iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Fatalny kwiecień

Kwiecień to jakiś fatalny miesiąc. Pięć lat temu (2.04 2005), rok temu w Kamieniu Pomorskim (13. 04. 2009) i dzisiaj (10.04.2010).

Wybaczcie proszę, ale nie mam dzisiaj nic więcej do powiedzenia. Nie potrafię znaleźć słów...

Wszystko oddaje cisza i milczenie....

[*]

Komentarze (11)
Restauracja to nie budka z zapiekankami

Czy wiecie czym różni się restauracja od budki z zapiekankami? Głównie tym, że w restauracji trzeba dłużej czekać. I o to się właśnie rozchodzi.

Jest taka jedna restauracyjka, w której lubię jadać (gdy czas i zasobność portfela na to pozwalają). Po pierwsze nie jest zbyt duża, a więc nie ma w niej tłoku. Nie trzeba przepychać się między stolikami i udawać, że nie słyszymy o czym rozmawiają sąsiedzi. Przestrzeni starcza dla każdego, można czuć się  swobodnie. Do tego jest przytulnie, wystrój nie przytłacza. Jest schludnie, elegancko i czysto. Do tego wspaniała zawsze uśmiechnięta obsługa i to co najważniejsze: rewelacyjne, zawsze świeże przygotowywane na miejscu jedzenie. Żadnego odgrzewania, żadnych mikrofalówek. Smacznie i zdrowo - aż chce się tam wracać!

Jedyny minus to to, że trzeba czekać. Sprawa wydaje mi się oczywista, skoro posiłki przyrządzane są od podstaw. Gotując w domu też nie jestem w stanie niczego przygotować w pięć minut- chyba, że z mikrofalówki albo z paczki, a nie o taki posiłek chodzi. Czas oczekiwania w restauracji, o której piszę to około 15-20 minut. Czasami krócej, zależnie od tego, ilu gości  znajduje się akurat w lokalu. Nigdy jednak nie przekracza granicy, którą podałam. Zresztą wybierając się do restauracji trzeba liczyć się z tym, że nie jest to budka z hot-dogami. Wyjście do restauracji ma zupełnie inny charakter - pozwala rozkoszować się chwilą, chłonąć atmosferę miejsca, delektować się rozmową.

Nie wszyscy jednak to rozumieją. Ostatnio byłam świadkiem przykrej sytuacji. Do restauracji przyszła jedna pani, rozejrzała się dokoła, po czym wybrała stolik przy oknie. Zamówiła herbatę i coś jeszcze, przy czym herbatę podano jej już po chwili. Nie minęło nawet 10 minut, a pani zrobiła kelnerce potężną awanturę - tak potężną, że chociaż się starałam to trudno było jej nie usłyszeć. Pani żądała podania jej posiłku natychmiast! Bo ileż można czekać!!! Nie było słychać co odpowiedziała kelnerka, ale z postawy wnioskuję, że przepraszała - cóż, w końcu klient nasz pan. Posiłek wkrótce podano, jednakże pani już do samego końca nie była niczym usatysfakcjonowana.

A moim zdaniem osobistość ta po prostu pomyliła lokale. Bo takie zachowanie nigdzie nie jest dobrze widziane. Może przy budce z zapiekankami zostałoby wybaczone, tutaj jednak wszyscy pozostali klienci poczuli się urażeni, zarówno nieuzasadnionymi pretensjami tejże pani, jak i jej głośnym zachowaniem.

Świat nas rozpieszcza, a technika przyzwyczaja do zaspokajania potrzeb natychmiast. Problem polega na tym, że często kosztem jakości. Jeśli więc chodzi o gastronomię trzeba wykazać się zrozumieniem. Wchodząc do restauracji rozkoszujmy się jej atmosferą i pamiętajmy, że nie jesteśmy jedynymi klientami. Warto też odnotować w pamięci, że nie jest to budka z hot-dogami, lecz elegancki lokal, w którym na dobry i ciepły posiłek trzeba poczekać. Kucharz jest bowiem tylko człowiekiem,a nie maszyną. Jeśli liczymy na małe arcydzieło sztuki kulinarnej - musimy poczekać 20 minut, tyle bowiem zajmuje jego przyrządzenie. Jeśli zaś żądamy przygotowania naszego zamówienia natychmiast - sprawmy sobie  mikrofalówkę i zostańmy w domu.

Na to co dobre - trzeba poczekać.

Komentarze (12)
Tacy jak my - osoby z zespołem Downa.

Dzisiaj obchodzimy Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa. To dobry moment, by dać społeczeństwu możliwość zdobycia niezbędnych informacji dotyczących tego defektu genetycznego. Jest to także doskonała okazja "oswojenia" społeczeństwa z problematyką zagadnienia.

ZESPÓŁ DOWNA  - WADA GENETYCZNA

Ogólnie rzecz ujmując, zespół Downa jest spowodowany obecnością dodatkowej kopii 21 chromosomu. Stąd Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa obchodzony jest właśnie 21 marca, gdzie 21 jest symbolem chromosomu, zaś marzec (trzeci miesiąc) symbolizuje jego trisomię.

Przyczyny występowania tej wady genetycznej na poziomie komórki i jej podziałów są poznane częściowo i stale badane. Wiemy natomiast - zostało to potwierdzone, że ryzyko urodzenia dziecka z zespołem Downa zwiększa się wraz z wiekiem potencjalnej matki.

Dodatkowe informacje na ten temat można znaleźć na stronie www.zespol-downa.website.pl/

BOIMY SIĘ TEGO CZEGO NIE ZNAMY

Kiedy poruszam temat zespołu Downa wśród znajomych, na niektórych twarzach widzę typowy grymas. To rezultat braku wiedzy i informacji. Mimo potężnego rozwoju mediów niektóre treści wciąż pozostają tabu. Mówi się o nich mało lub wcale, co wpływa na opinię publiczną. Boimy się tego, czego nie znamy. Jesteśmy przerażeni tym, czego nie potrafimy zrozumieć. A przecież czasy średniowiecza dawno minęły. Dziś nie topimy ani nie palimy na stosie domniemanych czarownic. W poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące nas pytania odwołujemy się do nauki. Mimo to społeczeństwo wciąż piętnuje każdą odmienność. Znane są przypadki dyskryminacji osób dotkniętych zespołem Downa, począwszy od społeczności lokalnych po szerokie fora publiczne. Jest to tym bardziej przykre, że dzisiejsza nauka  potrafi wyjaśnić przyczyny ich odmienności.

Inny nie znaczy zły.Osoby z zespołem Downa wymagają przede wszystkim więcej uwagi i ciepła, bo miłości potrzebują wszystkie dzieci bez wyjątku, zarówno te dotknięte wadami genetycznymi jak i te bez defektów.

Odmienność nie jest przestępstwem. Jest wynikiem wielu czynników oddziałujących na nas od chwili poczęcia. Nie mamy wpływu na to, jakim urodzimy się człowiekiem. Nie wybieramy sobie koloru skóry czy oczu. Nie ponosimy za to odpowiedzialności. Osoby dotknięte zespołem Downa także nie wybrały sobie tego losu. Dlatego też powinniśmy pamiętać, że pod tym względem dyskryminacja osób z zespołem Downa jest bliska dyskryminacji rasowej.

Przemilczanie problemu, jego niezauważanie i spychanie osób nim dotkniętych na margines społeczny jest niewybaczalne.

Osoby dotknięte zespołem Downa są takimi samymi ludźmi jak my, tyle, że urodziły się z wadą genetyczną. Mają większe szanse na prawidłowy rozwój w społeczeństwie, które je akceptuje, niż w takim, które spycha je na margines. Dlatego potrzebne są akcje informacyjne pogłębiające wiedzę społeczeństwa i budzące świadome pozytywne odruchy względem osób z trisomią 21 chromosomu. Potrzebne są programy umożliwiające takim osobom w miarę normalne życie. Wreszcie potrzebne są takie dni jak ten dzisiejszy, byśmy otworzyli się na innych ludzi. Najwyższy czas, abyśmy przestali bać się ich odmienności i potrafili ją zrozumieć. 

Komentarze (9)
"Niecierpliwość to okropnie brzydka wada"

Niecierpliwość to bardzo brzydka wada. Niestety, w pewnych sytuacjach dotyka każdego z nas...

Znajomi otworzyli klub. No właściwie nie otworzyli - raczej reaktywowali. Klub powstał w miejscu starego, zmienili się zarządzający, czyli właściciele. A żeby nikt nie zarzucił mi nieścisłości - zmieniła się ich połowa. Jedna osoba odeszła, inna zajęła jej miejsce. Jedną spółkę rozwiązano, inną zawiązano. Chyba wystarczająco nakreśliłam sytuację, a więc do rzeczy.

Klub odremontowano. Jego usytuowanie wykluczało przebudowę pomieszczeń, dlatego głównymi elementami remontu były: malowanie, sprzątanie, zakup nowych mebli oraz odświeżenie i wyeksponowanie baru. Moim skromnym zdaniem wyszło całkiem nieźle, biorąc pod uwagę ograniczone możliwości samego miejsca.

Zamiarem nowych właścicieli była również zmiana klienteli, która za "starych czasów" bynajmniej  nie stanowiła elity i prezentowała poziom wtórnego analfabetyzmu. Klienci to byli nie najlepsi nie tylko ze względów czysto kulturalnych, ale także (i przede wszystkim) dlatego, że nie zostawiali w lokalu "porządnej gotówki" i straszyli resztki "normalnych" i pożądanych odbiorców. Dlatego nowi właściciele  w pierwszym rzędzie postarali się o porządny monitoring i ochronę, która przeprowadzałaby selekcję przy wejściu do klubu. Problemu mieli z tym co niemiara, bowiem zła sława lokalu obiegła szeroko całe miasto i nikt nie chciał podjąć się tego zadania. Wreszcie znaleziono odpowiednie osoby i klub został otwarty.

Nowi właściciele postanowili zupełnie zmienić politykę lokalu. Selekcja klienteli i nowy image klubu stanowiły początek zmian. Kolejne miały postawić go na nogi, sprawić by tętnił życiem. Toteż wprowadzono szereg atrakcji i promocji, zainwestowano w reklamę.

Najtrudniejsze jednak wciąż przed nimi. Kiedy otwiera się zupełnie nowy klub - ma on czystą kartę. Kiedy reaktywuje się stary - zmiana wystroju i właścicieli niestety nie wystarcza. Na dobrą opinię trzeba pracować dwa razy ciężej. Przede wszystkim trzeba odpracować złą sławę poprzedniego lokalu, przekonać klientów, że "teraz będzie inaczej", a to niemalże graniczy  z cudem. Ludzie kochają uprzedzenia, a zła opinia niesie się dalej i pozostaje na dłużej. Trudno z nią walczyć. Do tego należy dodać "ośli" upór i niecierpliwość. Ludzie oczekują zmian natychmiast. Tymczasem niektóre zmiany trzeba po prostu wypracować - a to wymaga czasu.

Istnieją klienci, którzy zrażeni starymi doświadczeniami nawet nie sprawdzają nowego lokalu - od razu wystawiają mu złą opinię wśród znajomych i nieznajomych. A cóż takiego mogło się zmienić? rzucają przez ramię. Jest tak jak było. Nie polecam.

Tymczasem ja się pofatygowałam, sprawdziłam i wiem, że jest inaczej. To prawda, że właścicieli klubu czeka jeszcze wiele pracy, ale zmiany są widoczne. Tyle, że na efekty tych zmian trzeba poczekać.

Podobnie jest w życiu. Gdy ktoś obiecuje się zmienić - oczekujemy całkowitego przeobrażenia już następnego dnia. Nie dostrzegamy drobnych przemian. Spodziewamy się potężnego uderzenia, zaskoczenia. Chcemy, by nowe cechy charakteru naszego partnera raziły w oczy. A one nie rażą. Często pozostają przez nas niezauważone. Przychodzą cicho i tak samo cicho odchodzą, kiedy są niedoceniane. Prawdziwe zmiany wymagają czasu. I czegoś jeszcze. To "coś" nazywamy cierpliwością.  Dotyczy to w równym stopniu tego, który się zmienia jak i tego, który zmian oczekuje.

Zakończę słowami piosenki Kasi Sobczyk: "Niecierpliwość to okropnie brzydka wada. Przez tę wadę się niekiedy głupio wpada"...

Dla tych, którzy wolą słuchać niż czytać - wersja audio (plus wideo):)

 

Komentarze (7)
Koniczynka na szczęście czyli everyone's Irish

Drobna, zielona,delikatna... Koniczyna. Wkrótce będzie można ją spotkać na łąkach i trawnikach. Mówimy, że jest pospolita. Tymczasem właśnie z koniczyną wiąże się niezwykła historia.

Już jutro 17 marca. Dla Irlandczyków jest to data niezwykła, oznacza bowiem święto narodowe - dzień św. Patryka. Jednakże wspomniane święto jest obchodzone także poza Irlandią, między innymi w Polsce.

KIM BYŁ ŚW. PATRYK ?

Krótko mówiąc - był misjonarzem, który przyczynił się do chrystianizacji Irlandii. Żył na przełomie IV i V wieku. Nie wiadomo skąd dokładnie pochodził. Niektóre źródła podają, że jego rodzimą ziemią była Szkocja, inne wymieniają Bretanię. Żywot świętego obfitował w nieszczęśliwe wydarzenia. Wystarczy wspomnieć choćby porwanie przez piratów czy też przebywanie w niewoli. Nie pozostało to bez wpływu na dalsze jego losy. Po latach cierpień zdecydował się służyć Bogu i nawracać Irlandczyków na wiarę chrześcijańską. 

Żywot św. Patryka jest niezwykle ciekawy, dlatego wszystkim, którzy mają ochotę go nieco zgłębić polecam następujące linki:

Święty Patryk

Święty Patryk 2

Jeśli wierzyć informacjom przedstawianym w internecie, św. Patryk jest obecnie jednym z najbardziej znanych i popularnych świętych. Zapewne głównie za sprawą swego święta.

DZIEŃ ŚW. PATRYKA - ZIELEŃ I KONICZYNA

Św. Patryk zmarł (prawdopodobnie) 17 marca (w 461r) i dlatego ten dzień  roku ustanowiono jego świętem. W Irlandii jest ono obchodzone hucznie i wesoło, z tańcami, gdyż tego dnia nie obowiązuje post, a rozpoczyna je poranna msza w kościele.

W dniu św. Patryka świętujący ubierają się na zielono, co nawiązuje do irlandzkiego krajobrazu (poza tym zieleń stanowi barwę narodową Irlandii). Ten, kto nie będzie miał na sobie ani odrobiny zieleni w dniu święta - może być podszczypywany przez innych. Wszędzie można się także natknąć na trójlistną koniczynę, symbol święta i jednocześnie godło Irlandii. Legenda głosi, że na przykładzie trójlistnej koniczyny św. Patryk wyjaśniał nawracanym ludziom istnienie jednego Boga w trzech osobach. Stąd do dziś koniczyna pozostała symbolem krzyża i Trójcy Świętej. Warto dodać, że w czasach przedchrześcijańskich koniczyna była magiczną rośliną druidów. Św. Patryk umiejętnie wykorzystał stare wierzenia do wprowadzenia i umocnienia nowej wiary.

Istnieją także inne legendy związane z tym szczególnym dniem. Możecie je znaleźć tutaj

W dniu św. Patryka koniczyną przyozdabia się domy, twarze, ubrania - jej wizerunki można spotkać wszędzie. Ten, kto tego dnia znajdzie koniczynkę czterolistną - będzie miał podwójne szczęście.

Jeśli więc nie macie planów na 17 marca - może warto wykopać spod ziemi jakąś koniczynę? :) Oczywiście zwały śniegu mogą stanowić tu pewne utrudnienie, ale dla chcącego nic trudnego ;P. Everyone's Irish on St. Patrick's Day, może więc warto oddać się irlandzkiemu nastrojowi tego szczególnego dnia i poczuć tchnienie wiosny, które ze sobą niesie? :)

Życzę wszystkim wesołego dnia i przesyłam koniczynkę - na szczęście :).

P.S. Dla niewtajemniczonych - krótki film instruktażowy  pokazujący jak świętować dzień św. Patryka jak prawdziwy Irlandczyk :)

Komentarze (11)
NKPO w natarciu!

Jestem chyba jedyną osobą w swoim otoczeniu, która kompletnie nie interesuje się życiem sąsiadów. Nie wiem kto ile ma w portfelu, nie wiem kto z kim się "szlaja", nie wiem kto z kim się rozwodzi. Krótko mówiąc - w opinii tubylców - nie wiem nic. Ten brak wiedzy nieszczególnie mi doskwiera. W tym jednym przypadku im mniej wiem, tym lepiej się czuję i tym lepiej układają się moje stosunki  z sąsiadami. Bowiem gdy cała okolica nagle dzieli się na dwa fronty, obstając za sąsiadem lub sąsiadką, ja nieświadoma sytuacji mam dobry kontakt z obojgiem :).

Naturalnie swoją ignorancją dla prywatnego życia tutejszej społeczności obrażam Naczelne Koło Plotkar Osiedlowych (w skrócie NKPO), toteż i mnie zapewne biorą na języki, dopisując historii mojego życia różne "ciekawe" wątki. Najwyraźniej moje jestestwo wydaje im się nudne, więc ubarwiają je i dodają mu pikanterii...

Wczoraj jedna pani z NKPO chciała się ze mną podzielić najświeższymi informacjami (zapewne świeżo "wyprodukowanymi" w umysłach członkiń koła). Zaczęło się jak zwykle, od tego oklepanego pytania: A wiesz, że Kowalski to...? Chciałam jej brzydko przerwać i odpowiedzieć: Nie, nie wiem. I nie chcę wiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język. Paniom z NKPO lepiej się nie narażać :P. Toteż uśmiechnęłam się grzecznie i wskazałam na zegarek, co miało oznaczać, że mi się spieszy. Zaczęłam już nawet powoli odchodzić w swoją stronę, gdy z ust mojej rozmówczyni wyrwało się pełne oburzenia: Bo ty to się zupełnie nie interesujesz tym, co się dokoła Ciebie dzieje!. No nie powiem, zwróciło to moją uwagę - bo zabrzmiało zupełnie jak zarzut. I to JAWNY, a panie z NKPO nigdy niczego nie mówią wprost - wolą mówić za plecami samego zainteresowanego. Czyżby postępy w szeregach, zmiany w działalności? Może... Ale żeby zarzucić mi brak zainteresowania tym co się dzieje? Bzdura!!! Oczywiście, że się interesuję: służbą zdrowia, przyszłymi wyborami, stanem dróg, nowymi ustawami - czyli w moim pojęciu tym co istotne. Życie prywatne moich sąsiadów nie leży w kręgu spraw najważniejszych dla mojego bytu.

Tymczasem - podczas gdy ja zastanawiałam się nad owym progresem w postępowaniu członkiń NKPO i analizowałam własne zainteresowania, oburzenie mojej rozmówczyni zdawało się narastać. Nie zważając na to, że zaburza moje procesy myślowe, kontynuowała swój monolog: Ja chciałam ci powiedzieć TAKĄ rzecz!!! Straszną, co u Kowalskich się stała!!! A ty jak zwykle nie masz czasu! Ty nigdy nie masz dla nas czasu. Zawsze gdzieś się spieszysz. jak można tak lekceważyć ludzi pośród których się żyje?! Przecież to także twoja sprawa!!!  W tym miejscu pani z NKPO przerwała, prawdopodobnie zbierając siły do kolejnego ataku. Niestety, nie zwróciła uwagi na fakt, że jej ostatnie zdanie przykuło moją uwagę wystarczająco mocno. Pani Z. - zaczęłam - Po pierwsze to nie jest ani moja ani pani sprawa. Nie zamierzam się wtrącać i pani też raczej nie powinna.

Trzeba było przemyśleć te słowa zanim je wypowiedziałam, ale było już za późno. Moja rozmówczyni zapowietrzyła się, poczerwieniała, po czym wyrzuciła z siebie słowa jak pociski z karabinu maszynowego: Ależ ja się nie wtrącam! Jak śmiesz coś takiego sugerować? Ja ci tylko chciałam powiedzieć dla twojego dobra co tu się wyrabia! Bo ci Kowalscy to tacy porządni ludzie kiedyś byli! I wiesz co? Zgadnij! No..? ROZWODZĄ SIĘ!!! W tym miejscu pani z NKPO wytrzeszczyła na mnie oczy i zrobiła efektowną pauzę. Z trudem powstrzymałam cisnący się na usta uśmiech i chęć uświadomienia pani Z., że ludzie rozwodzili się i rozwodzić się będą, że w obecnych czasach to całkiem normalne i nikogo nie dziwi. Z trudem również powstrzymałam się od powiedzenia mojej rozmówczyni, że o niej samej i jej mężu również ludzie gadają - i to nikt inny, jak jej koleżanki z NKPO. O tym, że i on, i ona kogoś mają na boku, i w sumie wcale nie żyją razem. Tylko, że wstyd im się rozwieść. I jest to rodzaj tajemnicy publicznej. Wszyscy o tym wiedzą, ale państwo Z. gorliwie zaprzeczają, mimo, że on co drugi dzień nocuje poza domem. Itd... Nie wiem czy to prawda, bo nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby bliżej się tym zainteresować. Plotki mnie po prostu nudzą i męczą. Nie lubię zaśmiecać sobie głowy niepotrzebnymi informacjami...

Grzecznie zbyłam panią Z. mówiąc, że problemy sąsiadów nie są moją sprawą i że każdy powinien prać brudy w swoim domu a nie publicznie. O ile mi wiadomo, Kowalscy nie chodzą po ludziach i nie opowiadają o swoim rozwodzie, w związku z czym członkinie NKPO również nie powinny. Odpowiedziało mi machnięcie ręki. Pani Z. wróciła do swojego domu i stanęła w oknie, polując na kolejną ofiarę, którą trzeba uświadomić w kwestii sąsiedzkich zbrodni...

Prawda jest taka, że każdy ma swoje buty i nie powinien z nimi włazić w życie innych. Jeśli ktoś przychodzi się nam wyżalić lub porozmawiać, to jesteśmy zobowiązani do zachowania tego w tajemnicy, szczególnie wtedy, gdy ktoś prosi nas o dyskrecję. Bo życie innych ludzi nie jest dobrem publicznym. Jest ich prywatną sprawą. Doskonale potrafię wczuć się w sytuację, w której każda napotkana osoba wypytuje o szczegóły życia małżeńskiego i zadaje niedyskretne pytania. Do przyjemnych rzeczy to nie należy, bywa wręcz upokarzające. Dlatego nie obchodzą mnie cudze rozwody. Dla mnie ważne jest to, że Kowalska to przesympatyczna osoba, a Kowalski to facet,  na którego pomocną dłoń można liczyć. W stosunku do mnie oboje zawsze są bardzo grzeczni i nigdy żadnej krzywdy mi nie zrobili. O ile wiem - nikomu innemu też nie. I to wszystko co mnie interesuje w tym temacie.

Domyślam się, że dzisiaj to ja jestem tematem numer jeden członkiń NKPO, jako jednostka zupełnie aspołeczna i lekceważąca najistotniejsze sprawy lokalnej społeczności  :))).

Komentarze (23)
Kobieta-reżyser dostała Oscara! Święto z goździkiem w tle.

Oscary rozdane! I tu miły akcent idealnie pasujący do Dnia Kobiet: Oscara za reżyserię otrzymała KOBIETA, po raz pierwszy w historii! Nagrodę przyznano  Kathryn Bigelow, za wyreżyserowanie filmu "The Hurt Locker. W pułapce wojny".

O filmie niewiele mogę powiedzieć, ponieważ jeszcze nie miałam okazji go widzieć. Mam więc trochę do nadrobienia, zwłaszcza, że nie był to jedyny Oscar zdobyty przez wspomniany film. Pozostałe nagrody "The Hurt Locker" zdobył w kategoriach: najlepszy film, najlepszy scenariusz oryginalny, najlepszy montaż, najlepszy montaż dźwięku i najlepszy dźwięk. Chyba niczego nie pominęłam :). Krótko mówiąc - ten film trzeba po prostu zobaczyć.

Głośny "Avatar"  otrzymał Oscara za najlepsze zdjęcia, najlepsze efekty specjalne, najlepszą scenografię i dekorację wnętrz. A więc tylko trzy statuetki powędrowały do filmu, który przez niektórych nazywany był "pewniakiem" na tegorocznym rozdaniu Oscarów.

Wracając do Dnia Kobiet. Przyjęło się, że tego dnia panowie ofiarowują paniom symboliczny kwiatek. Wiele lat temu takim symbolicznym kwiatkiem był goździk. Wszystko jednak się zmienia. Zwyczaje w tej materii przeszły ewolucję. Goździk przeszedł do historii. Dziś najczęściej ofiarowywanym w tym dniu kwiatem jest tulipan. To już niemalże wieloletnia tradycja, przynajmniej w  moich okolicach. I tak - chcąc nie chcąc, tulipan kojarzy mi się jednoznacznie z Dniem Kobiet i oczywiście z wiosną :)

Tak więc wszystkim Paniom życzę wielu radości, spełnienia i całych bukietów tulipanów oraz koszy pełnych czekoladek. Niech ten dzień będzie wyjątkowy - wszak jesteśmy kobietami i nie mamy się czego wstydzić. Czemuż więc miałybyśmy nie obchodzić tego jednego szczególnego dnia w roku?

Komentarze (6)
Czy lubisz to co robisz? Ankieta.

Prawie nikt z moich znajomych nie pracuje w wyuczonym zawodzie. Większość z nich rozgląda się za nową pracą - taką, która spełniałaby ich oczekiwania finansowe i dawała im satysfakcję. Bez skutku.

Statystyczny Polak nie lubi swojej pracy. Jest nią znudzony i traktuje ją jak przykry obowiązek. Dzieje się tak głównie dlatego, że wyuczył się zupełnie innego zawodu. Niestety okoliczności zmusiły go do podjęcia pracy niezgodnej z jego zainteresowaniami.

Żyjemy w czasach, w których chwytamy się każdego zajęcia przynoszącego dochód. Mało tego - wybierając kierunek studiów często kierujemy się już nie tyle zainteresowaniami, ile możliwością znalezienia pracy w danym zawodzie. W dzisiejszym świecie ktoś, kto pracuje w zawodzie zgodnym z jego wykształceniem, może nazywać siebie szczęściarzem. A jeśli dodatkowo jest to zawód zgodny z jego zainteresowaniami, dający mu satysfakcję - przed słowem szczęściarz może dopisać wyjątkowy.

Wielu z nas ma więcej niż jeden wyuczony zawód. W pogoni za pracą, nieustannie doskonalimy swoje umiejętności i nabywamy nowe. Jeśli tylko nas na to stać, kończymy dodatkowe szkoły i kursy. Dzielimy czas między obowiązki domowe, pracę i naukę.

Podejmując pracę coraz rzadziej zwracamy uwagę na to, czy będzie ona dla nas satysfakcjonująca,  pierwsze skrzypce gra wynagrodzenie jakie możemy za daną pracę otrzymać.

To wszystko znak naszych czasów.

A jak to jest z Wami? Czy lubicie swoją pracę? Czy też marzycie o zupełnie innym, przynoszącym satysfakcję zajęciu? Co jest dla Was ważniejsze - wynagrodzenie czy satysfakcja z wykonywanej pracy? Proponuję Wam ankietę, która pozwoli mi określić jak powyższy problem kształtuje się wśród społeczności iWoman. Zachęcam do głosowania. Wkrótce wyniki pozostałych ankiet.

Serdecznie pozdrawiam :)

Komentarze (14)
Dziecko mniej cenne niż dorosły? Zbrodnia i kara.

Aż mnie zatrzęsło!!!

Nie miałam ostatnio specjalnie czasu ani ochoty pisać. Podobnie też było dzisiaj. Do chwili, kiedy zobaczyłam TEN materiał.

Zmęczona zasiadłam przed telewizorem. Godzina Panoramy, której co prawda nie oglądam regularnie, ale czasami lubię dowiedzieć się co to nowego wyprawia się w naszym kraju. A wyprawia się wiele i to nie od dziś! A jednak za każdym razem jestem zszokowana.

Zbrodnia...

Matka, 28- letnia kobieta nadużywająca alkoholu, zakopała swoje nowo narodzone dziecko w przydomowym ogródku. Zakopała je ŻYWCEM. Tak twierdzi sama bohaterka tej historii. W stanie uniesienia alkoholowego bowiem zdecydowała pochwalić się swoim czynem. Jedna z sąsiadek przysłuchująca się tym opowieściom, w krótkim wywiadzie przed kamerą stwierdziła, że owej wyrodnej matce nie popłynęła nawet jedna łza, kiedy opowiadała o tym jak zasypywała piachem PŁACZĄCEGO noworodka.

Kobietę aresztowano i postawiono ją w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa noworodka. Naturalnie obecnie przeprowadza się całe dochodzenie i szereg specjalistycznych badań. Zwłaszcza, że kobieta wskazała miejsce ukrycia zwłok trojga innych noworodków. Policja aktualnie to sprawdza.

... i kara. Absurdalne paragrafy?

Nie jest to pierwszy taki przypadek w Polsce. Wszyscy pamiętamy sprawę dzieci w beczce po kapuście. I kilka innych... Co dzieje się z tymi kobietami? Czy to zaburzenia psychiczne? Czy może znak naszych czasów? Czy to brak umiejętności odróżniania dobra od zła, brak kręgosłupa moralnego? Odpowiedź pozostawiam ekspertom.

Mnie nurtuje inna kwestia. Jak to możliwe, że wedle naszego prawa, za dzieciobójstwo grozi kara TYLKO od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności???! Tak mówi artykuł 149 kodeksu karnego. Jak to się stało, że tak nisko wyceniono życie dziecka?

Poczytałam trochę i jak się okazuje wyróżnia się coś takiego jak podstawowy typ zabójstwa, kwalifikowane typy zabójstwa (zwane morderstwami) oraz uprzywilejowane typy zabójstwa. Każdemu typowi przyporządkowane są pewne wymiary kar.

Artykuł 148 § 1 kodeksu karnego określa typ podstawowy zabójstwa i mówi tak : Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

Moje pytanie brzmi: a czy dziecko nie jest człowiekiem?! Ale idźmy dalej. Omawiany przypadek dzieciobójstwa należy do uprzywilejowanych typów zabójstw, tuż obok zabójstwa w afekcie oraz zabójstwa na żądanie i pod wpływem współczucia. O ile mogę pojąć "uprzywilejowanie" dwóch ostatnich typów zabójstwa, o tyle nie potrafię dostrzec go w przypadku dzieciobójstwa.

Spójrzcie. Zabójstwo w afekcie grozi karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat. Zabójstwo na żądanie i pod wpływem współczucia grozi karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Dokładnie tak samo jak w przypadku dzieciobójstwa!!!

Nie jestem prawnikiem. Nie znam się na paragrafach. Ale jestem człowiekiem i taki system kar wydaje mi się bardzo niesprawiedliwy. Dlaczego dzieciobójstwo uznawane jest za uprzywilejowany typ zabójstwa? Zabijasz dorosłego człowieka - grozi Ci od osiem, 25lat, a czasem i dożywocie. Zabijasz niewinne dziecko - i maksymalne grozi Ci pięć lat. Gdzie tu sens i logika??? Dzieciobójstwo jest na pewno szczególną zbrodnią - szczególnie okrutną i makabryczną - i powinien na to istnieć odpowiedni paragraf, ale z pewnością nie taki jak ten, który jest stosowany. Dzieciobójstwo zasługuje na surowy wymiar kary, dużo surowszy niż pięć lat.

I niech nikt nie mówi, że bywają różne sytuacje. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale te szczególne sytuacje powinno się chyba rozpatrywać pod kątem okoliczności łagodzących.

Zabójstwo dziecka powinno być traktowane tak samo jak zabójstwo dorosłego człowieka. Bo dziecko JEST człowiekiem. A "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności"

Jak w takim razie możemy twierdzić, że nasze prawo jest sprawiedliwe? Jak możemy uważać, że wszystko jest w porządku? Zwłaszcza w obliczu tylu tragedii, które wydarzyły się na przestrzeni ostatnich lat! Prawo jest potrzebne. Prawo jest niezbędne. Ale chyba warto zweryfikować pewne przyjęte paragrafy i ustanowić nowe wymiary kar

Komentarze (13)
Nasi najlepsi - Kowalczyk i Małysz

Mamy brąz!!! Justyna Kowalczyk wywalczyła trzecie miejsce w biegu łączonym. Nie był to łatwy bieg. Justyna mówi, że czuje się spełniona jako sportowiec i ma ku temu pełne prawo. Zdobyła już dwa medale olimpijskie! I to zaledwie w trzy dni, jak wszyscy podkreślają. Justyna się cieszy a my cieszymy się wraz z Nią.

Nie wszyscy jednak podzielają tę radość. Niektórzy wydają się być zawiedzeni. Liczyli na złoto. Widzieli w Justynie faworytkę. Byli pewni zwycięstwa. Jedyną pełną pokory osobą pozostała chyba sama Justyna, mówiąc, że nie jest faworytką, tylko dziewczyną w życiowej formie.

Presja bycia faworytem i oczekiwania fanów niosą ze sobą ogromny stres. Łatwo jest siedzieć przed telewizorem i komentować wszystkie posunięcia sportowców - trudno zaś być tam i walczyć o medale. Ilu z nas byłoby w stanie to zrobić? Nikt. Bo do tego trzeba lat treningu, żelaznej woli, konsekwencji. Do tego trzeba samozaparcia. Powiem więcej - trzeba też talentu i oczywiście ogromnego nakładu pracy.

Nie jestem jakąś ogromną fanką sportu czy samych igrzysk. Ale wczoraj usadowiłam się przed telewizorem, żeby zobaczyć jak nasza Justyna daje z siebie wszystko i wygrywa medal. Widok Polki w pierwszej piątce spełnił moje oczekiwania a zdobyty medal je przerósł. Jestem z Niej dumna. W Polsce nie ma lepszej od Niej, a na świecie nasza Justyna Kowalczyk mieści się w ścisłej czołówce. Czegóż chcieć więcej?

Zawsze jednak znajdzie się grupa malkontentów i narzekających. Zawsze znajdzie się grupa niezadowolonych i zawiedzionych. Tylko kto dał im prawo oceniania ciężkiej pracy innych? Nikt z nas nie pojechałby lepiej niż Justyna. Nikt w Polsce nie pojechałby lepiej niż Ona. I należy się Jej nasz pełny szacunek i uznanie. Pozostaje nam trzymać za Nią kciuki i życzyć dalszych sukcesów.

Niestety, Polacy mają już taką dziwną, trudną do nazwania wadę, że zbyt pochopnie wyciągają wnioski i popadają w skrajności. Przypomnijmy sobie, ile razy pojawiały się głosy, że Adam Małysz powinien skończyć karierę. Że nie skacze już tak dobrze jak wcześniej. Pozwólcie, że wtrącę tu pytanie: a czy któryś z Polaków skacze lepiej niż Małysz? Bez względu na to czy Adam jest w formie, czy też nie - i tak jest naszym najlepszym skoczkiem. Dlaczego więc chcemy zrezygnować z najlepszego spośród nas??? Poza tym  Adam już wielokrotnie pokazał, że potrafi odbudować formę. Wciąż zajmuje miejsca w czołówkach, a wśród Polaków jest bezkonkurencyjny. Skoro więc chce nadal skakać - niech skacze. Z pewnością wiele razy nas jeszcze zaskoczy. I swoich rywali także.

Nasi sportowcy są dla nas powodem do dumy. Z medalami czy bez - tutaj są najlepsi. Tak długo jak dają z siebie wszystko i spełniają własne oczekiwania - spełniają także i nasze. Możemy im tylko gratulować odwagi, pasji i hartu ducha. Trzymam za nich kciuki. Stanowią doskonałą ilustrację tego, że ciężka praca, konsekwencja i pokora pozwalają wiele osiągnąć. Dla mnie i bez olimpijskich laurów są mistrzami.

Komentarze (11)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |