iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Poradnik (nie)szczęśliwego sprzedawcy

W wielu sklepach zaczyna panować jakaś dziwna epidemia. Nie wiem czy sprzedawcy zarażają się tym od klientów, od dostawców czy może od siebie nawzajem. Wiem natomiast, że jest to zjawisko coraz powszechniejsze i nader irytujące. Wspomniana epidemia polega na ignorowaniu klienta i spędzaniu dnia pracy na wykonywaniu prywatnych telefonów, piciu kawy i zajmowaniu się własnymi sprawami. Krótko mówiąc ma to na celu uprzyjemnienie nudnego dnia pracy i uszczęśliwienie sprzedawcy jak mniemam. Innych możliwości nie widzę. W dobie kryzysu, o którym wciąż się mówi, jest to zjawisko nader dziwne. Wydawałoby się, że sklepy będą walczyć o każdego potencjalnego nabywcę. Cóż - sklepy być może tak, ale sprzedawcy już niekoniecznie. Wydawałoby się, że w obecnej sytuacji nikt nie może sobie pozwolić na utratę posady. Najwyraźniej jednak wiele osób uważa, że już samo przychodzenie do pracy wystarczy by pobrać odpowiednią zapłatę. A skoro już się tą pracę ma - trzeba ją jakoś znosić. Podpatrzyłam jak to robią "najlepsi z najlepszych", prawdziwi fachowcy i oto kilka porad dla tych, którzy chcieliby pójść w ich ślady:

  • Po pierwsze i najważniejsze: nigdy, ale to nigdy nie okazuj zainteresowania klientom. Jak raz pokażesz, że potrafisz - już nigdy nie dadzą Ci spokoju. Skutek będzie taki, że kawę będziesz pić zimną, a przyjaciółka spragniona plotek umrze z nudów czekając na Twój telefon.
  • Jeśli klient wejdzie do sklepu kiedy rozmawiasz przez telefon - nie waż się kończyć rozmowy! Kontynuuj ją i nie zwracaj uwagi na pochrząkiwania niepożądanego osobnika. W końcu mu się znudzi i pójdzie sobie...
  • Nie trać czasu na wychodzenie z inicjatywą i nie proponuj klientowi pomocy w wyborze odpowiedniego zakupu. Niech się napatrzy na wystawiony towar, może sam się na coś zdecyduje? Zaoszczędzisz czasu i gadania -  możesz w tym czasie opiłować paznokcie.
  • Jeśli klient zada Ci pytanie, udawaj, że nie słyszysz. Nie podnoś wzroku i nie reaguj. Niech sam poszuka sobie ceny lub innego rodzaju towaru.
  • Nigdy, ale to przenigdy nie uśmiechaj się w pracy! Klient może to opacznie zrozumieć i już się go nie pozbędziesz! Najlepiej wyglądaj na osobę nieprzystępną i ponurą. Ryzyko zaczepienia przez klienta gwałtownie się zmniejszy.
  • Jeśli zauważysz, że mimo wszystko ktoś zamierza do Ciebie podejść, natychmiast udaj się w kierunku magazynu, mijając natrętnego klienta jak powietrze.
  • Jeśli już dojdzie do konfrontacji - nie możesz być zbyt grzeczna/-y. Nie trać czasu na konwenanse i miłe słówka. Bądź ironiczny/-a i opryskliwa/-y, wyraźnie okazuj swoje niezadowolenie.
  • Jeśli trafisz na klienta maniaka, który nalega byś mu doradziła  - doradź źle. Więcej nie wróci.
  • Dopij spokojnie kawę i delektuj się ciszą, poczytaj gazetę. A kiedy kończąc pracę zauważysz, że kasa jest pusta - nie przejmuj się tym. To nie Twoja wina, że klienci nic nie kupili. Przecież Ty zrobiłaś/-eś co w Twojej mocy!

Tak oto wygląda praca sprzedawcy - marudni klienci, którzy nie wiedzą czego chcą, trudności w wykonywaniu rozmów prywatnych no i ta zimna kawa... Jeśli jednak zastosujesz się do wypunktowanych przez mnie wskazówek, szybko umilisz swój dzień pracy.

Nie wiem tylko, czy sprzedawca, który odstrasza klientów i dba o swój komfort psychiczny zostanie doceniony przez pracodawców... Brak pieniędzy w kasie, może przekładać się na ubytki w wypłacie... Lecz cóż - przecież nie można mieć wszystkiego!

Na szczęście dla nas klientów - epidemia nie dotknęła jeszcze wszystkich. I z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować tym, którzy z uśmiechem i cierpliwością służą pomocą i dobrą radą. Jesteście niezastąpieni!

Pozdrawiam i miłego dnia życzę!

 

Komentarze (6)
Zwariowany dzień

Znowu przyczepił się do mnie PECH. Ale nie taki dramatyczny,. tylko ten powodujący komiczne sytuacje. Komiczne dla innych, dla mnie dopiero po czasie.

Zaczęło się wczoraj. Dzięki mojej sklerozie zablokowałam sobie internetowy dostęp do konta bankowego. Wystarczyło trzykrotnie wpisać błędne hasło. No właśnie błędne, to dlaczego mnie zablokowało? Przecież wpisywałam właściwe! Zweryfikowałam w pamięci wykonywane czynności i po chwili mnie olśniło. Myślałam dobrze, ale pisałam źle. Pomyliłam ze sobą dwie cyfry i trzykrotnie popełniłam ten sam błąd. Moje gratulacje dla samej siebie. Gdyby istniał jakiś konkurs na roztargnienie to wygraną miałabym w kieszeni. Z drugiej strony czy to już ten wiek, że będę o wszystkim zapominać??? Czy to już ten wiek, że muszę sobie wszystko zapisywać, w przeciwnym razie uleci? Zresztą - pamiętałam dobrze, źle klepałam klawiaturę, to jak to nazwać? Roztargnienie, ślepota? Nazwałabym to brakiem łączności ośrodka decydującego z wykonawczym....

Z wysiłkiem wystukałam numer infolinii i pytam tego biednego pana po drugiej stronie co ja mam teraz zrobić? A ten biedny pan ani na chwilę nie stracił powagi (myślałam, że mnie wyśmieje, ale jednak nie) i tym samym spokojnym głosem poinstruował gdzie mam się zgłosić. No to dzisiaj podreptałam do najbliższego oddziału banku i z pokorą bijąc się w piersi wyznałam popełniony błąd. O dziwo nikt się nie śmiał, chociaż od wczoraj nawet ja sama nie mogłam wyjść z podziwu dla samej siebie i śmiałam się do granic możliwości. Z roztargnienia, czy jak to tam zwał.

Dostęp internetowy odzyskałam.

Wróciwszy do domu, postanowiłam zjeść szybki obiad. Popełniłam błąd kardynalny robiąc sałatkę i łącząc składniki w niedozwolony sposób, co wydało się dopiero przy jej spożywaniu. Znowu roztargnienie... Tym razem nieco mnie otrzeźwiło.

No i wreszcie wychodzę z domu, a tu ściana deszczu (plus jest taki, że błyskawicznie wymiotło panów ocieplających budynek i zrobiło się cicho). Mam parasolkę, ale zalało całą ulicę, woda sięga powyżej kostek. Co robię? Oczywiście włażę tam gdzie jest najgłębiej i nie robię tego celowo - przypadek. Nie wracam do domu bo skoro już i tak jestem mokra, jest mi wszystko jedno. Biegnę na przystanek. Akurat jedzie busik. No to wyjmuję pieniążek, a w drugiej ręce dzierżę parasolkę. Wchodzę do busa, ktoś mnie potrąca i pieniążek wypada. No wypada, tylko gdzie? Rozglądam się, nie widzę nigdzie, wyjmuję z portfela drugi i płacę. Po czym siadam i analizuję sytuację. Gdzieś ten pieniążek musi być. Sprawdzam u siebie w rękawie - nie ma. Zaglądam do złożonej parasolki - JEST! Próbuję go wyciągnąć, ale parasolka jest z tych długich, nie da się bez rozkładania, a gdzie ja ją w tym busiku rozłożę?! NO to przechylam parasolkę, żeby pieniążek wypadł. Cel osiągnęłam, wypadł, tylko znowu nie wiem gdzie! Patrzę pod nogi, na siedzeniu obok. Nie ma i nie ma. Przez chwilę daję spokój, po czym doznaję kolejnego oświecenia. Może moneta spadła gdzieś za mną. Oglądam się. JEST! Próbuję przełożyć rękę przez fotele - ale się nie da. No to pomagam sobie parasolką. Kiedy pieniążek jest tuż - sięgam ręką i... pieniądz leci w drugą stronę... Znowu pomagam sobie parasolką. Wreszcie kładę się na siedzeniu i podnoszę zgubę. Nareszcie!

Oczywiście żadnemu pasażerowi nie umknęły moje zmagania. Scena, której sam Jaś Fasola by się nie powstydził, ech...

Ale najważniejsze jest to, że ani deszcz, ani uciekający pieniądz, ani blokada konta nie wyprowadziły mnie z równowagi. Okazało się, że potrafię się z siebie śmiać i traktować siebie z dystansem. To ważne. Dzień był zwariowany, ale sporo mnie nauczył. Między innymi tego, że kałuża jest zawsze najgłębsza tam, gdzie wydaje się być najpłytsza ;P. Jaś Fasola byłby ze mnie dumny ;).

Życzę Wam miłego wieczoru i tego, by każdy pech objawiał się tylko w postaci komicznych zdarzeń :) Pozdrawiam :)

 

Komentarze (11)
Rozważania przedświąteczne

Chciałam tego uniknąć, ale skoro wszyscy już wpadli w ten radosny świąteczny nastrój i szał składania życzeń, dopiszę się i ja. Zanim jednak to uczynię - kilka przedświątecznych spostrzeżeń z przymrużeniem oka.

Po pierwsze - mężczyzna w kuchni. Mężczyzna, który nigdy nie gotował, za to lubi sobie zjeść. Mężczyzna ów postanowił pouczać mnie w kuchni - i tu popełnił błąd. Tak bowiem jak mężczyzny nie poucza się za kierownicą - tak kobiety nie poucza się w kuchni. Gdybyż jeszcze rozsądnie gadał, może puściłabym to mimo uszu. Ale herezje opowiadać zaczął i uczyć mnie jak przewracać kotlety. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam czy dotąd mu smakowały moje kotlety? Smakowały, a jakże!!! No to kiego mi się wtrąca? Na szczęście zreflektował się i zadośćuczynił winie przy krojeniu sałatki.

Spostrzeżenie drugie - dom i mieszkanie. Mieszkając w bloku sprzątania jest mniej. Tak, wiem co mi powiecie. Sprzątania jest tyle, ile bałaganu, a to nie zależy od  metrażu lokalu. Chodzi mi jednak o to, że domy zwykle mają ogródki. Jak nie ma ogródków, to jest podwórko, które trzeba wysprzątać. A jak nie ma podwórka to są przynajmniej drzewa, które rosną koło domu. Jak by nie było - sprzątania jednak więcej. Przynajmniej z tego punktu widzenia. Jak ktoś jest zdolny, to potrafi zrobić bałagan nawet w jednym pokoju - i to taki, że trudno się z nim uporać. Metraż jednak też ma znaczenie - im więcej przestrzeni, tym więcej kurzu do starcia.

Punkt trzeci - zdrowie. Okres przedświąteczny z punktu widzenia zarazków, to najlepszy moment na inwazję. Z naszego - niekoniecznie, bo przecież i tak mamy wolne. Nie ma nic gorszego niż chorować w święta. A tak łatwo się przeziębić ulegając złudzeniu wiosennego słońca, myjąc okna, szorując podłogi... Tu zawieje, tam zawieje i już - choroba gotowa. W tym roku psikusa zrobiły mi moje oczy, które dopadło jakieś zapalenie. Pani doktor chyba jest z nimi w zmowie. Stwierdziła, że to alergiczne zapalenie spojówek (nigdy w życiu nie byłam alergikiem - albo się uczuliłam albo ktoś tu kłamie). Dała kropelki - a po kropelkach jest jeszcze gorzej. W tym roku więc, dzięki zapuchniętym oczom, sama wyglądam jak królik wielkanocny.

I żeby tradycji stało się zadość - w Lany Poniedziałek powinna zepsuć się pogoda. Spodziewam się deszczu - jak co roku zresztą. Przygotujcie parasole.

Kończąc te czarne prognozy, pragnę życzyć wszystkim radosnych, spokojnych, pięknych Świąt Wielkanocnych i tego wszystkiego, czego życzy się z tej okazji: smacznego jajka, mokrego dyngusa, beczących owieczek, bogatego zająca i tego co najważniejsze: Bożego błogosławieństwa.

Bądźcie zdrowi, jak mawiał bohater pewnej książki :) Zmykam do swoich zajęć :)

Wesołych Świąt!

Komentarze (5)
Dlaczego mężczyźni nie lubią chodzić do lekarza?

Temat wszechobecny, obija się ostatnio o moje jestestwo bardzo wyraźnie i spokojnie spać nie daje. No bo niby dlaczego mężczyźni nie lubią chodzić do lekarza? Naprawdę nie lubią, czy to może kolejny stereotyp?

Z moich doświadczeń wynika, że nie lubią. Powiem więcej - nie znoszą! A nie znoszą z kilku przyczyn. Pozwólcie, że wypunktuję:

  • "To wstyd prosić o pomoc". Choćby ich skręcało z bólu - Panowie o pomoc nie poproszą. To uwłacza ich męskiej godności. Musieliby bowiem pokazać, że z czymś sobie nie radzą, poprosić o radę, co jak się wydaje - w ich mniemaniu - jest bardzo mało "męskie". Stereotyp macho zakodowany w genach i umysłach naszych lubych zdecydowanie sprzeciwia się okazywaniu wszelkich słabości. A przecież choroba to rodzaj słabości, prawda? I idąc do lekarza trzeba by było się do niej przyznać...
  • "Zrób to SAM, nawet jeśli nie potrafisz i kompletnie się na tym nie znasz". Mężczyzna zdecydowanie woli leczyć się sam. Zastosuje najgorsze w smaku lekarstwo domowej roboty, wynajdzie przepis na cuchnące smarowidło i zużyje zapas cebuli lub czosnku, ale do lekarza nie pójdzie. Gorączkę prędzej zbije lodowatym prysznicem niż paracetamolem i będzie stosował średniowieczne metody leczenia kataru. Będzie wypluwał sobie płuca twierdząc, że już czuje się lepiej, a w nocy zakradnie się do apteczki, by podkraść trochę syropu dzieciom. Na szczęście większość Panów przekonała się już do chusteczek higienicznych, choć nie jestem pewna czy nie wymusił tego na nich postęp cywilizacji.
  • "Nic mi nie jest". Z ogromną trudnością przychodzi Panom zaakceptowanie faktu, że choroba dopadła także ich. Na siłę próbują udowodnić sobie i otoczeniu, że mają po prostu gorszy dzień i cokolwiek to jest - to na pewno nie jest choroba! Kaszel? Ależ skąd! Nawdychali się pyłu w pracy. Katar? Nieee!!! Weszli z podwórka do ciepłego pomieszczenia! Gorączka? To w pomieszczeniu jest za gorąco!
  • "Już czuję się lepiej". Panowie są świetni w wymyślaniu wymówek, by nie pójść do lekarza. A to piątek jest akurat - to przez weekend wyleżą. A to weekend i przychodnia nieczynna. A to wreszcie przychodzi poniedziałek i nie ma ich ulubionego lekarza. Wreszcie wtorek i już czują się świetnie. Powinni dodać, że świetnie jak na kogoś, kto ledwo wstał z łóżka i nie może mówić, bo ciągle kaszle. Z uporem maniaka powtarzają, że to już końcówka choroby i zdają się zupełnie nie zauważać, że jest coraz gorzej. Podobno umysł to potęga, jednak sam w sobie pewnych chorób nie wyleczy.
  • "Nikogo nie zarażam!". No oczywiście. Bo bakterie i wirusy dopadające męską część cywilizacji są zupełnie nieszkodliwe. Każdy mężczyzna ma swoje zarazki, które innych nie dopadają i innym krzywdy nie robią. Dziecko na pewno złapało katar w przedszkolu, a żona w pracy. Ale nie od niego!!! A gruszki rosną na wierzbie i smakują jak czereśnie...

Zapewne można tą listę jeszcze wydłużyć i poszerzyć rozwijając poszczególne zagadnienia. Bo temat jest obszerny i można by wypracowania pisać. Chciałam jednak pokrótce odpowiedzieć na pytanie: dlaczego...? i zasygnalizować najważniejsze problemy, z którymi trzeba się zmagać mając chorego mężczyznę w domu.

Naturalnie, kiedy uda nam się lubego skutecznie przekonać do wizyty u medyka, nie jest to jeszcze koniec kłopotów. Bowiem mężczyzna usłyszawszy od lekarza, że jednak coś mu dolega, traktuje to niemal jak wyrok śmierci i do choroby poważnie podchodzić zaczyna. Na krok z łóżka nie wstaje, zupy sobie nie odgrzeje i czuje się tak słaby, że nie jest w stanie samodzielnie zmienić koszulki. Pilot od telewizora musi leżeć w zasięgu jego dłoni i nawet lekarstwa trzeba mu podawać, sam bowiem łyżeczki z syropem nie utrzyma... Przy tym robi się marudny i na wszelki wypadek cały czas powtarza jak to On się źle czuje, żeby nikt o tym nie zapomniał i jak zdrowego Go nie potraktował...

Oczywiście od każdej reguły jest wyjątek, więc i tutaj takowe się zdarzają. Z przymrużeniem oka życzę wszystkim miłego popołudnia :)

Komentarze (25)
O rekordach słów kilka

Dzisiejszy wpis dedykuję rekordzistom :). Będzie bowiem o rekordach. Nie Guinessa bynajmniej, aczkolwiek czuję że zbliżamy się  i do tej granicy. Ostatnie dni bowiem obfitują w przekraczanie szczytów już zdobytych.

Otóż poległam :). Poległam przygwożdżona:

  • ilością zaproszeń do znajomych. O tym mówi się na blogach od kilku dni;
  • ilością komentarzy - często nie na temat. Krótkich, niezrozumiałych, mało tematycznych, wieloznacznych;
  • zmiennością zdania i opinii u jednej i ten samej osoby, która może pojawić się w czasie komentowania tego samego artykułu;
  • infantylnością argumentów lub zupełnym brakiem właściwej argumentacji;
  • nieumiejętnością czytania ze zrozumieniem - na ilość, a nie na jakość;
  • zawiścią i zazdrością ludzką - tylko czego niby mieliby mi zazdrościć? Nie ma mnie nawet w pierwszej trzydziestce rankingu:) Może celności uwag? :) A może to strach przed prawdą? Nie, na pewno się czepiam ;)
  • nagłym wzrostem zaślepienia ludzkiego i szaleństwem tłumu biegnącego w kierunku marchewki, jakby to była jedyna marchewka na świecie (znacie powiedzenie z kijem i marchewką? )To chyba jednak prawda, że lody i hamburgery kontrolują nasz mózg ;). Zdaje się wpływają też na trzeźwość osądu ludzkiego a nie tylko na samo łaknienie;
  • siłą inwencji twórczej - przyznam, że jest wprost powalająca.

Zauważyłam rosnącą tendencję bicia rekordów. Przede wszystkim modne staje się posiadanie grona znajomych rzędu minimum kilkuset osób. Czy szczęśliwym posiadaczom tylu przyjaciół zazdroszczę? Nie. Ponieważ wszystkie osoby, które znajdują się wśród moich znajomych są mi lepiej lub gorzej znane. Wiem coś o ich pasjach, radościach, smutkach, o tym co lubią a czego nie. Wiem coś o nich samych. Wiem coś o ich życiu, rodzinach, nadziejach i motywacji na przyszłość. Znam ich marzenia. Interesuje mnie to to co robią poza blogiem i czy wszystko u nich w porządku. Będąc szczęśliwą posiadaczką kilkuset znajomych nie miałabym czasu pytać ich o zdanie czy plany na przyszłość. Nie miałabym czasu na teraźniejszość. Pewnie zwyczajnie zaczęliby mi się mylić po pewnym czasie. Jeśli nie umiem zapamiętać imienia znajomego lub dostrzec go wśród innych - to już chyba nie jest znajomy, prawda? A moi znajomi, również potrafiliby powiedzieć o mnie coś więcej. Bo to są relacje, które budowaliśmy miesiącami. Mają solidne podstawy. Wiele już razem przeżyliśmy i cieszy nas wzajemne towarzystwo. Jesteśmy otwarci na nowe jednostki i nowych przyjaciół. Ale żeby kogoś nazwać tym słowem - trzeba go choć trochę poznać. I moje minimum - polubić i szanować.

Niektórzy postanowili ustanowić rekord w ilości komentarzy. Niestety - jak napisałam - postawili na ilość a nie na jakość. Ktoś zapytał mnie, dlaczego ja dodaję komentarze skoro nie zależy mi na punktach? To proste: bo chcę i mogę, a to forum nie zostało stworzone tylko dla konkursowiczów, ale także dla ludzi, którzy naprawdę mają coś do powiedzenia. Niestety, jednostki takowe giną w rozjuszonym tłumie ;). Być może niektórym trudno jest pojąć fakt, że nie wszystko robi się dla konkursu. Czasem robi się to dla zasad. Czasem po to by polemizować. Czasem by pokazać, że komentarz może być dłuższy niż dwa słowa - i może być na temat ;).

Jeszcze inni ustanawiają rekordy w ilości opinii na jeden i ten sam temat. Cóż, widać jestem ograniczona myślowo, bo kiedy mam jakąś opinię na temat czegoś, to trzeba użyć zdrowych argumentów by mnie przekonać do jej zmiany. Niektórzy nie potrzebują tak wiele - wystarczy słowo, by zmienili swoją opinię i wyrazili ją w kolejnym komentarzu. A co z obroną własnego zdania? Cóż, nie można bronić swojego zdania, kiedy nie posiada się wystarczających argumentów. Wtedy - najprostszym rozwiązaniem jest zmiana stanowiska.

Niektórzy biją rekordy w szybkości czytania. Niestety, przekłada się to na jakość rozumienia i odbioru. Kłania się czytanie ze zrozumieniem. Może należałoby po prostu czytać wolniej? Albo..... nie napiszę tego, ktoś mógłby się obrazić, gdyby niechcący dotarł do tego miejsca mojego wpisu.

No i wreszcie - dotarliśmy do najważniejszego. Wpisy. Inwencja twórcza powaliła mnie na kolana. Cóż, ilość nie zawsze przekłada się na jakość. Aby wpis był sensowny, muszę mu poświęcić nieco czasu. Nie piszę dość szybko by w ciągu minuty dodać 3-4 wpisy. Wszak trzeba pomyśleć co napisać i poklikać sporo zanim takowy wpis na blogu zagości. A czasem i zdjęcia trzeba dołączyć - co znów czas produkcji wpisu wydłuża.To dopiero jest sztuka, dodać w ciągu 10 minut 5 wpisów. Zdolne bestie!!! Pozazdrościć tempa ;).

Co gorsze, w tłumie napływających wciąż "nowości", giną fajne blogi. Mamy tu taką niepisaną zasadę, że kiedy pojawia się ktoś nowy - czytamy jego wpisy, by trochę go poznać, przywitać. To, że ktoś pojawił się tu dla konkursu, nie oznacza od razu, że jest zły. Ale wybaczcie dziewczyny, jeśli nie odkryjemy Waszego bloga od razu. W tej chwili panuje tu niesamowity bałagan. Nie da się przeczytać wszystkiego od razu. Jeśli jednak będziecie cierpliwe, z pewnością w końcu do Was dotrzemy, polubimy i przyjmiemy do swojego grona. Wbrew pozorom - lubimy kiedy ktoś dołącza do naszego grona, dzieli się swoimi radościami i smutkami, pasjami. Lubimy, kiedy ktoś ma coś ciekawego do powiedzenia i zaoferowania innym.Kiedy ktoś nie wstydzi się siebie. Lubimy kiedy ktoś uczestniczy w naszym blogowym życiu. I powoli staje się jednym z nas... Takie osoby witamy z otwartymi ramionami. Takich szukamy i odgrzebujemy z gruzów - otrzepujemy z kurzu całej masy nic nie wnoszących informacji. Niestety zajmie nam to trochę czasu. Bądźcie więc cierpliwe, nie poddawajcie się po jednym wpisie i nie odchodźcie. Zapewniam, że jesteśmy i czytamy. Może to właśnie Ty nas zainspirujesz?

Wybaczcie dziewczyny, że poruszyłam wiele z tych tematów akurat na swoim blogu. Uznałam, że forum nie jest dobrym miejscem do tego celu - żeby przypadkiem nie zarzucono mi, że nabijam sobie punkty komentarzami, a gdybym zechciała napisać komuś co myślę prywatnie - znów zostałoby to wypaczone. Poza tym zauważyłam, że niektórzy wolą publiczną polemikę. W związku z tym to co miałam do powiedzenia - napisałam właśnie teraz, by móc temat zakończyć i postawić kropkę nad przysłowiowym "i".

 

P.S.Ups... Przekroczyłam tysiąc znaków!!! Myślicie, że powinnam podzielić ten wpis na pięć mniejszych? Eeeeeeeee, zostawię to innym ;)

P.S.2 Pod marchewką, do której wszyscy tak pędzą znajduje się coś dużo wartościowszego. Wystarczy się rozejrzeć....

Komentarze (15)
Kiedy nie warto denerwować kobiety...

Nie denerwuj kobiety:

  • w ciąży, bo zemści się to na Tobie podwójnie. Stresujące sytuacje i kłopoty natury emocjonalnej mogą być przyczyną chorób, i stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia matki oraz dziecka. W najlepszym przypadku dziecko będzie w przyszłości znerwicowane, lepiej nie podejmować takiego ryzyka; znerwicowane dziecko to znerwicowana matka. Znerwicowana matka to kłopoty;
  • przed okresem, bo spotka Cię kara na jaką sobie nie zasłużyłeś i jakiej wyobrazić sobie nie zdołasz. Hormony to tajna broń kobieca, niestety nie w pełni przez nas ujarzmiona i poznana, zwłaszcza w pewnych okresach życia i miesiąca :). Jeśli mimo ostrzeżeń kobietę w tym ciężkim stanie zdenerwować zechcesz, przygotuj wcześniej zapas jedzenia i miejsce, do którego tuż potem udać się będziesz zmuszony;
  • w poniedziałki, bo przez cały tydzień Ci tego nie wybaczy i wypominać będzie. A jeśli wyjątkowo ciężko zawinisz to i zemsta trwać tydzień będzie;
  • rano, bo zła do pracy pójdzie. Tam odreaguje na współpracownikach, za Twoją winę inni pokutować będą. Dręczona wyrzutami sumienia - obmyśli zemstę, której przewidzieć nie zdołasz. A po powrocie do domu ranna sprzeczka w prawdziwą burzę się przeistoczy;
  • w porze obiadu, bo za niestrawność Ciebie winą obarczy;
  • wieczorem, bowiem do ściany zamiast do Ciebie przytulać się w nocy będzie;
  • w nocy, bo sama nie zaśnie i Tobie odpoczywać nie da;
  • w piątek, bo cały weekend będziesz musiał uciekać przed jej morderczym wzrokiem;
  • w sobotę, bo nie nadążysz z wypełnianiem obowiązków, które ona dla Ciebie wynajdzie;
  • w niedzielę - wszak jeden dzień odpoczynku każdemu się należy :);
  • w sklepie (zwłaszcza gdy Twoją kartą płacić będzie), bo zemści się ilością zakupów, które Ty będziesz musiał do domu zanieść;
  • na przyjęciu, bo z wszystkimi przystojniakami flirtować będzie i doprowadzi Cię do furii;
  • w kuchni, bo ciepłe pożywienie tylko w restauracji dane Ci będzie;
  • w samochodzie - jeśli ona prowadzi, bo z zemsty porysuje Ci karoserię celowo i przy najbliższej możliwej okazji udowodni, że racji nie miałeś, przy czym zapłaci za to Twoje auto;
  • kiedy boli ją głowa - bo za chwilę i Ciebie ten ból dosięgnie.

Są dwie zasady, które należy pamiętać. Po pierwsze kobieta ma zawsze rację. Punkt drugi - jeśli kobieta nie ma racji, patrz punkt pierwszy.

Wpis ten proszę traktować z przymrużeniem oka. Został napisany celowo - bo my kobiety potrafimy się z siebie śmiać. Życie jest za krótkie, żeby zawsze traktować wszystko serio ;)

Komentarze (19)
Obudzić w sobie lwa!

W każdym z nas drzemią ogromne pokłady energii. Wystarczy przypomnieć sobie jak pod wpływem adrenaliny nagle przybywa nam sił :). Dziś na dobry dzień i poprawę nastroju wklejam Wam fotkę - "Obudzić w sobie lwa!"

PRZED...

PO...

No, dziewczyny - jeśli on potrafił, to my tym bardziej :)) Słonecznego dzionka życzę :)

Komentarze (12)
Pechowy dzień

Dzień zaczął się pechowo - zaspałam! Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zapoczątkowało to całą serię dziwnych wypadków, które- nie wiedzieć czemu- przytrafiły się właśnie tego dnia i właśnie mnie. Zbiegając schodami na dół, potknęłam się na czwartym stopniu od dołu i runęłam całym ciężarem ciała wprost na drzwi w korytarzu, klnąc przy tym niemiłosiernie i bez opamiętania. Nieco zamroczona dotarłam wreszcie do kuchni. Odkręciłam kurek kranu, podstawiłam czajnik i...i NIC! Po chwili bezmyślnego wpatrywania się w ustrojstwo ostudziłam chwilowo palące pragnienie wypicia czegoś ciepłego i ruszyłam na poszukiwanie łazienki. Zupełnie nie wiedzieć czemu wciąż towarzyszyło mi uczucie, że to wszystko po prostu mi się śni. Jakiś niegroźny koszmarek - tłumaczyłam samej sobie- zaraz się obudzę... Tymczasem jednak, w moim niby-śnie, odnalazłam drzwi poszukiwanej łazienki. Odkręciłam wodę...i NIC! Skwitowałam to milczeniem, bo słowa, które zaczynały cisnąć mi się na usta nie przeszłyby żadnej cenzury. Wzrokiem, który mógłby zabić, ogarnęłam pomieszczenie w poszukiwaniu jakiejś przyczyny danego stanu rzeczy. Winowajcy jednakże nie było. Zaczęłam więc przekonywać samą siebie, że to kolejne senne obrazy i postanowiłam nie dziwić się niczemu, co jeszcze może mi się przytrafić. Przechodząc obok lustra kątem oka zauważyłam fryzurę a la stóg siana, przy czym nie zareagowałam prawie wcale. Jedynie moja lewa brew uniosła się niebezpiecznie i zaraz opadła - przecież to tylko sen. Już w lepszym nastroju czekałam na dalszy rozwój wypadków. Ponieważ jednak nic się nie działo postanowiłam sobie przypomnieć jaki to dzień i co muszę zrobić, kiedy już się obudzę. Akurat tego dnia miało się odbyć bardzo ważne spotkanie. Powinnam więc wyglądać elegancko i poważnie. Dobrze - zrobię się na bóstwo jak tylko ten sen się skończy - pomyślałam. Zadzwonił telefon. Bardzo spokojnie podniosłam słuchawkę, ciekawa co też mój uroczy sen jeszcze dla mnie przewidział. - Jesteś gotowa?! - wrzasnęła moja koleżanka - Przyjedź szybko, bo prawie wszyscy już są. Rozłączyła się. Mój sen stawał się koszmarem, w dodatku bardzo realnym!!! Poziom adrenaliny znowu podniósł mi się gwałtownie, nerwowo zaczęłam biegać w poszukiwaniu rzeczy niezbędnych, torebka, buty, papiery...ZARAZ! przecież nie mogłam tak wyjść do ludzi! - Prysznic! - krzyknęłam sama do siebie - Prysznic! Jak burza wpadłam do łazienki i wtedy dopiero mi się przypomniało, że nie ma wody. Nie mogę niestety zacytować słów, które całkiem spontanicznie wyrwały mi się w tamtym momencie, mogę jednak śmiało powiedzieć, iż były to słowa często używane na określenie m.in. sytuacji politycznej w naszym kraju, jak również wszystkich nieprzewidzianych, mało prawdopodobnych i uciążliwych zdarzeń. Nagle sen okazał się nie być snem, tylko rzeczywistością, a okoliczności stały się dalekie od pożądanych. Kiedy po niemalże godzinnych  zmaganiach udało mi się nieco załagodzić krytyczną sytuację i już zbierałam się do wyjścia - ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Uparcie i złośliwie, i nie chciał przestać... Dzwonił i dzwonił, kiedy ja usiłowałam pomalować usta szminką. W końcu zdenerwowana podbiegłam do drzwi, z ogromną siłą otworzyłam je i....Obudziłam się :)

Wyłączyłam alarm budzika, który rozpaczliwie usiłował mnie wyrwać z tego dziwnego snu od dobrych pięciu minut. To był tylko sen...A dziś jest piątek - i nie mam żadnego spotkania :)

Miłego dnia! :)


Komentarze (1)