iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Złośliwość przedmiotów martwych

Wracam sobie z wakacji, po tygodniu nieobecności, zasiadam dziś przed komputerem, wchodzę na iWoman i... rozbijam się o ścianę. Jeden wpis,drugi, trzeci - nie mogę nic skomentować. Zmieniam przeglądarkę - znów to samo. Złośliwość przedmiotów martwych nie zna granic jak widać. Wybaczcie więc, że nie komentuję - zwyczajnie  nie jestem w stanie. Natomiast jeśli pod Waszymi wpisami pojawi się komentarz z moim loginem i jakimś dodatkiem to pewnie będę to ja - jako gość komentować mogę. Jest to chwilowo jedyny sposób w jaki mogę dodawać komentarze. Mój login komputerowi się najwyraźniej nie podoba, bo kiedy go używam, odmawia posłuszeństwa. Wczoraj miałam również problem z dodaniem wpisu - za trzecim razem się udało. Nie wiem jak będzie dziś. Właśnie piszę na próbę. No i oczywiście wciąż mam nadzieję, że uda się odnaleźć błąd i przywrócić stary porządek rzeczy. Tymczasem pozdrawiam Was serdecznie! :)

Komentarze (5)
Jestem

Wróciłam. Tydzień był fantastyczny! Nabiegałam się zwiedzając, najeździłam z miejsca na miejsce, nawdychałam cudownego powietrza i odpoczęłam od codzienności. Oprócz tego zrobiłam mnóstwo zdjęć i wyczerpałam miejsce na dwóch kartach. Przy okazji zapomniałam co to telefon komórkowy i prawie zupełnie odcięłam się od sieci internetowej. Prawie, bo nie mogłam się powstrzymać, by choć raz na chwilę do Was nie zajrzeć.

Do domu dotarłam dwie godzinki temu i zaraz zamierzam odespać ostatnią dobę. Poczytam Wasze wpisy, pokomentuję. Sama mam Wam mnóstwo do opowiedzenia. Ale to już raczej nie dziś. Potrzebuję chwili na oddech o powrót do rzeczywistości. A strasznie deszczowa i mokra ta rzeczywistość dzisiaj :).

Powiem tylko, że takie wakacje były mi bardzo potrzebne. Chyba nie mogło być lepiej.

Teraz chwilowo mówię dobranoc. Do jutra! :)

Komentarze (4)
Wspólne doświadczenia łączą.

Zauważyłam, że nic tak ludzi nie jednoczy jak kłopoty zdrowotne (to akurat potrafi także dzielić) lub wspólna podróż. To dwie sytuacje, w których ludzie najłatwiej zawierają znajomości. I dwa miejsca: przychodnia/szpital oraz środek transportu jakim jest np. pociąg.

W pierwszym przypadku ludzie roztrząsają swoje problemy zdrowotne przed zupełnie obcą osobą - bo wszyscy domownicy znają je już na pamięć. Poza tym nie uskarżają się na to samo, więc nie rozumieją chorego i w jego pojęciu wręcz bagatelizują problem. Tymczasem tu obcy człowiek w podobnej sytuacji, równie mocno spragniony zwierzeń to idealna okazja by wyrecytować listę dolegliwości i opisać etapy leczenia ze szczegółami. I tak oto dwoje obcych ludzi zaczyna znajomość.

W drugim przypadku ludzi łączy zmierzanie w tym samym kierunku. Podążanie w nieznane, pragnienie przygody, dreszczyk emocji... Wspólnie przeżyte chwile zostają w pamięci na długo.

Tak. Podobnie i w życiu. Łatwiej nam kogoś zrozumieć jeśli sami przeżyliśmy coś podobnego. Łatwiej wczuć nam się  wtedy w czyjąś sytuację, łatwiej współczuć i oferować pomoc. Bo rozumiemy co dana osoba przeżywa. W przeciwnym razie tylko nieliczni potrafią postawić się na czyimś miejscu i pomóc. Nic tak ludzi nie łączy jak podobne doświadczenia lub zainteresowania.

Podobnie i nas tutaj w iWoman łączy wiele rzeczy: pierwszą jest sam serwis i blogowanie, a na kolejne składają się nasze doświadczenia życiowe, którymi możemy się swobodnie dzielić i pomagać sobie... iWoman to taki nasz pociąg, dzięki któremu odbywamy wspólną podróż - w życie i po życiu :).

Komentarze (6)
Pomocy - co można i trzeba zobaczyć w Krakowie?

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Potrzebuję Waszej pomocy. Za kilka dni wybieram się do Krakowa. Jeśli mieszkacie w Krakowie, znacie to miasto, byliście, wracacie do niego - bardzo proszę o informację co MOŻNA i co TRZEBA zobaczyć będąc w Krakowie. Będę Wam dozgonnie wdzięczna za informacje. Są oczywiście przewodniki - ale one nie piszą o wszystkim. Gdzie najlepiej się zatrzymać? Gdzie najlepiej coś zjeść? Tak więc jeśli moglibyście służyć radą - zamieniam się w słuch :).

Komentarze (16)
Jak coś robić - to dobrze albo wcale.

Od dawna wyznaję zasadę, że jak coś robić - to dobrze albo wcale. Nie lubię olewactwa. A robić po to żeby robić - po prostu nie ma sensu. Nie mniej jednak czasem każdemu się zdarzy. Czasem - to jeszcze nie zbrodnia. Wiadomo - zdarzy się gorszy dzień albo złożą się na to jakieś okoliczności i nie jest wtedy tak jak być powinno. Ale jeśli komuś wchodzi to w krew i nie potrafi inaczej - to jest to już problem. Dopóki dotyczy on tylko jednej osoby, to mnie nie obchodzi. Ale kiedy czyjeś działania mają istotny wpływ na cały zespół czy grupę ludzi - to momentami szlag człowieka trafia. Bo kilka czy kilkanaście osób wychodzi z siebie i staje na głowie, żeby było dobrze, a jednej zwyczajnie się nie chce. Nie raz na jakiś czas. Nie chce jej się wcale. Nie chce jej się nigdy. Robi tyle ile musi w najlepszym przypadku a i to rzadko się zdarza.

Mam znajomego, który wpadł na genialny pomysł otworzenia własnej knajpy. Niestety, chyba nie przemyślał tego do końca. Knajpę otworzył, owszem, i na tym swoją pracę zakończył myśląc, że reszta zrobi się sama. O brak zysków ma pretensje do personelu. Sam natomiast nie postarał się ani o reklamę ani o uczynienie lokalu atrakcyjnym dla klientów. Było kilka osób z pomysłami, które oferowały mu swoją pomoc, ale mój znajomy na nic się nie zgodził. W rezultacie pub dogorywa finansowo. I chyba nie ma się czemu dziwić. A szkoda. Bo mogłoby to być naprawdę fajne miejsce. Ale trzeba w to włożyć odrobinę wysiłku i pracy, żeby móc potem uzyskać pożądane rezultaty. Robić po to żeby robić - rezultatu nie przyniesie.

I znam jeszcze wiele innych osób, które zabrały się za coś spodziewając się nadzwyczajnych efektów. Potem okazywało się, że na efekty trzeba dłużej poczekać i więcej popracować, więc wspomniane osoby zaczęły poniekąd sabotować (chyba podświadomie) własne pomysły. Nie chciało im się zwiększyć ani chociaż utrzymać nakładu sił i pracy na tym samym poziomie co na początku. Efekt oczywiście był, ale negatywny. Potracili nawet najwierniejszych klientów. Bo nikt nie lubi jak się go "olewa" i ignoruje.

Wniosek z tego taki, że nie jest istotne czy pracujesz dla pięciu, dziesięciu, stu czy tysięcy osób - nakład pracy powinien być taki sam. Lub wręcz powinien rosnąć w miarę jak ilość klientów maleje. Bo wtedy najbardziej chodzi o jakość. Jeśli właścicielowi pomysłu czy lokalu nie zależy na jego własnym dorobku, to czemu ma na tym zależeć obcym ludziom? I zwykle nie zależy. Ludzie wbrew pozorom nie są głupi, mają oczy i uszy, widzą i słyszą co się dzieje. Jeśli nic nie przykuwa ich uwagi - odchodzą. Jeśli czują się ignorowani - odchodzą. Jeśli czują się niesprawiedliwie traktowani lub wyczuwają matactwa - odchodzą. A sami zainteresowani nie dostrzegają w swoim postępowaniu nic niewłaściwego i za niepowodzenia winią wszystkich dokoła, tylko nie siebie. Jeśli więc kiedykolwiek nie będziecie zadowoleni z efektów Waszej pracy, jeśli kiedykolwiek Wasz biznes czy pomysł nie wypali - zastanówcie się czy naprawdę nie ma w tym Waszej winy i czy ze swojej strony zrobiliście wszystko. Czy aby na pewno Wasz pomysł gdzieś w trakcie nie stracił na jakości? Czy może przypadkiem nie odpuściliście sobie gdzieś po drodze, przez co straciliście klientów lub odbiorców? Jeśli na każde z tych pytań odpowiadacie "nie" - to znaczy, że zrobiliście wszystko co w Waszej mocy, a przegraliście z okolicznościami. Jeśli jednak choć na jedno z pytań padnie odpowiedź "tak" - warto się zastanowić jak bardzo zaważyło to na rezultacie końcowym...

Dlatego jeśli nam na czymś NIE ZALEŻY - lepiej wcale się za to NIE zabierać. A jeśli już podejmujemy się jakiegoś zobowiązania, dbajmy o to by standard naszej pracy rósł a nie malał z upływem czasu. A przynajmniej żeby się nie zmieniał na gorsze, co niestety jest jednym z najczęstszych przypadków.  Jeśli już coś robić - to trzeba to robić dobrze. Same dobre chęci nie wystarczą, bo takimi to podobno piekło jest wybrukowane.

Komentarze (0)
Wspomnienia

Wzięło mnie dzisiaj na wspomnienia. Może nie jakieś takie bardzo życiowe, a może właśnie bardzo życiowe - związane konkretnie z serwisem iWoman.

Pamiętam jak trafiłam na tą stronę w kwietniu. Zupełnie inaczej tu było wtedy. Było już trochę osób, potem pojawiały się kolejne. Niektóre zostały do dziś... A inni? Cóż, mam nadzieję, że dobrze dzieje im się w życiu. Ja szybko się przywiązuję i trudno mnie potem odwiązać :))).

Dawno nie widziałam już naszej nadwornej poetki - Wodniczki, która wierszem opisywała zdarzenia nowe i stare. Pojechała podreperować zdrowie do sanatorium i zniknęła nam z pola  widzenia. Wodniczko - mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze, zdrowie zostało naprawione i z tego szczęścia jeździsz gdzieś po Polsce i korzystasz z uroków życia.

Dawno nie było Zyty, która wyszła za mąż... i już nie wróciła :). Ale to znaczy, że dobrze Jej się dzieje, jest szczęśliwą mężatką i rozpoczęła zupełnie inne życie.

Za mąż wyszła też Ninette. Pojawiła się na chwilę jeszcze we wrześniu i słuch po Niej zaginął. Zapewne znalazła upragnioną pracę i cieszy się nowym życiem.

Podobnie Anulka10 - zniknęła by walczyć z chorobą, potem pojawiła sięna chwilę by powiedzieć, że wygrała. Teraz zapewne cieszy się tą wygraną i świętuje ją do tej pory :).

W akcji zaginęła nam Manufaktura, ale obiecała, że odwiedzi nas koło jesieni :).

Co jakiś czas zaleci też Mrówka, obecnie zajęta zapewne życiem szkolnym i tym by czegoś nauczyć niepokornych młodych gniewnych.

Mam nadzieję, że Agńa też ma się dobrze i wszystko ułożyło Jej się tak jak chciała. Że Jej dni są teraz weselsze i bogatsze w uśmiech niż kiedyś.

Ankakonkursomanka zajęła się wychowywaniem gromady kociąt - ma więc ręce pełne roboty.

Agimixek wyruszyła w trasę i jakoś chyba do tej pory nie wróciła :). Tak Ją ta podróż wciągnęła.

Poza tym Anka_B, Aniołek, Heksa, Dudzinka, Mcblondi i wiele wiele innych. Mogłabym tak wymieniać... Sporo Was było i ubyło przez te wszystkie miesiące... Tak mnie dzisiaj naszło na wspomnienia, że wróciłam do Waszych blogów dziewczyny. Na chwilę... Dla przypomnienia...

Wszystko w życiu zmienia się, przemija, ale pamięć zostaje. Każda rzecz, którą robimy na tym świecie odciska jakiś ślad w życiu pozostałych ludzi. To jest właśnie takie piękne. Bo ten ślad zawsze gdzieś tam będzie mimo mijającego czasu i zmieniających się okoliczności. Ile razy ktoś wchodzi do naszego życia, przechodzi i znika, ale ślad - zostaje...

Jeśli to czytacie mam nadzieję, że dobrze Wam się dzieje. No i oczywiście - że jeszcze kiedyś tu wrócicie :))) iWoman czeka!!! pozdrowionka!

Komentarze (17)
Śmierć za życia.

Spoglądam w twarz kobiety, która walczy o swoje życie. Tak - wciąż walczy. Pokonała raka - przeżyła operację, chemię, naświetlania... Żyje, choć rokowania były fatalne. Jednak Jej walka wciąż trwa. Nie ma dnia by nie pamiętała o tym co przeżyła. Wciąż istnieje ryzyko, że pojawią się nowe złośliwe komórki albo że nagle wykryte zostanie kolejne ich ognisko. Mimo to, ta kobieta tętni życiem. Tryska humorem i energią. Nie poddaje się. Nie narzeka. Nie zamartwia się. Jest pozytywnie nastawiona do ludzi i świata. Do swojej choroby też. Nie spisała siebie na straty. Ta kobieta chce żyć. Ta kobieta docenia życie jak mało kto. I prawdziwie się nim cieszy.

Mija dzień... Przede mną inna twarz, inna osoba. Ta kobieta jest zdrowa. Nie dolega Jej zupełnie nic, poza dolegliwościami, które pojawiają się z wiekiem. Czasem podwyższone ciśnienie, czasem ból głowy. Ani śladu raka, czy innej ciężkiej choroby. Jednak ta kobieta chce umrzeć. Mówi o umieraniu bez przerwy. Każdy dzień jest dla Niej ostatnim. Stale z wszystkimi się żegna. Z jednej strony zabezpiecza się przed śmiercią, jest nad wyraz ostrożna, zakłada na drzwi mnóstwo zamków by "nikt się nie włamał i nie zamordował Jej we śnie". A już następnego dnia prosi krawca by zdjął miarę i uszył Jej ubranie "do trumny". Czasem mam wrażenie, że to Ona sama chce decydować o tym kiedy i jak umrze. Całe życie dyrygowała wszystkim i wszystkimi, więc nawet i teraz - śmierci - chciałaby rozkazywać. Innym razem mam wrażenie, że to wszystko jest tylko na pokaz. Po to by wzbudzić litość, współczucie, troskę... Ten schemat zaczął się powtarzać wiele lat temu i trwa do dziś. Z tym, że wcześniej zdarzało się to tylko czasami. Teraz zdarza się codziennie. Codziennie od nowa ta kobieta rozpoczyna swoją grę. Czasem wierzę, że Ona naprawdę tak źle się czuje, innym razem wyraźnie widzę, że udaje. Zamęcza tym siebie i swoje otoczenie. Jej najbliżsi codziennie słuchają, że oto nadszedł Jej koniec. Że to tego właśnie dnia umrze. I wiecie - działo się to tak wiele razy, że ludzie przestają Jej wierzyć. Jest jak w tej bajce - gdy nadużywasz czyjejś cierpliwości oszukując że potrzebujesz pomocy, wtedy gdy naprawdę będzie Ci potrzebna - nikt w to nie uwierzy...I nie pomoże...

W tym drugim domu codziennie odbywa się rytuał śmierci. Czasem angażowani są w to inni ludzie - lekarz, pielęgniarka - którzy nie mogą nic zrobić poza stwierdzeniem, że nic złego się nie dzieje. Ostatnio kobieta kazała przywieźć sobie księdza i zapalić gromnicę. Chwilę wcześniej zajadała sie ciastkami i sprzątała w pokoju. Po czym położyła się do łóżka i kazała wezwać księdza by udzielił Jej ostatniego namaszczenia.

To wszystko zakrawa na jakąś obsesję. Obsesję na punkcie śmierci lub umierania. A może ma tylko wzbudzić cudze zainteresowanie? Jak to jest, że Ci, którzy naprawdę stają w obliczu śmierci, są tak od Niej dalecy? Nie poddają się negatywnemu myśleniu. Chcą żyć i czuć, że żyją. Nie straszą swoją śmiercią otoczenia. Nie szantażują nią. Nie poddają się czarnym myślom o końcu.

I są ludzie, którzy umierają za życia. Ludzie, których ciało żyje, ale oni dawno temu odeszli....

Komentarze (9)
Dlaczego starsze panie kłamią?

Blada, poorana zmarszczkami twarz. Czas pozostawił na niej piętno wielu przeżytych lat. W centrum twarzy uwagę przykuwają oczy - nieco mętne, zmęczone tym co dotąd widziały. Spojrzenie doświadczonego życiem człowieka. Któż nie uwierzyłby takiej osobie? Któż nie uwierzyłby dziewięćdziesięcioletniej staruszce? Czemu miałaby kłamać? Pewnie nic nie przychodzi Wam do głowy. A może to znacie? Otóż moi drodzy - takie starsze panie potrafią być prawdziwą fabryką kłamstw, oszczerstw i centrum konspiracji. Każdego dnia serwują nam prawdziwy popis gry aktorskiej.

Dlaczego starsze panie kłamią?

Powodów może być kilka. Po pierwsze zwykle czują się samotne. Są spychane przez społeczeństwo na margines i zostają same, wyłączone z życia. Kłamią, żeby tą samotność nieco oszukać. Żeby zmusić krewnych do częstszych odwiedzin. Do zwiększenia troski, uwagi. Niby takie niewinne kłamstwo nie powinno nikomu zaszkodzić. Dopóki nie stanie się czyjąś obsesją. A zdarza się to dość często. Kilka niewinnych kłamstw zamienia się w prawdziwą lawinę oszustw, pogłębiającą się z każdym dniem. Kłamstwo staje się chlebem powszednim kochanych staruszek.

Najczęstszym tematem kłamstw jest oczywiście stan zdrowia. Starsze panie często mówią, że czują się znacznie gorzej niż jest w rzeczywistości. Głównie po to, by wzbudzić czyjeś współczucie. Czemu mielibyśmy im nie wierzyć? W końcu wiek robi swoje. Ale zauważyłam, że to nie do końca jest tak jak nam się wydaje.

Ostatnio byłam świadkiem sytuacji, w której starsza poważna pani tak kłamała lekarzowi na temat swojego stanu zdrowia, że nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Tylko po to by przepisał więcej leków (chyba trochę na wszelki wypadek) i by udowodnić krewnym, że jest ciężko chora. W domu każdego dnia odgrywa przed nimi prawdziwą komedię. A kiedy zostaje sama...wyskakuje z łóżka i dostaje skrzydeł. Kiedy zostaje sama doskonale sobie ze wszystkim radzi i potrafi nawet robić piesze wycieczki. Może nie są to maratony, ale jak na kogoś kto wmawia wszystkim, że nie może w ogóle chodzić - to sporo :).

Po trzecie - starsze panie kłamią, aby osiągnąć cel. Staruszkom się przecież nie odmawia. Często udają mniej sprawne lub mniej świadome tego co się dzieje, jeśli jest to dla nich korzystne. Czasem chodzi o to, by zostać zauważonym, czasem o to by czuć się potrzebnym. Tak niejednokrotnie jest z paniami, które "wiedzą", że widziały coś czego nie było. Szybko wyciągają wnioski - i na poczekaniu uwiarygodniają i ubarwiają swoje słowa wymyślonymi historiami.

Kłamstwo które staje się prawdą

A najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że w pewnym momencie starsze panie same gubią się w swoich kłamstwach i już nie wiedzą co jest prawdą a co nie. Zaczynają więc same wierzyć w to, co mówią. Dzięki temu stają się bardziej wiarygodne. Są przekonane, że mówią prawdę i mają rację. Z czasem przychodzi im to coraz łatwiej, aż wreszcie nawet one same tego nie zauważają. I nawet lekka sugestia dotycząca ich pseudoprawdomówności wywołuje burzliwą dyskusję na temat niesprawiedliwości oszczerczego świata.

Gdyby się nad tym zastanowić, niektórzy  z nas przechodzą podobne stany dużo wcześniej. Może z wiekiem to się po prostu nasila? A może to my jesteśmy winni takiemu stanowi rzeczy, bo spychamy ludzi w podeszłym wieku na margines? Przecież człowiek, któremu niczego nie brakuje, nie musi zwracać na siebie uwagi. Warunki materialne i byt to nie jest wszystko co niezbędne ludziom do życia. Ludziom przede wszystkim brakuje miłości. Może tej dajemy seniorom zbyt mało? Może za rzadko ją okazujemy?

Takie "niewinne" kłamstwa potrafią rozbić lub skłócić całe rodziny. Starsze panie często ranią innych swoimi słowami i wiele razy udaje im się komuś zaszkodzić lub zepsuć opinię. Bo kto nie uwierzy słowom starszej schorowanej pani?

Komentarze (2)
"Kocham mój kraj" czy "Wstydzę się tu życ"?

Podobnie jak Marietka zamierzałam się dzisiaj wyłamać i nie pisać ani o święcie narodowym ani o niczym z nim związanym. Jednak muszę podzielić się pewną refleksją, która chodzi za mną od jakiegoś czasu. Nurtuje mnie bowiem pytanie: czy Polacy kochają swój kraj? Czy są  z niego dumni? Choć bardzo staram się naciągnąć odpowiedź na "TAK", nie wychodzi mi.

Najłatwiej wyobrazić to sobie w zestawieniu ze społeczeństwem amerykańskim. Już widzę te ironiczne uśmiechy. Ale powiedzcie sami - dlaczego nie? Amerykanie kochają swój kraj. Dzień Niepodległości jest tam obchodzony hucznie. To wielka uroczystość. Amerykanie są dumni z siebie, ze swojego kraju, ze swojej tożsamości. Gdy spotkać ich gdzieś - gdziekolwiek - na świecie - unoszą wysoko głowę do góry i mówią, że ich ojczyzną są Stany... Ameryka - to brzmi dumnie. Nie wstydzą się przyznać skąd pochodzą. Można to potraktować dwojako. Ktoś może powiedzieć: zadzierają nosa. Wydaje im się, że jak są Amerykanami, to wszystko im wolno i należy im się wyjątkowe traktowanie. Ale z drugiej strony - może po prostu kochają swój kraj. Nie wstydzą się go. Mimo, że nie jest to kraj idealny i boryka się z wieloma problemami.

A my? Mam trudne do odparcia wrażenie, że Polacy wstydzą się swojego kraju. Wstydzimy się rządu, prezydenta, siebie... Smutne. Czy potrafimy mówić dobrze o Polsce? Chyba coraz rzadziej. Świat się z nas śmieje, bo sami do tego doprowadziliśmy.

Nasi przodkowie tak dzielnie walczyli o Polskę. O to, żeby Polska była Polską. Żeby ich dzieci i wnuki dorastały w wolnym kraju. W pięknym kraju. Bo Polska jest piękna. Żyjąc tu na co dzień, nie dostrzegamy ani jej cudownej natury, ani tego, że my, Polacy, jesteśmy mimo wszystko wyjątkowi. O tak, świat zna nas z naszych przywar. Zła sława niesie się szybciej niż dobra. Świat zna nasze zamiłowanie do alkoholu i przywłaszczania sobie pewnych rzeczy :). Świat zna naszą skłonność do kłótni i awantur. Polak potrafi. Ale kiedyś świat znał Polskę także jako kraj ludzi o bardzo silnej woli. Kraj ludzi, dla których ojczyzna i honor stanowiły wszystko i gotowi byli oddać za to życie. Kraj ludzi, których patriotyzm wynosił na szczyty poświęcenia.

Gdzie są dzisiaj tamci ludzie? Czy istnieją? Czy drzemią gdzieś w nas? Czy Polacy kochają swój kraj czy też się go wstydzą???

Komentarze (16)
Przeciąg w niebie

Zaczęło się od tego, że ktoś zapomniał zamknąć okno w niebie. Bramy niebios, jak wiadomo są zawsze otwarte. I tak powstał okropny przeciąg. Przeciąg ten najsilniej odczuwamy na ziemi, gdy wiatr niemalże urywa nam głowy i strąca liście z drzew. W przeciągu zmarzli aniołowie i święci, zaczęli zgrzytać z zimna zębami tak mocno, że łzy zaczęły im się cisnąć do oczu. Wreszcie niepohamowanym potokiem spłynęły na nasz padół ziemski oczywiście i zalały i tak już zmarzniętą ziemię. I teraz oto brodzimy w strugach deszczu... A wszystko zaczęło się od jednego okna!

Na tę okoliczność awarii w niebie postanowiłam kupić sobie okrycie - na głowę. Jako nastolatka świadoma swej natury, czapkę wkładałam tylko wychodząc z domu. Ulicę dalej wędrowała ona do kieszeni. Owocowało to licznymi infekcjami, które jednak nie przekonały mnie do zmiany przyzwyczajeń. Dziś mam dwa razy tyle lat co wtedy i dwa razy mniej zdrowia. Czapkę naciągam aż na oczy, bo ani zapalenie zatok, ani ucha środkowego mi się nie marzy. Zasadniczo nie jest mi wszystko jedno jak ta czapka wygląda, ale w stanach silnego wyziębienia organizmu przestaje mi to robić różnicę. Ma spełniać podstawowy warunek - ma być ciepła.

Tej jesieni/zimy (bo trudno mi powiedzieć, która to jest pora roku tak na oko) poluję na taką ciepłą czapkę właśnie. Wiem jak powinna wyglądać, ale może się zdarzyć, że zmuszona sytuacją wezmę to co wpadnie mi w rękę jako pierwsze. Marznąć nie będę.

Zapomniałam dodać, że to moja pierwsza jesień/zima w Polsce od 2 lat... Przez te dwa lata miałam nad głową piękne słońce i narzekałam, że jest zimno bo temperatura spadła do 20 stopni. Powrót do kraju oduczył mnie narzekania na temperatury powyżej zera.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie. Może ktoś wreszcie zamknie to okno  w niebie???

Komentarze (10)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |