iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Czy zawsze musi być okazja?

Walentynki mineły szybko i dość spokojnie. Choć miasto i lokale odnotowały w tym dniu nagły przypływ klientów. Starówka była zatłoczona jak nigdy - ciężko było znaleźć wolny stolik, nie wspominając już o miejscu do parkowania. Złamano chyba wszystkie możliwe przepisy dotyczące umieszczania samochodów w dozwolonych miejscach. Stłuczki, blokowanie pojazdów innych klientów i parkowanie w niedozwolonych miejscach - były na porządku dziennym...

Niby taka sama niedziela jak wszystkie - a jednak w klubach i lokalach zrobiło się nagle ciasno. Tego szczególnego dnia każdy chciał gdzieś wyjść ze swoją połówką. Tak często powtarza się, że to święto amerykańskie, ale mimo to przyjęło się u nas całkiem dobrze. I dlatego większość ludzi planuje spędzić ten dzień inaczej niż zwykle. Tu kolacja przy świecach, tam wyjście do kina, jeszcze gdzie indziej romantyczny wyjazd na weekend...

Czy to oznacza, że na co dzień tego wszystkiego nie robimy? Na to wygląda... Wyjścia do kina i lokali zdarzają nam się sporadycznie. Dlaczego? Głównym powodem są zapewne finanse. Ceny w pubach i restauracjach są dość wysokie jak na kieszeń przeciętnego Polaka. Nie każdego na to stać. Z drugiej strony branża gastronomiczna oferuje nam cały wachlarz opcji cenowych i zawsze można wybrać coś na własne możliwości. Ciekawa rzecz przykładowo, że stać nas na to, by regularnie żywić się fast food'ami typu Mc Donald, czy KFC, które wcale do tanich nie należą. Za cenę zestawu kupionego w jednym z wymienionych wyżej miejsc, można zjeść ładnie podany i zdrowszy posiłek.

Może więc finanse są tylko wymówką? Ale jeśli nie finanse - to co innego powstrzymuje nas od wychodzenia z domu? Można by rzec, że czyste lenistwo :). Polaków cechuje coś takiego jak "zasiedzenie" w domu. Nie mamy zwyczaju wychodzić. Wolimy własne cztery kąty, obiad przed telewizorem i kapcie. Oczywiście kobiety często marzą o tym, aby ktoś za nie ugotował i podał obiad a potem pozmywał. Marzą o tym, by mężczyzna zabrał je od czasu do czasu do lokalu, w którym ktoś inny będzie pełnił rolę kucharza, a one mogłyby się zrelaksować. Jednak dla mężczyzny wyjścia takie komfortowe nie są. Po pierwsze - trzeba zrezygnować z kapci. Po drugie przez cały czas obiadu czy kolacji mężczyzna jest zobowiązany zabawiać kobietę rozmową, co wcale nie musi być łatwe. Po trzecie w restauracjach zwykle nie ma telewizora, w którym można obejrzeć transmisję meczu. Po czwarte - po co płacić za coś, co ma się w domu za darmo? Dlatego panowie rzadziej są skłonni wychodzić z domu ze swoją wybranką...

Inna rzecz, że po -nastu godzinach w pracy, z domu zwyczajnie wychodzić się już nie chce. Nie ciągnie nas do gwarnych i tłumnych miejsc. Wolimy domowe zacisze...

Z tego wszystkiego wynika, że wychodzimy z domu głównie wtedy, gdy jest ku temu okazja. Imieniny, urodziny, święta... Amerykanie to sprytny naród - odkryli to wszystko o czym piszę dużo wcześniej. Potrzeba matką wynalazku - dlatego "wynaleziono" również mnóstwo okazji, które usprawiedliwiają spożywanie posiłków poza domem i  kupowanie prezentów. Jednym z takich świąt są Walentynki. Jest okazja - można wyjść, można świętować. Pytanie - czy nie potrafimy się już obdarowywać prezentami i cieszyć BEZ okazji? Wszystko wskazuje na to, że nie... Potrzebujemy okazji nawet do tego, by wyznać swoje uczucia. Potrzebujemy bodźca, który usprawiedliwi miłe słowa lub czyny. Czy to nie jest dziwne?

 

P.S. Widmo szpitala oddaliło się, ale jeszcze cały czas nade mną wisi. Wierzę jednak, że za kilkanaście dni pozostanie jedynie wspomnieniem :) Dzięki za pozytywną energię dziewczyny! :)))

Komentarze (10)
Masz pieniądze? Postaw sobie znak!

A jednak wszystko można kupić!

Zdenerwowałam się dzisiaj sytuacją moich znajomych. Od lat mieszkają w tym samym mieszkaniu. Od lat parkują samochód pod domem, przy wjeździe do swojej posesji i nigdy nie było z tym problemu. I od jakiegoś czasu walczą z bardzo nieprzyjemnym i baaaaaaaaardzo bogatym sąsiadem, który ma tam swoją firmę. Sąsiad ów zachowuje się jakby należał do niego cały okoliczny teren. Dlaczego? Ponieważ go na to stać.

Dzisiaj rano pojawił się znak zatrzymywania się. Ni mniej ni więcej, tylko przy wjeździe w uliczkę, przy której mieszkają znajomi. Kilka godzin później pojawił się życzliwy policjant, który powiadomił ich, że nie wolno im dłużej parkować w tym miejscu. Podobno sąsiad wykupił całą ulicę łącznie z chodnikiem po tej jednej stronie - żeby mogły tam parkować samochody obsługujące jego firmę! Jednakże przy znaku nie ma żadnej tabliczki regulującej tą sytuację i wskazującej kogo zakaz nie dotyczy.

Skoro postawiono znak zakazu - to niech to chociaż będzie zgodnie z przepisami. Skoro znak nikogo nie wyklucza - to zakaz powinien dotyczyć wszystkich. Inaczej bez sensu było go stawiać. Mało tego, na wspomnianej uliczce, po tej samej stronie stoi w tej chwili znaków zatrzymywania dwa (zupełnie bez potrzeby bo wystarczyłby jeden). W dodatku pierwszy znak informuje o zakazie zatrzymywania się na całej długości ulicy, aż do skrzyżowania, drugi zaś (w połowie ulicy) od miejsca ustawienia tego znaku do tego samego skrzyżowania. Masło maślane.

Powiem więcej, ów sąsiad życzy sobie, żeby przechodnie chodzili drugą stroną ulicy - bo on wykupił chodnik dla siebie i swoich samochodów! Tu mnie sytuacja rozbawiła, bo naturalnie nie ma żadnego znaku informującego, że przejście drugą stroną ulicy.

To jakaś totalna bzdura i kpina. Można sobie wykupić kawałek ulicy, nie zważając na to, że ktoś na niej mieszka i że utrudnia się komuś życie. Można sobie nastawiać znaków - gdzie się chce i jak się chce, ignorując przepisy i innych ludzi. I to tylko dlatego, że ma się pieniądze.

Ten kraj jest pełen absurdów. I tak będzie dopóki prawo będzie tylko dla bogatych.

Komentarze (14)
W krzywym zwierciadle - być albo nie być gwiazdą!

Każdy z nas choć raz w swoim życiu pragnął stać się gwiazdą. Najczęściej jako dzieci marzyliśmy o wielkiej sławie na scenie lub ekranie. Niektórzy z nas marzą do dziś - że ktoś ich odkryje, że jeszcze zrobią karierę, zdobędą wielkie pieniądze. Mało kto widzi, jak tragiczne potrafi być życie gwiazdy. Ma ono bowiem nie tylko blaski, ale przede wszystkim cienie. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że cienie przesłaniają blaski całkowicie...

Po pierwsze gwiazda nie ma życia prywatnego. Tematem do plotek ogółu jest nie tylko jej życie zawodowe, ale przede wszystkim prywatne. Wyobraź sobie, że masz okropnego sąsiada, który rozpowiada paskudne plotki na Twój temat. A teraz wyobraź sobie, że takich "sąsiadów" masz całą Polskę. Każdy żeruje na Twoich porażkach i potknięciach, wyszukuje skandaliczne przykłady Twojego zachowania - choćby i z przedszkola. Nie ma dnia, żeby nie włóczył się za Tobą jakiś dziennikarz z aparatem fotograficznym. Sensacją jest Twoja nowa nieudana fryzura - i chociaż najchętniej zapadłbyś się pod ziemię, wmawiasz wszystkim dokoła, że to nowy image.Wreszcie Twój masażysta zdradza za grube pieniądze ułomności Twojej figura.

Mało? Dorzućmy więc fakt, że Twoje życie erotyczne jest tajemnicą publiczną. Nigdzie, nigdy nie jesteś sam. Na basenie, w jacuzzi, w łóżku, w restauracji - wszędzie mogą czaić się żądni krwi fotoreporterzy. Ze złamanego paznokcia - zrobią uraz ręki, z guza - obrażenia głowy. Z plamy na spódnicy - niechlujny strój, a w przypadku rozdarcia - powiedzą, że byłeś topless...

Nadal mało? Naśladują Cię setki nastolatków. A właściwie nie Ciebie, tylko to co zrobiły z Tobą media. Bo Twój wizerunek - tak dumnie przedstawiany na pierwszych stronach gazet czy w wiadomościach - nijak się ma do tego rzeczywistego. Możesz przeczytać o sobie wiele - np. że jesteś na diecie, podczas gdy nigdy żadnej nie stosowałeś. Możesz przeczytać, że obraziłeś swoim zachowaniem jakąś ważną osobistość, którą specjalnie na tą okazję wynalazły media. Możesz nawet przeczytać, że byłeś w trzech miejscach jednocześnie, czemu by nie?

Sława to ogromna presja psychiczna. Musisz dawać z siebie dwieście procent normy. Jeśli dasz mniej - powiedzą, że się nie starałeś. Każde potknięcie zostanie wykorzystane przeciwko Tobie. Musisz grać tak, żeby Twoje wady stały się Twoimi atutami, a porażki - zamierzonym działaniem. Żeby udźwignąć to wszystko, sięgasz po środki wspomagające - alkohol, antydepresanty, narkotyki... Często nie jesteś już w stanie bez nich funkcjonować. Opuszczają Cię znajomi - bo nigdy nie masz dla nich czasu. Odchodzą przyjaciele - bo w pijackim szale zdradziłeś ich sekrety swojemu szoferowi, a ten - mediom. Wreszcie odchodzą najbliżsi, którzy przewracając się natrafili na Twoją pięść. Ty tego nie pamiętasz - oni zapamiętają na zawsze...

A co jest w tym wszystkim najgorsze? Twój publiczny wizerunek, tak daleki od rzeczywistego, z biegiem czasu staje się całkiem realny. Już nie jesteś sobą, jesteś produktem mediów. Dokładnie takim, jaki one wykreowały. Nagle odkrywasz, że wszystkie przypisywane Ci wcześniej cechy, na które tak bardzo się oburzałeś - istnieją! Stały się faktem. I oto jesteś: zupełnie sam, uzależniony od prochów, przechodzący kolejne załamanie nerwowe - borykasz się z bólem fizycznym i psychicznym. Stać Cię na samochody, stać Cię na podróżowanie po świecie, stać Cię na willę w najdroższej dzielnicy - ale nie stać Cię na to, by być człowiekiem, którym byłeś wcześniej. Za sławę i bogactwo płacisz najwyższą z cen - płacisz własnym JA, które zostaje pogrzebane żywcem w imię popularności.

Ze słynnego "być albo nie być - oto jest pytanie" - chyba lepiej wybrać BYĆ. Ale być człowiekiem. A nie gwiazdą. Mieć normalne, zwyczajne i szczęśliwe życie. I nie łudzić się, że  "ze mną będzie inaczej". Nie wmawiać sobie "ja nie odwrócę się od przyjaciół". Nie powtarzać, że "mnie sława nie zmieni". Bo wielu już poszło tą drogą - lecz żaden nie miał racji...

Czy nadal chcesz być gwiazdą?

Komentarze (13)
Najprawdziwsi przyjaciele

Towarzyszą nam od tysięcy lat. Małe i duże. Niektóre pełnią funkcje użytkowe, dostarczają nam pożywienia, pomagają w pracach domowych. Wreszcie część z nich staje się członkami naszych rodzin. Zaspokajają w jakiś sposób nasze potrzeby emocjonalne. Są naszymi przyjaciółmi. Mowa o zwierzętach.Są domy, w których zwierząt nie ma. Ze względów ekonomicznych, małej przestrzeni, alergii na którą cierpi ktoś z członków rodziny. Bywa też, że niektórzy ludzie zwierząt po prostu nie lubią. I staram się to rozumieć - choć dla mnie samej jest to nie do pomyślenia. Od najmłodszych lat miałam kontakt ze zwierzętami. Rozmawiałam z nimi, bawiłam się, spędzałam dużo czasu. Oczywiście nie mam żadnej alergii. Śmiem twierdzić, że właśnie dzięki temu ;).

Zwierzęta mają w sobie coś, czego moim zdaniem niektórym ludziom brakuje. Są wierne. Oczywiście wielu specjalistów mogłoby się ze mną teraz spierać w kwestii tego czy zwierzęta posiadają uczucia. Dla mnie kwestia ta nie ulega żadnej wątpliwości. Mało tego. Zwierzęta posiadają nie tylko uczucia i swoje emocje, ale i charakter. Jeśli ktoś poświęcił choć odrobinę czasu na obserwację zwierząt - na pewno zgodzi się ze mną w tej materii. Emocje zwierzęce zapewne odbiegają czasem od tych, które znamy my, ludzie. Nie ma się czemu dziwić. Wszak u wielu z nich najważniejsze są wciąż pierwotne instynkty. Mimo to zwierzęta przywiązują się do nas tak jak my do nich. Tęsknią. Za przykład niech posłuży historia psa Dżoka. Pies ten przez rok czasu oczekiwał na Rondzie Grunwaldzkim w Krakowie, na pana, który w tym miejscu właśnie zmarł. Czy nie jest to wyraz psiego oddania? Tęsknoty? Przywiązania? Dlatego też psu temu wystawiono pomnik - symbol psiej wierności.

link do historii psa Dżoka tutaj

Zwierzęta niejednokrotnie stają się powiernikami naszych tajemnic, bywają o nas zazdrosne i postępują zawsze wedle własnego kodeksu. Nie potrafią mówić po ludzku, ale czy my znamy język zwierzęcy? Nic nie umniejsza ich wartości i oddania.

Zwierzęta to także obowiązek. Trzeba je karmić, dbać o ich zdrowie, zaspokajać potrzeby. Trzeba się z nimi bawić i spędzać czas, bo podobnie jak my potrzebują tego. Są od nas mniejsze i słabsze, a kiedy trafiają pod nasz dach - to na nas spoczywa obowiązek opieki. A one potrafią się odwdzięczyć jak mało kto.

Oprócz domów, w których nie ma zwierząt są też takie, w których zwierzęta stają się członkami rodzin, ich integralną częścią. Jak napisała Hebe, dobrze, że niektórzy mają dwa serca, a nawet trzy. Dzięki temu potrafią przygarnąć nawet kilka zwierząt.

Obok zamieszczam kolejną ankietę. Serdecznie zapraszam do głosowania. Pytanie wydaje się proste :). Wystarczy wskazać, którym stworzeniem najchętniej byście się zaopiekowali. Dla posiadaczy dwóch i trzech serc, którzy nie mogą się zdecydować na wybór jednego zwierzaka - dopisuję opcję : "więcej niż jedno wymienione" :). 

Komentarze (22)
Częściej płaczemy na pogrzebach niż ze szczęścia. [W.A.]

Skrót W.A. - to oczywiście nic innego jak "wyniki ankiety". Zaniedbałam ostatnio ankiety zamieszczane na blogu, a raczej ich wyniki. Czas nadrobić zaległości. Wcale nie tak dawno prosiłam o odpowiedź na pytanie, z jakiego powodu najczęściej płaczecie. W ankiecie oddano 160 głosów.

Najczęstszym powodem do płaczu - jak się okazuje - są problemy w związku. Tę odpowiedź wskazało aż 20% osób biorących udział w ankiecie. Wynika z tego, że są to sytuacje, które najsilniej obciążają naszą psychikę i sprawiają, że czujemy się bezradni - najczęściej potrzebujemy więc "wypłakać" naszą bezsilność, złość, krzywdę... Wszystko to dlatego, że właśnie relacje z drugą osobą wyzwalają najwięcej emocji - pozytywnych lub negatywnych.

Dziwny wydaje się fakt, że z powodu rozstania płacze już tylko 9,4% ankietowanych. Kiedy jednak głębiej się nad tym zastanowić - tendencja malejąca jest prawidłowa. Najbardziej spalamy się podczas kłótni, awantur i problemów. Przeżywamy je wyjątkowo intensywnie z powodu zaangażowania. Im silniejsze uczucie, tym silniej odczuwamy wszelkie jego kryzysy. Często reagujemy płaczem czując się bezradnie wobec zaistniałej sytuacji. Kiedy natomiast dochodzi do rozstania - bywa, że uczucie częściowo już się wypaliło. Zdarza się również, że to, co mieliśmy wypłakać, wypłakaliśmy dużo wcześniej. Wszystko zależy od tego w jaki sposób doszło do rozstania i jak zakończył się związek.

Okazuje się, że dość często płaczemy ze wzruszenia - odpowiedź tą wybrało 11,9% głosujących osób. Dokładnie tyle samo ankietowanych płacze, kiedy ktoś wyrządzi im jakąś przykrość, a niewiele mniej, bo 11,3%, z powodu problemów rodzinnych. Oczywiście do tych rodzinnych można zaliczyć bardzo wiele sytuacji, trudno je  w jakiś sposób tutaj rozgraniczać. Faktem jest, że z rodziną związani jesteśmy od najmłodszych lat, a więc wszelkie problemy w tych relacjach naturalną siłą rzeczy będą budziły nasz niepokój, obawy, lęk i bezsilność.

Dobrą wiadomością jest to, że nie doprowadzają nas do łez problemy zdrowotne. Jedynie 1,3% osób biorących udział w ankiecie za przyczynę płaczu podało problemy ze zdrowiem. Nieco więcej, bo 2,5%, najczęściej płacze z powodu problemów w pracy, a 3,1% jako przyczynę wymienia problemy finansowe. Zła wiadomość jest natomiast taka, że aż 5% osób biorących udział w ankiecie nie potrzebuje konkretnego powodu by płakać. Być może jest to spowodowane obniżonym nastrojem, albo nawet stanami depresyjnymi, które pojawiają się szczególnie często w okresie jesienno-zimowym.

Ponad 2,5 razy częściej płaczemy na pogrzebach niż ze szczęścia. 5% ankietowanych najczęściej płacze podczas smutnych uroczystości pogrzebowych, podczas gdy w radosnych momentach płacze tylko 1,9% osób biorących udział w ankiecie. Tylko 0,6% osób przyznaje się, że płacze po to, by osiągnąć jakieś korzyści.

5,6% osób biorących udział w ankiecie płacze w zaciszu własnego domu bądź w kinie, bowiem za najczęstszą przyczynę łez podaje emocje wywołane oglądaniem filmów.

I wreszcie 10,6% ankietowanych podaje, że nie płacze wcale. Być może częściowo jest to spowodowane ich odpornością na sytuacje stresowe lub brakiem takich sytuacji w życiu poszczególnych jednostek. Częściowo także dlatego, że płacz generalnie postrzegany jest jako słabość, a nie każdy chce i lubi swoje słabości okazywać.

Komentarze (10)
"Na zbity pysk!"

Niektórzy ludzie to chyba jednak są pozbawieni serca....

Dzień: 25 stycznia 2010. Środek zimy. Śnieg jak okiem sięgnąć, przerażający mróz. Nadjeżdża samochód. Nagle drzwi samochodu uchylają się na chwilę i ze środka wypada puchata kulka. Mały piesek. Samochód jedzie dalej, zwierzę zostaje. Nieco poturbowane, zdezorientowane, samotne...W obcym mieście, zdane tylko na siebie i łaskę bądź niełaskę ludzi.

To miało miejsce wczoraj. Właśnie wczoraj, gdy temperatura tak bardzo się obniżyła. Na oczach przechodniów, w środku dnia, bez zahamowań, w moim rodzinnym mieście po prostu porzucono psa. Człowiekowi z domu wyjść się nie chce, a żeby potraktować tak bezbronne stworzenie?

Zwierzęta i tak cały czas mają pod górkę. Wmawiamy sobie, że mają z nami tak dobrze - bo mają dom, zagwarantowaną opiekę, jedzenie... Ale tak naprawdę nie mogą same o sobie decydować - od nas bowiem uzależnione są nawet ich wyjścia za potrzebą. A ile razy jest tak, że właścicielowi się nie chce? Że odkłada moment wyjścia z psem na potem? Dla niego być może jest to smutny obowiązek, ale dla psa? Konieczność!!! Żeby to zrozumieć trzeba spróbować postawić się w podobnej sytuacji. Jakby to było, gdyby wszystkie nasze potrzeby i ich realizacja były uzależnione od czyjegoś nastroju i chęci? Czy tak wygląda to wspaniałe życie, które oferujemy naszym czworonożnym przyjaciołom? Czy to jest ta rewelacja, której niektórzy psom zazdroszczą? To wolne od trosk życie?

Podobno zimą ludzie znęcają się nad zwierzętami dwa razy częściej. Dwa razy więcej zwierząt jest porzucanych, bitych, torturowanych. Czy zimą w ludzi wstępuje jakieś zło? Nudzą się? Jest im źle więc gnębią tych najsłabszych?

Nie ma ludzi nieomylnych. A ja nie mam monopolu na rację. Nie zawsze potrafię być obiektywna - jestem tylko człowiekiem. Ale takiemu okrucieństwu mówię zdecydowanie NIE! Zwierzęta, które tak wiernie przy nas trwają i niejednokrotnie są naszymi najlepszymi (a bywa że i jedynymi) przyjaciółmi zasługują na szacunek. Wyrzucanie zwierzęcia na pewną śmierć (tak, tak, już kiedyś o tym pisałam) to niehumanitarny akt tchórzostwa. W tym momencie to zwierzę ma więcej ludzkich uczuć niż my. Bo trwa przy nas i jest wierne, podczas gdy ludzie potrafią wyrzucić najlepszego przyjaciela w najgorszą pogodę "na zbity pysk"!

 

Tych, którzy są ciekawi, co jeszcze ludzie potrafią zrobić zwierzętom, odsyłam na następujące strony:

centrum.szczecin.kwp.gov.pl/poszukiwani-top-10/2854-okruciestwo-wobec-zwierzt

www.sowz.org/index.php

Komentarze (19)
Czy starszemu naprawdę wszystko wolno?

Czy wraz z wiekiem nabywamy jakieś prawo do mówienia więcej niż wypada? Czy osoby w podeszłym wieku nabywają jakieś nowe prawo mówienia co myślą bez względu na konsekwencje? Nawet jeśli to bzdury i kłamstwa?

Nie wiem co się porobiło z tym dzisiejszym światem. A może zawsze tak było? Osobom w wieku podeszłym - przerażającej większości tych osób - wydaje się, że mogą wszystko! Mogą wszystko powiedzieć - nawet jeśli nie jest to zgodne z prawdą. Mogą obrażać najbliższych - bo na pewno będzie im wybaczone. Mogą mieć dziwaczne zachcianki - bo zostaną spełnione. Pytanie: czy to przychodzi z wiekiem, czy też to postawa społeczeństwa tak kształtuje ludzkie charaktery? Założę się, że wielu z Was słyszało: "No trudno, On/Ona ma już tyle lat". Widząc, że granica dla pewnych norm jest im przesuwana, wiele starszych osób zdaje się to wykorzystywać.

Co byście zrobili, gdyby się okazało, że Wasze dziecko rozpowiada kłamstwa na Wasz temat? Zapewne staralibyście się dojść przyczyny problemu. W końcu dziecko jeszcze nie rozumie do końca, co jest dobre a co złe, szuka granicy - co wolno, na ile może sobie pozwolić. A co zrobilibyście gdyby to osoba dojrzała i dorosła rozpowiadała na Wasz temat nieprawdziwe rzeczy? Oczywiście - staralibyście się to ukrócić. Pojawiłaby się złość i agresja. Bo dorosła osoba powinna umieć odróżnić dobro od zła. A co się dzieje kiedy oczernia Was - zdawałoby się - przemiła staruszka? Cóż również pojawia się złość. Ale problem jest szerszy - bo starszym wszyscy wierzą. Bo niby czemu starsza pani miałaby coś wymyślać? I niewiele można z tym zrobić.

Starsze panie mają ten dziwny sposób wypowiadania się o młodszych pokoleniach, sugerujący, że one znają życie i wiedzą lepiej. Owszem, znają życie - ale to, które same przeżyły. Wszystko zmienia się z biegiem czasu. Czy przetrwałyby, gdyby przyszło im żyć w naszych czasach? Trudno powiedzieć...Czy umiałyby się dostosować? Niektóre z nich...

Osoby starsze, to osoby, które generalnie powinno się otaczać szacunkiem, zrozumieniem, miłością. Jakże trudno jednak otoczyć szacunkiem i zrozumieniem kogoś, kto opowiada niestworzone rzeczy o naszym prywatnym życiu! Kto mąci, roznosi plotki, jątrzy... Czy celowo? Hmm... Może z nudy? A może, żeby zwrócić na siebie uwagę? A może chce dobrze, ale nie uznaje innych metod niż te ogólnie przyjęte za czasów młodości? Trudno powiedzieć... Wiem natomiast, że podeszły wiek nie może być usprawiedliwieniem dla wymyślanych kłamstw czy obrażania kogoś. Każda próba usprawiedliwienia takiego zachowania i przymknięcie na nie oka owocuje przesunięciem granicy. Pojawiają się kolejne kłamstwa. coraz ciekawsze, barwne, powodujące coraz więcej problemów. Więc jak myślicie? Czy wiek powinien wszystko tłumaczyć? Czy powinniśmy przymykać oczy? Czy może należy takie sytuacje od razu prostować? Może wtedy będzie ich mniej? Czy to wiek powoduje, że ludziom wydaje się, że mogą wszystko? Czy też to społeczeństwo kształtuje nas w ten sposób, że nabieramy przekonania o swojej nieomylności?

Komentarze (22)
Avatar - zagrożeniem doktryny Kościoła katolickiego???

Jak można się było tego spodziewać, film "Avatar" został ostro skrytykowany przez Kościół katolicki. Główne powody podawane przez przedstawiciela Watykanu - to jego płytkość i brak podstawowych ludzkich emocji u przedstawicieli obcej rasy. Mówi się również o tym, że film szerzy teorię wędrówki dusz (reinkarnacja) - a więc przechodzenia duszy do nowego ciała i odradzania się w nim, co jest sprzeczne z doktryną Kościoła katolickiego.

Nie jest to pierwszy film, który nie zyskał aprobaty Watykanu. Wcześniej ostro krytykowana była seria filmów o Harrym Potterze (zarówno filmy jak i książki), które rzekomo promują czarną magię i okultyzm. Z bardzo nieprzyjemnym przyjęciem i opinią Kościoła spotkały się również dwie ekranizacje książek Dana Browna: "Kod Da Vinci" oraz "Anioły i demony". Inne ostro skrytykowane przez Watykan filmy to m.in.: "Ostatnie kuszenie Chrystusa", "Matka Joanna od Aniołów", głośny film Mela Gibsona "Pasja", "Stygmaty" oraz "Antychryst". Można by zapewne wymienić jeszcze wiele im podobnych.

Kościół krytykuje filmy stanowiące w Jego pojęciu zagrożenie dla doktryn katolickich, propagujące "czarostwo" i magię, wypaczające idee biblijne. Na liście filmów zakazanych znalazł się także film "Złoty kompas" - zdawałoby się - niewinna bajka, w której - wybaczcie - ja nie umiem dopatrzyć się niczego złego.

Im głośniejszy i bardziej popularny film - tym silniej Kościół doszukuje się w nim przesłanek satanistycznych. Wiadomo bowiem, że takie obrazy trafiają do mas. Wynika z tego tylko tyle, że trwająca tysiące lat instytucja Kościoła czuje się zagrożona wobec pojawiających się w kinie kolejnych produkcji. Nadinterpretując w wielu przypadkach fakty - Kościół obawia się o swoją pozycję oraz zamęt jaki w umysłach wiernych mogą wywołać wspomniane filmy. Czy nie jest to wyraz niepewności i braku zaufania do wiernych? Czy nie jest to wyraz powątpiewania w czystość naszej wiary?

Tymczasem nikt nie reaguje, kiedy w TV pojawiają się bajki typu "Włatcy móch", które moim prywatnym zdaniem dużo silniej deprawują podatne na ingerencję najmłodsze umysły. Tak silnie krytykowany Harry Potter, mimo stosowania magii - zmaga się ze złem i propaguje szlachetne ludzkie odruchy i postawy. Nikt nie reaguje, gdy pojawiają się ekranizacje baśni polskich, gdzie pierwiastek diabelski przejawia się wielokrotnie. Jak więc to nazwać? Czy Kościół katolicki jest po prostu niedokładny w swoim działaniu? Czy też wypowiada się tylko wtedy, gdy oglądalność filmu sięga milionów na całym świecie?

Komentarze (38)
Na poprawę humoru - zima wieczorową porą...

A na poprawę humoru (głównie swojego) i dla zmiany tematu wstawiam kilka fotek. Zimowych rzecz jasna. Właściwie już bez komentarza. I robię sobie wolne. Na jakiś czas....Trzymajcie się ciepło! ;)

Komentarze (22)
Wizyta księdza

Za każdym razem kiedy ksiądz przychodzi po kolędzie przypomina mi się skecz Kabaretu Moralnego Niepokoju zatytułowany "Wizyta księdza". Kto nie widział - podaję linki, zobaczcie koniecznie!

Kabaret Moralnego Niepokoju - Wizyta księdza

Kabaret Moralnego Niepokoju - Wizyta księdza 2

Dobrze jest się śmiać, ale sporo w tym skeczu prawdy.

Wracając do księdza. Nie wiem jak to jest w większych miastach i blokach, ale w moim małym miasteczku rodzinnym odkąd pamiętam było tak, że ksiądz wybierał sobie na dzień dwie trzy ulice, ogłaszał to i danego dnia zaczynało się wielkie oczekiwanie. No właśnie. Nigdy nie mogłam tego pojąć. No bo przecież ksiądz - jak każdy inny człowiek - przyjdzie, zapuka i będzie. Czy to konieczne żeby siedzieć nieustannie w oknie przed i po wizycie? Patrzeć, z której strony duchowny przyjdzie i liczyć ile czasu spędzi u sąsiadki? Wychodzić i marznąć na zewnątrz i podpatrywać jak sąsiad biegnie do drugiego sąsiada pytając czy już coś wie? Odmawiać sobie posiłku, bo przecież w każdej chwili może nadejść ksiądz? Chyba nie. Nie musi to być aż tak przerysowane. Może nie wszędzie jest????

No tak to niestety zawsze wyglądało w moim rodzinnym miasteczku. Ta cała małomiasteczkowość...A i tak ksiądz zazwyczaj ludzi zaskoczył i przyszedł z innej strony niż się spodziewali.

No w każdym razie ksiądz był ekspresem. A ja myślałam, że się dzisiaj nie obudzę. Śniły mi się trumny, krzyże i wieńce... Ech.... Mam nadzieję, że to wbrew pozorom pomyślne znaki ;). pozdrawiam!

Komentarze (23)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |