iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Święta w obcym kraju

Święta powinno się spędzać z rodziną. Nie rozumiałam tego, dopóki nie wyjechałam za granicę. Wiem co mi powiecie: "To obgadywanie, to całe jedzenie, te dyskusje przy świątecznym stole! Nikt za tym nie tęskni!" To prawda. Ale dla mnie święta zawsze miały inny wymiar - bardziej duchowy - i tego zabrakło mi w dalekim świecie.

Pierwsze święta poza Polską były dziwne. Trafiło na Wigilię i Boże Narodzenie. Nie było opłatka, śledzia, pierogów z makiem... Nie było nic. Zamiast tego podano nam indyka, ponieważ ludzie którzy nas otaczali nie mieli pojęcia o polskich tradycjach. Pomylili Wigilię z amerykańskim Świętem Dziękczynienia. Nie było nawet normalnej choinki, tylko jej namiastka. Nie było refleksji, zadumy, nie było nic.... Nie było oczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Boże Narodzenie w Indiach nie miało wymiaru duchowego, ponieważ Hindusi nie bardzo rozumieją ideę tego święta. Przyjęli do swoich tradycji to, co widywali w filmach: trochę ozdób, kolorowe światełka, które rozwieszają podczas każdego festiwalu, maleńką choinkę, św. Mikołaja... Wszystko to, co gwarantuje dobrą zabawę. Jedyną namiastką prawdziwych polskich świąt było śpiewanie kolęd.... po angielsku! A to czego brakowało najbardziej, to najbliżsi zgromadzeni przy jednym stole, ciepło rodzinnego domu, sianko pod obrusem...

Jeszcze dziwniejsza była Wielkanoc. Bez kolorowych pisanek, bez święconki, bez śmigusa dyngusa... Wcale nie czuło się świąt...

Nie można mieć pretensji do Hindusów - ich tradycje są inne, podobnie jak święta.  Festiwale w Indiach są radosne, głośne, taneczne i muzyczne. Ale przede wszystkim - rodzinne.

Tam daleko, wśród obcych ludzi, zdałam sobie sprawę jak bardzo tęsknię za świętami w domu. To było dwa lata temu.

Traf chciał, że zarówno ubiegłoroczne Boże Narodzenie, jak i tegoroczną Wielkanoc spędziłam w domu tylko częściowo. Znowu zabrakło mi świąt... Znów za nimi zatęskniłam...

Gdybyśmy częściej spędzali święta w obcym kraju, może potrafilibyśmy dostrzec w nich coś więcej niż okazję do wymiany poglądów politycznych, plotkarstwa, obżarstwa? Może przestałyby nas nudzić i męczyć, a zaczęły cieszyć? Może poczulibyśmy prawdziwego ducha świąt i wrócilibyśmy do tradycji, które zdają się nie mieć dla nas już żadnego głębszego znaczenia?

Komentarze (13)
Indie i Bindi

Myślę, że już najwyższy czas spełnić swoją obietnicę i napisać o bindi i tradycji jego noszenia w Indiach.

CO TO JEST BINDI?

Bindi to znak, zazwyczaj w postaci kropki, umieszczany na czole (najczęściej między brwiami) przez kobiety i dziewczęta w Indiach.
Samo słowo "bindi" ma wiele synonimów, bywa różnie tłumaczone i niekiedy utożsamiane jest z tilaką (tilak, tilaka) co tylko częściowo ma rację bytu. Tilaka bowiem jest pojęciem szerszym - i może znajdować się także na innych partiach ciała, nie tylko na czole. Poza tym oba słowa różnią się nieco znaczeniowo. Tilaka jest symbolem religijnym i jej wygląd zależy od przynależności wyznaniowej - więc mogą ją nosić zarówno kobiety jak i mężczyźni. Tilaka rysowana jest na czole podczas obrzędów i ceremonii religijnych (tzw. pudża) w świątyniach. Tak było jeszcze jakiś czas temu. Obecnie każdy może sam sporządzić pastę i podczas świąt nałożyć ją domownikom na czoło.

Jeden z moich znajomych w Indiach - na czole tilak.


Symbolika bindi jest nieco inna. Noszone przez kobiety i dziewczęta, oznacza, iż są one pod opieką i ochroną - kolejno - męża lub ojca. Wedle tradycji hinduskiej kobieta powinna znajdować się pod ochroną mężczyzny przez całe życie.

KTO, GDZIE, KIEDY

Podobnie jak pozostałe zwyczaje, tradycja noszenia bindi jest inna w różnych częściach Indii, inna w miastach i inna w wioskach. Mogę mówić tylko o miastach ponieważ nie miałam okazji widzieć żadnej wioski poza jedną, więc nie mam porównania. Północne Indie cechuje duży konserwatyzm i przywiązanie do tradycji, toteż bindi noszą głównie kobiety zamężne i przyjęło się uważać, iż bindi jest ich znakiem. Południowe Indie są znacznie bardziej tolerancyjne pod tym względem. Tutaj bindi jest częściej noszone dla ozdoby, głównie przez młode dziewczęta jeszcze przed ślubem. Ale nie ma reguły, a przynajmniej nie są one ścisłe. Moje doświadczenia dotyczą głównie miast i tylko miasta mogę porównywać, wioskę widziałam raptem jedną. Obecnie w Indiach dochodzi do ogromnych migracji związanych z poszukiwaniem pracy. I jak twierdzi mój przyjaciel Santhosh, jest dokładnie odwrotnie - południe staje się bardziej konserwatywne. Wierzę Mu na słowo - w końcu to jego rodzinny kraj. Krótko mówiąc dochodzi do przemieszania ludności a wraz z nią także tradycji. Nie można już tak uogólniać jak kiedyś. Mój przyjaciel podkreśla, że te stany, które wciąż kultywują tradycję to przede wszystkim Punjab i Bengal. Ten pierwszy miałam okazję widzieć i podziwiać, i stąd moje wrażenie, że północne Indie są bardziej konserwatywne.

UMIEJSCOWIENIE

Według wierzeń Hindusów ( i nie tylko) ciało ludzkie posiada wiele ośrodków energetycznych zwanych czakrami. Siedem z nich uznano za główne. I tak na przykład istnieje czakra serca, korony, słoneczna. Czakra, z którą nierozerwalnie łączy się bindi - to czakra trzeciego oka (adźna). Miejsce na środku czoła, pomiędzy brwiami i nieco nad nimi, a więc miejsce w którym umieszczane lub rysowane jest bindi, to właśnie miejsce szóstej czakry - czakry trzeciego oka. Jest ona określana jako "panowanie, kierownictwo, dowodzenie". Jest to miejsce ukrytej mądrości, wszystkie życiowe doświadczenia są tu zbierane i analizowane. Wedle wierzeń czakra trzeciego oka jest miejscem, w którym energia może opuszczać ciało. Aby zapobiec niepotrzebnej utracie energii - w tym szczególnym miejscu umieszcza się bindi. Jednocześnie symbolizuje to wszelką pomyślność.

JAK WYGLĄDA BINDI

Tradycyjne bindi ma postać czerwonej kropki na czole, małej lub większej. Czerwień zarezerwowana jest dla mężatek i jak wspomniałam wcześniej - na północy rzeczywiście bindi noszą przeważnie kobiety zamężne.

To mama mojej hinduskiej koleżanki z tradycyjnym czerwonym kolistym bindi na czole.

Na południu Indii, gdzie panuje większa dowolność w tym względzie, bindi ma różną postać, kształt i kolor. Czasem malowane specjalnym barwnikiem lub pastą, częściej naklejane - można kupić przeróżne ozdoby tego typu. Poniżej specjalnie przesłane mi z Indii przez kolegę bindi, które można kupić w wielu miejscach.

SINDUR, MAŁŻEŃSTWO I CZERWONA KROPKA

Sindur to rodzaj czerwonego proszku aplikowanego na czoło i przedziałek przez kobiety zamężne. Po raz pierwszy nakładany jest w czasie ceremonii zaślubin. O ile dobrze zrozumiałam, to pan młody robi ten znak pannie młodej w czasie obrzędu. Być może jest to kontynuacja dawnej tradycji. Wedle legend dawno temu istniał zwyczaj porywania panny młodej (nie tylko w Indiach). Narzeczony musiał walczyć o swoją wybrankę. Kiedy wygrał, krwią przegranego naznaczał przedziałek przyszłej żony. Czasem też czerwony znak na czole utożsamiany jest z dawnymi ofiarami z krwi mającymi uspokoić bogów.

Panny nie nakładają sinduru. Wdowy również. Choć niektóre źródła podają, że wdowy nie noszą sinduru tylko na przedziałku. Generalnie wdowy na znak żałoby i w jej okresie - nie noszą bindi w ogóle. Jeśli zdarza się śmierć w rodzinie, to generalnie kobiety w tej rodzinie na znak żałoby - nie zakładają bindi. Choć jak twierdzi mój przyjaciel - to także obecnie się zmienia.

Sindur ma przynosić szczęście i dostatek. Jest symbolem kobiecej energii i siły. Czerwony znak na czole ma zapewnić dobrobyt i wszelkie powodzenie kobiecie i rodzinie, do której wchodzi ona podczas zaślubin.

ŹRÓDŁA TRADYCJI

Tradycja noszenia bindi wywodzi się jeszcze z czasów starożytnych. Kobiety i mężczyźni stroili się porą wieczorową, zakładali wianki, a czoła (i nie tylko) przyozdabiali bindi. Bindi to było zrobione z przyciętych młodych i delikatnych listków, a do dekoracji używano pasty z drzewa sandałowego.

Obecnie tradycja noszenia bindi zmienia się i stopniowo zanika. Tradycyjne bindi - w formie czerwonej kropki, dawniej tak skrupulatnie nakładane i odrysowywane od monet, by zachowało okrągły kształt, dziś zastępowane jest przez kawałki czerwonego materiału lub sztuczne przyklejane bindi. W czasie jednego ze świąt pozwoliłam sobie założyć bindi, co widoczne jest na zdjęciu poniżej.

Komentarze (12)
Niech żyją polskie znaczki!

Dziś dostałam paczuszkę z Indii. Nareszcie!!! Obawiałam się już, że nigdy do mnie nie dojdzie, bo miałam okazję widzieć indyjską pocztę. Może powiem tak: kocham Pocztę Polską! I Wy też - tylko o tym nie wiecie :). Naprawdę. Mimo wszystkich skarg jakie na nią spływają, mimo zażaleń, mimo tego, co czytam w internecie na jej temat - po prostu ją uwielbiam. A doceniłam jej zalety właśnie podczas pobytu w Indiach, kiedy to kilkakrotnie próbowałam skorzystać z tamtejszej poczty.

Po pierwsze znalezienie poczty w Indiach samo w sobie graniczy z cudem. U nas wszystko pięknie oznakowane, tam niestety trzeba się trochę naszukać. I nawet kiedy pytasz przechodniów - wskazywany kierunek nie zawsze jest ten sam i określony jednoznacznie. A jeśli nie znasz języka i słabo gestykulujesz - możesz od razu zrezygnować. Kiedy więc wreszcie uda się odnaleźć upragniony budynek i wejść do środka - należy sobie życzyć powodzenia. U nas są okienka, kolejki, ewentualnie numerki i przydziały. Tam się z czymś takim nie spotkałam. (Może  za mała poczta mi się trafiła???) To znaczy jest coś w rodzaju okienek, ale chyba funkcjonują inaczej niż u nas - do tej pory tego nie rozszyfrowałam :P. Cała reszta zależy od tego czy masz szczęście czy nie. Przynajmniej takie są moje doświadczenia. Można kupić znaczki - ale znaczki wcale się nie kleją i żadne "ślinienie" czy zwilżanie nie pomoże. Na stolikach gdzieniegdzie porozstawiane są tacki z klejem, który w zasadzie też niczego nie klei. Szanse na to, że przyklejony znaczek pozostanie na swoim miejscu to jakieś 50%. Całkiem spore :))).

U mnie skończyło się na kartce i liście, nigdy nie próbowałam wysłać paczki, toteż obawiałam się, iż proces takowy może napotkać wiele przeszkód. Na szczęście paczkę wysyłał  mój przyjaciel Hindus, więc przynajmniej zmniejszyły się problemy z komunikacją.

I wreszcie dzisiaj jest. Dostałam moją paczuszkę!!! Po dwóch tygodniach od momentu jej nadania. A liczyłam, że to potrwa dłużej. Nie mogę powiedzieć żeby stan był nienaruszony, ale mając w pamięci to, jak traktowano moje walizki na lotniskach, powinnam dziękować, że paczuszka w ogóle dotrwała. Na szczęście nic nie zginęło. Paczka zawierała - teraz będziecie się śmiać - krem pod oczy (sztuk dwie), list i bindi. Krem pod oczy - bo żaden tutejszy po prostu tak skutecznie na mnie nie działa, a przynajmniej jeszcze takiego nie odkryłam. Ten ma rewelacyjne właściwości jeśli chodzi o usuwanie skutków zmęczenia, bólu, dobrze się wchłania i nie podrażnia skóry, a przy tym ładnie redukuje opuchliznę i cienie. Nie jest to jakaś szczególna firma, ale akurat moje oczy ten kremik pokochały, a ja razem z nimi. Dzięki uprzejmości mojego kolegi, dziś wreszcie do mnie dotarł. Kremik ten jest bardzo wydajny - więc mam zapas na kolejnych kilka miesięcy.

Bindi natomiast....Myślę, że na temat bindi zrobię osobny wpis, bo będzie dotyczył Indii jako takich :)) i jest o czym pisać. Teraz tylko wyjaśniam, że bindi (inaczej tilak, albo tilaka) to ta kropka, którą na zdjęciach można zobaczyć na czołach Hindusek :).

Także wdzięczna jestem pocztom w obydwu krajach za to, że dostarczyły mi  te cudeńka. Miewałam różne doświadczenia z pocztą i przyznam, że byłam przygotowana na najgorsze. Tymczasem - miłe zaskoczenie :)). Cokolwiek by nie mówiono o Poczcie Polskiej - kocham ją, bo wszystko jest jasne i proste, nadawanie listów czy przesyłek. Trochę irytują mnie co prawda wydawane numerki, kiedy na poczcie jest zupełnie pusto  a ja muszę czekać, aż numer zostanie wywołany. Ale przynajmniej każdy wie kiedy i do którego okienka podejść. No i uwielbiam nasze znaczki, które zazwyczaj kleją mi się do wszystkiego :))).

Komentarze (28)
Rodzina - prawdziwy dom. Indie kontra Polska.

Dzisiaj będę monotematyczna. Rodzina, rodzina i jeszcze raz rodzina.
Żyłam w naszym kraju lat dwadzieścia kilka dopóki nie wyjechałam do Indii. Miałam tu rodzinę, znajomych, pasje. Miałam to wszystko o czym inni mogą tylko pomarzyć. Jednak ile znaczy dla mnie to wszystko, a przede wszystkim, ile znaczy dla mnie rodzina i ile powinna znaczyć, zrozumiałam dopiero na obczyźnie.

W kulturze indyjskiej to rodzina jest najważniejsza. Nie w słowach i nie w hasłach - tylko tak naprawdę. Rodziny hinduskie są liczne, często żyją po kilkanaście osób w jednym mieszkaniu. Wynika to z różnych względów. Liczba kuzynów, wujków i cioć jest trudna do określenia, jednak wszyscy wszystkich pamiętają, darzą się sympatią i olbrzymim szacunkiem.

Najważniejsi w każdej rodzinie są seniorzy. Ich zdanie jest bardzo istotne. Zresztą nie tylko w rodzinie. Osoby starsze darzone są powszechnym szacunkiem. Niejednokrotnie Hindus spotkawszy na ulicy osobę starszą od siebie, niekoniecznie spokrewnioną, a często i nieznajomą, zwraca się do niej Ciociu lub Wujku. To taki wyraz uszanowania. Do mnie małe dzieci wołały "ciociu" i wcale mi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - sprawiało, że nie czułam się wyobcowana, tylko lubiana i akceptowana.

Dla dzieci - bezwzględnie najważniejsi są rodzice. Hindusi bardzo kochają dzieci. Wszyscy bez wyjątku. Może dlatego małym dzieciom pozwala się praktycznie na wszystko. Nie podnosi się na nie głosu, nie robi się tragedii, kiedy dziecko się przewróci, nie zabrania im się wiercenia przy stole czy zabawy jedzeniem. To wszystko jest dozwolone. W restauracji dzieci biegają po całym lokalu. Nie boją się obcych, często zaczepiają ludzi siedzących przy sąsiednich stolikach - i nikomu to nie przeszkadza. Nikt nie boi się, że dziecko coś zepsuje czy nabroi. Mimo tak dużej swobody - dzieci są wyjątkowo posłuszne i w miarę dorastania rodzice stają się ich wyrocznią absolutną. Rodzice i rodzina. To oni decydują o wszystkich najważniejszych etapach życia, nawet o tym, kiedy i kogo ich wychowanek czy wychowanka poślubi. Słowo i decyzja rodziny w Indiach to rzecz święta i niepodważalna.
Wszystkie święta - a jest ich naprawdę wiele - rodziny w miarę możliwości spędzają razem. Między braćmi i siostrami istnieje wyjątkowo silna więź, taka, którą u nas w kraju bardzo trudno zaobserwować. Podobnie między rodzicami i dziećmi.
Często można zaobserwować spotkania całych rodzin lub np. rodzinne wyjścia do parku, lokalu, rodzinne uroczystości. Wyjście z rodzicami nie jest traktowane jak tortura i "obciach" jak u nas w kraju, ale jak fantastyczna rozrywka, której towarzyszy radość, szczęście i zabawa.
W Indiach słowo RODZINA budzi respekt.

A jak jest w Polsce? W Polsce powinno być podobnie - jesteśmy katolickim krajem, a Kościół w każdym słowie podkreśla znaczenie rodziny. Szkoda, że na słowach się kończy... O problemach się nie mówi, zwłaszcza jeśli są poważne, bo co ludzie powiedzą??? Udajemy, że ich nie ma, wskutek czego z problemami zostajemy zupełnie sami. Szacunek to słowo przedawnione i nie mające racji bytu, szczególnie w odniesieniu do osób starszych, a wyjścia i spotkania rodzinne mają miejsce głównie dwa razy do roku, w święta. Ktoś mi teraz powie - bo wszyscy pracują. Uśmiechnę się - bo i tak pracujemy mniej niż Hindusi. Tam dzień pracy jest dwukrotnie dłuższy. Ale dla rodziny zawsze znajdzie się czas.

Wiele dzieci nie ma domu i rodziny, bo nasze polskie prawo na to nie pozwala. Przepisy wydłużają procesy adopcyjne do kilku lat, a stawiane wymagania uniemożliwiają adopcję wielu porządnym rodzinom. Czy naprawdę lepszy sierociniec niż dom, do którego się wraca? Choćby był i biedny, wszak nie o pieniądze tu chodzi, ale o uczucia i pewne wartości!

To właśnie Indie i Hindusi nauczyli mnie co to znaczy być rodziną, mieć rodzinę, należeć do rodziny. Uświadomili mi jak dużą wartość mają dla mnie rodzinne tradycje. Pokazali, że w prawdziwej rodzinie tkwi siła. Że w prawdziwej rodzinie - nikt nie czuje się wyobcowany czy odizolowany, bo nie ma w niej miejsca na samotność. Rodzina, to takie miejsce i ludzie, gdzie każdy ma swoją przystań i może być sobą, a z problemami nikt nie zostaje sam, bo wszystkie problemy są wspólne, tak jak i ich rozwiązania.
Rodzina to więcej niż pojęcie. Rodzina to być albo nie być, to podstawa do samookreślenia i odnalezienia siebie w tym dzisiejszym zwariowanym świecie. Tak powinno być.
 

Komentarze (9)
Indie i riksza

Najpopularniejszym środkiem transportu w Indiach, w obrębie miast, są tzw. riksze. Riksza to pojazd kołowy, ale napędzany siłą mięśni ludzkich, wynaleziony prawdopodobnie w Japonii.

Pierwsze riksze były pchane lub ciągnięte przez jedną osobę, i w związku z tym nazywane są rikszami pieszymi. Obecnie raczej już ich się nie wykorzystuje i nie miałam okazji widzieć tego rodzaju pojazdu w czasie swojego pobytu w Indiach, jednakże wciąż można je spotkać w Kalkucie.

Riksze piesze zostały zastąpione przez riksze rowerowe. Obecnie w Indiach można je spotkać głownie na północy kraju, w Delhi i okolicach, w Agrze, a także w Kalkucie. Miałam okazję kilka razy taką rikszą jechać - wrażenie niezapomniane, aczkolwiek za każdym razem przez całą drogę zastanawiałam się, czy za chwilę z niej nie spadnę :) Na zdjęciu poniżej typowa riksza rowerowa:

I poniżej z bliska:

Z tyłu, na siedzeniu rikszy rowerowej mieszczą się dwie osoby.

Obecnie riksze piesze i rowerowe zostały zastąpione przez wersje zmotoryzowane, tzw. autoriksze.  Można je spotkać dosłownie wszędzie. Pełnią one rolę taksówek. Maksymalna osiągana przez nie prędkość to około 50 km/h, ale zapewniam, że na warunki indyjskie i tamtejsze korki to i tak aż nadto. Poniżej autoriksza z Delhi (zielono-żółta) i z Pune (czarno-żółta).

Na tylnym siedzeniu autorikszy mieszczą się swobodnie 2 osoby, a nawet trzy - z tym że robi się już troszkę ciaśniej. Jednak zdarzało mi się widzieć riksze wiozące nawet 5-6 pasażerów. Muszę przyznać, że pomysłowość Hindusów nie zna granic ;)

Każda autoriksza powinna mieć zainstalowany licznik opłat taki jak ten na zdjęciu poniżej, jednakże w wielu pojazdach ich nie ma, a nawet jeśli są - kierowcy ich nie włączają. Bardzo często mówią, że licznik nie działa i próbują sami ustalić cenę za przejazd - zwykle 2-3 razy wyższą niż normalna. Niektóre riksze mają też liczniki "podkręcone". Wielokrotnie też zdarza się, że kierowca widząc Europejczyka, żąda dodatkowej opłaty za przejazd, oprócz tej, którą pokaże licznik. Rada jest jedna - nie zgadzać się. Nie ma sensu się targować. Trzeba bezwzględnie żądać włączenia licznika, a jeśli kierowca wciąż ma obiekcje - stanowczo wysiąść z pojazdu. Zwykle reakcja jest natychmiastowa - licznik zostaje włączony :)))

Często stosowanym zabiegiem jest również wiezienie pasażera na około, dłuższą drogą. Trzeba jednak podkreślić, że nie wszędzie w Indiach tak jest. Szczególnie na baczności trzeba mieć się w Indiach Płn., głównie w Delhi (stan Punjab). Są jednak także takie miejsca, gdzie panuje bezwzględna uczciwość. I tu wspomnieć muszę stan Gujarat (miasta takie jak Baroda, Ahmedabad), gdzie nie próbowano mnie oszukać ani razu i nigdy nie musiałam przypominać o włączeniu licznika. Większych problemów nie było też w Bombaju.

Osobiście bardzo polubiłam autoriksze. Są wygodnym środkiem transportu w warunkach indyjskich i czasem naprawdę brakuje mi ich w Polsce ;). Koszt przejazdu jest różny i zależy od dystansu jaki został przejechany, wszystkie autoriksze mają jednak swoją cenę początkową. W Gujaracie jest to 7 rupii, w Bangalore czy w Bombaju od 11 do 14 rupii.

Ciekawostką jest, iż autoriksze w poszczególnych stanach różnią się kolorystycznie :)

 

Komentarze (0)
Indie i garam masala

Nieodłącznym elementem kuchni indyjskiej jest tzw. GARAM MASALA. Przeglądając strony internetowe znalazłam wiele tłumaczeń tych słów - występuje ona jako ostra przyprawa, ostra mieszanka, gorąca mieszanka. Jednak najbardziej poprawnym tłumaczeniem jest: gorąca przyprawa (hinduskie "garam" - gorący, ciepły; "masaalaa" - przyprawa) (www.wikipedia.pl). W praktyce nie jest to jedna konkretna przyprawa, ale mieszanka wielu różnych przypraw i ziół, które są prażone a potem mielone. Prażenie składników przed ich użyciem ma na celu wydobycie ich naturalnego aromatu. Wiele źródeł podaje, że przyprawy są prażone osobno i mielone już razem, jednakże w wielu polskich tłumaczeniach można znaleźć przepisy, gdzie przyprawy także praży się razem. W rzeczywistości w Indiach każda pani domu przygotowuje tę mieszankę wedle własnego uznania (lub kupuje gotową w sklepie). Zarówno skład jak i sposoby przygotowania przyprawy mogą się z tego powodu znacznie różnić, tak jak różnią się receptury w poszczególnych stanach, regionach a nawet domach w Indiach. W sklepach i na straganach natomiast, można kupić gotowe przyprawy - garam masala do kurczaka, garam masala do ziemniaków, garam masala do konkretnych potraw.

Garam masala używana jest dopiero pod koniec gotowania, sama lub w połączeniu jeszcze z innymi przyprawami. Jest składnikiem bardzo wielu potraw indyjskich.
Poniżej przepis na garam masala, najbardziej uniwersalny jaki udało mi się znaleźć, nieco zmodyfikowany wedle własnej wiedzy. Podobnie jak w przypadku masala tea - ilość składników można zwiększać lub zmniejszać wedle gustu.

Garam masala

2 łyżki stołowe nasion kminu (niektóre źródła podają, że można go zastąpić kminkiem)
2 łyżki stołowe nasion kolendry
2 łyżki stołowe ziaren kardamonu
2 łyżki stołowe ziaren czarnego pieprzu
1 pokruszona laska cynamonu
1 łyżeczka goździków
1 łyżeczka gałki muszkatołowej

opcjonalnie: pół łyżeczki szafranu, 2 pokruszone liście laurowe, łyżeczka imbiru

Sposób przygotowania: Kmin, kolendrę, kardamon, cynamon, pieprz i goździki (i liście laurowe) wrzucamy na suchą rozgrzaną patelnię, na średni ogień. Podgrzewamy 5-10 min, czasem mieszając, aż przyprawy staną się nieco ciemniejsze i pojawi się aromat. Studzimy.
Następnie wszystkie razem mielimy i mieszamy z gałką muszkatołową (ewentualnie też z szafranem i imbirem). Przekładamy do szczelnego naczynia. Przechowujemy kilka miesięcy.

Z racji tego, że nie zawsze można dostać niezbędne składniki w pożądanej postaci, przepis można nieco zmodyfikować. Jeśli wszystkie przyprawy mamy już dostępne w wersji zmielonej, podgrzewamy je na suchej rozgrzanej patelni ok. 30 sekund. Na koniec mieszamy z gałką muszkatołową i pieprzem. (źródło:http://www.przepisy.org/przepis3493-58_69.html)

Uwaga: najbardziej prawidłowe byłoby zrumienienie każdej przyprawy i zioła z osobna i wymieszanie ich dopiero po prażeniu.

Garam masala stosować szczyptę, dla podkreślenia smaku lub wedle przepisu. Osobiście wolę stosować ją w umiarkowanych ilościach. SMACZNEGO!

 

Komentarze (5)
Indie i mehendi

Tradycja mehendi sięga kilku tysięcy lat. Mehendi to tymczasowe aplikacje z henny dekorujące skórę. W Indiach wykorzystuje się głównie wzory roślinne, częsty jest też motyw pawia. Najczęściej dekoruje się dłonie oraz stopy, bowiem w tym miejscach kolor pozostaje najdłużej i ma najintensywniejszą barwę, co będzie widać na zamieszczonych niżej zdjęciach. Sama henna jest krzewem, którego liście zawierają naftochinon (lawson), czerwono-pomarańczowy barwnik.

W Indiach panny młode tuż przed weselem barwią stopy i dłonie. Jednakże tradycja wykonywania mehendi miała wcześniej głównie znaczenie nie tyle dekoracyjne co zdrowotne. Wierzono bowiem, że substancja barwiąca wyciąga z ciała wszelkie choroby. Obecnie wierzy się, że aplikacje z henny przynoszą błogosławieństwo i szczęście.

W Indiach w wielu miejscach można spotkać małe stoiska, gdzie odpowiedni człowiek wyrysuje henną piękne wzory. Zwykle dostępny jest album z fotografiami różnych motywów - można wybrać to co się podoba. Stoiska wyglądają tak, jak na zdjęciu poniżej.

Na małym stoliku widać album z fotografiami przykładowych wzorów, obok zaś leżą tubki z henną.

Czas nakładania henny zależy od skomplikowania wzorów. Tuż przed nałożeniem barwnika w skórę wciera się olejek herbaciany, ponieważ wzmacnia on i utrwala kolor. Etapy nakładania henny pokazują zdjęcia poniżej. Sam barwnik wygląda jak brązowa papka, jest zimny, a proces jego nakładania całkiem przyjemny.

 

 

 

Po nałożeniu henny należy odczekać około godziny, czasem mniej. Następnie zdrapuje się zaschnięty barwnik i ponownie wciera olejek. Tuż po zdrapaniu henny wzór na skórze jest bardzo delikatny, pomarańczowy i ciemnieje w miarę upływu czasu.

Na zdjęciu powyżej mehendi 2 godziny po nałożeniu i zdrapaniu barwnika. Na zdjęciu poniżej - kilka godzin później.

Po wykonaniu aplikacji zaleca się unikanie kontaktu z wodą przez kilkanaście godzin. Zaznaczam, że samo uczucie towarzyszące obecności barwnika na dłoniach w pierwszej dobie jest mało przyjemne - jest to uczucie parzenia, suchości i gorąca. I rzeczą, na której mi najbardziej zależało było właśnie umycie rąk, co okazało się niemożliwe przez prawie 24h. Sam zapach jest również bardzo intensywny. Efekt końcowy jest piękny i pozostaje na skórze przez kilka do kilkunastu dni. Barwnik znika wraz ze złuszczającym się naskórkiem. 

źródło informacji: http://www.belly-dance.pl/forum/showthread.php?t=966

zdjęcia: własne

Komentarze (3)
Indie. Herbata tradycyjna i Masala Tea

Indie są chyba największym producentem czarnej herbaty na świecie. Herbata to napój, od którego jestem uzależniona. Dosłownie i w przenośni. Dlatego będąc w Indiach nie mogłam sobie odmówić posmakowania tego specyfiku w lokalnym wydaniu. O herbatę w Indiach nie jest trudno. Uprawiana jest na plantacjach między innymi w stanie Assam i Darjeeling, ale także w Kerali na południu Indii. Sprzedają ją wszędzie - nie tylko w barach i restauracjach, ale również w przydrożnych sklepikach, na dworcach, w pociągach no i oczywiście na ulicach. Są nawet specjalne uliczne jadłodajnie, gdzie oprócz tradycyjnych  potraw można dostać właśnie herbatę. Jednakże herbata, którą pijemy w Polsce i herbata indyjska to dwa różne napoje. Inny jest też sposób przyrządzania. Ale po kolei.

Istnieje wiele opowieści dotyczących pochodzenia herbaty. Jedni wiążą ją z Chinami, inni z Indiami. Jedni z mnichem, inni z pielgrzymem, jeszcze inni z cesarzem... Podania i legendy opowiadające o pochodzeniu herbaty można znaleźć tutaj:

pl.wikipedia.org/wiki/Herbata

coffee-shop.pl/

www.polibuda.info/art2985

Herbatę  w Indiach pije się od samego rana, kilka razy w ciągu dnia. Nie w szklankach, ale w bardzo małych kubeczkach. Parzy się ją inaczej niż w Polsce.

  • Po pierwsze tradycyjna herbata indyjska przyrządzana jest z mlekiem (ale inaczej niż bawarka!!!). Nazywana jest przez to MILK TEA. Osobiście mleka w herbacie nie uznaję. Kilka razy spróbowałam, ale to nie było to, więc potem zawsze prosiłam o herbatę bez niego (BLACK TEA), co wywoływało ogólne zdziwienie i zamieszanie. Nieco mniejsze, gdy zamawiałam herbatę z cytryną (LEMON TEA).
  • Po drugie tradycyjna herbata parzona po indyjsku jest bardzo słodka (przynajmniej jak na mój gust).

Poniżej zamieszczam 2 przepisy: na herbatę po indyjsku bez przypraw i z przyprawami (tzw. MASALA TEA). 

Klasyczna herbata po indyjsku:

składniki: herbata (najlepiej indyjska), woda, mleko, cukier,

równe ilości mleka i wody wlać do garnuszka (chociaż mój kolega Hindus twierdzi, że proporcje wody i mleka zależą tylko i wyłącznie od gustu). Po chwili dodać czarną herbatę (na 0,5l płynu 2-3 łyżeczki herbaty - uwaga! będzie bardzo mocne!). Doprowadzić do wrzenia. Dodać cukier (wedle uznania). Odcedzić (osobiście nie lubię tych fusów w środku i Hindusi zawsze odcedzają, ale jeśli komuś to nie przeszkadza, to zapewne nie ma takiej potrzeby). Przelać do kubków i pić gorące.

Masala Tea :

składniki: herbata (jak wyżej), woda, mleko, cukier i niezbędne przyprawy: kardamon, imbir, goździki, cynamon (dla smaku)

Równe ilości wody i mleka wlać do garnka, po chwili wsypać herbatę, cukier i wymienione przyprawy. Doprowadzić do wrzenia. Następnie zmniejszyć ogień (lub zdjąć z niego zupełnie) i jeszcze chwilkę odczekać (ok. 5-7 min). Odcedzić. Podawać gorące.

UWAGA: w obu przypadkach można dodać także ziarenka pieprzu, wzmacniają smak. Mleko powinno być tłuste (hinduskie mleko miewa nawet 4,5%). A herbata - czarna liściasta, mocna, najlepiej oczywiście indyjska

Proporcje składników w jednym i drugim przypadku mogą ulec zmianom. Z niektórych przypraw można zrezygnować, wszystko wedle własnego uznania i gustu :) Osobiście wolę wersję z przyprawami i nawet mleko mi w niej nie przeszkadza:) Ale wolę bez imbiru. Smacznego!

 

Komentarze (0)
Indie jednym zdaniem

To miał być ogólny wpis o Indiach. Taki panoramiczny obraz, pierwsze skojarzenia, główne wątki. Ale o Indiach w jednym słowie, zdaniu, a nawet wpisie po prostu się nie da. To nawet nie jest temat rzeka tylko cały ocean tematów - urzekających, poważnych, informacyjnych, ciekawych, zabawnych, smutnych... Pełen przekrój. To ogromne zróżnicowanie samej tematyki dobrze oddaje charakter tego kraju. Zastanawiałam się nad jednym słowem, które dobrze opisałoby Indie. I myślę, że najlepiej będzie użyć słowa INNE. Indie po prostu są inne - inne niż Europa, inne niż to, co jest nam znane. Bez końca można wymieniać określenia, które dobrze pasują do tego kraju - całe tysiące. Przemyślałam to. Ale nie ma chyba słowa, które dobrze opisze Indie w całości. Bo można powiedzieć, że są i piękne, i przerażające miejscami, i bogate, i biedne, i radosne, i smutne. Indie - ta nazwa określa tak wiele przeciwieństw skupionych w jednym miejscu naszej planety, że trudno to zobrazować. Indie są inne pod każdym względem. Pomijam klimat, który nawet wewnątrz kraju nie wszędzie jest taki sam, ale ludzie i społeczeństwo, kultura, drogi i sposoby życia, jedzenie i cała reszta - wszystko w Indiach jest odmienne i zróżnicowane. Gdybym miała określić Indie jednym zdaniem powiedziałabym, że jest to kraj ogromnych kontrastów. Silnie zróżnicowany, niejednorodny i chyba w tym tkwi jego urok i potęga.

Komentarze (0)
Indie. Dlaczego warto marzyć...

Do Indii trafiłam prawie przypadkiem. Chociaż nie wierzę w przypadki. Tak naprawdę mowa była o Japonii. Przez wiele miesięcy. A potem nagle wyskoczyły Indie. I już tak zostało.

Od dziecka marzyłam o podróży do Indii. Czytałam mnóstwo książek i opowiadań rozgrywających się właśnie tam, w kraju pełnym słońca, tradycji, kolorów. Było w tym coś mistycznego, jakaś tajemnica, którą koniecznie chciałam poznać, zgłębić...Potem w miarę jak zaczęłam dorastać marzenie to zaczęło przygasać i będąc już na studiach zupełnie o nim zapomniałam. Tylko gdzieś głęboko w duszy czasem zalęgła się myśl, że może jeszcze kiedyś...Może jakaś wycieczka... Kiedyś i może...

Wiadomość o wyjeździe spadła na mnie nagle. Nie byłam na nią przygotowana. W każdym razie nie spodziewałam się, że będą to właśnie Indie. Przeszło to moje najśmielsze oczekiwania. Nagle pojawiło się mnóstwo pytań, wątpliwości, ale mimo to wiedziałam, że chcę - chcę tam pojechać, zobaczyć... Nagle wszystkie moje dziecięce fantazje odżyły - i miałam szansę je zrealizować. Szansa jaką los daje raz na tysiąc lat. Wahałam się. Nie byłam już dzieckiem, zmieniło się wiele, a może wszystko. Dorosłość nakłada na nas pewne ograniczenia, przez co często rezygnujemy z marzeń. Wyjazd wiązał się z zostawieniem wszystkiego co drogie i bliskie, i podążeniem w nieznane. A jednak decyzja mogła być tylko jedna. Chyba zwyciężyła zapomniana część mojej natury - to małe dziecko, które każdy z nas nosi głęboko w sobie. Zwyciężyła fascynacja, ciekawość i chęć pójścia własną drogą. To było silniejsze niż obawy. Chyba liczyłam na to, że nic nie stracę i wiele zyskam. Dziś już wiem, że bilans strat i zysków wychodzi na zero. Taka prawidłowość natury. Pozostaje jednak bezcenne doświadczenie, którego nie można mierzyć w tych kategoriach.

Zdecydowałam się. Otwierał się przede mną zupełnie inny świat - nowe perspektywy, nowe doznania, sytuacje i ludzie. Moje dziecięce marzenie zaczęło się ziszczać. Czekała mnie podróż mojego życia - w bajeczny świat Indii...

Komentarze (2)