iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Styropianowe refleksje

Głupota niestety nie jest chorobą. A szkoda, bo gdyby była, można byłoby próbować ją leczyć. Albo chociaż mieć nadzieję, że ktoś kiedyś wynajdzie na nią lekarstwo. A tak zostaje jedynie pogodzić się z faktami. Mój znajomy mawia, że gdyby głupota miała skrzydła i mogła latać - mało kto pozostałby na ziemi. Coś w tym jest.

Panowie z firmy ocieplającej budynek - mimo wcześniejszych namiętnych zapewnień, że już nie będą tego robić - wciąż torturują nas od najwcześniejszych godzin rannych. Dochodzę do wniosku, że lubią urozmaicenia w pracy w postaci telefonów mieszkańców. Na pewno lubią też dni zaprawione nutką ryzyka, kiedy to mój sąsiad odgraża się im, że jak jeszcze raz obudzą mu dziecko to...

Na szczęście przemili panowie mniej klną. Czasem jeszcze wymknie się któremuś jakieś wulgarne słówko, ale częściej pod nosem niż na cały głos. Chociaż tyle dobrego. Ze złych rzeczy doszedł sypiący się do mieszkania styropian. Wszędzie go pełno, nie nadążam sprzątać. To efekt otwartego na chwilę okna. Potrzebowałam świeżego powietrza, dlatego zdecydowałam się na ten krok. Teraz czeka mnie porządne sprzątanie. Ale warto było ;).

Styropian sprzyja refleksjom. Ocieplamy domy, żeby nie marznąć zimą. Żeby mieszkało się przytulnie i przyjemnie. Żeby uniknąć dodatkowych kosztów. Pomyślałam sobie, że w życiu jest tak samo. Każdy z nas jest jak ten budynek, który przetrwa bez ocieplania. Ale nie będzie się już mieszkało tak dobrze. Pojawi się wilgoć, a koszty ogrzewania będą znacznie wyższe. Tak samo jest z nami, ludźmi. Potrafimy trwać bez miłości. Ale bez niej gorzkniejemy. Wyzbywamy się pewnej radości. Brak nam pewnego rodzaju ciepła. Szukamy więc miłości, by ocieplić nasze życie. By żyło się przyjemniej, bezpieczniej, przytulniej. Żeby było się do kogo przytulić, żeby było się do kogo uśmiechać. Miłość jest trochę jak styropian :). Otula nas i ociepla nasze życie. Sprawia, że staje się ono lżejsze i łatwiejsze. Bo każdy bagaż niesiony we dwoje wydaje się lżejszy, a każda troska dzielona na pół wydaje się mniejsza.

Można przetrwać bez miłości. Lecz czy można bez niej żyć? Czy można żyć ze świadomością, że nikomu na nas nie zależy? To chyba byłoby bardzo trudne. Ale jest tu pewien błąd. Nigdy w życiu nie dzieje się tak, że jesteśmy obojętni całemu światu. "Zawsze gdzieś czeka ktoś" jak mówi piosenka Anny Jantar. Nawet kiedy wydaje nam się, że wszyscy nas nienawidzą, że wszyscy nas opuścili - nie jest tak. Bardzo często przypisujemy ludziom błędne intencje. Bywa, że w złości mówimy sobie różne przykre rzeczy. Ale wcale nie muszą być one prawdziwe. Dlatego nigdy nie wolno ulegać czarnym myślom.

Człowiek to istota, która mimo całej swojej przekory nie potrafi żyć bez miłości. Potrzebuje jej by w pełni ukształtować swój system wartości. Każdy potrzebuje kochać i być kochanym. Dawać miłość i dostawać ją od drugiej osoby. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, nic dziwnego. Nie wolno nam czuć się słabszymi dlatego, że tęsknimy za miłością. Nie jesteśmy gorsi dlatego, że potrzebujemy miłości. Miłość nie czyni człowieka słabszym, lecz silniejszym.

Bywa, że wstydzimy się przyznać do potrzeby miłości. A przecież jest ona zupełnie naturalna. Ludzka. Wszyscy chcą kochać i być kochani. Nie wstydźmy się tego. Pozwólmy sobie na miłość. Pozwólmy sobie na ludzkie odruchy, żeby nasz świat nie stał się krainą pełną marionetek i maszyn wyzutych z uczuć. Jesteśmy ludźmi - bądźmy ludzcy. Nie wstydźmy się kochać.

Tyle tytułem styropianowych rozważań :). Miłego dnia!

Komentarze (5)
Zamiast budzika - przekleństwo na dzień dobry

Od tygodnia nie potrzebuję budzika. Panowie z firmy ocieplającej budynek robią za koguta. Na domiar złego najgłośniejsze prace wykonują CODZIENNIE między szóstą a ósmą rano. W sam raz dla kogoś kto pracuje na drugą zmianę lub wraca z nocy. Pora idealna!

Ten wpis miałam ochotę popełnić dzisiaj o siódmej rano, kiedy przeuroczy pan próbował wybić mi dziurę w ścianie, robiąc przy tym możliwie jak najwięcej hałasu - ale zrezygnowałam z tego pomysłu. Ilość wulgaryzmów, którą mógłby potencjalnie ów wpis zawierać nie przeszłaby żadnej cenzury. Ach właśnie. Okazało się, że ja też potrafię przeklinać! Cóż, od tygodnia za oknem mam ekspertów w tej dziedzinie - zdążyłam się doszkolić. Słowo na K - jak się okazało - można stosować nie tylko jako przecinek, ale także jako kropkę i cudzysłów. Bywa ono również przydatnym zamiennikiem na wszelkiego rodzaju inne słowa, których akurat w pamięci brak. Znakomicie zastępuje "cześć", "dzień dobry", "nie wiem" i wiele innych zwrotów. Jest niezastąpione gdy woła się kolegę po fachu, szuka młotka, szpadla czy innych rzeczy. I to wszystko moi drodzy o godzinie siódmej rano.

Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że panowie wykonują swoją pracę. Ale powinni też liczyć się z tym, że w budynku mieszkają inni ludzie. I nie każdy ma do pracy na rano. Niektórzy wracają z nocy lub idą na drugą zmianę - i chcieliby odrobiny spokoju. Zwłaszcza, że od tygodnia schemat jest ten sam. Panowie hałasują ile się da między szóstą a ósmą, potem cichną, około dziesiątej znikają z pola widzenia i słyszenia. I przez cały dzień jest już cichuteńko. No to niech mi ktoś powie, dlaczego nie mogą hałasować od dziewiątej, a tych cichych prac wykonywać rano?! Okazało się, że mogą - ale nie pomyśleli. A delikatnie zwracana wcześniej uwaga skutkowała wyjątkową złośliwością i nasileniem hałasu w godzinach porannych. Trzeba było sięgnąć po inne środki.

Kwestia szeroko pojętej łaciny zaintrygowała mnie już wcześniej. Od tygodnia bowiem na dzień dobry nie słyszę nic innego tylko głośne K****. Pod samym oknem! Okno pozostaje od tygodnia zamknięte, co w żaden sposób nie umniejsza dokuczliwości tego zjawiska. Na szczęście nie mam dzieci. Na szczęście - bo gdybym miała to bym komuś ręcznie wytłumaczyła, żeby się hamował ze swoją znajomością łaciny i nieujarzmionym językiem. Tu mieszkają ludzie! Ludzie, którzy pracują i to naprawdę w różnych godzinach. I trzeba umieć się dostosować i to uszanować. Nie życzę sobie przekleństw wykrzykiwanych od samego rana pod oknami - takie doznania są mi zupełnie niepotrzebne. A jeszcze mniej dzieciom sąsiadów, które tylko nasłuchują a potem chodzą i powtarzają jak echo. Czy naprawdę doszło już do tego, że każdy robi swoje byle zrobić - i serdecznie gdzieś ma pozostałych? Czy to może tylko kwestia zastanowienia się i pomyślenia? Przecież wystawiają opinię nie tylko sobie, ale pewnej grupie społecznej, a wierzę, że nie wszyscy są tacy. Dlatego póki co pretensja tylko do tych za moimi oknami.

Zniosłam cierpliwie skuwanie płytek, wiercenie i nawet zdania, w których czasem NIE trafiło się przekleństwo. Ale tego walenia młotkiem dziś rano już nie zniosłam. Zwłaszcza, że całkiem niedawno się położyłam. Nie może być tak, że cały dzień jest błoga cisza i nikogo nie ma (a powinni być), a jak przychodzi szósta rano to robi się wielki hałas, K**** sypie się jedno po drugim i nikt się nawet nie próbuje zachowywać cicho. Już pomijam to wieczne zaglądanie do okien, przez które rolety są stale zaciągnięte.

Tak więc dzisiejszy dzień sponsoruje słowo "DOŚĆ!" i ból głowy. Mimo to życzę Wam miłego dnia ;)

Komentarze (6)
Dom jak skarbonka

Przeprowadzona, posprzątana i urządzona. Tak mogę o sobie dzisiaj powiedzieć. Mimo, że od przeprowadzki minęły dwa tygodnie, życie dopiero teraz nabrało normalnego rozmiaru i tempa. Do tej pory ciągle musiałam po coś jeździć, tego brakowało, tamtego nie było, coś jeszcze by się przydało. Okazało się, że znalezienie lokum i przewiezienie rzeczy było najmniejszym problemem. Rozpakowanie ich także. Prawdziwym problemem okazały się częściowe braki w wyposażeniu, bo czegoś nie zabrałam, bo myślałam, że się nie przyda - a byłoby jak znalazł. Nauczka na przyszłość :). Podczas kolejnej przeprowadzki (w razie czego) będę już mądrzejsza.

Swoją drogą urządzenie całego domu musi być nie lada wyzwaniem. Pomysł to nie wszystko. Potrzebne są pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Nawet jeśli niektóre rzeczy są tańsze, na innych producent zarobi podwójnie. Jeśli jeszcze ktoś ma w tym kierunku zdolności i może sobie sam przygotować lub zrobić wiele rzeczy - to super. Potrzebny będzie czas i materiały. Ale jak ktoś kupuje tzw. gotowce - to trzeba się przygotować na to, że kieszeń będzie pusta i pusta. Dom czy mieszkanie to jedna wielka skarbonka. Nawet już urządzone często potrzebuje żeby co jakiś czas wrzucić w nie trochę kasy, coś dokupić, odświeżyć, zmienić...  Czasem zastanawiam się po co nam to? Mieszkając w Indiach widziałam domy z minimum sprzętów, surowo urządzone, aczkolwiek niezbędne rzeczy były. I ludziom dobrze się tak żyje. Nie przywiązują wagi do tego jak mieszkają, tylko z kim. Miałam wrażenie, że są o niebo szczęśliwsi od nas. A u nas? Sąsiad robi remont - to my też, przecież nie będziemy gorsi! Kuzyn kupił nowe meble, no to my też, czemu mamy mieć gorzej? Zaciągamy kredyty, bierzemy pożyczki i spłacamy je potem latami, tylko po to, żeby nie mieć gorszego samochodu niż kolega z pracy. A czy to naprawdę jest konieczne? Czy to co mamy naprawdę świadczy o tym, jakimi ludźmi jesteśmy? Nie wydaje mi się. Czy naprawdę opinia zawistnych ludzi jest dla nas taka ważna, żeby pakować się w długi? Uważam, że nie. Ale wielu z nas najwyraźniej nie dorosło jeszcze do tego, by ustawić właściwą kolejność priorytetów i wprowadzić ją w życie. Bo mieć moi drodzy nie zawsze oznacza być. Za to być zawsze oznacza mieć - niekoniecznie materialnie, ale na pewno duchowo!

Komentarze (3)
Rzecz o podbródkach czyli nie tuczmy dzieci!

Czy to normalne, pytam się, żeby dziecko miało drugi podbródek? A czasem trzeci i czwarty? Nienormalne (poza sytuacjami, kiedy wynika to z przyczyn chorobowych). A niestety spotykane coraz częściej. Zauważyłam niezdrową tendencję "tuczenia" dzieci, zarówno wśród znajomych jak i w tłumie zupełnie obcych ludzi. Rodzic czuje się w porządku, bo dziecko zjadło, więc głodne nie chodzi, nieważne jakimi środkami szanowny rodzic to osiągnął. Tymczasem nóżki i rączki dziecięcia coraz bardziej przypominają tłuste serdelki. A wszystkiemu winnych jest kilka czynników.

Po pierwsze wszechobecne fast foody. Choćby sytuacja z wczoraj. Mama, bardzo szczupła osoba, wręcz wychudzona, zamówiła dla siebie dietetyczną colę. Dzieci natomiast nakarmiła pizzą - w ilości przekraczającej możliwości dorosłego mężczyzny. Widać było, że taka sytuacja powtarza się dość często, ponieważ dzieci były już zdrowo utuczone i przypominały przedstawicieli społeczeństwa amerykańskiego. Czy ta mama zastanowiła się jaką krzywdę robi dzieciom? Nie sądzę. Wyglądała na zachwyconą faktem, że jej dzieci mają taki dobry apetyt. Cechowała ją najwyraźniej straszna krótkowzroczność, bo nie pomyślała o tym, że obie dziewczynki będą miały nieprzyjemności w szkole, a w przyszłości czekają je lata poświęcone dietom odchudzającym. A jest jeszcze aspekt zdrowotny - obciążone stawy i kości będą się deformować, bo dziecko nadal rośnie, plus inne konsekwencje takiego obżarstwa. Pomijam już kwestię psychiki i niskiej samooceny.

Fast foody stały się tak popularne, że w menu niektórych rodzin goszczą znacznie częściej niż normalne posiłki. Wystarczy pójść, kupić i zjeść - nie trzeba robić zakupów, gotować, zmywać... Prawda, że proste? Oszczędzamy tyle czasu! A czas to obecnie towar deficytowy. Dla kobiety, która pracuje na dwóch etatach i dla mężczyzny, który gotować nie potrafi, fast foody są istnym wybawieniem! Niestety, ma to swoje konsekwencje.

Inna rzecz, że zbyt często traktujemy fast foody jak nagrodę. Dziecko dostanie piątkę z klasówki - idziemy na pizzę, przeczyta książkę - dostaje Happy Meal z zabawką w środku. Fast foody przydatne są również wtedy kiedy dziecko jeść nie chce - normalnego obiadu oczywiście, natomiast frytki wciąga chętnie. Cóż, niekiedy wydaje nam się, że nie jest ważne co dziecko spożywa, byleby jadło. Tymczasem to, co nasze dziecko pochłania, przekłada się na jego rozwój, a więc rodzaj pożywienia jest bardzo istotny.

Ale fast foody to tylko jeden problem. Drugim jest brak ruchu. Gry w klasy, w gumę, w berka - już dawno odeszły w zapomnienie. Teraz najlepsze gry to te komputerowe, które nie wymagają wychodzenia z domu ani nawet z pokoju, a jedyny ruch i rozwój jaki warunkują, to ręki która naciska klawisze myszy lub klawiatury. Rodzic się cieszy, bo może trochę odetchnąć, pociecha ma zajęcie, jest w domu, czyli bezpieczna. Czyżby? A czy rodzic wie, z kim jego dziecko rozmawia przez internet? Czy wie w jakie gry grywa? Czy wie jakie filmiki ogląda? Zwykle nie. Współcześnie dzieci nie doceniają gry w piłkę ani sportów jako takich. A rodzice z braku czasu też nie zabierają ich na piesze wycieczki, nie wychodzą z nimi na dwór. Kiedyś znakomitym prezentem był rower. Dzisiaj rower to przeżytek. Liczy się tylko komputer... Tak więc dziecko prowadzi bierny tryb życia, jest słabsze fizycznie, co za tym idzie często choruje. Jeśli dodać do tego posiłki spożywane przed telewizorem lub komputerem - nadwaga gwarantowana. Tradycja wspólnego spożywania posiłków, całą rodziną, upadła. Nikt nie ma na to siły ani ochoty. Tata po przyjściu z pracy czyta gazetę, dziecko zamyka się w swoim pokoju z grą komputerową, a mama biega po całym domu i stara się wszystkim dogodzić. Chyba jako jedyna zażywa naprawdę dużo ruchu i nie ma czasu normalnie zjeść.

Nasze dzieci tuczą też często dziadkowie, którym dziecko w każdym wieku wydaje się zawsze za chude, za małe. Podrzucają więc wnuczkom słodycze, w nadziei, że to pomoże dziecku lepiej się rozwijać. Ostatnio słyszałam o przypadku, kiedy dwunastolatce trzeba było usunąć trzy stałe zęby, ponieważ były tak zepsute, że nie nadawały się do leczenia!

Modne stało się również dawanie dzieciom pieniążków, zamiast robienia kanapek do szkoły. Dajemy dziecku na tzw. bułkę, ale gwarantuję Wam, że dziecko nie kupi tej bułki tylko jakiś batonik, wafelek, cukierek lub gumę do żucia. Tak już jest.

Podsumowując, nawyki żywieniowe naszych dzieci są konsekwencją naszych własnych postaw i zachowań. Jeśli my nie zadbamy o prawidłowe odżywianie się potomka, możemy być pewni, że on też nie zadba. W końcu od tego ma rodziców :). Nie tuczmy naszych dzieci, nie wmuszajmy w nie posiłków na siłę. Przecież i nam zwyczajnie zdarza się, że nie jesteśmy głodni. Zamiast wpychać w dziecko porcję jedzenia, zastanówmy się gdzie leży przyczyna kiepskiego apetytu. Może są to bóle brzucha? A może zwyczajnie przekarmiamy pociechę? Kontrolujmy wagę naszych dzieci i konfrontujmy ją z tym co mówią lekarze. Pizza może być miłym urozmaiceniem posiłków raz na jakiś czas, ale nie faszerujmy nią dzieci codziennie. Jedno społeczeństwo Amerykanów nam wystarczy. Wzbogacajmy dietę naszych dzieci w świeże warzywa i owoce, pamiętajmy o jogurtach i mleku, ale nie przesadzajmy z pustymi kaloriami. Sami chcielibyśmy ich uniknąć, dlaczego więc karmimy nimi nasze dzieci? Umiar jest potrzebny we wszystkim. Podbródek to taka część ciała, której pojedynczy egzemplarz w zupełności wystarczy nam na całe życie. A już na pewno naszym dzieciom. Nie tuczmy ich więc. Pozwólmy im się zdrowo rozwijać.

Komentarze (5)