nie sztuką jest wygrywać. Sztuką godną mistrza jest umiejętność przegrywania z uśmiechem i wyciągania z tego wniosków na przyszłość. Sztuką jest uczyć się na błędach. Sztuką jest umiejętność przekształcenia porażki w sukces, czego i Wam i sobie życzę :).

Komentarze (6)
Moc słów czyli kto jest winien i o co chodzi?

No to się pokłóciliśmy. Pierwszy raz od dawna, tak na poważnie. Ja mu powiedziałam, że zachowuje się jak dziecko, a On mi, że się uwzięłam. Śmieszne, co? Dwoje dorosłych ludzi (przynajmniej w papierach). A żeby było jeszcze śmieszniej - nawet nie wiem o co ta awantura. Bladego pojęcia nie mam. Ale jakiś powód być musiał, skoro żadne z nas nie chciało odpuścić.
Słowo wyjaśnienia. Pokłóciłam się z moim przyjacielem. O przepraszam! Wróć! Z człowiekiem, którego uważałam za swojego przyjaciela. Kiedy ośmieliłam się określić Go tym - jakże bezczelnym i obrzydliwym - słowem w trakcie naszej kłótni, zwrócił mi natychmiast uwagę, że nim nie jest. Jest KOLEGĄ. Aha. Dobrze, że mi przypomniał, bo zdaje się, coś mi się w głowie pomyliło i niechcący od dłuższego czasu traktowałam Go jak przyjaciela. I to dobrego. Takiego, na którego można liczyć. Takiego, który jest, gdy inni odchodzą. Jak mogłam?! Doprawdy, żal ściska mą udręczoną duszę! I od nowa pojęć nauczyć się muszę! (I nawet nie czuję, że rymuję :P).

Istota wyżej wspomnianego sporu jest mi niestety nieznana, mimo iż brałam w nim czynny udział jako jedna ze stron. A tak właściwie to wcale się nie pokłóciliśmy. Chyba. Nie mam stuprocentowej pewności, ponieważ stanowisko i zdanie mojego oponenta w tej kwestii zmieniało się co najmniej dwukrotnie. Punkt wyjścia - nie kłócimy się. Środek - kłótnia na całego. Zakończenie - jaka kłótnia? No i powiedzcie same - można się zgubić, prawda? Toteż ja się zgubiłam, pomyliłam pojęcia przyjaźni z koleżeństwem i nazwałam Go dzieckiem. Chyba o to się obraził. Właściwie kompletnie nie rozumiem dlaczego. Przecież każdy facet to w jakiejś części duże dziecko, więc nie minęłam się z prawdą aż tak daleko. A nawet gdyby. Znam lepsze powody do obrazy niż nazwanie kogoś dzieciakiem i przyjacielem. Znam też inne słowa, których mogłam użyć, ale nie zrobiłam tego. Nie wydawały mi się uzasadnione, chociaż teraz, po namyśle.... :D
Oczywiście wspomniana kłótnia miała swój wielki finał. Najpierw usłyszałam, że to ja się uwzięłam i że to moja wina. Potem zachował się jak prawdziwy mężczyzna i dumnie wziął winę na siebie - że niech już będzie, że to On jest ten zły i kropka. Po czym, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, orzekł, że nie chce Mu się ze mną gadać i idzie spać, a ja ,jeśli mam ochotę, mogę do Niego nawet całą noc pisać wyrzucając zaciekle jad w postaci gorzkich słów, On sobie rano przeczyta. No, nie powiem, korciło mnie napisać tak, żeby Mu w pięty poszło. Może wyzwałabym Go od facetów albo jakiś innych typów. Ale bardziej obraźliwych słów niż przyjaciel czy dzieciak w swoim bogatym słownictwie nie znalazłam :D. Toteż powściągnęłam żądzę zemsty i chęć wyrzucania z siebie czegokolwiek zwracając Mu uwagę na jedną tylko rzecz: WINA ZAWSZE LEŻY POŚRODKU. W pełni świadoma tej starej prawdy, gotowa byłam odpokutować swoją część. Odpowiedź jeszcze nie nadeszła :D
No i same powiedzcie - te chłopy to jednak nie wiedzą czego chcą. Jak ich zrozumieć i pojąć czego chcą skoro oni sami tego nie wiedzą???
A teraz idę popracować nad urozmaiceniem swojego słownictwa w słowa równie brutalne jak te użyte wczoraj :D. Na wypadek kolejnej kłótni. Przecież nie mogę się powtarzać ;P

 

P.S. Właśnie otrzymałam odpowiedź od wyżej wspomnianego. Ręce mi opadły. To jest znów moja wina według Niego i On się jako pierwszy nie ma zamiaru do mnie odezwać. Litości!!! Czy jest tu jakiś lekarz? Bo mojemu koledze chyba trzeba pomóc i tlen podać. Wygląda na to, że cofnął się ponad dwadzieścia lat do etapu piaskownicy i zabawek. Przeprosiłabym - ale nawet nie wiem za co???? Czy ktoś potrafi mnie oświecić w tej kwestii? Czy może ja tu czegoś po prostu nie zauważam? Jakiś haczyk, motyw, wyjaśnienie... Cokolwiek... Cóż, wygląda na to, że nasza tzw. przeze mnie przyjaźń i znajomość koleżeńska (zwana tak przez Niego) właśnie dobiega końca. Niewielki płomyczek nadziei tlił się we mnie od wczoraj - że może do rana wróci Mu Jego rozsądek. Ale, zdaje się, rozsądek gdzieś sobie poszedł i zabalował. Ba! Może nawet się ulotnił? W związku z czym iskierka nadziei zgasła pod naporem rzeczywistości. Aha! I doinformował mnie właśnie, że mam zostawić Go w spokoju. Hmm... To pewnie ten sam spokój, o który ja prosiłam wczoraj. Po czym jak miecza użyłam słów, które zabiły naszą znajomość. Przestrzegam więc Was, moje drogie, przed używaniem tych tajemniczych słów - widocznie mają w sobie jakąś destrukcyjną moc :D Te słowa to...DZIECKO i PRZYJACIEL :D

P.S.2 Ale jakby ktoś wiedział o co chodziło - to proszę o sugestie :D będę wdzięczna. Prawie dozgonnie. :)
 

Komentarze (3)
O zmaganiach z tym co na głowie ;P

Wczoraj byłam u fryzjera.
W swoim krótkim życiu, z włosami zdążyłam już chyba zrobić wszystko. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć włosy kręcone. Dosłownie. Chciałam mieć burzę loków na głowie. Oczywiście moje włosy takie nie są, nigdy nie były i nie będą. Moje włosy są zupełnie proste i żadne zaklęcia na nie nie działają. Ale zanim się temu poddałam - próbowałam zmienić ich naturę wielokrotnie. Pierwsze były wałki  i po raz pierwszy użyłam ich jeszcze jako nastolatka. Okazały się strasznie niewygodne, szczególnie w nocy. A efekt był mizerny - zanim zdążyłam się nacieszyć loczkami, włosy już były proste. Potem zrobiłam sobie trwałą. Niestety, rezultat nie był zachwycający. A potem na wiele lat zagościły u mnie papiloty. Wreszcie - poddałam się. Zrezygnowałam z marzeń o lokach. I już tylko czasem, gdy potrzebuję odmiany lub czegoś szczególnego, próbuję namówić moje włosy na odrobinę szaleństwa, a i to przy użyciu niezliczonej ilości środków utrwalających skręt. Na trochę wystarcza:).
Nie mniej kłopotów miałam z kolorem. Była już wiśnia, ale po zrobieniu trwałej zmieniła się w kolor rudy. Był jasny brąz. Potem był kasztan, który zapamiętałam bardzo szczególnie, ponieważ kolor miał zejść po 24 myciach (miesiąc, dwa), a utrwalił się na dobre. I nie przykryło go nic. Ani nowy szampon ani farba. Przy wszelkich próbach ufarbowania włosów na jakikolwiek inny kolor ów wspomniany kasztan wyłaził i odnawiał się z całą zajadłością, a nowy kolor przyjmowały tylko odrosty. Szampon, którego użyłam do tamtej kasztanowej koloryzacji wrył się w moją pamięć dogłębnie łącznie z nazwą firmy, która go wyprodukowała (naprawdę znana firma!) w związku z czym mogłabym go polecać i reklamować z czystym sumieniem jako jeden z najtrwalszych środków koloryzujących. Skutek był taki, że musiałam poczekać, aż szanowne włosy trochę odrosną i zafundowałam im baleyage.
W międzyczasie miałam także włosy w kolorze miodu i moje naturalne. Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jak bym ich nie farbowała to ostatecznie i tak po 2-3 tygodniach wychodzą z nich rude, a w najlepszym przypadku złote refleksy. Przy czym rudy moim naturalnym kolorem nie jest. Na jednym z blogów przeczytałam niedawno, że rudy to nie kolor, tylko charakter (pozdrawiam!). No cóż, wychodzi na to, że to jednak prawda :) coś w tym musi być ;)
Póki co, moje włosy żyją własnym życiem. Pozwalam je sobie czasem przyciąć i ułożyć, i pokochałam to, że są proste. Natura jednak wie najlepiej ;P

Komentarze (1)
Wiosna w moim obiektywie

Kocham wiosnę. Za zieleń traw, za pączki, za kolory kwiatów, za motyle... Zresztą, za co kocham? To widać na tych zdjęciach...

 

Komentarze (1)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |