iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

"Zacznijmy od nowa - od tych małych rzeczy"...

Jako dziecko słuchałam opowieści o misjonarzach i byłam nimi zafascynowana. Myślałam wtedy, że ja też tak chcę, chociaż nie miałam jeszcze pojęcia co to właściwie oznacza. Oczami wyobraźni widziałam siebie w afrykańskiej wiosce, z lwami w tle. Dookoła rozpościerała się bezkresna sawanna. Głodne, afrykańskie dzieci przewijały mi się w tych wyobrażeniach dość mgliście... Dekadę później obraz nieco się zmienił, sylwetki dzieci stały się wyraźniejsze a lwy zniknęły z pola widzenia. Tylko wioska i sawanna pozostały bez zmian, a ja trwałam w swoim postanowieniu o dalekich podróżach. Wierzyłam, że któregoś dnia na pewno to zrobię - pojadę, może nie na misję, ale jako wolontariuszka. Z wypiekami na twarzy wysłuchiwałam kolejnych opowieści i żarłocznie czytałam wszystko, co dotyczyło tematu...

Kilka lat temu byłam już nawet zdecydowana. Afrykańska wioska tkwiła w mojej głowie, z tą różnicą, że dzieci z dużymi pustymi brzuszkami stały się prawie namacalne.Wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka.Oprócz tego dopadła mnie wizja AIDS, malarii i wszelkiego rodzaju wirusów. To niczego nie zmieniło - nadal chciałam jechać! Szczególnie po tym, co widziałam w Indiach. Myślałam, że jestem przygotowana. Zaparłam się w sobie i postanowiłam, że jadę. Że to ten czas. Kropka. Niestety, w tym samym momencie zmieniły się okoliczności mojego życia. Nie wyszło. Przełożyłam więc na potem. 

Dziś wiem, że dobrze się stało. Oceniając sytuację z perspektywy czasu, jestem pewna, że nie poradziłabym sobie - z życiem, z odpowiedzialnością, a przede wszystkim z ogromem nieszczęścia, które dotknęło tych ludzi... Co innego przeglądać obrazki w książce i czytać, a co innego stanąć twarzą w twarz z chorobą i tym co dla mnie najgorsze - bezsilnością. Nie poradziłabym sobie, bo powody dla których chciałam jechać były niewłaściwe. Pomoc pomocą, ale najbardziej chciałam chyba uciec od samej siebie i problemów, które mnie tu otaczały. Czy w takim wypadku umiałabym poświęcić się sprawie? Szczerze wątpię i nie wstydzę się dzisiaj do tego przyznać. Tych ostatnich kilka lat nauczyło mnie dostrzegać więcej, słuchać pilniej i przyznawać się do swoich błędów i słabości, bo to one stanowią o naszym człowieczeństwie i wrażliwości...

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie, nie tylko w Afryce i nie tylko dzieci, ale też dorosłych. Nieszczęścia, śmierć, choroba, bieda, głód -są wszechobecne. Także tutaj, w naszym kraju, w tym samym mieście, może tuż za rogiem... Podziwiam ludzi, którzy odbywają dalekie podróże po to, by pomagać innym. Ale podziwiam także takich, którzy pomagają tutaj.Bo w każdym miejscu świata ludzie tej pomocy potrzebują - i to wszelkiego rodzaju. Nauczyłam się, że jednym dobrym uczynkiem nie zmienię od razu całego świata - ale mogę nim odmienić czyjś dzień. Mogę podarować komuś radość, spokój, szczęście bez konieczności wyjeżdżania. Mogę zrobić zakupy chorej starszej osobie, mogę wezwać karetkę do sąsiada, który przewrócił się na schodach, mogę poświęcić noc pocieszając kogoś w potrzebie. Mogę uczestniczyć w zbiórce żywności dla biednych rodzin czy też zorganizować zajęcia grupie dzieci, pomóc im w odrabianiu lekcji... Wreszcie - mogę się przez chwilę zastanowić co zrobić, by było jeszcze lepiej - ale nie mnie, tylko komuś kto ma sto razy gorzej ode mnie. Dziś wiem, że prawdziwe szczęście nie wynika z tego, czego pragniemy dla siebie. Nie wynika z posiadania wszystkiego, co się nam zamarzy. Nie wynika z tego co mamy, tylko z tego czy potrafimy być wdzięczni nawet wtedy kiedy nie mamy nic. Czy potrafimy być wdzięczni mimo tego.  Wdzięczni za co? Za życie, bez względu na to, jakie ono jest. Prawdziwe szczęście to umiejętność dostrzegania pozytywnych rzeczy tam, gdzie inni ich nie dostrzegają, umiejętność dzielenia się dobrą energią. Prawdziwe szczęście to umiejętność dawania go innym, czerpania siły z tego, że mogliśmy komuś pomóc, że ktoś dzięki nam będzie miał lepiej. Prawdziwe szczęście pochodzi od drugiej osoby. I to działa! Niesienie pomocy innym i uszczęśliwianie drugiego człowieka ma największą i najprawdziwszą moc, bez względu na to, gdzie tego dokonujemy. Czasem warto wyjrzeć poza krąg własnych potrzeb i dostrzec także potrzeby innych. Nasze "ogromne problemy" maleją wówczas w mgnieniu oka. Szczęście przychodzi ze szczęściem innych osób, a nie z zazdrością i próbą dorównania im

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie. Nie ma potrzeby jechać na koniec świata, żeby się o tym przekonać. Ważne jest to, co możemy zrobić. Ważne jest to, co możemy dać z siebie innym. Nawet jeśli nie wyjdzie od razu, to kiedyś wreszcie się uda i jednym gestem możemy zmienić czyjeś życie na lepsze. Szczęście to dawanie szczęścia innym. I nikt mnie nie przekona, że można je kupić. Pieniądze ułatwiają życie - to bezsporna kwestia. I mogą zdziałać wiele w kwestii pomocy. Jednak nic nie zastąpi dłoni wyciągniętej w kierunku potrzebującego, życzliwego gestu, słowa czy uśmiechu. Nic nie zastąpi ludzkich odruchów. Szczęścia nie da się kupić, bo gdyby tak było, to wielu bogaczy tego świata dawno by to zrobiło. A życie pokazuje, że do szczęścia brakuje im całych lat świetlnych. Pieniądze nie gwarantują szczęścia. I można być bez nich szczęśliwym, jeśli tylko potrafimy cieszyć się z małych rzeczy. Wystarczy pamiętać, że są ludzie, którzy mają o wiele gorzej. Wystarczy doceniać codzienne drobnostki i ludzi, którzy są wokół nas. Wystarczy spojrzeć szerzej, by wiedzieć że szczęście jest w nas i możemy je dać innym. Wystarczy jeden prosty gest....Dzień, w którym zrobimy coś dobrego dla innych nigdy nie będzie dniem straconym! Dziś, kiedy kierują mną właściwe pobudki, mogłabym jechać na koniec świata. Rzecz w tym, że teraz rozumiem, że wcale nie muszę jechać tak daleko by komuś pomóc :).

Sylwia Grzeszczak - Małe rzeczy

 

Komentarze (1)
Żyć znaczy doświadczać

Moja koleżanka nie chce mieć żadnych zwierząt w domu. Powodowana poniekąd ciekawością zapytałam czy nie lubi zwierzaków. Ależ nie! Nic z tych rzeczy. Uwielbiam zwierzęta - odpowiada. Zaintrygowana pytam więc dlaczego nie ma ich w domu? Czy to z powodu braku miejsca? A skąd! Miejsca jest pod dostatkiem. Wystarczyłoby nawet dla kilku zwierzaków. Podobną odpowiedź otrzymuję na pytanie o czas i finanse. Wszystko jest, niczego jej nie brakuje i marzy o tym, żeby mieć psa, kota lub inne zwierzątko. Słucham i przestaję cokolwiek rozumieć. Pytam więc dlaczego nie ma żadnego czworonożnego przyjaciela w domu. Izka przez chwilę patrzy na mnie, po czym mówi, że po prostu nie chce.

W tym momencie poczułam się zwyczajnie głupia. Bo jak to jest? Iza ma warunki i możliwości, żeby zaopiekować się jakimś stworzeniem, lubi zwierzęta, marzy o tym, żeby mieć jakieś, ale jak przychodzi co do czego, to jednak nie chce??? Poprosiłam Izę, żeby mi to wyjaśniła.

Kiedy była mała, Iza miała psa. Piesek pojawił się w domu, gdy miała pięć lat. Praktycznie razem się wychowywali. Iza dbała o psa, a pies o Izę. Byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, bawili się, razem poznawali świat, razem się uczyli. Trwało to dziesięć lat. Pewnego dnia pies nagle zachorował. Weterynarz podjął się leczenia, ale mimo to z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Okazało się, że dla pieska nie ma już ratunku. Pewnego dnia rano nie przyszedł do Izy, żeby ją obudzić. Nie przywitał się z nią, nie czekał by wyprowadziła go na dwór, jak to zawsze robiła. Tego dnia piesek po prostu się nie obudził. Iza bardzo przeżyła to, co się stało. Była bardzo zżyta ze swoim czworonożnym przyjacielem. Długo po nim płakała i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało. Wszyscy próbowali jej tłumaczyć, że takie jest życie. Od tamtej pory Iza nie chciała mieć już żadnego zwierzęcia. Bała się, że zaprzyjaźni się z nim tak jak ze swoim psiakiem, a potem przyjdzie czas się rozstać. Bała się, że znów będzie cierpieć i rozpaczać. Boi się do dziś...

Zastanowiła mnie ta opowieść. Kiedy odchodzi ktoś nam bliski - cierpimy, czy to zwierzę, czy to człowiek. Niektórzy mówią: przecież to tylko pies. No tak. Ale nie przychodzi im do głowy, że ten pies był wierniejszym przyjacielem niż jakakolwiek osoba. Nie opłakujemy psa. Opłakujemy przyjaciela. I w tym wypadku nie boimy się straty zwierzęcia - boimy się utraty przyjaciela, boimy się utraty kogoś bliskiego. Być może boimy się obcowania ze śmiercią, bo jest nieunikniona. Przerywa to, co wydaje nam się wieczne. Burzy złudzenia. A może nie boimy się śmierci, lecz tego co ze sobą niesie? Uczucia pustki, samotności, żalu, czasem wyrzutów sumienia, pytań bez odpowiedzi...

Niestety śmierć była, jest i będzie. Możemy nie mieć żadnego zwierzaka w domu, lecz  wciąż pozostajemy w kontakcie z wieloma ludźmi. Ludzie także są śmiertelni. Nie sposób przewidzieć ich losów. Nie sposób przewidzieć jak długo będą z nami. Otaczają nas. Nie można więc odciąć się od tego, co ludzkie. A mimo to wielu z nas próbuje tego dokonać. Nie utrzymujemy kontaktów towarzyskich nie dlatego, że nie chcemy ich mieć. Nie utrzymujemy ich, bo tak jest łatwiej. Bo mniej obciąża nas to psychicznie. Bo pozwala nabrać do wszystkiego dystansu. I nikt nie obarcza nas swoimi problemami. Dużo bardziej boli nas strata osoby bliskiej niż po prostu znajomej. Po co więc zbliżać się do kogoś? Po co kogoś kochać? Po co mieć dzieci? Przecież i przyjaciel, i partner, i dziecko może nas zranić...

Niestety, od tego nie da się uciec. Nie da się uciec od relacji, emocji, bo to wszystko jest ludzkie. To wszystko określa nas jako istoty myślące i czujące. Może więc nie warto uciekać od tego, co może nas zranić? Nie znaczy to, że powinniśmy dawać się niszczyć. Ale nie powinniśmy też w żaden sposób ograniczać się tylko dlatego, że boimy się bólu, smutku i żalu. Jeśli jest szansa przeżyć coś pięknego, a do takich rzeczy z pewnością zalicza się przyjaźń i miłość - nie powinniśmy się hamować tylko dlatego, że "coś" może nas zranić. A w chwili kiedy przychodzi czas rozstania - trzeba pamiętać te wszystkie dobre chwile, które dostaliśmy od losu. Bez względu na to co stanie się potem. Smutek i żal nie powinny nakładać na nas żadnych ograniczeń.

To tak jak z utraconą miłością. W chwili rozstania obiecujemy sobie, że już nigdy więcej... Ale mija czas. Mija i leczy rany. Okazuje się, że wciąż jesteśmy w stanie kochać. Jeśli więc możemy tą miłość komuś dać - kochajmy, zamiast bać się pustki, którą może ze sobą przynieść to uczucie. Życie jest pełne tylko wtedy, kiedy żyjemy naprawdę. A żyć naprawdę oznacza doświadczać - zarówno tego co dobre jak i tego co bolesne...

Komentarze (7)
Wielkich ludzi docenia tylko historia

W ciągu ostatnich dni dociera do nas tyle wielkich słów, wspomnień, rozmów, tyle pięknych wypowiedzi, które w obliczu tragedii nie znaczą nic. Nie cofną czasu, nie zwrócą życia tym, których już nie ma. Trudno nawet powiedzieć, czy choć w niewielkim stopniu łagodzą ból i żal...Sprawiają jedynie, że każdego dnia przeżywamy te koszmarne wydarzenia od nowa. Każdego dnia od nowa uderza w nas docierająca zewsząd informacja - informacja, która przytłacza swoim ciężarem...

Wciąż trudno nam uwierzyć w to co się stało. Trudno jest uwierzyć, ze to rzeczywistość a nie fikcja. A jednak życie potrafi zaskoczyć i dopisać zakończenie, o którym nikt nie śnił nawet w najgorszych koszmarach.

Gdzie się nie ruszyć, tam media biją prezydenckiej parze peany pochwalne. Prześcigają się w przybliżaniu nam sylwetki zmarłego Prezydenta i jego żony. Teraz. Dopiero teraz. Przedstawiają Go nie tylko jako polityka, ale przede wszystkim jako człowieka. Moje pytanie brzmi: dlaczego dopiero teraz? Przecież śp. Prezydent Lech Kaczyński - podobnie jak pozostałe osoby - był człowiekiem także przed katastrofą . Był nie tylko politykiem, nie tylko Prezydentem. Przede wszystkim był człowiekiem  - takim jak my. Miał rodzinę, marzenia, pasje i ogromną wiedzę. Miał swoje słabości, odnosił porażki i zwycięstwa - nie tylko jako polityk, lecz właśnie jako człowiek.

Za sprawą mediów postrzegaliśmy naszego Prezydenta tylko przez pryzmat polityki i decyzji, które podejmował, przez pryzmat tego, jakie poglądy reprezentował. Trudno było dostrzec człowieka w natłoku krytyki i nagonki jaka miała miejsce. Dostrzegaliśmy tylko polityka. To błąd. Przypięliśmy kolejną łatkę. Nigdy nie przyszło nam zastanowić się z czego wynikają podejmowane przez prezydenta decyzje, czym są uwarunkowane, skąd się biorą takie a nie inne poglądy. A odpowiedź jest prosta - z tego, jakim był człowiekiem. To co nas kształtuje  to przede wszystkim człowieczeństwo i wyznawane wartości. To rzutuje na wszelkie nasze działania. Cechy charakteru, dążenia, osobowość i odczucia wpływają na nasze postępowanie, na zdolność postrzegania świata, na to, kim jesteśmy. Decyzje i działania danej osobistości pochwalamy lub krytykujemy za jej życia. Ale wielkość człowieka dostrzegamy dopiero po jego śmierci...

Smutne jest to, że na co dzień  interesujemy się tylko zewnętrzną powłoką danej osoby. Widzimy lekarza, prawnika, czy jak w tym przypadku - polityka. Nie zauważamy jego prawdziwego wnętrza, wielkiego serca, emocji. Dopiero w obliczu śmierci reflektujemy się i dostrzegamy w zmarłym przede wszystkim człowieka. Paradoksalnie dopiero w obliczu tragedii zagłębiamy się w życie osób, których już z nami nie ma.

Aspekt emocjonalny, który za życia prezydenta zupełnie nie interesował mediów, teraz jest dla nich prawdziwą pożywką. Uczucia bliskich, znajomych i współpracowników tragicznie zmarłych osób, nagle stały się ważne. Wydaje mi się jednak, że najczęściej zadawane pytanie "Jak Pan/Pani się czuje?" jest po prostu nie na miejscu. To brutalne odzieranie ludzi z ich prywatności i brak szacunku w dobie żałoby. To zupełny brak delikatności, współczucia i taktu. Wszyscy czujemy się fatalnie, przeżywamy tragedię na swój sposób i trudno sobie choćby wyobrazić czego doświadczają osoby bezpośrednio związane z tymi, którzy odeszli - ich rodziny, dzieci, żony, mężowie, wnuki...

Osoby, które zginęły w katastrofie lotniczej uparcie walczyły o historyczną prawdę.  Przerażająca symbolika tych tragicznych zdarzeń dopisała zakończenie do sprawy Katynia. Zakończenie - lub nowy początek. Obudziła w Polakach uśpiony patriotyzm i uczucie solidarności. Jesteśmy bowiem jednością wobec historii i jej zdarzeń. Jesteśmy Polakami. Nasi przodkowie walczyli o wolny kraj. Walczyli za sprawę. Ten okrutny czas powoli zaczął zacierać się w naszej świadomości. Na szczęście znalazły się wśród nas osoby, które nie zapomniały i nie poddały się presji mijającego czasu. Do końca starały się o uwidocznienie prawdziwych zdarzeń. Polityka dała im moc i narzędzia, by tego dokonać. Ale ducha i siłę wyzwoliła głęboko zakorzeniona wiara w prawdę. Wiara w sprawiedliwość.

Tragedia, która się wydarzyła, sprawiła, że prawdę o Katyniu usłyszał cały świat. Spełniło się marzenie wielu ludzi. Za to marzenie 96 osób oddało życie. Taką cenę zapłaciły one za wierność swoim przekonaniom - za wierność sobie...

I choćby z tego względu należy im się nasz głęboki szacunek. Historia docenia wielkich ludzi. Doceńmy i my...

Komentarze (9)
Samotność - drugie imię wolności

Nie widziałam go od kilku dni, bo przychodzi i wychodzi kiedy chce. Ma swoje życie, swój mały świat, swoje własne ścieżki, które tylko czasem prowadzą go do domu. Wczoraj wreszcie się spotkaliśmy. Siedział na schodach, pod drzwiami i wyraźnie czekał. Kiedy podeszłam bliżej, spojrzał na mnie i przywitał głębokim pomrukiem, tak charakterystycznym dla jego gatunku. Ale nie wstał jak zwykle, tylko siedział i wpatrywał się we mnie. Wtedy dostrzegłam jak bardzo zmienił się przez tych kilka dni. Zmarniał, oczy straciły blask, wyraźnie rozchorował się. Wzięłam go na ręce i zaniosłam do domu, przygotowałam posiłek, ale nie był nim zainteresowany. To dla niego takie nietypowe... Podeszłam więc do niego, przyjrzałam się i już wiedziałam - bez lekarza się nie obejdzie...

Koty są samotnikami. Zazdrościmy im swobody, późnych powrotów, nocnych wypadów, własnych wydeptanych ścieżek, niezależności. Nazywamy to wolnością. Jak często jednak mylimy wolność z samotnością?

Jest dobrze, gdy mamy do kogo wrócić. Jest dobrze, gdy ktoś się o nas martwi i troszczy, choć nieraz wywołuje to nasz sprzeciw. Jest dobrze, gdy ktoś może się nami zaopiekować, zauważy chorobę, poda pomocną dłoń.

A co się dzieje gdy nie mamy nikogo? Pędzimy z miejsca na miejsce zachłyśnięci wolnością, żyjemy dla siebie, twierdzimy, że nie potrzebujemy nikogo. Ale jeśli znikniemy - nikt tego nie zauważy. Jeśli zachorujemy - nikt nie pójdzie do apteki po leki. Nikt nie pomoże wstać z łóżka. A gdy staniemy na skraju rozpaczy, a pod nami rozciągnie się otchłań bez dna - nikt nie chwyci nas nagle za rękę... To już nie jest wolność. To samotność.

Sztuką jest żyć tak, by czuć się wolnym - dopóki nie oznacza to samotności. Wolnym można być wszędzie. Natomiast prawdziwa samotność przychodzi najczęściej wtedy,  gdy otacza nas tłum... Można w nim utonąć wraz z wszystkimi problemami - i nikt tego nie zauważy.

Dlatego warto nauczyć się odróżniać niezależność od samotności. Warto, by zawsze w pobliżu był ktoś, kto we właściwym momencie weźmie nas  za rękę...

Komentarze (13)
O zieleńszej trawie

Trawa na cudzym podwórku zawsze wydaje się zieleńsza, zdrowsza, piękniejsza...

Nasze życie często ogarnia rutyna. Jesteśmy znużone codziennymi obowiązkami. Marzymy o tym, by wyrwać się z zaklętego kręgu ciągle tych samych zdarzeń. Praca, zakupy, gotowanie, sprzątanie, wyprawianie dzieci do szkoły...Każdego dnia ten sam rytuał przez wiele lat. Czasem zazdrosnym okiem patrzymy na tych, którzy żyją inaczej niż my - podróżują, obracają się w "wielkim świecie" albo znaleźli inny sposób na egzystencję. Oni także borykają się z problemami, ale zdajemy się tego nie zauważać. Marzymy o tym, by choć przez jeden dzień wejść w inną rolę. I nie mieści nam się w głowie, że ktoś mógłby nam zazdrościć tego nudnego,  monotonnego, poukładanego życia. Ktoś, kto nie ma rodziny zazdrości nam wspólnych obiadów. Ktoś znużony ciągłymi podróżami zazdrości nam tego, że każdego dnia budzimy się w swoim łóżku. Ktoś samotny zazdrości nam przestrzeni wypełnionej gwarem i głosami ludzi...

Będąc  w danej sytuacji od lat dostrzegamy często już tylko jej minusy. Tracimy z oczu to, co dla innych jest tak cenne. Zaglądając komuś przez ramię podziwiamy jego życie - zazdrościmy wolności, emocji, adrenaliny, przygody. Tymczasem ten ktoś oddałby to całe ekscytujące życie za odrobinę spokoju i bezpieczną przystań...

Rozejrzyjmy się dokoła siebie. Może w rutynie codziennych zdarzeń dostrzeżemy coś naprawdę cennego? Coś, co przypomni nam, ze życie jest piękne i warte każdej chwili. Może będzie to uśmiech dziecka, może czułe spojrzenie partnera, a może... Może coś innego, o czym my już zapomniałyśmy, lecz serce wciąż pamięta... I wtedy okaże się, że trawa na naszym podwórku jest dużo piękniejsza niż ta u sąsiada - bo nasza własna :).

Miłego dnia!!!

Komentarze (26)
W niewoli pieniądza

Zainspirowana wpisem ati88 dotyczącym funkcji pieniądza, pozwolę sobie spojrzeć na pieniądz z zupełnie innej strony: pieniądz jako wartość. Jest to oczywiście wartość materialna, ale mimo to kształtuje nas i wpływa na wartości duchowe. Nie odkryję Ameryki pisząc, że pieniądz nas ogranicza. Już słyszę te głosy protestu. Ogranicza? Jak to ogranicza? Przecież za pieniądze można tyle kupić!!! Ano właśnie w tym rzecz. Ludziom wychowanym w świecie, w którym pieniądz gra pierwsze skrzypce, wartości duchowe kształtują się inaczej.

Pieniądz jest wartością, która w dużym stopniu warunkuje naszą edukację. Śmieszne? Nie, prawdziwe. Przecież to finanse określają to, czy stać nas na wymarzoną szkołę czy też nie. Ileż razy słyszałam od stroskanych matek, że Piotruś zdolny, to by się go na studia posłało, ale koszta utrzymania są za duże. I prawdy w tym wiele, bo utrzymanie dziecka, opłaty za stancje, internaty, wyżywienie - to spore wydatki. Dojazdy - też kosztują. Niejednokrotnie młodzi ludzie podejmują się pracy, by zarobić na czesne studiów zaocznych, co także oznacza duży nakład finansowy.

Pieniądz jest wartością, która warunkuje także nasz światopogląd. Ludzie wychowani w doskonałych warunkach, którym nigdy niczego nie brakowało - nie znają prawdziwej wartości pieniądza. Zwykle żyją w przeświadczeniu, że kupić można wszystko, a ludzi oceniają po zawartości ich portfela. Ci, którzy od najmłodszych lat zaznali dobrobytu i dostali od losu wszystko - zwykle mają problemy z poszanowaniem biedniejszej reszty świata. Traktują ich jak najemników. Ośrodkiem ich systemu wartości jest pieniądz i przez jego pryzmat patrzą na świat. Łatwiej ulegają własnym kaprysom, bo nie muszą martwić się o jutro. Ale w moim przekonaniu są to równocześnie  osoby mało zaradne w porównaniu do tych, które od najmłodszych lat uczą się wiązać koniec z końcem.

Na szczęście zawsze  i wszędzie można znaleźć wyjątki - i oby było ich jak najwięcej.

Pieniądz psuje. Pieniądz zniewala - odbiera nam możliwość wyboru dowolnego rodzaju edukacji, drogi życiowej i swobodę myślenia. Pieniądz uczy egoizmu i często niesie ze sobą samotność. Niektórzy mówią, że pieniądz daje wolność. Według mnie - on ją odbiera. Bo ciążą na nas stereotypy z pieniądzem związane. Pieniądz dzieli - kraje, kontynenty, społeczeństwa - nawet najbliższą rodzinę. Mimo wszystko jednak pieniądz pozwala na pewien komfort. A przynajmniej daje jego namiastkę. Usuwa z drogi pewne problemy - problemy natury materialnej, ale w zamian przynosi zupełnie inne. Te inne zwykle mają naturę duchową.

Wybór więc należy do nas: wolność materialna czy duchowa?

Komentarze (16)
Od dziś mówię "TAK"!

Od dziś mówię "TAK". Czy wiecie jak rzadko używamy tego słowa? Coraz częściej wszelkie propozycje i zapytania kwitujemy słowem "nie". Jesteśmy "na nie".

Jakiś czas temu oglądałam film "Jestem na tak" (Yes man). Film jak to film, czasem bawi, czasem śmieszy. Ale ten zmusza  też do pewnej refleksji. Boimy się ryzyka, boimy się podejmowania decyzji. Wolimy to, co dobrze znane - własne cztery kąty, wybraną grupę znajomych, wybrane show w telewizji. Coraz rzadziej wychodzimy do ludzi, a ich propozycje skierowane pod naszym adresem najczęściej kończą się odmową. Wybieramy rutynę zamiast życia, bez uzasadnionej przyczyny. Nie próbujemy rzeczy nowych - bo wydaje nam się, że to co nowe i nieznane na pewno będzie złe. I  w ten sposób omija nas wiele pięknych rzeczy.

Czasem dzwoni znajomy i proponuje wyjście wieczorem. Jakaś bliżej nieokreślona impreza, podobno fajni ludzie. Na samą myśl o tłumie obcych ludzi jeży nam się włos na głowie. Wynajdujemy pierwszą lepszą wymówkę i odmawiamy. Zamykamy się w domu i zamykamy się na ludzi. Stopniowo grono znajomych się kurczy - bo od dawna nie chciało nam się z nikim spotkać na kawie. Cierpimy na brak rozrywek - ale nie chce nam się ruszyć w nieznane po przygodę. "Nieznane", które mam na myśli, wcale nie musi być daleko. Czasem jest to koncert lub przedstawienie, czasem jakieś warsztaty, czasem grupowe spotkania, których boimy się bezgranicznie. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas, nie dzisiaj, może innym razem, a najlepiej to w kameralnym gronie. W ten sposób odrzucamy okazję do przeżycia czegoś innego. Boimy się nowości. Brak nam spontaniczności i odwagi, by wyrwać się z szarych ram naszego grafiku.

Ile razy nie odbieramy czyjegoś telefonu, zmieniamy kanał w telewizji, bo film ma być z gatunku tych, których nigdy tak naprawdę nie widzieliśmy... ? A przecież inne - nie znaczy złe. Często zanim zdążymy na dobre przeanalizować sytuację - w naszej głowie od początku kołacze się słowo "nie". Podejmujemy decyzję zanim rozważymy sytuację, zanim zdążymy pomyśleć o korzyściach. Do tego w taki sposób przedstawiamy sytuację samym sobie, że dana czynność, wycieczka, wizyta - wydają nam się nader nudne i mało interesujące. Mówimy "nie" a potem mamy pretensje do życia, że nie dzieje się nic nowego, zaskakującego, ciekawego. I nie zdajemy sobie sprawy, że coś nas omija na nasze własne życzenie.

Dlatego od jakiegoś czasu stosuję zasadę bycia "na tak". Sprawdza się. Nawet kiedy nie chce mi się wychodzić z domu, a ktoś zadzwoni z propozycją małego wypadu czy wycieczki - zgadzam się. I powiem Wam, że ani razu tego nie żałowałam. Zobaczyłam dzięki temu wiele pięknych rzeczy, przeżyłam o wiele więcej przygód i doświadczyłam życia dużo bardziej niż kiedykolwiek. Nie mam już tego uczucia, że coś mnie omija, że życie przecieka mi między palcami i nie umiem go zatrzymać. Biorę z niego tyle, ile potrzebuję.

Oczywiście film, który wspomniałam, pokazuje czym kończy się popadanie w skrajności. Uczy, że najlepsza w życiu jest równowaga i zdrowy umiar. Pokazuje jednak także, że czasem warto zaryzykować, wyrwać się z zaklętego kręgu codziennych obowiązków i spróbować czegoś nowego. Czegoś, czego nie znamy, nie próbowaliśmy i zawsze byliśmy "na nie". Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że "TAK" to słowo, które niesie ze sobą radość. Asertywność jest zdrowa, ale wiecznie odmawiając pozbawiamy się możliwości zdobywania nowych doświadczeń. Doświadczeń, które mogą być przyjemne. Doświadczeń, które mogą odmienić całe nasze życie...

Komentarze (15)
Patrzysz, ale czy widzisz?

Tyle lat żyję na tym świecie, a wciąż tyle rzeczy potrafi mnie zaskoczyć. Codziennie odkrywam życie i świat na nowo. Sytuacje, które widzę nie po raz pierwszy, nagle uderzają mnie mocniej. Czasem zastanawiam się jak to było, że wcześniej czegoś nie dostrzegłam. I zaraz siebie poprawiam - dostrzegłam!!! Widziałam. Ale jak większość z nas po prostu przeszłam obok. Aż do dziś, do teraz. Może trzeba na coś patrzeć wiele dni, tygodni, miesięcy a nawet lat, by wreszcie to dostrzec? Może trzeba cierpieć dekadami, by wreszcie wstać i powiedzieć "dość!"?

Każdemu z nas zdarza się na coś patrzeć. Ale nasze obserwacje są pobieżne. Widzimy dokładnie tyle, ile chcemy widzieć - a potem pakujemy obraz do szuflady. Nie doszukujemy się ukrytych znaczeń. Nie mamy na to czasu ani ochoty. Bo może się okazać, że to co chcemy widzieć nie jest tym co faktycznie widzimy. Skomplikowane? Raczej nie. Idąc ulicą spotykamy innych ludzi. Widzimy ich w różnych sytuacjach. Przyszywamy im łatki dzięki pobieżnej obserwacji. Szufladkujemy. Nie zastanawiamy się dłużej. Bo nad czym? Widząc robotnika siedzącego przy drodze myślimy o nim "Nierób". Rzadko kiedy przychodzi nam do głowy, że może ten człowiek akurat źle się poczuł. W końcu nie jest maszyną i pracuje ciężko każdego dnia. Ma prawo złapać grypę, ma prawo nadwyrężyć kręgosłup. Ale nie zastanawiamy się nad tym. Mijając go przypinamy mu łatkę i wrzucamy do szuflady zapominając, że są wyjątki i różne sytuacje. Albo inny przykład - kasjerka w sklepie. Milcząca, ciągle się myli. Przypinamy łatkę, nie wiedząc o tym, że dziecko tej kobiety leży teraz w szpitalu i oczekuje na operację a ona nie może przy nim być, bo nie może pozwolić sobie na utratę pracy i grosza. Bo za te grosze musi wyżywić jeszcze pozostałą dwójkę... Dlatego jest w pracy, ale nie przestaje myśleć i się denerwować.

Nie wszystko jest takie, jakie wydaje się być. Patrzymy, ale nie widzimy. Dostrzegamy tylko to, co na zewnątrz, nie sięgając głębiej. Dlatego tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Musimy jednak pamiętać, że i nam przypinane są łatki. Nieustannie podlegamy cudzej ocenie. Bardzo pobieżnej. Bo ludzki osąd jest płytki i oparty na tym, co sami sobie dopowiemy, a nie na tym, co zaobserwujemy. Dlatego spróbujmy patrzeć głębiej pamiętając o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nauczmy się nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Nauczmy się dostrzegać drugiego człowieka. Nauczmy się dostrzegać w nim dobro - a nie tylko zło.

Komentarze (19)
Wiosny nam trzeba - czyli niekoniecznie o pogodzie

Zima to czas, który sprzyja depresjom, irytacji, zmęczeniu. Jesteśmy poddenerwowani brakiem światła, monotonnością dni, ograniczeniem pewnego rodzaju swobody... A przecież zima to jedna z pór roku. Nie jest stanem nadzwyczajnym. Jest etapem życia... Dla roślin to czas uśpienia, odpoczynku, który umożliwia im rozpoczęcie cyklu rozwojowego od nowa wraz z nadejściem wiosny. Dla niektórych zwierząt to czas hibernacji. Dla ludzi - najczęściej jest to czas nawarstwienia wielu problemów, ustawicznych narzekań i niepojętego zdziwienia - bo oto przyszła zima! Jest mroźno, wszędzie leży śnieg, drogi bywają nieprzejezdne - cóż za wspaniałe pole do popisu dla potencjalnego Polaka. Ale na tym nie koniec.

Wiosna to cudowna pora roku. Patrząc okiem przeciętnego wiecznie narzekającego Polaka - mokro, zimno, deszczowo, wszędzie błoto i do tego zdarzają się jeszcze przymrozki. Z takiego opisu wynika, że wiosna to paskudny okres czasu. I właściwie każdą porę roku można opisać w ten sposób. Lecz  nie w tym rzecz. Sedno sprawy polega na tym, by dostrzegać to, co w danym zdarzeniu, sytuacji czy nawet pogodzie - jest piękne. Wiosną wszystko budzi się do życia. Lecz by mogło się obudzić - potrzebna jest życiodajna woda. Deszcz. Lekki, świeży - zmywa to, co pozostawiła po sobie zima. Wszystko ma swój sens, trzeba tylko chcieć go dostrzec.

Niektórzy ludzie całe życie trwają w zimie - mimo, że pory roku dokoła nich regularnie się zmieniają. Jak to ktoś ładnie na którymś z blogów napisał: na dworze zima  i w sercach ludzkich taki sam mróz. Z tą różnicą, że ta zima w ludzkich sercach trwa nieraz całe lata i dziesiątki lat. Trzeba ogromnej zmiany - zdarzenia, energii, czyjejś siły woli lub uczucia - by takie lody roztopić.

Bywa też, że owa zima zakrada się do naszych serc na chwilę... Na moment przykrywa wszystko warstwą obojętności. Potem mija. Ale jeden moment wystarczy, by zepsuć coś nieodwracalnie...

W tym wyjątkowym okresie roku jesteśmy szczególnie podatni na atak wspomnianej zimy. Ulegamy jej, czasem zarażamy się od kogoś - a potem epidemia szerzy się już wszędzie... Epidemia obojętności, irytacji, narzekania....

Dlatego trzeba nam wiosny. Nie tylko tej prawdziwej. Przede wszystkim trzeba nam wiosny w sercach. Więcej pogody ducha, słońca w myślach, radości we wspomnieniach i planach. Optymizmu w przewidywaniach. I wiary w to, że spadnie życiodajny deszcz, który rozmyje wszelkie negatywne emocje. Trzeba nam iskry, która wskrzesi pogrążone w przygnębieniu pokłady energii. Nosimy je w sobie - nie potrafimy ich tylko wydobyć.

Pojedyncza jednostka pleśni może skazić cały słoik konfitur. Bo pleśń będzie się rozrastać. Złość, którą nosimy w sobie - jest jak pleśń. Małe jej ogniwo potrafi zawładnąć nami bez reszty i doprowadzić do wybuchu. Zwłaszcza jeśli napotka sprzyjające okoliczności. Dlatego trzeba nam deszczu, który zdusi gniew w zarodku, oczyści atmosferę i pozwoli oddychać.

Po deszczu wstaje słońce, a po zimie - przychodzi wiosna. Weźmy więc głęboki oddech i zaprośmy w tym roku wiosnę do naszych serc nieco wcześniej. Nauczmy się dostrzegać to, co dobre i piękne,  i w tym pokładajmy nadzieję. Może wówczas to, co wydaje się złe, stanie się tylko pyłem, który wkrótce zmyje wiosenny deszcz... Niech zima w nas jak najszybciej ustąpi miejsca wiośnie, byśmy mogli na nowo zbudzić się do życia i odnaleźć w sobie wrażliwość na drugiego człowieka oraz świat...

Komentarze (17)
Niedokończone strony

Cokolwiek zaczynasz - pamiętaj o tym, żeby to skończyć. To jedna z wielu rzeczy, których pilnuję jak oka w głowie. Nie lubię spraw niedokończonych. Nie lubię niedokończonych zdań, opowieści, książek, zakupów, kłótni, rozmów... Coś, co ma swój początek - logicznie powinno mieć też i koniec. Jak w związku - z happy endem lub bez. Nigdy w życiu nie jest tak, że coś trwa w nieskończoność. Szczęście, którego wszyscy tak pragniemy jest kruche. A zła passa też wreszcie zawsze się kończy. Przechodzimy pewne etapy w życiu i kolejno je zamykamy - jak rozdziały czytanej bądź pisanej książki...

Pytanie na ile prawdziwy jest to koniec? Ile razy będziemy wracać do tego rozdziału pamięcią? Czy wystarczy zamknąć drzwi, by nie słyszeć płaczu za ścianą? Czy wystarczy zamknąć oczy, by nie widzieć zła? Nie wystarczy. Bo nie są to właściwe zakończenia...

Życie rozdaje karty, ale to my jesteśmy graczami. Czasem trzeba postawić wszystko na jedną kartę... To my decydujemy, kiedy powiedzieć "pas", kiedy wejść do gry i kiedy odejść od stołu kończąc rozgrywkę. Nic nie jest skończone, dopóki sami tego nie postanowimy.

Dlatego czasem wracamy do przeczytanej książki po latach. By wspominać, by poczuć to, co czuliśmy wcześniej, by zachłysnąć się tamtym klimatem - jeszcze choć jeden raz... Książka ma tę przewagę nad prawdziwym życiem, że niezmiennie kończy się tak samo. Bez względu na to, ile razy do niej wracamy - wiemy co będzie dalej. Możemy cofnąć się o kilkadziesiąt stron i przeżyć wszystko jeszcze raz...

A w życiu - nie. Coś, co minęło - nie wróci. Przynajmniej nie w tamtej, pierwotnej postaci. W życiu wielokrotnie wracamy myślami do tego, co było. I gdybyśmy mieli taką moc - zmienilibyśmy wszystko! Dokonywalibyśmy innych wyborów, podejmowalibyśmy inne decyzje. W naszym pojęciu lepsze, mądrzejsze, ale kto tak naprawdę wie jak potoczyłoby się nasze życie?

Zamykając jakiś rozdział życia czasem zostawiamy sobie furtkę - na wypadek, gdyby to jednak nie był koniec. Oglądając się - nie jesteśmy w stanie w pełni poświęcić się teraźniejszości. I tak żyjemy na skraju dwóch różnych światów. Wmawiamy sobie, że z przeszłością koniec. Czyżby? Czasem zamykając za sobą drzwi - należałoby jeszcze wyrzucić klucz. Bo serce i myśli człowieka są przekorne. Ciekawość będzie nas pchała  i podpowie: zajrzyj, tylko na chwilę... Skuszeni - wracamy w to samo miejsce, w którym byliśmy przed laty. Z tą różnicą, że świadomość nieodwracalności zdarzeń budzi niepokój, melancholię i nie pozwala normalnie funkcjonować. To znak, że coś skończyło się inaczej niż chcieliśmy. Skończyło się dla kogoś - ale nie dla nas. I uśpione tkwiło w naszej podświadomości cały ten czas...

Kiedy więc wiadomo, że coś skończyło się naprawdę także dla nas? Wtedy, gdy spoglądając wstecz jesteśmy w stanie uśmiechać się ciepło, beż żalu, wybaczać sobie stare błędy i wrócić bez złudzeń do rzeczywistości... Wtedy, gdy wspomnienia są tylko wspomnieniami.

Czasem kończymy jakiś rozdział, zaczynamy następny. Przekonujemy siebie i świat, że tego chcieliśmy. Tylko serca nie da się oszukać. Głęboko na jego dnie chowamy pragnienia, które nigdy się nie urzeczywistniły i już nie urzeczywistnią. Wracamy do nich po cichu, ożywiamy je nocami w swoich snach, ale gdy wstaje dzień - wracamy do pisania nowego rozdziału.

Niektóre pragnienia potrafią przetrwać w ten sposób całe lata... Chowane głęboko w podświadomości - nie mijają. Mimo, że ich miejsce już dawno zajęły inne. Bledną, wypalają się, aż wreszcie - kończą się. Tak jest ze smutkiem, z żalem... I tylko z miłością - tą romantyczną, bez happy endu, nieszczęśliwą - bywa inaczej. Nieszczęśliwa miłość jest jak niedokończony rozdział. Tak długo jak trwa - nie da się do końca o niej zapomnieć. Zawsze będzie brakowało jej spełnienia i zakończenia na miarę Hollywood. Możemy zacząć kolejny rozdział, ale ilekroć spojrzymy wstecz - pusta strona przypomni nam to, co utraciliśmy... I myślami będziemy ją zapisywać tysiące razy, zastanawiając się co byłoby gdyby...? Nie dowiemy się nigdy. Chyba, że życie zechce rozpocząć kolejną rozgrywkę i z nowym rozdaniem powrócimy do niedokończonych stron...

Komentarze (13)
1 | 2 | 3 | 4 |