iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Przed przeprowadzką - refleksyjnie

W moim życiu wszystko stanęło teraz na głowie. Jedną nogą jestem już w innym mieście, muszę zorganizować przeprowadzkę i jak patrzę na ilość rzeczy, które KONIECZNIE muszę ze sobą zabrać, to zastanawiam się, jak dałam radę w Indiach. Całe życie w jednej średniej walizce i jakoś zdawało egzamin. No tak, ale ciągle narzekałam, że nie mam swojego miejsca, że przydałaby się taka czy inna książka, że gdybym była u siebie, to miałabym to czy tamto pod ręką. Teraz będzie inaczej. Okazało się, że jednak się starzeję i potrzebuję trochę stabilizacji. I ruchu w bardziej pożytecznym wydaniu. Już nie tyle podróżowania, co zdobywania wiedzy, rozwijania swoich umiejętności, podnoszenia kwalifikacji, pomagania innym.

Energia mnie rozsadza. Czasem myślę, że pod tym względem byłby to idealny czas na potomstwo. Ale potem tłumaczę sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dopnę kilka spraw. Że na to przyjdzie czas - wkrótce. Tylko nikt nie umie powiedzieć, kiedy to "wkrótce" nadejdzie, ani kiedy będzie ten "właściwy" czas. Obecnie często odkładamy macierzyństwo "na później". Najpierw kariera i samorealizacja, najpierw zabezpieczenie finansowe, stabilizacja, potem dzieci. A przecież tyle matek codziennie udowadnia, że można sobie poradzić także z dziećmi. Że można to godzić - tylko jakim kosztem? Myślę, że nie ma na to reguły. Dla każdej kobiety przychodzi inny czas, toteż wypowiedzi typu "w Twoim wieku powinnaś mieć już trójkę dzieci" po prostu mnie irytują. Nie muszę powielać czyichś zachowań. Z drugiej strony nie chciałabym odkładać tego na ostatni dzwonek.

Życie tak szybko mija! Jeszcze wczoraj bawiłam się w piaskownicy, łaziłam po drzewach, rozbiłam kolano spadając z roweru - a dzisiaj zastanawiam się jakie będzie moje dziecko... Zegar biologiczny tyka i przypomina o prawach natury. Cóż... Na najbliższe trzy miesiące zaplanowałam sobie tyle zajęć, że i tak nie będę miała siły myśleć o uciekającym czasie. Zapomniałam uwzględnić w kalendarzu dni wolne, toteż praktycznie ich nie będzie. Pracoholizm, na szczęście tylko tymczasowy. Z doświadczenia wiem, że jak dokładam sobie tyle obowiązków, to znaczy, że chcę o czymś zapomnieć. Coś mnie uwiera. Niestety, nie wiem co i niech tak na razie pozostanie. Wkrótce samo wyjdzie i wtedy będę się z tym zmagać.

Od przyszłego miesiąca zaczynam nowy rozdział życia. Na pewno nie będzie łatwiejszy, ale może barwniejszy? Po prostu inny, ciekawszy. I nie mogę się już doczekać :). Z czasem może być różnie, toteż nie obiecuję pojawiać się częściej, ale co jakąś chwilę zdam Wam relację z tego co się dzieje. Jak uporządkuję wszystkie sprawy, będzie szansa na to, że wrócę do starych nałogów ;), będę częściej odwiedzać Wasze blogi i swój też. Tymczasem miłego dnia życzę :) I pamiętajcie o uśmiechu - bo to uniwersalny klucz do serca każdego człowieka ;)

Komentarze (18)
Życie na walizkach

Wkrótce czeka mnie przeprowadzka z miasta A do miasta B. Zaoszczędzi mi to nieustannych podróży i czasu, ale przede wszystkim ograniczy poziom zmęczenia. Obecnie wyjeżdżam przynajmniej dwa razy w tygodniu, moje życie składa się z pakowania, pośpiechu, wydłużonych dni, nieprzespanych nocy i powrotów. Czas wyjazdów jest różny. Wszystko kręci się wokół rozkładów jazdy.

Lubię podróże. Lubię wypady w nieznane - dalekie i bliskie. Nie przerażają mnie obce miejsca, hotele, pensjonaty ani jedzenie niewiadomego pochodzenia na talerzu. Kocham samoloty, pociągi i autobusy. Jednakże podróże w tym samym kierunku dwa razy w tygodniu na tak krótkim dystansie jak ten, który pokonuję, po pewnym czasie zaczynają męczyć. Dlatego dla własnej wygody postanowiłam się przeprowadzić.

Aktualnie jestem na etapie poszukiwań odpowiedniego lokum. Jak zwykle problem polega na tym, że wiem doskonale jak powinno ono wyglądać. W czasie studiów zebrałam sporo doświadczeń odnośnie mieszkania u kogoś, ze współlokatorami, z rodziną itp. Dzięki temu wiem czego unikać. Trzymajcie kciuki za powodzenie mojego przedsięwzięcia.

Tymczasem dokładnie dzisiaj mija rok odkąd umieściłam pierwszy wpis na blogu iWoman. Jak ten czas szybko leci! Wiele się w tym czasie nauczyłam, wiele zrozumiałam i bardzo wiele zmieniło się w moim życiu. Z tej skromnej okazji pragnę podziękować wszystkim wirtualnym znajomym - za to, że jesteście, pomagacie, wspieracie, ale również tym wszystkim, którzy pozostają niewidoczni, a tworzą to miejsce: autorom, administratorom, działowi wsparcia technicznego i informatykom oraz wszystkim tym, o których zwykle się nie wspomina.

A teraz już przestaję nudzić. Dziękuję i miłego popołudnia życzę :)

Komentarze (8)
Zgrupowanie młodzieży i polityka

Dawno dawno temu - chciałoby się rzec, że jeszcze w innej epoce mojego życia - miałam okazję uczestniczyć w zgrupowaniu młodzieży z całej Europy. Było to kilkanaście lat temu. Wszyscy uczestnicy zgrupowania mieli wtedy po szesnaście, siedemnaście lat. Wytypowano nas na podstawie konkursu w szkołach, a raczej wytypowaliśmy się sami. Zadanie należało do tych ambitnych - trzeba było napisać esej lub wykonać pracę plastyczną dotyczącą pokoju w Europie.

Zgrupowanie trwało tydzień czasu i minęło szybko, jak piękny sen. Zorganizowano je w Holandii. Każdy dzień poświęcony był integracji, zabawie, ale i refleksji nad motywem przewodnim zgrupowania. Opowiadaliśmy sobie historie naszych krajów, serwowaliśmy dania narodowe, próbowaliśmy tańczyć polkę i poznawaliśmy się - nasze zwyczaje, tradycje, przekonania.

Poznałam wtedy fantastycznych ludzi - takich, których nie zapomina się mimo upływu czasu. Ci ludzie właśnie nauczyli mnie, że można żyć bez uprzedzeń i dyskryminacji. Wystarczy chcieć.
Po powrocie do domu staraliśmy się pozostać w kontakcie. Udało się to częściowo, przez kilka lat. Wtedy nie było tylu możliwości co teraz. Internet nie był powszechnie dostępny, a komórki dopiero rozpoczynały podbój świata. Mieliśmy do dyspozycji tradycyjne listy i pocztę. Poza tym był to dla każdego z nas przełomowy okres w życiu - kończyliśmy szkoły średnie, wybieraliśmy się na studia, zmienialiśmy miejsca zamieszkania. Absorbowały nas nowe rzeczy, ludzie i sytuacje.

Parę tygodni temu wpadłam na pomysł odszukania poznanych podczas zgrupowania ludzi. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Doszłam do wniosku, że mogę wykorzystać internet, który - co by o nim nie mówić - oferuje szereg możliwości. Liczyłam się z tym, że nie będzie łatwo, że być może nie uda mi się znaleźć nikogo lub - że niektórzy nie zechcą dać się odnaleźć. Efekt przerósł moje oczekiwania. Do tej pory dotarłam do połowy uczestników zgrupowania, co uważam za duże osiągnięcie biorąc pod uwagę fakt, że do żadnego z nich nie miałam adresu email.
Odnalezieni do tej pory uczestnicy reagują dość  entuzjastycznie - pamiętają zgrupowanie, wspominają,  proszą o kontakty do pozostałych odnalezionych. Wciąż brakuje kilku najważniejszych dla mnie osób. Tu będę musiała wykorzystać pocztę, ponieważ jedyne czym dysponuję, to adresy do korespondencji. Adresy, które do tej pory mogły ulec zmianie wielokrotnie!!!
Nie poddaję się jednak, jestem dobrej myśli, napędza mnie pozytywna energia, którą przywołały wspomnienia. To wspomnienia zwykłych nastolatków, potrafiących podejmować dojrzałe decyzje i  znajdować rozwiązania dobre dla wszystkich.

Przez siedem dni zgrupowania, mimo tak wielu różnic kulturowych, potrafiliśmy dojść do porozumienia w kwestiach najważniejszych dla nas i przyszłych pokoleń - w kwestii pokoju w Europie. Nie potrzebowaliśmy debat, sal sejmowych, paragrafów. Wystarczyła nam przestrzeń i powietrze, którym mogliśmy oddychać. Potrafiliśmy się zrozumieć - mimo problemów językowych, mimo tego, że pochodziliśmy z odmiennych środowisk. Przyświecał nam jeden cel. Nie mieliśmy środków ani możliwości - mieliśmy tylko serca pełne zapału i głowy pełne pomysłów.

Jak to się dzieje, że politycy, którzy mają zarówno środki jak i możliwości, wolą je trwonić na bezowocne przekomarzanie się i wzajemne obrzucanie błotem, niż zrobić krok naprzód? Czemu nie potrafią wyzbyć się uprzedzeń w imię wspólnego dobra?

Grupa nastolatków pochodzących z różnych krajów potrafiła dojść do porozumienia w istotnych kwestiach w ciągu kilku dni. Politycy nie potrafią tego dokonać przez lata i całe dekady. Czy to oznacza, że brak im dobrej woli czy też może z biegiem czasu utracili klarowność widzenia i umiejętność dostrzegania tego co najistotniejsze?


Może powinna istnieć granica wiekowa, powyżej której bycie politykiem byłoby zabronione? Może potencjalni przywódcy narodu powinni nimi zostać zanim utracą zdolność analitycznego myślenia i zapał, zanim przesiąkną "polityką dla polityki", zanim uprzedzenia i słowne potyczki staną się dla nich ważniejsze niż dobro ogółu?

Komentarze (10)
Darmowe przepowiednie: nadchodzi przełom!

W ostatnim tygodniu zaniedbałam bloga i pisanie. Czasem wskazane jest oderwanie się od codzienności na jakiś czas. Po co? Po to, by móc do niej wrócić z nowymi siłami i świeżym spojrzeniem. Tak więc po okresie nieobecności wracam pełna nowych pytań - czasem naiwnych, czasem nurtujących, czasem retorycznych...

Kilka dni temu odkryłam w swojej skrzynce intrygującego maila. Nadawca nieznany. Właściwie znany, bo imię było, ale zupełnie do mnie nie przemawiało. Mail zawierał gorliwe przeprosiny od obcej mi osoby, za to, że nie odczytała mojej prośby na czas i nie mogła mi pomóc. Rzekoma sytuacja miała miejsce kilka miesięcy temu. Sprytnie. Kilka miesięcy - przyznacie -  to wystarczający okres czasu, żeby zapomnieć do kogo wysyłało się maila i gdybym siebie nie znała - uwierzyłabym, że coś takiego zaistniało w przeszłości. Na nieszczęście dla piszącego znam siebie całkiem nieźle i w życiu nie prosiłabym wróżki czy jasnowidza o pomoc. A z treści wiadomości wyraźnie wynikało kim jest nadawca i jaką pomoc mi oferuje. Astrologia to coś do czego podchodzę z dużym przymrużeniem oka i nie pozwoliłabym, aby to ona wyznaczała mi drogę. To raz. Dwa - każdy jest ciekawy swojej przyszłości, jednakże nie należę do osób, które chciałyby ją poznać przed czasem. Oczywistą koleją rzeczy było umieszczenie maila w koszu.

I tak nastał spokój. Do dziś. Dziś bowiem otrzymałam kolejnego maila. Tym razem zawierał on informacje, które nadawca rzekomo "wyczuł" odnośnie mojej osoby. Dałabym się nabrać, gdyby nie potraktowano mnie jak zupełnego laika. To, że nie wierzę w astrologię nie oznacza, że moja wiedza na jej temat jest zerowa. Ogólne pojęcie mam i przydaje się ono w podobnych sytuacjach. Bowiem wszystko to, co wiadome było nadawcy z tajemnych źródeł - mnie również jest znane, z książek i horoskopów. Mail zawierał ogólne informacje na temat mojego znaku zodiaku, planet, numerologii. Nic odkrywczego. Naturalnie w promocji zaproponowano mi książkę jasnowidza (za symboliczną kwotę pieniędzy), która pomoże mi uniknąć kolejnych życiowych błędów. Wszystko to w ramach przeprosin i w zakresie BEZPŁATNEJ pomocy.

Jedyna rzecz, która mnie zaciekawiła to fakt, że w wiadomości pojawiła się data: 28 kwietnia 2010. Ten dzień ma stanowić przełom w moim dotychczasowym życiu - prywatnym, zawodowym, finansowym i jakim tylko chcecie. W dalszej części maila piszący częściowo się z tego wycofał i zaznaczył, że nie podaje dokładnej daty. "Cud" może nastąpić kilka dni wcześniej lub później.

Cóż, do 28 kwietnia już nie daleko. Tylko miesiąc. Ciekawa jestem jakiż to cud może się nagle wydarzyć i sprawić, że będę - wedle piszącego - szczęśliwa? Co takiego może wywrócić moje życie do góry nogami? Bo na chwilę obecną nie mam większych powodów do narzekań i nie zamierzam poprawiać tego co jest dobre.

Czasem zapominamy o tym, że lepsze jest wrogiem dobrego - i na tym bazują wszyscy naciągacze. Przerażające jest to, jak często udaje im się nas nabrać. W dobie internetu łatwo jest zdobyć czyjąś datę urodzenia i adres mailowy. A to już wystarczy, by stworzyć wiarygodną historyjkę. Dlatego bądźmy czujni.

Miłego popołudnia życzę i z niecierpliwością oczekuję na serię fantastycznych zdarzeń w moim życiu, która - wedle przepowiedni - właśnie nadchodzi ;))))

Komentarze (9)
Kolejna wiosna, kolejny rok - odkrywanie życia na nowo

No i przybyła mi dzisiaj kolejna wiosenka. Starzeję się :) i jeszcze na starość robię się sentymentalna :). Miałam nadzieję, że będzie wiosennie, tymczasem wczoraj cały dzień sypał śnieg i dziś zalega na drogach, drzewach, trawnikach. Ale tak też mi się podoba. Właściwie ten cały marzec dobrze oddaje moją zmienną i kapryśną naturę. Raz ciepło i pogodnie, innym razem chmurnie i deszczowo, jeszcze kiedy indziej melancholijnie...

Czy kolejny rok będzie inny? A któż to wie! Wiem natomiast, że zaszły zmiany we mnie samej, co z pewnością w jakiś sposób zaprocentuje i znajdzie odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Nie robię żadnych postanowień, nie kreślę planów w wyobraźni. Jedyne plany jakie mają rację bytu, to takie, które zaczynamy natychmiast realizować, zanim życie zdąży je zniweczyć. Plany? Tylko na najbliższą przyszłość. I też planami bym tego nie nazwała, tylko raczej zamierzeniami, do których poczyniłam przygotowania.

Ostatni rok nie był rokiem straconym. Jak zwykle - zwycięstwa i porażki. Zwycięstwa cieszą, ale to porażki nas uczą. Wiecie co można nazwać sukcesem? Umiejętność przekształcania porażek w zwycięstwa :). A dzieje się tak, gdy wyciągamy wnioski z naszych doświadczeń i staramy się uczyć na popełnionych błędach. Przynajmniej na własnych - bo cudze błędy prawie nigdy niczego nas nie uczą :). Mało kiedy potrafimy odnieść cudze porażki do własnej sytuacji życiowej i własnego postępowania. Tak już jest. To sztuka.

Najważniejsze jest chyba to, by w każdym roku życia odkrywać je na nowo - jego radość, piękno, wagę... I w ten sposób odkrywać także siebie, poznawać mocne i słabe strony swojego charakteru, badać to, co jeszcze skrywa tajemnica... I wierzyć, że każdy kolejny rok będzie lepszy. W miarę jak przybywa nam lat, zmienia się perspektywa, z której patrzymy na życie. Dostrzegamy to, czego wcześniej nie widzieliśmy. Udaje nam się pokochać w sobie to,czego dawniej nienawidziliśmy. I uczymy się tego co najtrudniejsze, a mianowicie - żyć. Ale żyć naprawdę, pełną piersią, tęczą kolorów, nie oglądając się wstecz. Działać, zamiast czekać na cud. Bo cud możemy sprawić właśnie my - Ty i ja. Możemy stać się cudem dla kogoś lub ktoś może stać się cudem dla nas :)...

Życzę miłego popołudnia pełnego radości i uśmiechu :) pozdrawiam!!!

Komentarze (16)
Zrozumienie - rzecz niemożliwa?

Jakie to dziwne, że tak trudno jest się porozumieć z drugim człowiekiem. Niby rozmawiacie, niby kiwacie głowami, niby słowa trafiają tam gdzie powinny - spotykają się ze zrozumieniem. Pięknie! Po prostu sielanka. Do momentu, kiedy się okazuje, że ktoś jednak nie zrozumiał zupełnie nic.

Wyobraźcie sobie, że tłumaczycie komuś, jak bardzo nie lubicie jakiejś rzeczy. Ponieważ to rzecz istotna, poświęcacie na to sporo czasu, wracacie do tematu kilka razy, wyłuszczając swoje powody, by upewnić się, że Wasz rozmówca ROZUMIE.

Mija dzień lub dwa. I ten sam rozmówca składa Wam propozycję nie do odrzucenia. Proponuje Wam dokładnie to czego nie lubicie. Początkowo wydaje się Wam, że się przesłyszeliście. Ale nie, On naprawdę TO miał na myśli. Więc przypominacie Mu ową rozmowę. Pamięta, a jakże. I twierdzi, że nadal rozumie!!! Jak to rozumie? Chyba jednak nie bardzo skoro wyjeżdża z taką opcją! I pokrętne tłumaczenia w stylu "Wiem, ale może jednak coś się zmieniło...". A co się miało zmienić przez 24 godziny????

Zaczynam tracić wiarę w to, że z drugim człowiekiem można się normalnie porozumieć. Bo nawet jak kiwa głową i twierdzi, że pojął - wcale nie musi tak być. Nawet więcej - może usłyszał to co chciał usłyszeć i tylko tyle przyjął do wiadomości....

Nie lubię, kiedy ktoś mnie nie słucha. Gdy poświęcam swój czas na tłumaczenie dość osobistej i trudnej dla mnie rzeczy licząc na zrozumienie słuchacza - nie znoszę, gdy udaje, że rozumie.

Bo zrozumienie to coś więcej, niż przytaknięcie mówiącemu. To umiejętność postawienia się w jego sytuacji i zastosowania tej wiedzy w praktyce, w życiu codziennym. Czy to w ogóle realne? Dotychczas myślałam, że realne, możliwe i zdarza się często. Ale powoli zaczynam tracić wiarę w drugiego człowieka. A może to ja nie potrafię solidnie wyjaśnić tego, że nie życzę sobie pewnych sytuacji w moim życiu? Wydawało mi, że byłam konkretna i dobitna - ale widocznie coś mi jednak umknęło: to, że mój rozmówca wcale mnie nie słuchał....

Komentarze (10)
Z muzyką na TY

Zaczęło się, gdy miałam kilka lat. Podśpiewywałam sobie pod nosem i dobijałam otoczenie rozpaczliwymi próbami gry na dziecięcych cymbałkach. Pamiętam też gitarę-zabawkę, która nijak się miała do tych prawdziwych, a mimo to badałam ją wnikliwie, testując przy tym cierpliwość otoczenia. Mocno już nadszarpnięty zębem czasu adapter jak dla mnie - w tamtych czasach - mógł grać bez przerwy. Ten charakterystyczny szum nagrania, w moich uszach nadawał utworom cudownego brzmienia. Był też magnetofon szpulowy (teraz to wszystko już chyba zabytki), na który usilnie sama starałam się zakładać taśmy. Muszę wyznać, że zainteresowanie muzyką i wszystkim co grało przejawiałam co najmniej niezdrowe. Ani adapter ani wspomniany magnetofon nie przetrwały próby czasu ani starcia z dziecięcą ciekawością... Musiałam zadowolić się radiem i koncertami życzeń lecącymi w telewizji. Niewiele z tego pamiętam poza radosnym klimatem i przyjemnością, jaką sprawiały mi audycje. Potem pojawiły się magnetofony kasetowe i nastała era walkmanów. Się działo!!!

Gdy zaczynałam szkołę podstawową, jednocześnie trafiłam do ogniska muzycznego, do klasy fortepianu. I od tamtej pory muzyka towarzyszyła mojemu życiu już całkiem świadomie. Przez cały okres szkoły podstawowej, średniej i studia nie rozstawałam się z radiem ."Coś" zawsze musiało grać. Koiło to moją duszę, pobudzało wyobraźnię, przenosiło mnie w zupełnie inny świat... W szkole średniej z uporem maniaka ślęczałam już z prawdziwą gitarą i uczyłam się chwytów. Ów upór się opłacał, bo sama i bez niczyjej pomocy nauczyłam się grać na tyle dobrze, że dało się tego słuchać. Dziś chyba już niewiele pamiętam, bo w czasie studiów zamieniłam gitarę na mikrofon...

Na który okres mojego życia nie spojrzę - tam wszędzie jest ona: MUZYKA. Była wczoraj, jest dzisiaj i będzie jutro. Karmię się nią w chwilach słabości, upajam nią zmysły w chwilach relaksu, pozwalam jej grać w swojej duszy w chwilach radości. Każdy dźwięk, każde brzmienie dotyka najdelikatniejszych zakamarków mojego JA...

Muzyka jest jak najlepszy przyjaciel. Pociesza, gdy jest mi źle, koi - gdy cierpię, uspokaja - gdy nerwy zawodzą. A gdy się cieszę - ona jeszcze tę radość wzmacnia. Przynosi ze sobą harmonię, a ta - rozwiązania problemów. Muzyka to przyjaciel, który bez słów wskazuje najlepsze wyjście z sytuacji...

Dzięki muzyce potrafię wsłuchać się także w siebie. Pomaga mi rozładować emocje, pomaga spojrzeć na życie inaczej. Bywa, że przynosi melancholię, ale częściej współistnieje w smutku, który akurat na mnie spłynął. Zdarza się, że jak balsam łagodzi ból... Często wynosi mnie na wyżyny szczęścia, które zesłał los...

Bywają dni, kiedy pozwalam jej wypełnić siebie całą. Otwiera mi oczy i wyostrza pozostałe zmysły. Przenosi w świat, który sama wykreowałam w swojej wyobraźni. Świat, do którego prowadzą schody dźwięków a inspiracją są otaczające mnie brzmienia... 

Muzyka nie ma lat, nie starzeje się, zawsze wraca... Jest ponadczasowa. I niezmiennie trwa.

Jestem z muzyką "na Ty"... Bo tylko muzyka jednym dotknięciem odkrywa całą moją wrażliwość, uczucia i emocje. I gra na nich jak prawdziwy wirtuoz... Bywają dni, kiedy żyję muzyką, oddycham muzyką, aż wreszcie sama poniekąd się nią staję... Żyję w niej a ona we mnie i w całym otaczającym mnie świecie...

Na dobranoc - mój ukochany Chopin:

Komentarze (17)
Zima, hormony, kocie życie erotyczne i mistrz Vivaldi

Mam dzisiaj tzw. doła. Dół pojawił się znienacka, zaatakował i nie odpuszcza. Przyczyny jako takiej brak, jednak upatruję jej w tym, że budząc się rano nie dostrzegłam promieni słońca wpadających przez okno. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem ani co się dzieje. Zupełnie jakby dopiero dziś do mnie dotarło, że nastała biała pora roku. Zima. Tyle się o niej mówi, pisze, otacza nas z każdej strony - i to nie od dziś. Ale akurat dziś potrzebne mi było słońce.

Przyczyny numer dwa upatruję w huśtawce hormonalnej, którą mój organizm serwuje mi raz na jakiś czas. Co prawda wedle mojej wiedzy na wszelkie huśtawki stanowczo za wcześnie - ale spierać się z hormonami nie będę. Niech poszaleją, może nikomu krzywdy nie zrobię w tym czasie.

Powód numer trzy przypisuję mojemu kotu, który nie raczył nocować w domu. Zamiast tego wałęsał się gdzieś z kocicami. Trzy dni temu "obłapiał" kotkę sąsiadów, co dało się dość wyraźnie słyszeć. Wówczas również nie wrócił na noc. Rozumiem, że to już odpowiednia pora na rozpoczęcie kociego sezonu erotycznego, ale żeby tak rzucać wszystko dla kocicy? Zew natury... Dziś nie raczył się nawet zjawić na śniadaniu. Już pora obiadowa  a jego nadal nie ma. Zabalował! Zdarza mu się tak kilka razy do roku. Potem przychodzi z tym swoim "mrau", które oznacza, że muszę mu wszystko wybaczyć, bo przecież jest tylko kotem... Ach....ta kocia uczciwość...

Idę poprawić sobie nastrój dobrą muzyką, a potem może napiszę coś bardziej wartościowego. Przed Wami mistrz Vivaldi i jeden z moich ulubionych utworów muzyki klasycznej. Fragment Czterech pór roku - Zima...Sugeruję zamknąć oczy i pozwolić muzyce płynąć... Pozwolić się jej zawładnąć w całości....

 

Nic mnie tak nie uspokaja jak Cztery pory roku Vivaldiego...To stopniowane napięcie, te łagodne  i dramatyczne przejścia...

Tymczasem życzę wszystkim miłego zaśnieżonego popołudnia. Miasto przykryte śniegiem wydaje się być takie ciche i senne... Uśpione....

Komentarze (12)
Relaks w kinie

Kino to jedno z tych miejsc, do których naprawdę lubię chodzić (tuż obok teatru, spotkań towarzyskich, parku lub lasu i jeszcze kilku innych miejsc). Powód jest co najmniej jeden: relaks. Kino pozwala mi zapomnieć o realiach życia codziennego, odrywa mnie od moich problemów, a czasem uświadamia, że nie ja jedna z problemami się borykam. Niektóre filmy bawią, inne uczą. Z każdego czerpię coś dla siebie. Naturalnie, mówię o sytuacjach, w których idę na film a nie do kina ;). Kto chadza w to miejsce zapewne zna różnicę - tłumaczyć nie będę. W każdym razie kino stwarza także możliwość do poobcowania z innymi ludźmi - nawet nieznajomymi.

Tak więc co jakiś czas udaję się do kina by poobcować z lepiej lub gorzej rozwiniętą kulturą. Filmy, które wybieram, należą do różnych kategorii. Począwszy od tych, na których można się śmiać a kończąc na tych, które ukradkiem wyciskają łzy. Ostatnio natomiast zachciało mi się "czegoś innego". Byłam tak spragniona wrażeń, że kiedy stanęłam w obliczu wyboru między kolejną komedią a inną komedią - odwróciłam się na pięcie mówiąc, że chcę iść na horror. Horrorów raczej nie oglądam i nie jest to gatunek, za którym przepadam. Ale życie trzeba sobie urozmaicać. No to sobie urozmaiciłam!!! Żeby samego wyboru było mało, wybrałam godzinę jak najbliżej północy, stwierdzając, że tak będzie ciekawiej. No rzeczywiście, było. Zafundowałam sobie taki seans, że długo go nie zapomnę!

Wyobraźcie sobie: pusta sala kinowa - tylko ja i mój towarzysz. Ciemno, ani żywej duszy dookoła. Godzina bardzo późna. I ten film. Film nie był krwawy. Przerażający - tylko momentami. Film przede wszystkim był obrzydliwy! Niektóre fragmenty, jak to w horrorze, przejaskrawione do tego stopnia, że można było się z nich śmiać. Ale było kilka scen, na których po prostu odwracałam głowę i wciskałam się w fotel, mimo, że do aż tak wrażliwych nie należę. Jakby tego było mało, w połowie filmu, kiedy byłam bliska opuszczenia sali kinowej, mój towarzysz postanowił, że wyjdzie na chwilę. Ot tak, przyszło mu do głowy, że to urozmaici mój wieczór. Kiedy mnie  o tym poinformował, oprócz ostrego sprzeciwu spotkał się z kurczowym naciskiem - moich dłoni na jego ramię. Nie jestem pewna, czy nie wbiłam się palcami zbyt mocno. Chyba nie, sądząc z tego jak się śmiał. Oczywiście śmiał się ze mnie...

Wychodząc z kina byłam blada i jeszcze przez dobrą chwilę nie mogłam dojść do siebie. A to czego najbardziej nie mogę sobie darować to fakt, że film wcale nie był jakiś wyjątkowy, ani nawet naprawdę straszny. Pierwszy raz zareagowałam tak na horror. I długo go nie zapomnę. Może to ta godzina i pusta sala kinowa? Może udzielił mi się nastrój chwili? Co najlepsze - mój towarzysz cały czas powtarza, że był nie na horrorze a na dobrej komedii, bo to co ja wyrabiałam podczas tego seansu zrobiło na nim większe wrażenie niż sam film....

Tak oto próbowałam zrelaksować się w kinie. Zachciało się babie horroru. No to dostała...

A skoro jesteśmy w obrębie filmu i kina, nie mogę się powstrzymać i tego nie napisać: podobno Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze. Taki artykuł przeczytałam wczoraj.  Zainteresowanych odsyłam do linku poniżej :

Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze

Ja, nawet z perspektywy czasu, żadnej depresji po obejrzeniu tego filmu u siebie nie dostrzegłam, a przecież należę (podobno) do osób podatnych. Tym bardziej nie stwierdziłam u siebie myśli samobójczych. Może dlatego, że bajka jest tylko bajką i trzeba o tym pamiętać...A może dlatego, że ja wcale nie postrzegam swojej rzeczywistości jako szarej i nudnej :).

Komentarze (11)
Przyjaciół poznaje się w biedzie

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja swoich wirtualnych przyjaciół poznałam podczas wielu miesięcy prowadzenia bloga - podczytując i komentując ich wpisy, czytając komentarze pod moimi wpisami. Nie zawsze się zgadzamy. Miewamy odmienne zdania. Ale - tu uwaga - nie trzeba się zawsze ze sobą zgadzać, żeby się lubić. Nie trzeba mieć identycznych opinii, żeby się wspierać. To, że mamy odmienne zdania nie oznacza, że musimy się kłócić. Można dyskutować w atmosferze harmonii, nie trzeba się atakować ani używać agresywnych zwrotów. Trzeba natomiast wzajemnie siebie szanować. I umieć uszanować tę całą odmienność.

Grono przyjaciół, o których piszę, nie zawsze było takie same. Zaczęło się od jednej osoby i stopniowo się powiększało. Nadal się powiększa. Ale powoli. Gdy ktoś nie tylko bierze, ale i daje coś z siebie. Wrogość i agresja nie sprzyjają atmosferze zawierania przyjaźni. Trzeba dobrej woli, czasu, zrozumienia. Nie jest to grono zamknięte. W każdej chwili może się powiększyć. I nie trzeba do tego przechodzić dziwnych prób. Na początek wystarczy dać coś z siebie innym - i dać się poznać.

Moi wirtualni przyjaciele to niby tacy zwyczajni ludzie. Żony i mężowie, matki i ojcowie, studenci, ludzie pracujący, mający swoje słabości. Ale dla mnie to ludzie absolutnie nieprzeciętni. Błyskotliwi, czasem zapalczywi, innym razem spokojni. Ludzie inteligentni, posiadający własne zdanie, umiejący wyrazić je w sposób kulturalny. To ludzie pełni wiary i siły. Ludzie, których łączy wzajemna sympatia. Ludzie, którzy potrafią się wspierać w trudnych sytuacjach i pomagać sobie gdy zachodzi taka potrzeba. Czy można oczekiwać czegoś więcej od definicji wirtualnego przyjaciela? To ludzie pełni zrozumienia i uroku, ale trzeba dać im szansę i zechcieć ich poznać.

Wiem też, że mam wielu wirtualnych przyjaciół, których nie znajdziecie wśród moich znajomych. Z różnych powodów są to osoby, które własnego bloga nie prowadzą. Czasem coś skomentują. Czasem tylko prześlą prywatną wiadomość. A czasem po prostu są. To już bardzo wiele.

Wszystkim moim wirtualnym przyjaciołom dziękuję. Za to, że jesteście. Nie będę wymieniać imiennie, ponieważ nie leży to w mojej mocy. Ale Wy wiecie, że to dla Was. Wszystkim, którzy są i pamiętają, wszystkim, którzy tu wracają.

A tych, którzy nie wierzą w wirtualne przyjaźnie, nie będę przekonywać że ta więź jest prawdziwa. Nie słowa bowiem, lecz czyny mówią same za siebie. Dzięki niedowiarkom i malkontentom ta więź staje się jeszcze bardziej rzeczywista i silna. Bo my nie opuszczamy siebie w potrzebie. Stajemy ramię przy ramieniu.

Nie ma ludzi doskonałych, dlatego też żaden z moich przyjaciół doskonały nie jest. Wszyscy popełniamy błędy, czasem dajemy się ponieść emocjom. To wszystko sprawia, że jesteśmy ludźmi. Właśnie ta niedoskonałość. Ale każdy wielki człowiek był kiedyś napiętnowany w jakiś sposób. Przez innych ludzi, bądź życie. A dla  mnie - moi drodzy wirtualni przyjaciele - jesteście wielcy. Bo nie trzeba zdobywać szczytów by być wielką osobowością. Wystarczy być dobrym człowiekiem.

Komentarze (29)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 |