iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Co ludzie powiedzą?!

Czy życie w małych miastach różni się czymś od życia w dużych? Zasadniczo wieloma rzeczami. Ale ja chciałabym się dzisiaj zająć jedną konkretną. A może raczej całym zbiorem cech zamykając je w słowie: małomiasteczkowość.Spodziewam się teraz ostrej reakcji ze strony osób zamieszkujących małe miasteczka. Ale zanim rzucicie się na mnie z pazurami pragnę tylko zaznaczyć, że samo mieszkanie w małym mieście nie oznacza jeszcze bycia małomiasteczkowym. Nie każdego dotyczy ta definicja. Czy Was obejmuje - to sami musicie ocenić. Ja również pochodzę z bardzo małego miasteczka, więc dobrze wiem o czym piszę. Zjawisko jest mi znane od podszewki i we wszystkich jego przejawach.

Co to jest małomiasteczkowość?

To pewien sposób bycia, zachowania, pewien specyficzny typ rozumowania. Można powiedzieć, że to rodzaj podejścia do życia powstały na skutek mieszkania w małym mieście. Niektórym wystarczy pomieszkać w takim miasteczku chwilę i nabyć pewnych zachowań, innym nie wystarczy życia. Dlatego niesprawiedliwym byłoby określać tym słowem wszystkich mieszkańców małych miast.

Czym przejawia się małomiasteczkowość?

Pierwsze i najważniejsze: całe życie osoby małomiasteczkowej podporządkowane jest temu co ludzie powiedzą.

W małych miastach ludzie na ogół dobrze się znają - jeśli nie wszyscy wszystkich, to przynajmniej większość, a jeśli i to nie - to na pewno mają wspólnych znajomych. Wszyscy wiedzą kto z kim się spotyka, dlaczego, jak komu się układa, dlaczego mąż pani Z. pije i kogo odwiedza. Krótko mówiąc prywatność równa się zeru. Chcąc zachować jej choć odrobinę - od razu jesteś podejrzewany o nadzwyczajne sekrety, spiski, konszachty. Młodzież też lekkiego życia nie ma. Klubów i pubów jest niewiele, toteż wszyscy wiedzą, w którym przebywasz i z kim. Sąsiadka na pewno złapie Cię na buziaku na dobranoc i dobrodusznie doniesie rodzicom - oczywiście upiększając wersję. Z tym, że zanim trafi ona do właściwych uszu, zostanie powtórzona kilkunastu innym osobom w wielkiej tajemnicy.

W małym miasteczku bardzo trudno jest mieć własne zdanie jeżeli odbiega ono od opinii ogółu. W razie wyrażania go głośno - zostaniemy uznani za odmieńca i wzięci na tzw. języki. Plotka plotkę goni i urasta do rozmiarów słonia. Ludzi z wielkich miast mogę lojalnie uprzedzić: jeśli usłyszycie jakąkolwiek plotkę w małym mieście - przyjmijcie że 90% nigdy nie miało miejsca, mimo iż zostanie Wam przekazana z entuzjazmem i bardzo obrazowo. Jak sie okazuje - osoby małomiasteczkowe mają bogatą wyobraźnię jeśli chodzi o ubarwianie opowieści i dodawanie pikantnych szczegółów.

Dla osób małomiasteczkowych każdy nawet drobny problem staje się wyzwaniem na miarę Mount Everest. Z przysłowiowej igły robią widły, z pagórka Himalaje, z rozlanego mleka - tragedię. A kiedy wydarzy się prawdziwa tragedia - natychmiast powstaje tysiąc historii odnośnie tego kto winien. Zdawałoby się, że w tym jednym momencie wszyscy akurat widzieli co się stało i każdy wie najlepiej. Szkoda tylko, że nie było nikogo by tragedii zapobiec....

Oczywiście trwa permanentna inwigilacja. "Czy sąsiad już skosił trawę? Coś żaluzje ma dzisiaj długo zaciągnięte...". "A co sąsiadka kupiła na obiad? Chyba coś nowego, bo jakąś wielką torbę dźwiga...". Gdziekolwiek jesteś i cokolwiek robisz - możesz być pewien że w danym momencie ktoś "ma na Ciebie oko". Naturalnie to wszystko w dobrej wierze - by zaopatrzyć nigdy niewysychające źródełko miejscowych plotek w najnowsze wieści. 

Oprócz nieustannej obserwacji istnieje też często coś takiego jak sąsiedzka rywalizacja - kto będzie miał ładniejszy ogródek, czyja marchewka wzejdzie szybciej, kto jeździ lepszym samochodem i naturalnie czyje firanki w oknach piękniejsze... Zasady są bliżej nieokreślone. Nie ważne jak - ważne, żebyś miał lepiej i ładniej niż sąsiad. Wtedy wszyscy wokoło będą Cię podziwiać i dawać za przykład. Będą o Tobie mówić i to dobrze - co w małym mieście wcale nie jest takie oczywiste.

Dopuszczalne związki to tylko związki rodzinne lub małżeńskie. Wszelkie inne spotkania na stopie prywatnej są niedopuszczalne i podciągane do kategorii "puszczania się". Nie daj Boże mieć nieślubne dziecko - ani rodzice ani dzieci normalnego życia mieć nie będą jeśli trafią na osoby z zespołem małomiasteczkowości.

Życie generalnie rzecz ujmując płynie jednostajnym rytmem. Wszystko musi mieć swój porządek i swoje miejsce. Osoba małomiasteczkowa ma swoje rytuały każdego dnia. Mało tego - zna zwyczaje i nawyki sąsiadów lepiej niż oni sami. Wie kiedy odwiedzą ich goście, skąd i co ze sobą przywiozą, bo akurat "przypadkiem" siedziała w oknie...

Wszelkie zachowania odbiegające od normy - w pojęciu społeczeństwa takiego małego miasteczka - są godne potępienia. Wszyscy wiedzą czy masz pracę, jaką, gdzie, a zachodząc do warzywniaka usłyszysz "jak pracuje się u...?". Przy czym dostarczone zostaną Ci absolutnie niezbędne wiadomości z zakresu tego kim jest właściciel i "co o Nim mówią"...

Najważniejsze dla osoby małomiasteczkowej jest to co ludzie pomyślą i powiedzą. Nieistotne co myslą i czują jej bliscy - istotne co myślą sąsiedzi. I temu podporządkowane są prawie wszystkie czynności i zachowania osoby małomiasteczkowej.

Czy znacie osoby małomiasteczkowe?

Ja niestety znam ich bardzo wiele. Nie, nie wszyscy są tacy, ale nie da się ukryć, że zdecydowana większość. Takie osoby często myślą kategoriami "ilość" a nie "jakość", "pieniądze" a nie "wartości" (na zasadzie "zastaw się a postaw się"), niestety szybko oceniają innych i to na podstawie tego co mówią ludzie, bądź na podstawie jakiegoś nieistotnego szczegółu. Potrafią spalić człowieka na stosie plotki za to, że mu w życiu nie wyszło, nie wnikając w to jaki to człowiek. Bo jeśli mu nie wyszło - to na pewno jest nieuczciwy i niedobry... Osoba małomiasteczkowa kieruje się stereotypami myślowymi, osądza szybko i raczej nie daje szansy sobie ani innym by się przekonać, że jest inaczej. Zapomniałam dodać, że osoba taka jest nieomylna...

Teraz Wy sami oceńcie czy jesteście małomiasteczkowi, czy znacie takie osoby i czy chcielibyście jeszcze coś od siebie dodać w tym temacie. Ja raz jeszcze podkreślam, że nie każdego to określenie się tyczy - lecz wielu. Zapytajcie więc siebie czy już przesiąkliście atmosferą małego miasteczka, czy może jeszcze nie... Jeśli wiecie  co sąsiad zje dzisiaj na obiad, to istnieje duże ryzyko, że już wpadliście w sidła małego miasta :)...

pozdrawiam

Komentarze (12)
Łatwiej jeździć w małym czy w dużym mieście?

Kilka dni temu między mną a moimi znajomymi wywiązała się dyskusja na temat tego gdzie jeździ się łatwiej - w dużym czy w małym mieście. Oczywiście oni twardo obstawiali, że w małych miasteczkach jeździ się łatwiej. Ja twierdziłam coś przeciwnego. Oczywiście moja opinia nie została potraktowana serio, jako że jestem początkującym kierowcą, a nawet jeszcze nie kierowcą. Wczoraj temat powrócił i - o dziwo - przyznano mi rację.

Wcześniej moi znajomi argumentowali swoje stanowisko tym, że w dużych miastach ruch jest większy, skrzyżowania większe itd. Ja natomiast twierdzę, że w dużych miastach ludzie BARDZIEJ przestrzegają przepisów. Jest sygnalizacja świetlna, która w dużej mierze ułatwia poruszanie się po drogach. Piesi trzymają się przejść dla pieszych. A w małym miasteczku? Ludzie robią co chcą. Przepisy dawno umarły śmiercią naturalną. I panuje prawo dżungli. Piesi przechodzą gdzie chcą i kiedy chcą. Potrafią iść środkiem jezdni, nie zważając na to że chodnik znajduje się metr dalej. Rowerzysta zamiast jechać drogą przeznaczoną dla rowerów - naturalnie wybiera jezdnię. Każdy uważa że jeździ najlepiej. A znaki - jakie znaki??? Miasteczko o którym myślę jest fatalnie oznakowane - tzn. znaków jest dużo, ale część z nich stoi bez sensu. A większość przepisów jest łamana od zawsze.

Wczoraj moi  znajomi przyznali mi w tej kwestii rację, mieli bowiem okazję pojeździć po wspomnianym miasteczku. Wrócili z tej podróży jako kłębek nerwów.

Może jestem bardziej wyczulona na pewne kwestie,bo dopiero zaczynam jeździć i dostrzegam trudności o wiele łatwiej. Ale pozostanę przy swoim twierdzeniu. A Wy - jak myślicie? Gdzie jeździ się łatwiej - w małym czy w dużym mieście?

Komentarze (11)
Tragedie życia codziennego

I znów mamy żałobę narodową. Zdaje się, że prezydent K. pragnie przejść do historii jako ten, który ustanawiał ją najczęściej. A może to taki chwyt mający uzmysławiać nam szarym ludziom ileż to tragedii przeżył kraj podczas jego prezydentury - a on sobie z tym poradził? Zwał jak zwał. Nie lubię żerowania na ludzkiej tragedii. A ustanawianie żałoby narodowej ma najwyraźniej za zadanie przysporzenie naszej głowie państwa popularności i zapewnienie mu poparcia. Obraz prezydenta pełnego współczucia i pogrążonego w żałobie - to tylko chwyt marketingowy, na który powinniśmy się nabrać. Proszę bardzo - nie pierwszy taki, nie ostatni, ale wykorzystywanie do tego celu tragedii ludzkiej i rodzin uważam za mało etyczne. Choć jest to bardzo powszechne...

Tymczasem w Polsce dzieją się inne rzeczy, które mogą skończyć się tragedią wielu ludzi - i nikt z tym nic nie robi. Wszak nie tylko śmierć jest tragedią. Także niemożność posiadania dzieci. Tragedią jest patrzeć jak ktoś umiera, bo nie stać nas na leki dla tej osoby. Albo NFZ nie chce zrefundować czyjegoś leczenia w szpitalu. Tragedią jest, gdy ludzie, których nie stać na prywatne leczenie, umierają czekając miesiącami w kolejkach do specjalistów. Tak wielu chorobom udałoby się zapobiec i tak wielu tragediom. Tragedie dzieją się każdego dnia. To tragedie zwykłych ludzi, jak Ty, jak ja... I możnaby im zapobiec, gdyby osoby mające władzę naprawdę się tymi tragediami zainteresowały, zamiast liczyć na rozgłos za sprawą śmierci grupy ciężko pracujących ludzi... To państwo jest z jego obywatelami tylko po śmierci. Po śmierci każdy z nas może stać się dla władz ważny o ile uda się coś na takiej śmierci ugrać. A przed? Przed śmiercią jesteśmy tylko grupą wyborców, którzy mogą zapewnić poparcie. Nie liczą się nasze potrzeby - tylko nasze głosy...

Komentarze (12)
Uroki wczesnej jesieni - dedykowane Panterze :)

Dziś wpis dedykowany jest Panterze i wszystkim tym, którzy są chorzy na jesień. Specjalnie dla Was zdjęcia zrobione wczoraj :). Nazwałam to "Urokami Wczesnej Jesieni". Późna jesień też jest piękna i dorzucę takie zdjęcia za parę tygodni. A na razie jesienne słońce przed Wami :)

 

Miłego dzionka! :)

Komentarze (6)
Pod presją czasu

Czy Wam też zdarza się, że czas przecieka przez palce? Mnie ostatnio dość często. Był poniedziałek, jest środa, zaraz weekend i nowy tydzień. A im mniej zajęć tym trudniej mi nadążyć. Nie wiem na czym to polega, może to kwestia organizacji? Im więcej mam do zrobienia, tym lepiej sobie z tym radzę, lepiej planuję czas i wszystko jest zrobione na czas. Jak nie mam terminów, to wszystko się zaczyna rozłazić. Może ja lubię pracę w stresie i pod presją czasu?

Patrzę w przyszłość - pomysłów całe mnóstwo, tylko jakoś rozmieszczenie ich w czasie idzie mi znacznie gorzej. Że o względach finansowych nie wspomnę... Przerażona takimi wizjami wracam natychmiast do teraźniejszości i już wszystko wygląda lepiej. Mały kroczek tu, mały kroczek tam - byle do przodu. Byle nie stać w miejscu i nie cofać się. Dalekosiężne plany potrafią człowiekowi podciąć skrzydła, kiedy bliżej zastanowić się nad tym ile to pracy. Co innego marzenia. Natomiast realizując swoje cele powoli, kiedyś i tak dojdę do tych odległych. Bo czas nie zwalnia i nie stoi w miejscu. Czas podąża wciąż tym samym rytmem.

Czasem zastanawiam się czy spróbować swoich sił tu lub tam. I odrzucam taką możliwość. Dlaczego? Może dlatego, że patrzę za daleko w przyszłość, podczas gdy tak naprawdę ważne to co tu i teraz. Trzeba robić to co się kocha i kochać to co się robi. Trzeba żyć tak, aby każdego dnia mieć za co dziękować - za to, że zdążyłam na autobus mimo tego że zaspałam, za to że udało mi się  z nikim nie pokłócić, za to że kolejny dzień byłam sobą i nie pozwoliłam odebrać sobie swojej godności... Każdy taki dzień to cegiełka pod budowę przyszłości...

Ale wracając do tematu. Czy brak zajęć zupełnie rozleniwia człowieka? Bo mam wrażenie, że kiedy zajęć i obowiązków jest mniej - trudniej jest się zebrać w sobie i im sprostać. Wciąż ma się wrażenie, że ze wszystkim można zdążyć. A czas płynie. I nagle zaczyna go brakować... Tymczasem w natłoku zajęć niczego nie odkłada się na potem. Musi być zrobione już, żeby nie było zaległości. I ostatecznie człowiek ma poczucie dobrze spędzonego czasu. I jeszcze zostaje mu trochę na przyjemności. A jak te przyjemności wtedy cieszą...!!! Jak bardzo się je docenia... !!!

A Wy? Czy odnosicie podobne wrażenie? Czy Wam też czas przecieka czasem przez palce? I czy lubicie pracować pod presją? Bo ja chyba niestety uwielbiam.... ;)

Komentarze (12)
O gustach się nie dyskutuje.

Całkiem niedawno Marietka pisała o tzw. życzliwych i ich radach. Mój dzisiejszy wpis będzie nieco zahaczał o tą tematykę, a konkretnie o tematykę uszczęśliwiania innych na siłę. Tyle, że Marietka pisała o życzliwych doradcach, a u mnie będzie o osobach uznających tylko swoje racje i gusta.

Długo szukałam odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie - jak żyć z innymi bezkonfliktowo? No bo czy tak się da z wszystkimi? Znalazłam dwa słowa klucze: odmienność i zrozumienie.

Po pierwsze trzeba sobie wbić do głowy i zapamiętać raz na zawsze, że ludzie są różni. Mają różne potrzeby, gusta, lubią różne rzeczy. I trzeba umieć to zrozumieć.

Niestety ludziom wydaje się często, że mają wyłączność na rację. I zbawienne wydaje im się uszczęśliwianie tymi racjami innych. Nie potrafią zaakceptować tego, że ktoś może nie podzielać ich zachwytów w stosunku do sałatki śledziowej, muzyki czy oglądanych filmów. Ileż to razy słyszałam "Ależ te grzybki pyszne, spróbuj!". I zawsze grzecznie dziękowałam, ponieważ grzyby stają mi w gardle, nie mogę ich jeść. Ale słysząc taką odpowiedź z mojej strony częstujący rozpoczynał prawdziwą kampanię: "Co za bzdury opowiadasz, są pyszne, chociaż jednego spróbuj!". I za nic takiej osobie nie idzie wytłumaczyć, że próbowałam wielokrotnie i kończyło się tak samo. Bo wydaje jej się, że skoro jej smakują to wszystkim muszą.

Podobnie z gustem muzycznym. Większość z nas słucha wybranego rodzaju muzyki, czy to pop, rock, czy jazz, albo metal. Nie wszystko każdemu musi odpowiadać. Mogę lubić muzykę poważną, mogę ją nawet uwielbiać - ale nie będę nią uszczęśliwiać na siłę sąsiadów, którzy wolą disco polo. Za to sąsiedzi, którzy już nie są tak wyrozumiali, uszczęśliwiają piosenkami tej kategorii całą ulicę... Ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby sobie prywatnie słuchali tego co lubią - ale kiedy ta "pasja" zakłóca spokój pozostałych mieszkańców, to już nieładnie. Ale discopolowi sąsiedzi nie dają sobie wytłumaczyć, że nie wszyscy muszą lubić ten rodzaj muzyki. Zresztą jaki by nie był - trzeba wziąć pod uwagę to, że ludzie są różni. I GUSTA są różne.

Dlatego wszelkie dyskusje o gustach uważam za zbędne. Bo każdy będzie miał swoje racje. O gustach po prostu się nie dyskutuje i nie powinno się ich krytykować. Trzeba uszanować prawo innych nie tylko do własnego zdania, ale i do słuchania wybranego rodzaju muzyki, oglądania wybranych programów, spożywania takiego jedzenia jakie lubią itd... Trzeba uszanować to, że komuś może nie odpowiadać to, co nam sprawia dziką radość i przyjemność. Oczywiście mowa o indywidualnych prywatnych sprawach każdego człowieka, nikomu nie zagrażających i nie czyniących krzywdy.

I gdyby wszyscy to rozumieli i pilnowali własnego nosa zamiast uszczęsliwiać innych na siłę narzucając im własne przyjemności i przekonania - świat byłby taki piękny! Dlatego trzeba pamiętać, że są gusta i guściki. I chcąc żyć bezkonfliktowo z innymi ludźmi, wystarczy szanować ich odmienność i nie wdawać się w dyskusje na ten temat w przekonaniu, że "tylko ja mam rację".

Komentarze (12)
Pałac - a upiora brak!

Co czujecie gdy przekraczacie mury zabytku, miejsca z historią, pełnego legend, duchów, mrocznych zakamarków? Co czujecie zwiedzając zamek, pałac, dworek? Czy jesteście pełni emocji czy też nie czujecie zupełnie nic?

Całkiem niedawno miałam okazję przebywać w pewnym dworku. Pałacyk stoi w Osiece, niedaleko Bartoszyc. Wszystkie tablice pokazują dumnie nazwę "kompleks pałacowo parkowy". Dawny zespół, bo obecnie wiele się tam zmieniło. Historia samego majątku szlacheckiego w Osiece sięga aż XVIw. Ale obecny pałac wzniesiono (lub ukończono jego budowę) w 1861r. Przyznacie, że nie jest to jeszcze aż tak dawno by mogły zagnieździć się tam duchy :). Nikt nikogo nie trzymał w lochach, nikt nie dzwonił łańcuchami. A jednak miejsce to ma pewną aurę. Od kilkunastu lat zabytek jest własnością prywatną, utworzono tu hotel o nazwie "Biały Książę" i restaurację (jedzenie dobre - polecam). Obecni właściciele są kolekcjonerami antyków i takie właśnie można znaleźć we wnętrzu pałacu. Swoją drogą nazwa dwór, a nawet dworek pasuje mi jakoś bardziej niż pałac. Zresztą, poniżej zamieszczam zdjęcia, oceńcie sami.

Z zewnątrz pałac otoczony jest przez park, a może nawet i kompleks leśny. Jest też stawik, niestety teraz zupełnie pokryty rzęsą.

Moim znajomym nie podobało się  w środku. Stwierdzili, że źle się tam czują, że skóra cierpnie, że "czuć starością". A ja byłam zachwycona. Głównie ze względu na przestrzeń sal. W pokojach nie byłam więc trudno mi powiedzieć coś więcej. Ale czułam się tam jakbym żyła tak od zawsze. Wielkie pokoje, sale, przestrzeń...

Atmosfera i świadomość tego, że te mury mogłyby wiele opowiedzieć była bardzo ekscytująca. Jeszcze silniej odczułam coś takiego w zamku krzyżackim w Malborku. Z tym, że ten dworek w Osiece jest znacznie przyjemniejszy niż chłodne zamkowe mury. Może dlatego nie straszy tu żaden duch :). Bo w malborskim zamku z pewnością straszy niejeden. Nie ma to jak porządne zamczycho!

A Wy? Jak czujecie się przestępując próg bogatego w historię miejsca? Czy wolicie wyjść stamtąd nim nastanie noc?

 

Komentarze (20)
O wyższości słowa mówionego nad pisanym ;)

Mój niedzielny wpis dotyczący e-maila i listu miał składać się dwóch części. Ale drugiej części się  nie doczekał z dwóch powodów. Po pierwsze - pokonało mnie zmęczenie, a po drugie - chciałam sprowokować pewien rodzaj dyskusji i konkretny wniosek. Ostatnio jednak nie ma specjalnie kogo prowokować do czegokolwiek. Na blogach zrobiło się pusto i cicho. Pewnie większość właśnie urlopuje, wygrzewa się gdzieś na plażach, wpatruje w leniwy błękit fal, a ja tu próbuję sprowokować do dyskusji. Tak więc jedyne co udało mi się osiągnąć, to to, że wniosek i stwierdzenie na którym mi tak zależało - padło bodajże już  pierwszym komentarzu, dzięki Formic :D. Ech....

Formic, pozwól, że Cię zacytuję: "Kiedyś uczono mnie, że nie liczy się forma...liczy się treść". Owszem, zgoda. Ale właśnie teraz chcę napisać o tym, że mimo wszystko w wielu przypadkach forma ma znaczenie. A porównywać będę formę pisemną i słowną.

Od dawna wiadomo, że pewnych wiadomości nie przekazuje się pisemnie. Zwykły szacunek nakazuje przekaz ustny i osobisty. Słowo mówione ma większą moc. Ale ma też coś jeszcze. Słowo mówione ma wyraz i intonację. Intonacja ta nie pozostawia już miejsca na niedomówienia i niejasności. Słowo pisane zaś ma tę piękną cechę, która jest jednocześnie wadą i zaletą. Pozostawia wiele miejsca na wątpliwości, na dowolną interpretację czytającego, na jego domysły. Odczyta on je wedle własnych intencji, a nie według intencji piszącego. I wedle swego nastawienia do sprawy czy autora, wedle własnych przekonań. Często, gdyby te same czytane wcześniej słowa usłyszał - odebrałby zupełnie inne przesłanie. Może bliższe prawdy a może dokładnie takie jak chciał przekazać nadawca czy też autor. Na pewno takie, jak chce przekazać mówiący...

A teraz wyobraźcie sobie sms. Wiadomość, którą otrzymujemy interpretujemy tak jak nam w danej chwili pasuje i zgodnie z tym co sami czujemy lub jak chcemy ją odebrać. Często widzimy w niej coś czego nie ma, dopowiadamy sobie drugie tyle, często niekorzystnie dla nadawcy, interpretujemy na własną modłę. I wielokrotnie jest to bardzo dalekie od tego co nadawca chciał nam naprawdę przekazać.

Modulacja głosu, gestykulacja oraz mimika to potężne narzędzia. Tego niestety słowu pisanemu brak. Tu zaczyna się wyższość słowa mówionego nad pisanym. Oczywiście, jest coś takiego jak znaki interpunkcyjnie, ale i to niezupełnie oddaje właściwy obraz. Słowo pisane zawsze zostawia margines błędu i dowolności, coś czego nie jesteśmy w stanie do końca określić. Zawsze pozostawia pewien rodzaj niepewności, niewiedzy i miejsce na dowolną interpretację. W tym cały jego urok :). Podsumowując, treść - może być ta sama. Ale przedstawiona w różnej formie - daje zupełnie inny przekaz :).

Komentarze (8)
Wyprany mail i list z duszą

E-mail - list elektroniczny. Można wpisać i wysłać dosłownie wszystko. Wystarczy wystukać na klawiaturze wybrane literki i słowa, ułożyć je w zdania i wysłać do adresata... Wszyscy korzystamy z tego dobrodziejstwa internetu, bo umożliwia szybką i sprawną komunikację

Kilka dni temu przeglądałam pamiątki z dawnych lat, ale to co wywołało najwięcej emocji to stare listy. Niektóre jeszcze z podstawówki  i czasów liceum. Kilka z okresu studiów.

List... Tradycyjny, pisany odręcznie starannym, czytelnym pismem, na ładnym papierze - taki list ma duszę! Trzymając taki list w rękach, czytając słowa, które ktoś wpisał odręcznie - czuję się silniej związana z nadawcą. Czuję obecność tej osoby. Takie listy wciąż wywołują we mnie niesamowite poruszenie, ponieważ są znacznie bardziej osobiste, dają wrażenie większego zainteresowania (bo ktoś go napisał, a potem pofatygował się na pocztę żeby wysłać :P), a może też silniejszego związku emocjonalnego piszącego z czytającym. Wrażenie - bo nie znajduje to odzwierciedlenia w rzeczywistości.  W dzisiejszym świecie w przeważającej większości wybieramy pocztę elektroniczną - ze względu na jej niezawodność i szybkość. Tradycyjny list idzie dużo dłużej, zdarza się, że nie dochodzi i ginie po drodze, a wraz z nim pieczołowicie pisane słowa. Ale niezawodność e-maila to nie jedyny powód. Prawdziwsze wydaje mi się stwierdzenie, iż poczta elektroniczna ułatwia nam zachowanie pewnego dystansu. Internet z jednej strony jest jak otwarta księga, z drugiej stanowi doskonałą barierę ochronną przed innymi ludźmi.

Tradycyjne listy pozwalały kiedyś budować i wzbogacać więzi międzyludzkie. Samo pisanie, wysyłanie a  potem oczekiwanie na odpowiedź dniami i tygodniami - często cementowało relacje, budziło emocje, uczyło cierpliwości. Dziś chcemy mieć wszystko "od zaraz" i "na wczoraj". Takie czasy - taki świat. I mimo, że wolę tradycyjne, odręcznie pisane listy, zapach papieru i emocje, które się we mnie budzą, kiedy biorę je do rąk - to prawie zawsze korzystam z poczty elektronicznej. Ze względu na jej niezawodność i szybkość przekazu. Te dwie cechy sprawiły, że e-mail zawojował świat. Świat, w którym ludzie są coraz częściej pozbawieni uczuć i emocji. Dokładnie tak samo jak maile...

Komentarze (12)
Kochamy kontrowersje, bo wyzwalają agresję!

Świat żądny jest sensacji, a ludzie krwi - dosłownie i w przenośni. Czy to krew prawdziwa, czy też wirtualna - nie  ma już znaczenia. Ważne żeby się lała strumieniami. Kopać leżącego, poniewierać słabszych i mieszać z błotem - to potrafi teraz prawie każdy. Kochamy kontrowersyjne tematy, bo dla wielu z nas jest to okazja nie tyle do wymiany poglądów, co do ugodzenia kogoś słowem.

W Polsce kontrowersji nie brakuje. Samo środowisko polityczne dostarcza nam emocjonujących zdarzeń. Jeśli zaś chodzi o religię i etykę to obie sfery zawsze były pełne kontrowersji i nikogo nie dziwi, że na tym tle rozwijają się żywe dyskusje. Jesteśmy jednak spaczeni do tego stopnia, że kiedy nie dzieje się nic - jest nam źle. Jest zbyt spokojnie. Jest nijako. Nie ma gdzie wyładować swojej agresji. A jeśli jest tak spokojnie to wiadomo, że zbiera się na burzę. Emocje gromadzą się, kumulują i kiedy tylko nadarzy się okazja - następuje erupcja wulkanu. Siła rażenia dotyka wszystkich wokoło, nieważne zasłużenie czy nie. Nieważne też, czy jest właściwie ukierunkowana, chodzi tylko o to, żeby kogoś zranić. Dlaczego? Czy czujemy się przez to lepsi? Czy to sprawia przyjemność? Czy podnosi czyjąś samoocenę?

Takich pytań mogę postawić jeszcze więcej, ale na żadne nie umiem udzielić odpowiedzi. Tyranizowanie kogoś słowem jest dobrze znane osobom obeznanym z tematyką toksycznych relacji. Obecnie przenosi się to także na inne formy kontaktu. Dotyczy już nie tylko toksycznych rodziców, czy toksycznych związków, dotyczy każdej relacji międzyludzkiej. A szczególny upust  temu dajemy w internecie. To królestwo i raj dla tchórzliwych jednostek, które wstydzą się wyrazić swoje zdanie podpisując je własnym imieniem. Oczywiście nie mówię o wszystkich, tylko o tej części, która napastliwie obraża autorów artykułów, komentujących, i która poza zamieszaniem nie wnosi nic do toczących się dyskusji. Anonimowość daje im poczucie bezkarności. Jeszcze większe zaś to, że można zawsze zmienić nick, wpisać się jako gość lub napisać z innego komputera. Jak pisała Ewa P. - tu każdy może poczuć się niemalże bogiem. Ale pozostaje indywidualny styl pisania, który łatwo można rozpoznać. Internet to duża wioska - łatwo tu kogoś znaleźć, łatwo wziąć kogoś "na widelec", niezwykle łatwo się do kogoś doczepić i zwyczajnie dowartościowywać się krytykując osobę, której nigdy w życiu się nie spotkało. Ale osoby, które to robią nie odnoszą zamierzonego rezultatu :). Jedyny rezultat jaki osiągają - to ośmieszanie własnej osoby. Bo tylko i wyłącznie sobie wystawiają świadectwo pisząc obraźliwe, agresywne lub ubliżające komukolwiek teksty.

Jednocześnie trzeba podkreślić, że jest wiele osób, które zachowują pełną kulturę słowa, nawet pisząc anonimowo - i chwała im za to. Należą im się podziękowania, za to, że mimo często odmiennego zdania, potrafią wyrazić je w sposób taktowny i grzeczny. Takie osoby się ceni i szanuje, a z ich opinią warto się liczyć. Ci, którzy nie mają nic wartościowego do powiedzenia, ani nie znajdują żadnych argumentów w dyskutowanym temacie, obierają sobie za cel autora bądź komentujących. Czasem po to, by dodać swoje trzy grosze mimo wszystko, a czasem ze zwykłej ludzkiej złośliwości. Są też osoby zazdrosne i zawistne, które boli cudze szczęście, powodzenie, a nawet cudze zdanie. Wyrażają to poprzez słowną agresję i prowokacje. Nieistotne jest wtedy, czy podzielają opinię piszącego czy też nie. Często obierają stanowisko przeciwne, bo to daje im szansę na wywołanie jakiejkolwiek reakcji.
Takie osoby w zamierzchłych czasach byłyby tymi, które podpalały stos, na którym uśmiercano rzekomą czarownicę, lub co najmniej tymi, którzy bez rozważenia "za" i "przeciw" skazywali niejednokrotnie niewinną osobę na karę śmierci. To żądza krwi. Dzisiejsze czasy niewiele się różnią, tyle że mamy stosy wirtualne, zbudowane z ludzkiej zazdrości. Są to stosy słowa - czasem wulgarne, czasem obraźliwe, ale zawsze tak samo agresywne.

Odbiegłam od tematu, ale nieznacznie. Co niektórzy są już tak spaczeni emocjonalnie, że nawet z pozoru błahy i mało kontrowersyjny temat budzi nagle ogromne emocje i zażartą dyskusję. Nie chodzi oczywiście o sam temat, tylko o to, żeby komuś "dokopać", obrazić, wypluć zazdrość i przeobrazić ją w słowa, przy okazji raniąc kogoś boleśnie. Wtedy czują MOC. Nie jest to jednak żadna moc, a zwykła ludzka słabość. Obrażanie kogoś jest zwykłą ludzką słabością i tak należy ją traktować. Pojawia się zawsze wtedy, kiedy ktoś próbuje kontrolować sytuację, a ta wymyka mu się z rąk. Nikt z nas bowiem nie jest doskonały. Niektórzy to akceptują, inni muszą dowartościowywać się na różne sposoby. Także - a może przede wszystkim - w świecie wirtualnym, gdzie próbują zagłuszyć swoje kompleksy atakując słownie innych. Takim agresorom nie wolno dać się sprowokować. Zaniżają oni tylko ogólny poziom wirtualnej społeczności.

W tym świetle każdy temat może się nagle stać kontrowersyjnym. Dlatego właśnie piszę, że kochamy kontrowersje i skandale, bo pozwalają nie tylko wyrazić zdanie i oburzenie, ale przede wszystkim pozwalają uwolnić agresję. A tam gdzie tej kontrowersji nie ma? No cóż - tam tworzymy ją sobie sami. Wcale wiele nie trzeba... Przykład? Na wyciągnięcie ręki :).

Komentarze (43)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |