iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Trust no one...

Żyjemy w czasach, które coraz częściej można podsumować słowami bohatera serialu "Z archiwum X", Foxa Muldera: "TRUST NO ONE".

Nikt nie jest samotną wyspą. Otaczają nas inni ludzie. Ludzie zazdrośni, zawistni, przepełnieni egoizmem, czekający na jedno potknięcie. Nasze potknięcie. Potknięcie, które natychmiast zostanie wykorzystane, bo sama myśl o cudzej porażce jest pożywką dla ludzkich hien. Musimy uważać na to co mówimy, gdzie, komu... Stale musimy patrzeć przez ramię, bo trwa "permanentna inwigilacja" (cytat z "Seksmisji"). Ludzie wciąż nas obserwują. Każdy krok, każdy gest, każde słowo... Każdy ruch...

Spotykamy setki ludzi. Jesteśmy przyjaciółkami, koleżankami, współpracowniczkami, partnerkami... Naturalną koleją rzeczy w kontaktach międzyludzkich jest formowanie się zaufania. Odgrywa ono zasadniczą rolę w budowaniu trwałych i bliskich relacji z innymi. Jednak moim zdaniem istnieją różne poziomy zaufania. Nie każdemu mówimy o wszystkim. Nie każdego dopuszczamy tak blisko, by poznał nasze słabości. Nie każdemu zwierzamy się ze swoich problemów, sekretów, pragnień...Proces budowania zaufania jest długotrwały. To usypia naszą czujność. Ufamy. Czasem jednak trafiamy na jedną z tych osób, którym wcale nie zależy na nas i na znajomości z nami - tylko na naszej porażce lub na zdobyciu informacji. Z czasem informacje te zostają użyte przeciwko nam. Jakże bolesna jest taka zdrada! Nie dość, że wykorzystane zostają poufne słowa, to jeszcze ktoś, kogo uważaliśmy za godnego zaufania, okazuje się być kimś zupełnie nam obcym i innym.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby nie ufać nikomu. Nie ryzykować, że ktoś znów nadużyje naszego zaufania, na każdego patrzeć jak na potencjalnego wroga. Niestety, będąc częścią społeczeństwa, żyjąc wśród ludzi - nie można sobie na to pozwolić. A nawet gdybyśmy to zrobili - rezultat byłby bardzo krótkotrwały, niosłoby to dużo więcej niebezpieczeństw, niż korzyści... Zasada ograniczonego zaufania też nie zawsze zdałaby egzamin.

Mimo wszystko trudno jest żyć bez zaufania. Niemożliwym jest budowanie związku lub przyjaźni bez niego. Niemożliwym jest stworzenie normalnych relacji w małżeństwie czy rodzinie bez zaufania. Bo to zaufanie właśnie nierozerwalnie łączy się ze wzajemnym zrozumieniem i szacunkiem.

Pozostaje nam wierzyć, że oprócz tych zawistnych i zazdrosnych, otacza nas także wielu wspaniałych, szczerych ludzi, którzy wyciągną dłoń w potrzebie, którzy nie zdradzą i nie zawiodą, którzy będą wspierać. Takich, dla których warto otwierać serce i dzielić się z nimi tym, co boli i cieszy... Trzeba naprawdę bardzo w to wierzyć i przede wszystkim chcieć uwierzyć.

Trzymając się tematyki wymienionego na początku serialu, powtórzę słowa głównego bohatera: "I WANT TO BELIEVE...".

Komentarze (15)
Jak dobrze znasz swoje miasto?

Ostatnio dużo czasu pochłania mi poznawanie historii mojego rodzinnego miasteczka. Miasto małe i raczej nieznane, ma bardzo bogatą historię. Szczególnie ciekawe okazały się legendy. Z czasów dzieciństwa pamiętałam tylko dwie. Tymczasem okazuje się, że oprócz smoka, mieliśmy też kościotrupa w kościelnej wieży, palenie czarownicy i piękną legendę o miłości - romans na miarę wszech czasów, poza tym Krzyżacy i Kopernik. Zaczytałam się i ciągle mi mało. Szukam nowych źródeł starych historii i legend... Niestety - osób, które mogłyby je przybliżyć jest niewiele. Wkrótce zamierzam przekopać bibliotekę w poszukiwaniu jakichś ciekawych informacji.

Znamy historię kraju, w którym żyjemy, ale na ile znamy miasto, w którym mieszkamy? Czy potrafimy podać datę jego założenia, opowiedzieć choć jedną legendę z nimi związaną, streścić historię? Czy wiemy jak wygląda herb miasta i skąd pochodzi? Czy umiemy wymienić zabytki i wyjaśnić skąd się wzięły?

Pamiętam, że jeszcze w szkole podstawowej zdarzały się lekcje poświęcone rodzinnemu miastu. Stąd znam legendę o smoku i wiem skąd pochodzi herb miasta. I...to właściwie wszystko... Całej reszty dowiedziałam się sama - szukając, czytając i słuchając opowieści starszych...

A Ty? Jak dobrze znasz swoje miasto?

Komentarze (19)
Handlowe niedziele

Uwielbiam niedzielne ranki w moim rodzinnym mieście. Co tydzień mogę podziwiać najwspanialszy na świecie "miejski" spokój. O godzinie 8-9 rano ulice miasta są prawie puste. Większość ludzi odsypia sobotnie szaleństwo, inni korzystają z możliwości pospania dłużej choć raz w tygodniu. Jest cicho, ale radośnie. A dziś dodatkowo piękne słońce rozświetliło błękit nieba. Coś fantastycznego! Takie chwile uświadamiają mi, jak cenne jest to, że dni różnią się od siebie.

Wczesnym niedzielnym rankiem wszystkie sklepy w moim mieście są jeszcze pozamykane. Jeszcze, bo naturalnie tuż potem sklepy spożywcze zaczynają pracować. Nie będę rozpatrywać tego z religijnego punktu widzenia, ponieważ może to rodzić kolejne konflikty bądź niezrozumienie. Kwestie religii czy wyznania są tak delikatne, że trudno jest mówić o nich publicznie. Co człowiek, to inne zdanie. Poza tym jak się przekonałam (i nie ja jedna), łatwo jest obrazić czyjeś odczucia. Toteż pragnę spojrzeć na to z zupełnie świeckiej strony, bez podtekstów religijnych.

Dla wielu ludzi  praca w niedzielę to konieczność. Istnieją służby, których interwencja bywa niezbędna, gdy idzie o ludzkie zdrowie lub życie. Mam na myśli między innymi szpitale i lekarzy. Inne instytucje - jak banki, urzędy, ubezpieczalnie - w niedziele nie pracują. Są jednak i takie miejsca, które mogłyby być zamknięte, a pozostają otwarte - sklepy.Wszystko to oczywiście z myślą o kliencie, a tak naparwdę o zysku. Z jednej strony właściciele centrów handlowych wychodzą naprzeciw oczekiwaniom tych osób, które w pozostałe dni tygodnia nie mają czasu lub możliwości zrobienia zakupów. Z drugiej strony sklepy nawet w ciągu tygodnia pracują w bardzo szerokim przedziale godzinowym... Pracownicy takich miejsc często po prostu nie mają wyboru - muszą się na to godzić, jeśli chcą zatrzymać pracę. Każdy w tych trudnych czasach radzi sobie jak może. Nie można pozwolić sobie na utratę źródła finansów.

Abstrahując od wszelkich aspektów religijnych uważam, że jednak każdemu należy się wolna niedziela. Jeden dzień wolny od pracy, który można dowolnie zaplanować i wykorzystać na spotkania z rodziną czy przyjaciółmi, na wyciszenie siebie, wypoczynek...

Z drugiej strony gdyby nie było zapotrzebowania i popytu w niedziele - sklepy zapewne byłyby zamknięte. Jeszcze kilka lat temu w moim mieście, w niedziele, pracowały niemal wszystkie sklepy spożywcze. Obecnie część z nich wprowadziła wolne niedziele. Na początku ludzie nieco się buntowali, ale przyzwyczaili się. A niektórzy powtarzają, że to był całkiem dobry pomysł.

Chyba wszystko ma swoje plusy i minusy. Dla mnie w niedzielę sklepy mogłyby być pozamykane. Tak jak banki i urzędy. Zdaję sobie jednak sprawę, że dla niektórych to czasem jedyny dzień, kiedy mogą zrobić porządne zakupy. Mnie osobiście szkoda niedziel na spędzanie ich w sklepach. Zwłaszcza kiedy dzień zaczyna się tak pięknie jak dziś. Kiedy aż czuje się ten spokój i ciszę. Może wszystkim nam brakuje takich dni - chwili na oddech i przemyślenia.

Komentarze (16)
Czas na arkę?

Ciągle pada. Nie narzekam. Stwierdzam fakt. Jest całkiem ciepło, tylko bardzo mokro. Obawiam się, że będę zmuszona nauczyć się wreszcie pływać i to w przyspieszonym tempie, jeśli nic się nie zmieni. Wkrótce może być to jedyny sposób przemieszczania się. Pada chyba więcej niż w Indiach w porze deszczowej - tam ulewny deszcz dwie godzinki i zaraz wychodziło słońce. A że mają zapchane studzienki kanalizacyjne i inną ziemię, w związku z czym woda stoi, to już inna rzecz. Przynajmniej świeciło słońce - no i było dużo cieplej.

Tymczasem u nas pada (też mi odkrycie). A od wczoraj bez przerwy mamy też burze. Oprócz wyładowań chmura-ziemia, pojawiły się wyładowania chmura-chmura. Strasznie hałasują! Widok ciężkich ciemnych chmur nikogo już nie dziwi.

Ta chmura przyniosła wczoraj gradobicie. Patrzyłam sobie na to przez okno. Grad spływał z wodą ścieżkami.

Wszystkie białe punkty na tym zdjęciu to grad. Od tego się zaczęło... Potem było tylko gorzej. Grad padał bardzo intensywnie, był duży i niestety bezlitosny dla wszystkiego co znajdowało się na dworze.

To zdjęcie udało mi się zrobić dopiero po gradobiciu. Prawda, że wygląda to dziwnie - koniczyna a obok bryłki lodu?

Co więcej grad wcale nie chciał stopnieć. Leżał jeszcze dobre kilka godzin po wystąpieniu opadów. Przydomowy ogródek zamienił się w pobojowisko. Połamane zostało wszystko - od marchewki i kopru po ogórki...

Bryłki lodu były dość duże, największe miały średnicę złotówki. Niestety nie miałam przy sobie żadnej, żeby położyć obok do zdjęcia, musicie więc uwierzyć mi na słowo.

Potem zaczęło padać znowu i pada do chwili obecnej. Burze z piorunami utuliły mnie do snu. I muszę przyznać, że od dawna tak dobrze nie spałam :)

Klimat się zmienia. Jeszcze niedawno wróżono nam totalne ocieplenie. Tylko niektórzy przewidywali, że nadejdzie kolejne zlodowacenie. Jak będzie - nikt naprawdę nie wie. Prognoz jest wiele. Najbliższa prawdy jest chyba koncepcja o zalaniu i zatopieniu kontynentów. Ważne natomiast, iż do wystąpienia wszelkich anomalii pogodowych przyczyniamy się my - ludzie. Bez chwili zastanowienia dewastujemy to, co trwało przed nami przez wieki. Śnieg w Afryce to nie jest przypadek. Tak samo jak ulewne deszcze, które zdaje się powoli zaczynają towarzyszyć każdej z naszych pór roku. Łagodne zimy i bardzo mokre lata - to dopiero początek. Żeby było śmieszniej, niedawno rozmawiałam z kolegą, który mieszka na południu Indii. Zazwyczaj w okolicach kwietnia/maja zaczyna się tam pora deszczowa i ulewne deszcze. A jeszcze tydzień temu kolega skarżył mi się, że jest sucho i gorąco - do teraz nie spadła ani kropla deszczu...

Za wszystkie zmiany klimatyczne odpowiadamy my sami. Gatunek ludzki to najgorsze z możliwych zwierząt - oprócz autodestrukcji, ma też włączoną opcję niszczenia środowiska. Także dla przyszłych pokoleń nie zostanie już nic... My mamy lasy, jeziora, morza, plaże i góry. Nasze dzieci nie będą miały nic. Że o wnukach nie wspomnę. Np. piękna plaża w Rowach ulega stopniowej redukcji, na ratowanie jej nie ma oczywiście funduszy, a wkrótce zniszczeniu ulegną także tamtejsze wydmy. Lasy deszczowe są stale wycinane. W atmosferze mamy potężną dziurę, nasz ozonowy parasol ochronny nie działa tak jak kiedyś. Nieustanna emisja dwutlenku węgla, spaliny, zanieczyszczenia - można wymieniać bez końca. Efekty widać już teraz i strach pomyśleć co będzie dalej.

Tymczasem u nas pada...Może już czas zacząć budować arkę?

Komentarze (27)
Polska - bardzo "modny" kraj czyli o ogólnej nietolerancji

Polska - kraj w centrum Europy. Kilometry malowniczych krajobrazów i  niewybudowanych autostrad, połacie pięknej ziemi, setki nierealnych pomysłów wiecznie skłóconych polityków . Ale Polska to ostatnio także bardzo "modny" kraj. Mamy modę na szkielety modelek i anoreksję. Mamy modę na fast-foody i jednocześnie wszelkie możliwe diety. Mamy modę na wielką improwizację ("zastaw się - a postaw się") i udawanie ludzi, którymi nie jesteśmy. Mamy modę na palenie papierosów, mimo że większość z nas zdaje sobie sprawę iż szkodzi to zdrowiu. Mamy modę na ignorancję (Formic czerwonyparasol.blog.iwoman.pl/wpis,moda;na;ignorancje;czyli;ciemnota;,20634.html). Mamy modę na wyjazdy zagraniczne, podczas gdy w ogóle nie znamy swojego kraju (Mrówka: mrowka.blog.iwoman.pl/wpis,w;drodze;,20841.html).

Mamy modę na wszystko co światowe lub przynajmniej europejskie. Wreszcie mamy modę najgorszą z możliwych - na nietolerancję. Co więcej, moda ta jest w pełni popierana i lansowana przez polski rząd niemalże na każdym szczeblu polityki i życia. Codziennie miliony dzieci uczą się nietolerancji, która je zewsząd otacza...

Zaczyna się zwykle w domu. Słuchamy z przejęciem jak rodzice dyskutują i wymieniają poglądy - ogólne, o życiu, o świecie. Notujemy w umyśle każde słowo na temat filmu, modelek, wiadomości, sąsiadów... Potem, zazwyczaj nie celowo, zostajemy poddani praniu mózgu. "Jedz więcej, jesteś za chudy", "Ależ ten Twój kuzyn jest gruby, czym oni go karmią?!", "Znów będzie Twoja ciotka, musisz być grzeczny, tak jak jej synek", "Nie wolno Ci się bawić z tym kolegą, pochodzi ze złej rodziny! Mieszkają w paskudnej dzielnicy!". I w ten oto sposób nieświadomy swej roli rodzic od najmłodszych lat wpaja dzieciom podstawy nietolerancji. Dzieci to bardzo delikatne umysły, żywe i szczere. To o czym rozmawia się w domu nie jest dla nich żadną tajemnicą, toteż przekazują to dalej. Już u najmłodszych można zauważyć tworzenie się grup i "wyrzucanie" pewnych osób poza nie - "Kaśka jest taka gruba", "Wojtek to beksa", "Ola ma brzydką starą lalkę, nie będę się z nią bawić", albo "Tatuś Piotrka jest bardzo chory" (w domyśle nie będę się z nim bawić, bo mogę się czymś zarazić). Dzieci mają tendencje do maksymalnego upraszczania wszystkich możliwych sytuacji. Toteż zachowania, których nie toleruje się u nich w domu, nie są przez nie same tolerowane w środowisku rówieśniczym. Cokolwiek zasłyszą wśród osób, które darzą szacunkiem (rodzice, znajomi rodziców często przychodzący z wizytą, rodzina), będą to naśladować. Stąd wynosimy naszą skłonność do krytykowania wszystkiego i wszystkich. I stąd nasz nietolerancja, a przynajmniej jej podwaliny.

Jako dzieci mamy prawo nie rozumieć, ale przecież dojrzewamy, dorastamy, zyskujemy świadomość. Oczywiście. Ale ideologiczne pranie mózgu trwa nadal. Zewsząd zalewają nas informacje o tym co jest dobre, co złe, co warto, czego nie, co powinniśmy zrobić i jak powinniśmy postępować. Nasza nietolerancja zakorzeniona jest tak głęboko, że zamykamy się na wszystko co nowe i nam nieznane (Iris: bovary.blog.iwoman.pl/wpis,adhd;psycholog;szkolny;i;dekalog;dziecka;nadpobudliwego,19795.html). Trzymamy się twardo schematów nie dopuszczając myśli, że być może coś nam umknęło. Łatwiej być nietolerancyjnym i wszystko co nowe lub inne nazywać bzdurą, stekiem kłamstw, bredniami... Łatwiej nam atakować drugiego człowieka, kiedy ośmieli się mieć inne zdanie niż nasze, zwłaszcza anonimowo (Ewa P evcom.blog.iwoman.pl/wpis,o;agresji;w;sieci,20701.html). Wszak najlepszą obroną jest atak. Czy nie jest to przejaw nietolerancji??? Oczywiście, że jest, w dodatku w najgorszym wydaniu, bo połączony z brakiem odwagi (anonimowość - cóż prostszego niż zwymyślać kogoś bez ujawniania się?) i agresją.

Czemuż jednak się dziwić, kiedy w państwie na najwyższych szczeblach rządu lansowana jest polityka nietolerancji i obrażania poglądów innych? Polska to rzekomo kraj demokratyczny. Cóż to za kraj, który dba tylko i wyłącznie o obywateli jednego wyznania? Cóż to za kraj, który faworyzuje konkretną grupę społeczeństwa? A co z mniejszościami? Cóż to za kraj, który narzuca obywatelom decyzje, które każdy powinien rozważyć w zaciszu własnego sumienia? Cóż to za kraj, który mówi nam jak mamy rodzić dzieci, kiedy i czy w ogóle (Sylwia Chutnik: sylwiachutnik.blog.iwoman.pl/wpis,to;w;koncu;mamy;rodzic;dzieci;czy;nie,19084.html)? Jeśli państwo musi popierać jakąś grupę społeczną - dlaczego nie popiera pracujących matek? Co z polityką prorodzinną? Jak napisałam w komentarzu do jednego z blogów (Iris bovary.blog.iwoman.pl/kategoria,katechizm;deistki,9409.html) w naszym kraju polityka i wątki religijne wzajemnie się przenikają. Idee kościelne są środkiem do osiągania celów politycznych. Czy to aby na pewno również nie jest pewnego rodzaju dyskryminacja? Kiedy biorę do ręki Biblię wyłania mi się obraz zupełnie innego społeczeństwa, człowieka i Kościoła. Obraz pełen tolerancji  i zrozumienia dla wad oraz błędów drugiego człowieka. Obraz, w którym każdy ma wolną wolę odnośnie podejmowanych decyzji i wyborów. Czy obowiązkiem państwa nie jest dbanie o WSZYSTKICH jego obywateli? Wszak według konstytucji wszyscy jesteśmy równi i mamy te same prawa. Powinniśmy mieć więc zagwarantowane ustawowo prawo decydowania o sobie. Pójdźmy dalej. Powinny istnieć przepisy zabraniające dyskryminacji nie tylko płci, ale wszelkiej odmienności dopóki osoba ją wykazująca nikomu nie zagraża.

Tak oto polityczne rozgrywki także czynią nas nietolerancyjnymi i wrogimi wszystkiemu, co odbiega od ogółu (Formic: czerwonyparasol.blog.iwoman.pl/wpis,alkoholowo-religijne;spoleczenstwo,20504.html). Wszelkie przejawy odmienności są piętnowane mocno i wyraźnie. Tak uczy się nas, że wszystko co inne - jest złe. A to nieprawda. Inne może być lepsze. Otwieranie się na nowe możliwości nie musi oznaczać zmiany poglądów. Wystarczy, że pozostawimy w swoich umysłach otwartą furtkę, wystarczy, że zaczniemy patrzeć na świat szerzej. Bo życie to jeden kierunek ruchu, ale na wielu poziomach, a nie na jednym. Otwartość daje nowe możliwości. Sprawy religii, wyznania i osobistych decyzji obywateli leżą poza granicami władzy rządu. To indywidualne wybory jednostki, a państwu i politykom nic do tego. Może już czas, aby ktoś to delikatnie wspomnianym rządzącym wytłumaczył. Konstytucja gwarantuje nam równość. Może powinna też gwarantować TOLERANCJĘ???

P.S. Dziękuję Dziewczynom, których wpisy pozwoliłam sobie tutaj "zalinkować" za dostarczenie materiału. Wszystkim pozostałym - wybaczcie, ale nie dało się umieścić wszystkiego. Nie mniej, praktycznie każdy wpis umieszczany na tym blogu daje mi do myślenia :) pozdrawiam :)

Komentarze (73)
Od Anulka10 do nas Wszystkich

Pozwalam sobie zamieścić to, co napisała Anulka10 - skierowane jest do nas wszystkich, więc przekazuję dalej:

"Dziewczyny, Willow, Gosia, Iris, Katarzyna i wszystkie inne kobiety które czytałam !! niestety nie mogę nic więcej napisać w blogu, bo mam czasu, co innego na głowie. Podziwiam Was nie wiem kto to widzi ale proszę przekażcie , dalej że się cieszę z waszych wygranych ja niestety od jutra walczę o życie . Póki mi starczy sił będę marzyć i będę żyć, wyniki nie są dobre jeśli koś czytał mojego bloga. I dlatego tu piszę, aby nie obarczać moimi problemami reszty ludzi, to nie jest przyjemne... Dziękuję

uciekło mi GRATULUJE , przepraszam pisze w pośpiechu .."

Anulka - trzymamy za Ciebie kciuki i jesteśmy z Tobą!!!

Komentarze (11)
Pogoda ducha

Dzień dobry iWoman!!!

śniadanie: 0
wypite herbaty: 2
entuzjazm: 6 na 10
pogoda ducha: 5 na 10
cyrkulacja powietrza: 0
temperatura na zewnątrz: 28 stopni

Żar leje się przez okno. Biorąc jednak pod uwagę temperaturę otoczenia - panuje arktyczna zima. A ja, gdybym potrafiła, mogłabym zostać królową wiecznego lodu. Niestety (albo "stety") - nie potrafię. Okolice podrównikowe są mi bliższe... Chwilowo jednak zachowuję umiarkowanie z powodu intensywnych burz z piorunami, które miały miejsce wczoraj wieczorem. Tak więc dzisiaj nastrój i entuzjazm przygasa. Ale jak to się mówi "po każdej burzy przychodzi słońce", więc poczekam na cud. Te lody przecież kiedyś stopnieją - chyba... :/
Wolałabym prędzej niż później... Zanim entuzjazm i pogoda ducha osiągną poziom zerowy.
W chwili obecnej opracowuję plan B, na wypadek gdyby lody jednak nie puściły przed kolejną wiosną. Potrzebuję wyjścia bezpieczeństwa i obmyślam drogę ewakuacji. Jeśli burze wrócą potrzebny będzie schron. Z piorunochronem!!!
Proszę więc dzisiaj na mnie nie grzmieć, bo reaguję ucieczką. A ponieważ schronu jeszcze sobie nie znalazłam, zostaje mi tylko stół lub szafa - jedno i drugie mało komfortowe. I bez piorunochronu!!!!

Komentarze (6)
Dobry lokal poznasz po... toalecie!

Dobry lokal czy restauracja to nie tylko wnętrze - to także toaleta. Ileż to razy zdarzyło mi się widzieć wspaniałą salę i paskudną toaletę. To bynajmniej nie zachęca. Bo jeśli właściciel nie dba a zaplecze sanitarne, z którego korzystają goście, to aż strach pomyśleć co dzieje się tam, gdzie goście nie wchodzą - mam na myśli kuchnię. Dlatego też zawsze zwracam uwagę na to, jak wyglądają toalety w lokalach publicznych.

Ostatniej soboty pracowałam w przepięknym hotelu z restauracją o ciekawym, bogatym wnętrzu. Sala była ładna (może trochę smutna). Pomyślałam więc, że zajrzę tam, gdzie zawsze - czyli do toalety, żeby mieć pełny obraz lokalu. Gdyby ktoś popatrzył z boku, to nieźle by się uśmiał widząc mnie w akcji.

Co jest ważne przede wszystkim? Toaleta musi być dobrze oznaczona. Biorąc pod uwagę fakt, iż będą z niej korzystać osoby niekoniecznie trzeźwe, warto zadbać o to by nie błąkały się bez celu w poszukiwaniu tegoż przybytku. Ileż to razy zdarzyło się, że goście biegali po sali tam i z powrotem szukając odpowiednich drzwi... Tu na szczęście oznaczenia były wystarczająco wyraźne.

Punkt drugi - szerokie drzwi wejściowe i takie same do przynajmniej jednej kabiny. To z myślą o osobach niepełnosprawnych. Niestety wiele jest jeszcze w Polsce lokali, które zaniedbują ten element. Może nie tyle wynika to z ignorancji, co  z tego, że wszystko to dość stare budynki a remonty jak - wiadomo - kosztują. Niemniej jednak, jeśli lokal dostosował toaletę także do potrzeb osób niepełnosprawnych - to budzi to już mój szacunek dla właściciela.

Weszłam sobie dalej - wnętrze ładne, czyste. Kabiny odpowiednie. Jest gdzie postawić torebkę, jest gdzie powiesić żakiet. W każdej kabinie kosz na śmieci. Super. Papier jest.

No i wreszcie najważniejsze. Trzeba umyć ręce. Nie znoszę kiedy akurat kończy się mydło w dozowniku. Tu było ok. Woda ciepła, mydło w porządku, papierowe ręczniki i.... No właśnie. I trzeba było gdzieś ten zużyty ręcznik wyrzucić. Rozejrzałam się i nie dostrzegłam nigdzie kosza. Wreszcie schyliłam się mocno pod umywalkę. JEST! Tylko, żeby się do niego dostać musiałabym chyba wykonać jakąś mocno akrobatyczną figurę. Kosz umieszczony był tak głęboko, że gdybym chciała nacisnąć nogą właściwą dźwignię - musiałabym odchylić się bardzo do tyłu, licząc na to, że nie stracę równowagi. A otwierać pokrywę ręką to raczej mało higieniczne. Zobaczcie jak jeden drobny zdawałoby się szczegół może zepsuć dobry efekt! Nawet duże lustro na ścianie nie wyrównało tego braku... Nie muszę pisać, co działo się w toalecie nieco później, kiedy przyszli goście. Nie wszystkim chciało się wyginać, toteż ręczniki były wszędzie.Jedno wielkie pobojowisko.

Chciałabym, aby lokale i ich toalety, oprócz tego, że są eleganckie i czyste zadbały też o funkcjonalność pomieszczeń. Bo w wymienionym przypadku z racji niefunkcjonalnego ustawienia kosza na śmieci (taki drobny szczegół zdawałoby się), toaleta z czystej i sympatycznej po kilku godzinach zamieniła się w śmietnik. Nie można liczyć w tym względzie na ludzi - tym bardziej tych spożywających alkohol. Dlatego, jeśli nie chcemy sprzątać potem takiego bałaganu - warto zainwestować w suszarkę do rąk lub po prostu urządzić pomieszczenie z głową.

Komentarze (16)
Gwarancja - naprawa (nie)kontrolowana

Hmmm.... siadam do komputera, z rozpędu od razu wskakuję na iWoman a tu....pusto! Gdzie się wszyscy podziali? Znowu coś mnie ominęło? Widzę Iris, ślady Natali... hmmm... Tornado przeszło czy jak? Że też mnie zawsze najciekawsze omija! Postanowiłam osobiście sprawdzić czy mogę dodać wpis i jak widać - mogę. Troszkę zdezorientowana jestem :P. Pomijając awarię licznika odsłon bloga (wciąż nie działa), którą zgłaszam od wczoraj (pozdrowienia dla panów - lub pań - ze wsparcia IT :) ), to chyba wszystko inne już działa. To nie jest z mojej strony żadna złośliwość - ja tylko lubię jak wszystko działa. To rodzinne podobno :D.

Kilka miesięcy temu ku mojej rozpaczy padł mi dysk twardy w laptopie. Zwyczajnie z dnia na dzień (czy też raczej z nocy na dzień) odmówił współpracy. To było tuż po powrocie z Indii. Możecie sobie wyobrazić moje rozżalenie - tyle zdjęć, dokumentów... Sądząc po dźwiękach, które dysk wydawał z siebie w trakcie włączania komputera, uszkodzona została głowica dysku (nie wiem jakim cudem, bo żadnego mechanicznego uszkodzenia nie było, nie mam w zwyczaju rzucać sprzętem ani nim potrząsać, no ale stało się) - żegnajcie dane! Naturalnie są różne firmy zajmujące się odzyskiwaniem plików, ale nie stać mnie na zlecenie im takiej pracy. Cena bowiem zależy od rodzaju i wielkości uszkodzenia dysku. Na podstawie obserwacji i rozmów z panami z różnych serwisów, doszłam do wniosku, że mój dysk to ten najcięższy przypadek, czyli koszt odzyskania danych rzędu kilku tysięcy złotych! Kiedy uświadomiłam sobie ten szczegół, bardzo szybko zrobiłam bilans zysków i strat. Część zdjęć miałam na płytach cd, część odzyskałam za pomocą odpowiedniego programu z karty do aparatu. Z utratą reszty jakoś się pogodziłam (chwilowo).

No i musiałam zdecydować - oddać laptopa do naprawy gwarancyjnej czy też nie (bo dysk wciąż jeszcze objęty był gwarancją). Myślałam długo i intensywnie. Ostatecznie doszłam do wniosku, że po pierwsze - musiałabym im wysłać całego laptopa (taki wymóg) - co oznacza rozstanie ze sprzętem na minimum dwa tygodnie, a na pewno i na dłużej. A jak nie uznaliby mi tej usterki to musiałabym zapłacić podwójnie - za to że w ogóle zajrzeli do środka, za przesyłkę i naprawę lub nowy dysk. Po drugie - różne rzeczy słyszałam o sprzęcie, który wracał po naprawie gwarancyjnej. Tak więc najzwyczajniej w świecie postanowiłam kupić nowy dysk. Wybierałam go tydzień czasu, pochłaniając wszystko co znalazłam w internecie na ten temat, zanudzając mojego brata pytaniami, przeglądając fora i określając swoje potrzeby co do nowego sprzętu. Przy okazji postanowiłam zorientować się, ile będzie mnie kosztować wymiana dysku twardego w serwisie - chciałam żeby zrobił to profesjonalista. Podzwoniłam i z każdym kolejnym telefonem włosy stawały mi dęba coraz bardziej. Ceny takiej wymiany - 60zł, 75zł, 82zł... Wtedy powiedziałam - NIE! Zrobię to sama. Trzeba było jedynie odsunąć klapkę, wyjąć stary dysk, odkręcić całe 4 śrubki, zamienić dyski, te same śrubki przykręcić - i umieścić nowy dysk na miejscu. Ot i cała filozofia. A w serwisie za te 4 śrubki chcieli ode mnie tyle kasy!!!!

Dziś mój stary dysk leży zapakowany w szafce. Zarówno on jak i ja mamy nadzieję, że któregoś pięknego dnia technika pójdzie do przodu na tyle, że dane da się odzyskać mniejszym nakładem środków. W laptopie mam nowy dysk twardy. Na razie współpracuje nam się dobrze.

Mniej więcej tydzień po moich przejściach ze sprzętem kolega musiał oddać do naprawy gwarancyjnej laptopa tego samego producenta. W serwisie po miesiącu (gdzie w gwarancji przewidziane są 2 tygodnie) powiedziano mu, że oni nie są tego w stanie naprawić i odsyłają sprzęt za granicę, do producenta. Ostatecznie  sprzęt wrócił do mojego kolegi po 3 miesiącach. Usterka, którą zgłosił, została naprawiona, za to uszkodzono w trakcie tej naprawy klawiaturę i porysowano ekran... W dodatku musiał za naprawę zapłacić. No i powiedzcie mi - czy w ogóle opłaca się taki sprzęt oddawać do napraw gwarancyjnych? Bo kiedy ja o tym usłyszałam - cieszyłam się jak dziecko, że podjęłam mądrą decyzję i nie oddałam sprzętu do naprawy. W sumie cała operacja wyboru dysku zajęła mi tydzień, zamówienie i przesyłka 2 dni, wymiana - chwilę. A kolega na ponad trzy miesiące stracił sprzęt z oczu i odzyskał go w "nieco" innym stanie.

No i gdzie tu jest sens i logika???

 

Komentarze (13)
Ciemnogrodzie - witaj!

 

XXI wiek. Świat mknie do przodu, kolejne kraje ogłaszają coraz to nowe osiągnięcia naukowe. Wkrótce także Polska osiągnie najwyższy możliwy światowy poziom - głupoty!
Każdy nowy dzień w Polsce to szansa na to, że do życia powołana zostanie kolejna niecodzienna ustawa. Jesteśmy chyba jedynym krajem na świecie, który zamiast ułatwiać życie obywatelom - utrudnia je pod przykrywką wprowadzania większych możliwości. Wkrótce będziemy żyć w ciemnogrodzie. Może do tego właśnie to wszystko zmierza? Niewykształcone społeczeństwo łatwiej daje sobą kierować i poddaje się woli sterników. Takiemu społeczeństwu można wmówić każdą rzecz i poprowadzić dowolną drogą...

Od kilku dni mówi się o nowelizacji ustawy o szkolnictwie wyższym. W sobotę pisała o tym Gazeta Wyborcza a dziś chyba już wszystkie dzienniki. Projekt przewiduje tylko jeden darmowy kierunek studiów, za każdy następny - trzeba będzie zapłacić. Tyle się mówi o rozwoju i edukacji - a teraz młodym ludziom zwyczajnie podetnie się skrzydła. Przeczytałam dokładnie większość z tego co zostało napisane w prasie na ten temat - i przyznaję, że widzę tu tylko ograniczanie możliwości, a nie jak sugeruje ministerstwo - zwiększenie. Zastanówmy się - tych, którzy mają pieniądze i tak będzie nadal stać na naukę. Wszędzie. Tych, którzy dziś mogą studiować dzięki temu, że studia są bezpłatne, już od przyszłego roku przestanie być na to stać. Więc komu ma być lepiej? Wkrótce staniemy się krajem, w którym wykształceni będą tylko ci, którzy mają na to pieniądze. Polska i Polacy toną w kredytach - oczywiście nowy projekt (o ile nieszczęśliwie wejdzie w życie) będzie jeszcze jednym powodem do zadłużania się, bo każdy rodzic będzie się starał zapewnić dziecku właściwe wykształcenie.
Po pierwsze - dlaczego studenci decydują się na więcej niż jeden kierunek studiów? Odpowiedź jest prosta: aby w przyszłości zapewnić sobie pracę. Wymarzony kierunek to nie zawsze ten, który oferuje najwięcej możliwości. To przykre, ale w Polsce musimy wybierać między zainteresowaniami a możliwościami. Studiowanie dwóch kierunków umożliwia ogólny rozwój, poszerzanie wiedzy i nie pozwala na "zaszufladkowanie". Jako że rynek pracy w Polsce jest kiepski, staramy się zdobyć jak najszersze wykształcenie, bo u nas (i nie tylko) właśnie to daje możliwości. Skoro szansa studiowania na dwóch kierunkach bezpłatnie zostanie nam odebrana - odebrane zostaną także możliwości. Komu to ma pomóc??? To raczej ograniczy wszystkich tych, których nie stać na czesne. Za studia, nawet te bezpłatne - już teraz i tak się płaci. Co będzie kiedy przyjdzie za nie zapłacić oficjalnie?

wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,6718740,_Gazeta_Wyborcza___studia_za_darmo___tylko_raz.html

 

Ostatnimi dniami posłowie starają się wyjątkowo, toteż w przygotowaniu jest kolejna interesująca ustawa, zakazująca zapłodnienia in vitro. Zgadzam się, że praktyka in vitro powinna być zalegalizowana i określona pewnymi normami, ale całkowity zakaz tej metody nie zaprowadzi nas daleko. Co najwyżej pozbawi możliwości rodzicielstwa wiele par. W Polsce o ile mnie pamięć nie myli co 3-4 para ma problemy z płodnością. Dla niektórych jedyna szansa to zapłodnienie in vitro. Okrucieństwem byłoby odbierać im tą szansę. Bylibyśmy jedynym krajem na świecie, który chce karać lekarzy, za to że praktykują in vitro i osoby, które poddają się temu zabiegowi.
Znakomity natomiast byłby pomysł adopcji niewykorzystanych zarodków. To zwiększyłoby szanse wielu par posiadanie potomstwa...

Póki co - wracamy do wieków ciemnych, gdzie wiedza była tylko dla wybranych, z tą różnicą, że jeszcze trochę a dla wybranych będzie nie tylko wiedza, ale także rodzicielstwo. Kogo będzie stać - ten wyjedzie za granicę. Czy to w poszukiwaniu wykształcenia, czy to dla legalnego przeprowadzenia zabiegu in vitro. Wróci słynne powiedzenie "Kto ma pieniądz, ten ma rację" - oraz wiedzę i dzieci. Uboższym pozostaje modlić się, by w życie nie weszły kolejne genialne ustawy.

Komentarze (24)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |