iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jak to życie potrafi zaskoczyć...

Nie było mnie, oj nie było mnie długo. Wyszłam za mąż i miałam zaraz wrócić, ale... wciągnęło mnie na dobre. Pranie, gotowanie, sprzątanie no i zagadka znikających skarpetek, o której pisze czarnapantera :). Żartuję. Z tym małżeństwem to trochę przesadziłam. Nie wyszłam za mąż - jakże bym śmiała nie poinformowawszy Was wcześniej :). Ale problem ze znikającymi rzeczami mam, a owszem. Czasami to sama czuję się tak, jakbym wpadła w jakąś czarną dziurę. Szczególnie deficytowy jest czas, który - uwierzcie - po prostu przecieka mi przez palce. Mam jeszcze tyle planów, spraw do załatwienia, tyle chcę zobaczyć, poznać, zrobić - a zwykłe 24h nie wystarczają mi by sprostać obowiązkom, których się podjęłam.

Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że mam mnóstwo wolnego czasu i muszę coś z tym zrobić. Zrobiłam. Zapomniałam uwzględnić sen i posiłki. Ale jakoś daję sobie radę :). Życie mnie nie rozpieszcza i wciąż potrafi zaskoczyć. Jak ostatnio...

Ileś lat temu poznałam człowieka, który zawładnął moim sercem bezgranicznie. Człowiek ów, nazwijmy go umownie X, jawił mi się jako stworzenie iście nieziemskie. Cóż to była za miłość! Taka, o której rozpisują się poeci, marzą wszystkie nastolatki, taka, której obraz nosi się w sercu do grobowej deski. I taka zupełnie mało mająca wspólnego z życiem, bo to właśnie życie nas rozdzieliło. Tego związku nie skończyło żadne z nas, po prostu musieliśmy się rozstać, rozdzieliły nas okoliczności. X podjął twardą i nieodwołalną decyzję nie widząc innego rozwiązania. A ja? Ja uważałam że inne rozwiązanie istnieje, z tym, że byłoby o wiele wiele trudniejsze do wprowadzenia w życie. Cóż, zawsze byłam nieco oderwana od ziemi... Czas mijał a ja wypłakiwałam sobie oczęta za panem X, marzyłam o chwili, w której do mnie wróci, powie, że zrozumiał błędy itd, tworzyłam coś na kształt poezji z deszczu, mgły i kilku wspomnień, które mi po nim zostały. Po nim i po naszej miłości. Marzyłam... Ale tylko marzyłam, bo wiedziałam, że X ma narzeczoną, z którą co prawda mu się nie układa, ale którą rodzina X jest zachwycona.

Tak więc płakałam i godziłam się z losem, prawie jak bohater romantyczny, wystarczyłoby tylko dołożyć konflikt wewnętrzny żeby targał mną na wszystkie strony. Długo nie mogłam się przemóc, żeby zacząć się spotykać z kimś nowym. To ten upragniony i wytęskniony X przekonywał mnie stale, że powinnam sobie ułożyć życie bez niego, założyć rodzinę, wychować męża (to ostatnie dopowiadałam sobie sama ;P )... Wreszcie doszłam do wniosku, że jestem na to gotowa. W końcu ile lat można opłakiwać coś, co skończyło się zanim na dobre się zaczęło? Szkoda życia! Nie udało mi się zapomnieć, ale udało mi się pogodzić z sytuacją i żyć dalej. W tym godzeniu się z losem i sytuacją bardzo pomocny okazał się Y, którego wówczas poznałam. Y wniósł do mojego życia wiele słońca i nadziei. Przy nim odżyłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam, że jestem dla kogoś ważniejsza niż wszystko inne.

Od tamtej pory minął prawie rok. Okazało się, że miłość może uskrzydlać nie rozdzierając człowieka w środku. Że potrafi być bezinteresowna i przynosić poczucie bezpieczeństwa. Że stałe konflikty czy awantury nie muszą być jej częścią. Za to są nią spokój i harmonia.

Około 2 tygodni temu dowiedziałam się, że pan X zerwał ze swoją narzeczoną. Że bardzo żałuje wyboru jakiego dokonał przed laty. Że do dziś żałuje, że nie walczył - o mnie i o nas. Dostałam również intrygującą wiadomość od członka jego rodziny z prośbą: "Wróć".

Poczułam się tak, jakbym dostała cegłą w głowę. Wróć? Teraz? Po tym wszystkim? Przez dwa dni chodziłam skołowana i niepewna już niczego. Życie dołożyło mi konflikt wewnętrzny, o którym pisałam wcześniej :). Bo oto na wyciągnięcie ręki mam tą wyśnioną wymarzoną wytęsknioną miłość opiewaną przez poetów. A z drugiej strony miłość zrównoważoną, spokojną, jasną... Miłość, która nie nakłada na mnie ograniczeń i daje mi prawdziwą wolność.

Życie potrafi zaskoczyć. I ludzie, których znamy również potrafią nas zaskoczyć. Ale najbardziej zaskakujemy sami siebie, kiedy dociera do nas, że ta miłość - szalona, zwariowana, dla której gotowi jesteśmy skoczyć w ogień, to nie taka miłość której pragniemy. Prawdziwa miłość nie wymaga od nas bezsensownych poświęceń. Prawdziwa miłość to ta, która dodaje nam skrzydeł, byśmy mogli wznieść się wysoko, ale nie zakłada nam przy tym łańcucha na szyję.Wiele innych uczuć często przybiera maskę miłości, po to by po jakimś czasie ukazać swoje prawdziwe oblicze. Nie dajmy się temu zwieść...

Jak myślicie, którą miłość wybrałam? :)

Komentarze (8)
Styropianowe refleksje

Głupota niestety nie jest chorobą. A szkoda, bo gdyby była, można byłoby próbować ją leczyć. Albo chociaż mieć nadzieję, że ktoś kiedyś wynajdzie na nią lekarstwo. A tak zostaje jedynie pogodzić się z faktami. Mój znajomy mawia, że gdyby głupota miała skrzydła i mogła latać - mało kto pozostałby na ziemi. Coś w tym jest.

Panowie z firmy ocieplającej budynek - mimo wcześniejszych namiętnych zapewnień, że już nie będą tego robić - wciąż torturują nas od najwcześniejszych godzin rannych. Dochodzę do wniosku, że lubią urozmaicenia w pracy w postaci telefonów mieszkańców. Na pewno lubią też dni zaprawione nutką ryzyka, kiedy to mój sąsiad odgraża się im, że jak jeszcze raz obudzą mu dziecko to...

Na szczęście przemili panowie mniej klną. Czasem jeszcze wymknie się któremuś jakieś wulgarne słówko, ale częściej pod nosem niż na cały głos. Chociaż tyle dobrego. Ze złych rzeczy doszedł sypiący się do mieszkania styropian. Wszędzie go pełno, nie nadążam sprzątać. To efekt otwartego na chwilę okna. Potrzebowałam świeżego powietrza, dlatego zdecydowałam się na ten krok. Teraz czeka mnie porządne sprzątanie. Ale warto było ;).

Styropian sprzyja refleksjom. Ocieplamy domy, żeby nie marznąć zimą. Żeby mieszkało się przytulnie i przyjemnie. Żeby uniknąć dodatkowych kosztów. Pomyślałam sobie, że w życiu jest tak samo. Każdy z nas jest jak ten budynek, który przetrwa bez ocieplania. Ale nie będzie się już mieszkało tak dobrze. Pojawi się wilgoć, a koszty ogrzewania będą znacznie wyższe. Tak samo jest z nami, ludźmi. Potrafimy trwać bez miłości. Ale bez niej gorzkniejemy. Wyzbywamy się pewnej radości. Brak nam pewnego rodzaju ciepła. Szukamy więc miłości, by ocieplić nasze życie. By żyło się przyjemniej, bezpieczniej, przytulniej. Żeby było się do kogo przytulić, żeby było się do kogo uśmiechać. Miłość jest trochę jak styropian :). Otula nas i ociepla nasze życie. Sprawia, że staje się ono lżejsze i łatwiejsze. Bo każdy bagaż niesiony we dwoje wydaje się lżejszy, a każda troska dzielona na pół wydaje się mniejsza.

Można przetrwać bez miłości. Lecz czy można bez niej żyć? Czy można żyć ze świadomością, że nikomu na nas nie zależy? To chyba byłoby bardzo trudne. Ale jest tu pewien błąd. Nigdy w życiu nie dzieje się tak, że jesteśmy obojętni całemu światu. "Zawsze gdzieś czeka ktoś" jak mówi piosenka Anny Jantar. Nawet kiedy wydaje nam się, że wszyscy nas nienawidzą, że wszyscy nas opuścili - nie jest tak. Bardzo często przypisujemy ludziom błędne intencje. Bywa, że w złości mówimy sobie różne przykre rzeczy. Ale wcale nie muszą być one prawdziwe. Dlatego nigdy nie wolno ulegać czarnym myślom.

Człowiek to istota, która mimo całej swojej przekory nie potrafi żyć bez miłości. Potrzebuje jej by w pełni ukształtować swój system wartości. Każdy potrzebuje kochać i być kochanym. Dawać miłość i dostawać ją od drugiej osoby. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic dziwnego. Nie wolno nam czuć się słabszymi dlatego, że tęsknimy za miłością. Nie jesteśmy gorsi dlatego, że potrzebujemy miłości. Miłość nie czyni człowieka słabszym, lecz silniejszym.

Bywa, że wstydzimy się przyznać do potrzeby miłości. A przecież jest ona zupełnie naturalna. Ludzka. Wszyscy chcą kochać i być kochani. Nie wstydźmy się tego. Pozwólmy sobie na miłość. Pozwólmy sobie na ludzkie odruchy, żeby nasz świat nie stał się krainą pełną marionetek i maszyn wyzutych z uczuć. Jesteśmy ludźmi - bądźmy ludzcy. Nie wstydźmy się kochać.

Tyle tytułem styropianowych rozważań :). Miłego dnia!

Komentarze (5)
Paradoks par z wieloletnim stażem

Tworzywem świata są sprzeczności. Na nich bazują wszystkie rzeczy, których inaczej wyjaśnić nie potrafimy. Można mnożyć i szerzyć przykłady, ale nie w tym rzecz.

Ile razy w swoim życiu marzyłyście o "szczęśliwym zakończeniu"? O długich latach spędzonych w jednym związku, o rodzinie, o tym, by co dzień budzić się u boku tej samej osoby, a  po latach z rozrzewnieniem wspominać pierwsze spotkanie Panuje przekonanie, że pragną tego wszystkie kobiety. Ale to duże uproszczenie. Lepiej powiedzieć, że pragnie tego większość kobiet i część mężczyzn. Ależ tak! Wbrew ogólnie panującej opinii - mężczyźni także potrzebują stabilizacji. I kiedy przychodzi właściwy dla nich czas, odkładają na półeczkę męskie ego, po to by znaleźć towarzyszkę, z którą dopełnią swoich dni. Towarzyszkę, która da im oparcie i z którą stworzą rodzinę. Dla każdego mężczyzny przychodzi bowiem wiek, w którym chce się on ustatkować - postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić potomstwo. Ale ja nie o tym. Najistotniejsze jest to, że długoletnich i szczęśliwych związków pragną przedstawiciele różnych płci. To marzenie, które ziszcza się rzadko. Tak się dziwnie składa, że ludzie, którzy są ze sobą od lat, zamiast znać się coraz lepiej - często nie wiedzą o sobie nic. Zamiast nauczyć się ze sobą rozmawiać - uciekają w ciszę. Zamiast dzielić się ze sobą wszystkim - zaczynają siebie unikać. Zamiast siebie kochać - często zaczynają się nienawidzić. Zamiast chcieć dać siebie i wszystko drugiej osobie - coraz więcej pragną zatrzymać tylko dla siebie. O ile na początku związku wyjawiają sobie wszystkie tajemnice, o tyle z biegiem lat mają przed sobą coraz więcej sekretów. Czyż nie jest to paradoks?

Pary pozostające w jednym związku wiele lat można podzielić na trzy grupy:

  • pary szczęśliwe. Zdecydowana rzadkość. Znają się na wylot, potrafią ze sobą nie tylko rozmawiać, ale i milczeć. Upływający czas nie zmienia tego co myślą o sobie nawzajem, tego czego dla siebie pragną. W miarę jak mija życie - oni wciąż nie wyobrażają sobie bez siebie życia. Nie mają przed sobą sekretów, szanują siebie, znają swoje marzenia i lęki. Są przykładem prawdziwej jedności. W starszym wieku spacerując potrafią wciąż trzymać się za ręce jak nastolatki. Stanowią dla siebie oparcie. Są odzwierciedleniem przysięgi małżeńskiej -  " na dobre i na złe". O takim związku marzy większość z nas.
  • pary szczęśliwe pozornie. Zdecydowana większość. Ona wie, jaką On pije kawę i co przyrządzić na obiad, żeby Mu smakowało. On wie jakie kupić Jej kwiaty i jaki serial lubi oglądać. Nie znają swoich prawdziwych marzeń ani pragnień, często unikają trudnych tematów. Skupiają się na pracy, dzieciach, ale w ich związku czegoś brakuje. Przemilczają ten fakt stwarzając pozory idealnego układu.
  • pary nieszczęśliwe. W miarę jak mijają lata, mają do siebie coraz więcej pretensji i żalu. Nie potrafią ze sobą rozmawiać inaczej niż tylko kłócąc się. O wszelkie niepowodzenia obwiniają partnera. Wzajemne oskarżenia i zamęczanie siebie trwa latami. To chyba najgorszy rodzaj związku w jakim można być...

I cóż? Wszyscy marzymy o idealnym związku do końca życia, dążymy do znalezienia odpowiedniego partnera. A jednak tylko nieliczni osiągają swój cel. Często trafiamy inaczej niż byśmy chcieli. Inaczej niż oczekiwaliśmy. Inaczej niż sobie obiecywaliśmy. Często z przysięgi małżeńskiej nie zostaje nic poza pięknym wspomnieniem. Czy to dlatego, że nigdy tak naprawdę nie znaliśmy swojego partnera i dopiero z biegiem lat odkryliśmy jego prawdziwe oblicze? Czy może dlatego, że z biegiem lat zmieniamy się my i nasze priorytety? Jak to się dzieje, że poznając kogoś przez lata - nie znamy go wcale? Może nie staraliśmy się poznać? A może nasz partner od zawsze grał kogoś innego? A może przymykaliśmy oczy na to co boli, wierząc że czas wszystko zmieni? Ale czas tylko wyostrza bolesne zadraśnięcia i jątrzy rany. Nie leczy ich w długoletnich związkach, tylko zasklepia na krótszą lub dłuższą chwilę....

Może szczęśliwe zakończenia nie istnieją? A może po prostu bardzo chcemy wierzyć w bajki - tak bardzo, że nasz książę przez chwilę jest księciem bez skazy. To wystarczy by powiedzieć Mu "TAK". Potem zaczyna się prawdziwe życie...Wydawałoby się, że ludzie którzy znają się tyle lat, będą ze sobą na tyle związani, że nie zechcą się ranić. Rzeczywistość jest inna. Im dłużej kogoś znamy, tym łatwiej przychodzi nam sprawianie mu przykrości i cierpienia...

A jak to jest w Waszych związkach? Czy z biegiem lat umacniacie się w nich czy odchodzicie w drugą stronę? Jak to jest w związkach Waszych bliskich i znajomych? Czy są szczęśliwi? Ile znacie prawdziwie szczęśliwych par? Bo ja mogę policzyć takie na palcach jednej ręki...

Komentarze (13)
Trędowata

Zmęczenie... To jedyne co ostatnio czuję. Pozostałe emocje wydają się być stłumione, jakby oczekiwały na rozwój wydarzeń. Lęk, pytania o przyszłość - wszystko poszło w kąt. Poradzę sobie. To jedno wiem na pewno. Bez względu na to, co się stanie.

Nigdy nie pomyślałam, że przyjdzie dzień, który zburzy moje wyobrażenie o idealnym świecie i wiarę w ludzi. Ale chyba właśnie przyszedł....

Opowiem Ci historię dwojga ludzi, którzy przetrwali burze i huragany, po to by rozstać się, gdy nastała cisza... Wciąż nie mogę się nadziwić jak miłość przegrywa z pieniądzem. I z ludzką głupotą. Mów, co chcesz, ale miłości nie da się kupić. I nie można mieć wszystkiego. Tam gdzie w grę wchodzą pieniądze lub rodzina, wszystko inne przestaje się nagle liczyć. Nawet miłość. A może zwłaszcza?

Ona - całe swoje życie ciężko pracowała. Podejmowała się najgorszych i najtrudniejszych prac - dla dzieci, dla rodziny. Rezygnowała z urlopów, brała nadgodziny, zaciągała kredyty.

On - przykładny mąż, cierpliwy rodzic. Zarabiał w najróżniejszy sposób, by wspólnie z żoną utrzymać rodzinę.

Radzili sobie, chociaż życie nie szczędziło im problemów, chorób, problemów z dziećmi, wypadków i katastrof. Przetrwali je.

Pewnie trwaliby wieki, gdyby w ich związek nie wtrącali się inni ludzie. A wtrącali się od samego początku małżeństwa. Głównie Jego rodzina. Krytykowali Ją, oskarżali o najróżniejsze rzeczy, poniżali publicznie. Ale Ona Jego kochała i Jemu przysięgała, więc znosiła to wszystko...

Mijały lata. Wreszcie ich życie nabrało kształtu. Dzieci dorosły, zaczęły własne życie. Oni mogli wreszcie odpocząć. Czy też raczej mogliby - bo Jego rodzina nieustannie wtrącała się w ich życie. Stało się to Jej codziennością. Wiele razy płakała w ukryciu, chowając głęboko żal do męża, że po raz kolejny patrzył na wszystko z boku i nie stanął w Jej obronie. Przyzwyczaiła się. Znosiła to.

Aż przyszedł dzień, kiedy i On wbił Jej nóż w plecy. Pewnego dnia nagle zwrócił się przeciwko Niej. Poszło o pieniądze. Dopóki ich nie mieli - nigdy się o nie nie kłócili. Dopiero, kiedy zaczęło im się lepiej powodzić a życie stało się lżejsze - pojawił się problem. Wspólnie pracowali na to co mieli, lecz On orzekł, że to wszystko należy do Niego. Tylko do Niego. Że w domu, w którym mieszkają, nie ma ani jednej Jej rzeczy. Te słowa całe życie powtarzała Jej Jego "życzliwa" rodzina, a teraz i On. A także to, że wiele lat temu powinien się z Nią rozwieść.Wreszcie, w finale, upokorzył Ją na oczach członków rodziny...Jego rodziny... Choć podobno od wielu lat była to także Jej rodzina. Podobno, bo nigdy nie dano Jej tego odczuć. Zawsze była tą "najgorszą", bez względu na to jak bardzo się starała, bez względu na to jak bardzo pomagała. Mimo, że poświęciła im całe swoje życie, mimo, że dla nich porzuciła własny dom i ucięła relacje z krewnymi, gdyż nie były dobrze widziane...Mimo tego wszystkiego - dla rodziny męża zawsze była niedobra. Była dla nich "trędowata".

A teraz i dla Niego taka się stała. Nigdy nie widziała Go w takim stanie. Nigdy nie usłyszała od Niego tylu przykrych słów. Nigdy nie pomyślała, że On może się tak zachować. Sądziła, że Go zna. Przecież przeżyli razem tyle lat!!!

A dziś próbuje zrozumieć, co się stało - z Jej mężem, z Jej małżeństwem, z Jej życiem. Czy to możliwe, żeby chodziło tylko o pieniądze? Czy to możliwe, by parę groszy przekreśliło lata wspólnego życia? I czy to już koniec miłości? Mówi, że nie. Że nadal kocha...

Ale do miłości trzeba dwojga.

Czy tak marne pieniądze mogą stać się przyczyną rozpadu związku? Marne, bo nigdy nie mieli ich wiele... Myślę, że to tylko pretekst. Myślę, że prawdziwy problem leży gdzie indziej. Ale nie potrafię Jej tego powiedzieć. Bo w Jej oczach wciąż widzę nadzieję i nie chcę Jej tego odbierać. To nie pieniądze zabiły ich miłość, lecz wtrącająca się rodzina męża - ich wieczna krytyka i niezadowolenie ze "służącej", którą dla nich była.

Mimo, że czasy różnic klasowych mamy za sobą, pośród nas wciąż żyją trędowaci. Są tacy jak Ty i ja. Pracują, żyją uczciwie, wychowują dzieci. Ludzie ich lubią. Obcy ludzie. Bo przez najbliższych są często poniżani i podle traktowani. Przyczyna? Czasem wystarczy, że nie akceptują ich członkowie tzw. nowej rodziny. Ci ostatni krytykują zwykle jednego z partnerów (najczęściej wchodzącego do rodziny)  i wtrącają się w życie młodych ludzi. Bywa, że nigdy nie przestają się wtrącać... Czasem to wystarczy, by dla tej - wydawałoby się - najważniejszej i najbliższej osoby stać się trędowatym...

Komentarze (5)
Kocham...? Nie kocham...?

Przypomniała mi się dzisiaj dziewczynka, która wyrywa płatki kwiatkom aby wywróżyć sobie, czy jej wybranek kocha ją czy nie.... Kocha...nie kocha... kocha....nie kocha...itd... Przypomniała mi się chociaż ja powinnam wyrywać płatki  zadając samej sobie pytanie: kocham...? nie kocham...?kocham...? nie kocham...? Bo On kocha. A ja zwyczajnie nie wiem. Miało mi to "niewiedzenie" minąć - i co? I nic. Nadal nie wiem. Miewam dni, kiedy wydaje mi się, że kocham. A potem przychodzi seria dni, kiedy myślę że jednak nie... To co czuję jest inne niż wszystko co czułam kiedykolwiek do tej pory. Nigdy nie miałam problemów z określeniem i sprecyzowaniem swoich myśli i uczuć. A teraz mam.

Jak może mi się wydawać, że kocham??? Albo się kocha albo nie! A skoro nie wiem, to chyba jednak nie kocham...:(

On jest niewinny. Nie mam Mu nic do zarzucenia. Absolutnie nic. A mimo to jestem dla Niego tak wredna i bezlitosna, jak nigdy dla nikogo wcześniej nie byłam, mimo że tamci zasłużyli a ten jeden nie. Wredna nieświadomie. Czasem tylko łapię się na tym i jest mi wtedy strasznie głupio. Sama sobie zadaję pytanie dlaczego tak jest... Nie potrafię udzielić odpowiedzi. Może to te wszytkie lata przykrych doświadczeń? Ale przecież nie można się odgrywać na niewinnym człowieku. Człowieku, który naprawdę mnie kocha i jest dla mnie dobry. To tylko pogłębia moje poczucie winy. Bo czuję się winna. Nie wiem czy słusznie, ale tak jest. Może to co czuję to taka normalna prawdziwa miłość? Dojrzała, partnerska, taka, na której można się oprzeć w chwilach trudnych... Kto powiedział, że miłość musi boleć? Bo do tej pory znałam tylko taką...

Sama gubię się  w tym co czuję. I On też. Bo wysyłam Mu sprzeczne sygnały. To niestety jest prawda. Moje uczucia są sprzeczne, więc i sygnały wysyłam sprzeczne... Nie wiem skąd to się bierze. Może za rzadko się widujemy? A może za często? Ja już naprawdę nie wiem. Ale czuję się coraz bardziej sfrustrowana. 

W miarę jak będzie mijał czas, Jego oczekiwania będą rosnąć, a moje nadal stoją w miejscu. Dla mnie nic się nie zmienia...Dać sobie czas? Dałam... Dałam sobie naprawdę dużo czasu. Był moment kiedy myślałam że coś się zmieniło. Ale ten moment minął... Bywają dni, kiedy mi Go brakuje. I bywają takie, kiedy nawet zwykła rozmowa z Nim strasznie mnie irytuje. Chyba nie powinno tak być...

Codziennie od nowa zadaję sobie to samo pytanie: czy ja chcę z Nim być? a odpowiedzi brak... Mimo, że wszystkie argumenty przemawiają za tym, by próbować.

Czuję się jak oszust... Bardzo się staram, jestem z Nim szczera. Ale ile czasu można katować człowieka informacjami, że nic się nie zmienia, że ja nadal nie wiem czego chcę, ani co czuję??? On sobie na to nie zasłużył... Każdy, ale na pewno nie On.

Mam jakąś blokadę. Coś co skutecznie powstrzymuje mnie od kochania bez granic. Nie wiem skąd to się wzięło ani co to za bariera. Wiem, że coś jest. Coś co nie pozwala mi się zaangażować. Pytanie czy ten problem tkwi we mnie, czy to tylko podpowiedzi intuicji, że coś jest nie tak...

I wiecie co? Ja po prostu nadal nie wiem... Co jakiś czas wracam do tego w rozmowie z Nim. Wiem, że On ma już serdecznie dość tego tematu, wiem, że sprawiam Mu tym ból, ale ja muszę być szczera. Nie mogę mówić, że teraz wszystko gra, a potem nagle zerwać bo jednak nie. To byłoby okrutne. To teraz też jest. Ale mniej...

Najgorszy jest fakt, że to jest dokładnie taki człowiek, którego szukałam całe życie. Mamy takie same oczekiwania względem życia, taką samą wizję partnerstwa i związku, bardzo podobne poglądy, oboje lubimy rozmawiać i dużo już wycierpieliśmy...Oboje jesteśmy spragnieni miłości, czułości, ciepła i bliskości... I tylko ja - ja mam ciągle wątpliwości, które nie chcą zniknąć, mimo że On udowodnił mi, że nie mam powodów do zmartwienia, że mogę Mu zaufać, że naprawdę kocha... Kiedyś zakochałabym się w takim człowieku bez pamięci. A dziś? A dziś nie jestem chyba do tego zdolna....

Co mam teraz zrobić??? Nie wiem... Kocham? Nie kocham? Odpowiada tylko cisza....

Komentarze (19)
Echo przeszłości

Jest taka osoba w moim życiu, która notorycznie coś w nim psuje, potem ewakuuje się, a kiedy już wszystko zaczyna mi się na nowo układać - wraca. Wraca, psuje, znowu ucieka, czeka i wraca. Takie błędne koło. Czasem wydaje mi się, że ma jakiś radar wmontowany, skoro tak precyzyjnie umie określić czas w jakim najbardziej można namieszać.

Chodzi oczywiście o faceta, no bo kto jeszcze może tak w życiu namieszać jeśli nie były facet? Odchodził i wracał tyle razy, że sama już nie potrafię tego zliczyć. Chyba przestałam po trzecim albo czwartym razie. I zawsze, zawsze było tak, że odchodził gdy było źle i wracał kiedy było dobrze. Zawsze akurat trafiał tak, że albo jeszcze albo już  z nikim nie byłam. Właściwie zawdzięczam to właśnie Jemu. Bo związek z Nim był burzliwy, wyczerpujący i zaowocował niemożnością zbudowania czegoś trwałego i normalnego w późniejszym czasie. Zresztą wszelkie próby kończyły się zwykle po jednym, dwóch spotkaniach, po których stwierdzałam, że nie jestem jeszcze gotowa by wiązać się z kimkolwiek. Skupiałam się wtedy na sobie, regenerowałam siły i zdrowie, zaczynałam normalnie jeść i spać. I wtedy zazwyczaj zjawiał się On. Skruszony, stęskniony, znów zakochany (akurat!!!)... Zawsze omotał mnie tak, że nawet nie wiedziałam kiedy ani jak a znów byliśmy razem. Oczywiście dopóty, dopóki było dobrze. Potem znów doprowadzał mnie do ruiny fizycznej i psychicznej i naturalnie odchodził. Co gorsza, myślę, że nie robił tego celowo. My po prostu za bardzo różniliśmy się charakterami, byśmy mogli być ze sobą szczęśliwi. Mieliśmy zupełnie inne oczekiwania względem siebie i czego innego spodziewaliśmy się po tym związku.To po prostu nie miało szans się udać, bo ja za każdym razem spalałam się w tej relacji, a On nie mógł udźwignąć jej ciężaru emocjonalnego. Kiedy robiło się źle, uciekał i zostawiał mnie samą... To pewnie trwałoby do dziś, gdyby nie fakt, że sytuacja za bardzo mnie zmęczyła i zniszczyła. Miałam już dość. On zresztą chyba też, choć nigdy by się do tego nie przyznał. Oczywiście rozstaliśmy się po raz kolejny. Miało być na zawsze, zero kontaktu. Tak powiedział. Ja nie. Ja powiedziałam, że nie mówię żegnaj, ale na razie nie chcę mieć z Nim żadnego kontaktu. Że potrzebuję czasu by ułożyć sobie życie, zadbać o siebie, skupić się na sobie. I że nie wykluczam tego, że w przyszłości będziemy w kontakcie. Jako znajomi. Powiedziałam tak, bo Go znam. I mimo, że nie widzę szans na to by taki związek się udał, to nie chciałabym tracić z Nim kontaktu, ponieważ w gruncie rzeczy zwyczajnie Go lubię. Tak, lubię :). Mimo tego wszystkiego co się między nami stało, darzę Go sympatią. Nie wyszło nam - zdarza się. Wybaczyłam to wszystko co było złe, bo to przeszłość. Ale postanowiłam, że już nie wrócimy do siebie. Ja nie pozwolę Mu wrócić. Zresztą z miłości, która nas kiedyś łączyła i tak nic nie zostało. Zabiły ją te wszystkie niepotrzebne awantury, problemy, rozstania i powroty.

Teraz od jakiegoś czasu powoli składam sobie wszystko od nowa. Próbuję ułożyć sobie życie, w inny sposób niż dotychczas. Staram się bardziej niż kiedykolwiek. Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy stwierdziłam, że chcę spróbować związać się z kimś, że teraz jestem na to gotowa. Że warto. I jest dobrze :). Naprawdę :). Może skończyło się siedem lat nieszczęść jako kara za rozbite dawno temu lusterko??? A może to ja dojrzałam do tego, by nie wierzyć w bajki i przesądy i po prostu żyć:).

I oto na ten czas znowu pojawia się On :) (wiedziałam, że tak będzie!!! przecież Go znam). Co prawda tym razem jakoś kiepsko wyliczył czas, bo trafił w moment kiedy spotykam się z kimś i jest mi dobrze. Nie trzeba mnie pocieszać, nie jestem sama. Ale i On ułożył sobie życie z kimś innym. Żadne z nas nie chce już tego zmieniać. Rozmawiamy. Jak ludzie. Jak znajomi. Bez żalu o to co było, bez pretensji o to co jest. Przeszłość zostawiliśmy przeszłości. Nie wracamy do niej. Żadne z nas już tego nie chce.

Miło dojść po takim czasie do kompromisu. Może od początku powinniśmy być tylko i wyłącznie przyjaciółmi? Oszczędzielibyśmy sobie wielu, naprawdę wielu niepotrzebnych przykrych sytuacji, żalu i awantur... Ale jak mówią - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Dziś, każde z nas mądrzejsze o te lata doświadczenia, idzie swoją drogą, w swoją stronę. Już nie razem i bez żalu do tej drugiej osoby. Pogodzeni z życiem, losem i ze sobą...

A ja? Cieszę się, że tak jest. Dzięki temu wiem, że ten rozdział na pewno został zamknięty. I że to był właściwy czas by otworzyć nowy  :). To była dobra decyzja :).

Komentarze (18)
Sprawiedliwy czas

Jeśli choć raz w życiu pozwolisz komuś na wszystko - ten ktoś nie uszanuje więcej ani Twojego zdrowia ani woli ani pragnienia ciszy i spokoju. Nie da się być dobrym i wyrozumiałym dla wszystkich - ludzie to wykorzystują. I wtedy kiedy Ty wykazujesz zrozumienie, potrafią zarzucić Ci egoizm. A poszło o co? O słowo niedojrzałość... Jeśli ktoś ani razu w życiu nie wykazał się dojrzałością, to jak go inaczej nazwać??? A ja nie użyłam tego słowa. Nawet nie poruszyłam tematu. Chciałam kulturalnie jak człowiek życzyć wszystkiego dobrego i pójść w swoją stronę. Bez żalów pretensji i złości - chociaż miałam tysiące powodów by kogoś zwyczajnie zrównać z ziemią, tak jak on to robił latami. I za te życzenia płynące z serca - dostałam kopniaka w twarde już wystarczająco siedzenie. Doczekałam się słów mocnych i naprawdę przykrych. Choć jeszcze nie tak dawno ktoś mi za zrozumienie dziękował. A teraz? Kopniak i to z zaskoczenia. Za to, że wykazałam się zrozumieniem. Może niektórzy cierpią na rozdwojenie jaźni? Ja wiem, że to żal i złość na samego siebie, za to, że ułożył sobie życie tak a nie inaczej - ale miał bardzo wiele czasu by to zrozumieć. I mojej winy w tym nie było. Więc nie pozwolę się nią obarczać, zwłaszcza że rujnuje mi to zdrowie. Dosłownie! Daj palec wezmą rękę i powiedzą że mało!

I wiecie co? Świat jest mały. Każde wyświadczone dobro kiedyś do mnie wróci, tak jak krzywdy, które mi wyrządził wrócą do niego. Bo czas może i nie jest rychliwy, ale na pewno sprawiedliwy. Więc ja po prostu odwracam się i idę dalej. Wciąż życząc tej osobie jak najlepiej...

Komentarze (20)
Rozstanie - i co dalej?

Jak często zdarza się to w naszym życiu. Wszyscy wiedzą, że oni nie pierwsi i nie ostatni. A mimo to każdorazowo ból i żal wybuchają tak mocno jakby to miał być koniec świata. Rozstanie...No właśnie. Rozstanie. I co dalej?

Ostatnio w moim życiu dzieje się więcej niż zwykle. Nawet na blogu jest mnie mniej niż bym chciała. Nie przechodzę wypalenia, tylko zwyczajnie jestem roztargniona i pochłonięta myśleniem o rzeczach przyziemnych i mniej przyziemnych.

Ten rok nie jest dla ludzi łaskawy. Połowa znajomych par się rozstała, po wielu latach znajomości, bycia ze sobą, po wielu latach planowania wspólnej przyszłości. Niektóre nie przetrwały kryzysów, inne informacją o rozstaniu zaskoczyły całe otoczenie. Bo otoczenia poniekąd też sprawa dotyczy. Najgorzej kiedy jesteś przyjacielem obojga, bo obydwoje będą wydzwaniać, żalić się i oczekiwać opowiedzenia się po ich stronie.

W tym roku przeszłam to kilka razy. I teraz całkiem niedawno po raz kolejny. Prawdziwi przyjaciele, tacy na dobre i złe. Tacy, o których wszyscy myśleli, że oni już na zawsze razem, grobowa deska itd. A tu - jak grom z nieba spadła na nas wiadomość, że K. i J. się rozstali... Oboje są moimi serdecznymi przyjaciółmi. Wina? Pewnie chcieliby, żebym opowiedziała się po którejś ze stron, ale to nie był mój związek i nie zamierzam się w to mieszać. Wysłuchać, pocieszyć, przytulić i użyczyć ramienia, w które mogłyby wsiąkać gęsto spływające łzy - tyle mogę. Ale rozsądzać kto miał rację a kto nie - nie moja to rzecz. Poza tym jeśli chodzi o ścisłość - nie uważam, żeby winę ponosiła tylko jedna strona. Uważam, że leży ona dokładnie po środku i że kryzys, który przechodzili w zeszłym roku nigdy się tak naprawdę nie skończył. Nie poradzili sobie z nim. A może nie było z czym sobie radzić? Może coś co ratowali tyle czasu, od dawna już nie istniało?

Więc stało się. Pierwszy telefon był od K. Krótka i treściwa informacja, że to już. Bez szczegółów. Do J. zadzwoniłam sama. Rozpacz... Żałość... Niezrozumienie...

W takich sytuacjach zawsze pojawia się pytanie: rozstanie - i co dalej? Większość par rozpoczyna namiętne wzajemne obrzucanie się błotem i wypominanie sobie nawet najdrobniejszych przewinień. Następuje wybielanie siebie i obarczanie winą tej drugiej strony. I nagle rodzi się nienawiść, tak głęboka, jak głęboka była wcześniej miłość. W spór wciągają wspólnych znajomych. Żądają dokonania wyboru. Taki spór, który nie ma końca i pozostawia złe wrażenie po tej drugiej osobie już na całe życie. Dodatkowo potęgowany jest on przez żal i ból. Tyle, że w tym przypadku przyjmują one formę agresywnego niszczenia wroga. Wroga, który był kiedyś całym światem...

Inne pary rozstają się w milczeniu. Nie jątrzą zadanych sobie ran, przeżywają wszystko w samotności. W samotności opłakują porażkę, rozważając wszystkie za i przeciw. W samotności zastanawiają się kto był winny, bo może jednak ja? Omijają się szerokim łukiem na ulicy. Nie rozmawiają o tym co się stało. Bo o czym tu mówić? Unikają siebie nawzajem, unikają wspólnych znajomych, chcą jak najszybciej zapomnieć o tym co się stało i że w ogóle ostatnich kilka miesięcy czy lat życia w ogóle miało miejsce... Są na siebie śmiertelni obrażeni i żadne nie wyciągnie ręki na zgodę jako pierwsze. I tak już zostaje....

Jeszcze inne pary po rozstaniu pozostają w luźnych kontaktach. Tolerują swoją obecność, ale nie jest to coś z czym czują się komfortowo. A może po prostu ignorują się wzajemnie? Standardowa rozmowa obejmuje zakres zdań i słów "Cześć, co słychać?", "W porządku. A u Ciebie?", "Dobrze", "No to cześć"...

I wreszcie pary, które po rozstaniu zostają przyjaciółmi. Lub przynajmniej dobrymi znajomymi. Znacie takie? Ja znam kilka. Kilka na kilkadziesiąt.  A może jeszcze mniej? To wymaga tak wiele odwagi i siły, że nie każdy potrafi się na to zdobyć. Nie każdy umie zaakceptować to co się stało, zrozumieć i pozostać na stopie koleżeńskiej z kimś, kto jeszcze tak niedawno był całym światem. Czy to jest w ogóle możliwe? Myślę że tak. Ale wymaga dużo chęci obojga. Dużo inicjatywy. Dużo silnej i dobrej woli.

Osobiście preferuję ten ostatni i przedostatni sposób rozstania i tego co dalej. Nie zawsze da się być przyjaciółmi. Wystarczy tolerować się wzajemnie. Przemoc i agresja - nie dziękuję. Milczenie? Też nie. Jak można udawać, że nie zna się kogoś z kim było się tak blisko związanym? Przecież to obłuda! Może nie zawsze stać nas na to, by utrzymywać bliskie kontakty z osobą, z którą się rozstajemy, bo mimo wszystko sprawia to ból i przypomina, że coś się skończyło. Może czasem przypomina o rzeczach, których nie chcemy pamiętać. Ale o ile to możliwe, trzeba mieć w sobie tyle siły i odwagi, by na ulicy nie przechodzić na drugą stronę i nie udawać, że się nie znamy. Trzeba umieć stanąć twarzą w twarz z kimś kogo skrzywdziliśmy w jego pojęciu lub z kimś kto nas skrzywdził w naszym pojęciu. Stanąć twarzą w twarz ze swoim niepokojem, lękiem i żalem.  Po to, by udowodnić sobie, że to już za nami.

Komentarze (9)
Do domu

DO DOMU

Jak ptak niosę w dłoniach
źdźbła suszonej trawy
splatam je w warkocze
całkiem nowych twarzy
układam na stosy
żółte i zielone
oddzielam myślami
świeże i suszone
zbieram glinę zdarzeń
w piecu słów wypalam
niech się łączą w zdania
wina w czystych dzbanach
codzienności imię
wyrwę z krwistych szponów
zacznę splatać gniazdo
taka myśl o domu

jak ptak płynący w chmurach
wraca wciąż na ziemię
będę wracać do domu
wracać do Ciebie

(marzec 2004)

Komentarze (6)
Jak stracić przyjaciela? Rozkochaj go w sobie!

Chcesz mieć wroga? Pożycz przyjacielowi pieniądze albo... rozkochaj go w sobie. Ostateczny efekt będzie ten sam.

Znamy się z K. cztery lata, a może już pięć. Znamy się na tyle dobrze by nazywać siebie przyjaciółmi. Tak mi się wydawało. Mieliśmy w czasie trwania tej znajomości lepsze i gorsze dni. Czasem trafiła się sprzeczka, czasem różnica zdań, czasem dłuższa przerwa w kontaktach, ale zawsze wszystko się prostowało. Jak na przyjaciół przystało. I teraz oto, całkiem niedawno, K. wpadł na ten genialny pomysł, żeby wszystko zmienić. Właściwie to pomysł wpadł na Niego. K. postanowił się we mnie zakochać. Chociaż - jak twierdzi - to przyszło samo. Masz ci los! Najpierw obracał wszystko w żart i ja też tak samo traktowałam wszelkie aluzje. A teraz co? Teraz się okazało, że to nie były żarty. K. normalnie się do wszystkiego przyznaje, jest szczery do bólu. Nazywa rzeczy po imieniu i czeka na mój ruch. A ja? A ja nie wiem co mam zrobic. Bo moje życie właśnie zaczęło być całkiem przyjemne i miłe. Bez kłótni, bez awantur, bez pytań o to gdzie byłam co robiłam i dlaczego tak długo. Moje życie zaczęło wreszcie wyglądać normalnie a ja  odzyskałam swój spokój ducha. Potrzebowałam tego. Chyba nadal potrzebuję. A tu K. wyskakuje mi z taką rewelacją! Mało tego - wczoraj ogłuszył mnie informacją, że to tak od pierwszego wejrzenia, od tych kilku lat!!! Nieźle się kamuflował w takim razie. Nie skomentowałam tego, ale dałam Mu do zrozumienia, że w to już nie uwierzę i żeby nie naciągał faktów.

Na razie przekładam tą poważną rozmowę. Chociaż K. nieco naciska. A ja chciałabym, aby ta rozmowa odbyła się naprawdę na spokojnie i w odpowiednim momencie. Bez presji. Bo czując najmniejszy nacisk - staję okoniem. Więc próbuję odkładać rozmowę na potem. Chociaż jestem świadoma tego, że to nic nie zmieni. Nigdy nie myślałam o K. w taki sposób. I teraz też nie myślę o Nim inaczej niż o swoim przyjacielu. Cenię szczerość, naprawdę. Szanuję Go za to. Ale... No właśnie. Jeśli pojawia się "ale" to raczej nie wróży nic dobrego. Nie potrafię określić się w tej sytuacji.

Ostatnie dwa lata prawie się z K. nie widzieliśmy, bo byłam za granicą. On twierdzi, że mnie zna, a ja powtarzam, że wiele się zmieniło. Wydaje mi się, że jeśli kocha (tak twierdzi i powtarza to z uporem maniaka), to raczej wyobrażenie o mnie, a nie mnie samą... Kocha kogoś kto być może wcale nie istnieje, kogoś kogo wyidealizował. Kogoś kim chciałby, abym była, a nie jestem...

Nie chcę Go skrzywdzić. Jest dla mnie bardzo cenny - ale jako przyjaciel. I nie chciałabym Go stracić. Chciałabym aby było tak jak wcześniej. Tylko że... wiem że już tak nie będzie. Wiem też, że kiedy dostanie odpowiedź odmowną (a ku takiej się skłaniam dużo bardziej) - zacznie mnie unikać. Nie mogę z Nim być. Nie odwzajemniam Jego uczuć. I nie mogę Go również oszukiwać.

Jak to jest, że w przyjaźń między kobietą i mężczyzną tak często wkrada się coś więcej? Czy to znaczy, że jedno z nich nie było szczere od początku? Albo oboje? Czy też może uczucie ewoluuje z czasem? A może to wcale nie jest miłość, tylko zwykła współzależność i przyzwyczajenie?

Pozostaje mi szczerość i nadzieja... Nadzieja, że nasza przyjaźń przetrwa....

Komentarze (26)
1 | 2 |