iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Przed przeprowadzką - refleksyjnie

W moim życiu wszystko stanęło teraz na głowie. Jedną nogą jestem już w innym mieście, muszę zorganizować przeprowadzkę i jak patrzę na ilość rzeczy, które KONIECZNIE muszę ze sobą zabrać, to zastanawiam się, jak dałam radę w Indiach. Całe życie w jednej średniej walizce i jakoś zdawało egzamin. No tak, ale ciągle narzekałam, że nie mam swojego miejsca, że przydałaby się taka czy inna książka, że gdybym była u siebie, to miałabym to czy tamto pod ręką. Teraz będzie inaczej. Okazało się, że jednak się starzeję i potrzebuję trochę stabilizacji. I ruchu w bardziej pożytecznym wydaniu. Już nie tyle podróżowania, co zdobywania wiedzy, rozwijania swoich umiejętności, podnoszenia kwalifikacji, pomagania innym.

Energia mnie rozsadza. Czasem myślę, że pod tym względem byłby to idealny czas na potomstwo. Ale potem tłumaczę sobie, że jeszcze chwila, jeszcze dopnę kilka spraw. Że na to przyjdzie czas - wkrótce. Tylko nikt nie umie powiedzieć, kiedy to "wkrótce" nadejdzie, ani kiedy będzie ten "właściwy" czas. Obecnie często odkładamy macierzyństwo "na później". Najpierw kariera i samorealizacja, najpierw zabezpieczenie finansowe, stabilizacja, potem dzieci. A przecież tyle matek codziennie udowadnia, że można sobie poradzić także z dziećmi. Że można to godzić - tylko jakim kosztem? Myślę, że nie ma na to reguły. Dla każdej kobiety przychodzi inny czas, toteż wypowiedzi typu "w Twoim wieku powinnaś mieć już trójkę dzieci" po prostu mnie irytują. Nie muszę powielać czyichś zachowań. Z drugiej strony nie chciałabym odkładać tego na ostatni dzwonek.

Życie tak szybko mija! Jeszcze wczoraj bawiłam się w piaskownicy, łaziłam po drzewach, rozbiłam kolano spadając z roweru - a dzisiaj zastanawiam się jakie będzie moje dziecko... Zegar biologiczny tyka i przypomina o prawach natury. Cóż... Na najbliższe trzy miesiące zaplanowałam sobie tyle zajęć, że i tak nie będę miała siły myśleć o uciekającym czasie. Zapomniałam uwzględnić w kalendarzu dni wolne, toteż praktycznie ich nie będzie. Pracoholizm, na szczęście tylko tymczasowy. Z doświadczenia wiem, że jak dokładam sobie tyle obowiązków, to znaczy, że chcę o czymś zapomnieć. Coś mnie uwiera. Niestety, nie wiem co i niech tak na razie pozostanie. Wkrótce samo wyjdzie i wtedy będę się z tym zmagać.

Od przyszłego miesiąca zaczynam nowy rozdział życia. Na pewno nie będzie łatwiejszy, ale może barwniejszy? Po prostu inny, ciekawszy. I nie mogę się już doczekać :). Z czasem może być różnie, toteż nie obiecuję pojawiać się częściej, ale co jakąś chwilę zdam Wam relację z tego co się dzieje. Jak uporządkuję wszystkie sprawy, będzie szansa na to, że wrócę do starych nałogów ;), będę częściej odwiedzać Wasze blogi i swój też. Tymczasem miłego dnia życzę :) I pamiętajcie o uśmiechu - bo to uniwersalny klucz do serca każdego człowieka ;)

Komentarze (18)
(Nie)uczciwa konkurencja w XXI wieku

Powiedzenie "Niech wygra najlepszy" nie ma racji bytu w XXI wieku. Nadal istnieje współzawodnictwo i konkurencja, jednak ich sens i idea zostały całkowicie wypaczone. Nie chodzi już bowiem o to, by pokazać się z jak najlepszej strony, tylko o to, by w jak najgorszym świetle przedstawić rywali i tym samym odwrócić uwagę od siebie.

Śmiem twierdzić, że w obecnych czasach nie ma już czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Jest tylko konkurencja nieuczciwa, zawistna, w której zamiast przestrzegania reguł istnieje tendencja do ich nadmiernego łamania. Krótko mówiąc chodzi o to, by jak najbardziej zaszkodzić rywalom i wybielić siebie. Ten, kto stara się grać fair, z pewnością nie dotrze na szczyt.

Na szczęście los bywa sprawiedliwy. Podam przykład lokalny. Mamy tu przewoźnika, firma znana od lat. Dawno temu uzyskała pozwolenie na przewóz ludzi, choć w tamtych czasach wcale nie było to łatwe. Był także drugi przewoźnik ale nigdy nie działał z takim rozmachem. W każdym razie przewoźnik numer 1 zyskał zaufanie i uznanie tutejszych mieszkańców.

Fortuna kołem się toczy, czasy się zmieniają - do tego stopnia, że obecnie pozwolenie na przewóz osób może tu uzyskać praktycznie każdy. Toteż powstało nagle kilka konkurencyjnych firm. Właściciele ich byli na tyle sprytni, że postanowili zaszkodzić konkurencji. Poustawiali godziny odjazdów na 10 minut przed odjazdami starego przewoźnika, sądząc iż to pozwoli im pozyskać klientów. Zagranie poniżej pasa, ale nikt z mieszkańców lojalki ze starą firmą nie podpisywał. Każdy wybierał takie godziny, które mu pasowały. Jednakże nowy przewoźnik okazał się mało rzetelny. Mimo, że na rozkładzie figurowało (i wciąż figuruje) dwa razy więcej połączeń niż stary przewoźnik kiedykolwiek oferował, szybko okazało się, że kursy te istnieją tylko na papierze, w rzeczywistości zaś po prostu ich nie ma. Ileż to razy ludzie podirytowani wracali do domu, ponieważ ich podróż nie doszła do skutku!

Obecnie nikt już nie traktuje poważnie konkurencji, nikt bowiem nie lubi być wystawiany do wiatru. Nowy przewoźnik stracił zaufanie zanim je uzyskał. Stracił także wielu klientów przez swoją nieuczciwość. Jeśli bowiem kurs został uwzględniony w rozkładzie - powinien się odbyć, bez względu na to, czy pasażerem będzie jedna osoba czy trzydzieści.

Sprawdza się stare porzekadło: kto pod kim dołki kopie, ten  sam w nie wpada :). Nie zmienia to jednak faktu, że idea rywalizacji została wypaczona. Każdy chce wygrywać, każdy powtarza "niech wygra najlepszy". Pytanie tylko: w czym? W grze, czy też w obrażaniu i poniżaniu przeciwnika? Duch rywalizacji w XXI wieku zionie agresją, złośliwością i podstępnością. Nie ma czegoś takiego jak czysta, uczciwa gra. Nie ma czegoś takiego jak uczciwa konkurencja. Liczy się tylko wygrana - nieważne jakim kosztem.

W pracy - wyścig szczurów. Wygrywa nie ten, kto osiąga najlepsze wyniki, lecz ten, kto wyeliminuje konkurencję. Kradzież pomysłów i złośliwe plotki rujnujące komuś karierę są na porządku dziennym. Chcesz pomóc sobie - musisz zaszkodzić rywalom. Dozwolone jest wszystko, począwszy od donosicielstwa, a na niesłusznym szkalowaniu czyjegoś imienia kończąc, Liczy się efekt: po trupach do celu.

W XXI wieku konkurencja nie zna litości. Jest bezwzględna i pozbawiona skrupułów. Wygrywa ten, kto zdyskredytuje przeciwnika. Czy to oznacza, że jest to osoba najlepsza i godna zaufania? Moim zdaniem nie można ufać komuś, kto nie zna pojęcia uczciwości. Nie można ufać komuś, kto wygrywa nie ciężką pracą, tylko podstępem.

Czy właśnie tego musimy uczyć nasze dzieci - jak rozpychać się łokciami i dążyć do celu za wszelką cenę? Czy właściwe postawy nie mają już racji bytu? Czy uczciwość to przeżytek?

Komentarze (7)
Dziękuję Mamo

Zainspirowana jednym z wpisów, a właściwie dwoma, które pojawiły się na "naszym" blogowisku, postanowiłam dodać coś od siebie. Inspirujące teksty odczytałam wczoraj rano, po czym panowie elektrycy odebrali mi możliwość napisania własnego, czy chociażby skomentowania przeczytanych. Odcięli zasilanie a co za tym idzie także i internet. Kiedy wreszcie energię elektryczną łaskawie mi oddano, okazało się, że nie mam już czasu i muszę udać się w kolejną podróż, co pozbawiło mnie możliwości pisania na kilkanaście kolejnych godzin. Cóż, tak teraz wygląda moje życie. Nieustannie w drodze, nieregularne posiłki, wszystkie sprawy załatwiane "na telefon", a dostęp do internetu raz jest, raz nie. Przynajmniej skończyły się moje problemy z zasypianiem. Śpię wszędzie i w każdych warunkach. Nie przeszkadza mi hałas, zmęczenie, ludzie kłócący się za ścianą - nie przeszkadza mi nic. Kiedy tylko mam możliwość, zamykam oczy i śnię. Poza tym wszędzie jest mnie pełno i działam na wysokich obrotach. Uwielbiam to! Choć przyznaję, ma to także swoje złe strony, ale o tym kiedy indziej. W każdym razie dotarłam i jestem :). A teraz do rzeczy.

Sprawa dotyczy złego macierzyństwa.

Moje drogie dziewczyny! Z definicji wynika, że kobieta, która dziecko urodziła - jest matką. Ale matką jest także osoba, która to dziecko wychowuje, poświęca mu swój czas i siebie. To powinna być właściwa definicja słowa matka. Nie bądźcie dla siebie takie surowe i niesprawiedliwe. Złe matki to te, które porzucają swoje dzieci na śmietniku, topią je w stawach lub zakopują w ogródku, to te, które znęcają się nad dzieckiem fizycznie i psychicznie. Złe matki to te, których nie obchodzi los ich dziecka ani jego dobro. Złe matki to te, które świadomie wyrządzają dziecku krzywdę. Ale ta kobieta, która pragnie dla dziecka jak najlepiej - na pewno nie jest złą matką. Nie jest złą matką ta, która chcąc zapewnić dziecku lepszy byt, oddaje je pod opiekę kochającym i odpowiedzialnym osobom. Podobnie jak ta, która martwi się o swoją pociechę i stara się jej zapewnić wszystko, co najlepsze. A już na pewno nie jest złą matką ta kobieta, która zastanawia się czy nie jest dla dziecka zbyt surowa lub łagodna, czy jej metody wychowawcze są właściwe, ta, która przeżywa chwile zwątpienia i załamania.

Macierzyństwo to sztuka, doskonalona z biegiem lat. Bardzo trudna, wieloletnia, w której wzloty przeplatają się z upadkami. Będąc dzieckiem uczymy się świata od podstaw. Rodzice są dla nas wzorem do naśladowania i to przez pryzmat ich postaw i zachowań odbieramy bodźce i kształtujemy nasz system wartości. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że nasi rodzice też się w tym czasie uczą - jak być dla nas wzorem, jak dawać dobry przykład, po prostu - jak być mamą i tatą. Każda nauka opiera się na popełnianiu błędów i unikaniu ich w przyszłości. Dlatego i rodzicielstwo nie jest tych błędów pozbawione. Normalne jest to, że czasem każdą matkę dopada zniechęcenie, zniecierpliwienie i czarne myśli na temat przyszłości jej dziecka i procesu wychowawczego.

Istnieją kobiety stworzone do macierzyństwa. Doskonale się w nim odnajdują, ale i one miewają gorsze dni. Są również matki godzące macierzyństwo z karierą. Często czują się winne temu, że nie dość dużo czasu spędzają z dzieckiem. Ale to nie czyni z nich złych matek. Bo obowiązkiem matki jest między innymi zapewnić dziecku byt. Między innymi, ponieważ mimo wszystko najważniejsza jest miłość. Dziecko może obejść się bez nowej gry komputerowej, ale bez matczynej miłości często wyrasta na osobę z zaburzeniami emocjonalnymi.

Macierzyństwo to nie tylko blaski. Macierzyństwo to także cienie - nieprzespane noce, zmartwienie rysujące się zmarszczkami na twarzy, łzy ocierane ukradkiem, niepokój chowany głęboko przed światem. Macierzyństwo to lata pełne niepewności, z kołaczącym się w głowie pytaniem : co z niej/niego wyrośnie?

Dobra matka to nie tylko ta (a nawet rzadko), która zawsze głaszcze dziecko po główce, cokolwiek by nie zrobiło. Dobra matka to ta, która czasem musi dać dziecku szlaban i wytłumaczyć, że źle zrobiło. To ta, która czasem musi być surowa, mimo że w głębi serce jej się kraje. Dobra matka to ta, która uczy dziecko jak odróżnić dobro od zła i jakie są konsekwencje naszych zachowań. Wreszcie dobra matka to ta, która przeżywa chwile zwątpienia i zadaje sobie pytanie: czy zrobiłam wszystko co mogłam? Czy moje dziecko będzie dobrym człowiekiem? i koronne: czy jestem dobrą matką?

Macierzyństwo to proces, którego efekty można ocenić dopiero po wielu latach. Bywa, że mimo największych wysiłków rodziców, dziecko wybiera własną drogę, inną niż ta, którą wymarzyli mu rodzice. Czasem jest to droga właściwa, czasem nie. Trzeba pamiętać, że nasze dziecko - kiedy już dorośnie - ma prawo popełniać swoje błędy, tak jak i my wcześniej. I nie da się go uchronić przed całym złem tego świata. Najważniejsze, by dać dziecku miłość i otoczyć je opieką. Najważniejsze, by dać dziecku siebie i to co w nas najlepsze. A wszystkie lata trudu i zwątpienia wynagrodzą nam pewnego dnia słowa: Dziękuję Mamo. Kocham Cię.

Komentarze (6)
O biernym paleniu raz jeszcze

O paleniu papierosów napisano chyba już wszystko. Zwolennicy zażarcie bronią swojego prawa do palenia, przeciwnicy popadają niekiedy w skrajności i żądają zupełnego zakazu. Gdyby mogli, potopiliby wszystkich palaczy, zamknęli wszystkich producentów itd. To oczywiście zdrowa przesada, bo idąc tym tropem, to samo trzeba by zrobić z pijącymi alkohol czy kawę. A przecież (podobno) wszystko jest dla ludzi.

Jak dla mnie, każdy niech decyduje o sobie. Jeśli zna konsekwencje i następstwa palenia, a mimo to chce się truć - proszę bardzo. Tak długo, jak truje tylko siebie, mnie nic do tego. Pewnie, byłoby fajnie, gdyby ludzie nie palili. Iluż zgonów rocznie by ubyło, ilu chorób byśmy sobie zaoszczędzili! Ale to nierealne. Świat nie jest utopią, tylko padołem ziemskim, na którym sami o sobie decydujemy. Czasem chęć palenia przewyższa strach przed rakiem. U innych zaś włącza się istne lekceważenie i mechanizm obronny typu "może nie zachoruję". Nieistotne. Nie obchodzi mnie czy ktoś pali tak długo, jak truje tylko siebie.

Niestety, u niektórych palaczy pojawiają się także stany skrajnych zachowań. Albo nie wierzą w szkodliwość palenia (czyżby mechanizm zaprzeczania?), albo nic ich to nie obchodzi, do tego stopnia, że szkodzą także innym. To już czysty egoizm. Palacze uzurpujący sobie prawo do palenia wszędzie i przy wszystkich są po prostu egoistami. Bo normą jest niepalenie, a nie nałóg.

Żeby nie odgrzebywać odwiecznego konfliktu między palącymi i niepalącymi, powiem krótko: każde publiczne miejsce powinno mieć wyznaczone miejsca dla palących i niepalących.  Podobnie powinno być na przystankach i w klubach. A do tych ostatnich czasem aż strach wejść. Kłęby dymu otaczają wchodzących już na wejściu. Wystarczy dziesięć minut w zadymionym pomieszczeniu, żeby dymem przesiąkły nasze włosy, skóra i ubranie. To ostatnie nadaje się potem już tylko do prania. Ktoś może powiedzieć, że jest proste rozwiązanie. Nie chodzić w takie miejsca. Ale w takim razie od razu powiedzmy sobie, że kluby to miejsca tylko dla osób palących. A powinny być dla wszystkich! Załóżmy jednak, że będziemy takich miejsc unikać. Nie będziemy wychodzić na piwo, ani na koncerty w klubach. Pytanie brzmi co mają zrobić osoby niepalące, które w takich klubach pracują? One nie mogą uniknąć kontaktu z dymem z racji swojego zatrudnienia. Czy ktoś płaci im szkodliwe? Czy ktoś w ogóle zwraca na to uwagę?  Czy są jakieś przepisy regulujące tę kwestię?
Jeśli ktoś potrafi udzielić odpowiedzi - chętnie poczytam.

Palenie szkodzi - i jest to niezaprzeczalny fakt, a nie przypuszczenie. Bierne palenie szkodzi nawet bardziej niż czynne. Więc taka mała prośba - palaczu, nie truj. To Twoja indywidualna decyzja czy chcesz sobie szkodzić czy nie. Twój wybór. Miej jednak na uwadze, że są w Twoim otoczeniu osoby, które nie palą i którym Twoje palenie nie tylko przeszkadza, ale i szkodzi. Miej na uwadze, że niektórzy mogą mieć alergię na dym papierosowy. Miej na uwadze, że paląc w czyimś towarzystwie być może przyczyniasz się do rozwoju niebezpiecznej (może śmiertelnej) choroby u tej osoby. Weź pod uwagę, że swoim paleniem możesz zaszkodzić zarówno osobie dorosłej jak i dziecku. Składniki dymu papierosowego osadzają się na ścianach pomieszczeń. Dlatego jeśli w domu mieszkają dzieci lub osoby niepalące - nie pal w mieszkaniu, wyjdź na balkon.

Zanim zapalisz następnego papierosa w miejscu publicznym lub w czyimś towarzystwie - zastanów się choć przez chwilę, czy chcesz się przyczynić do czyjegoś nieszczęścia lub choroby.

A tu, z tego miejsca, pragnę podziękować wszystkim tym, którzy palą papierosy, ale rozsądnie, nie szkodząc innym. Dziękuję za to, że szanujecie prawo do zdrowia innych osób.

Komentarze (8)
Przyjaciel czy wróg? Historia Oli.

Czy Twoi przyjaciele naprawdę są Twoimi przyjaciółmi czy może znajomość z Tobą jest tylko szansą na zysk?

Moja dobra znajoma, Ola, zatrudniła się w pewnej firmie. Od początku nie ukrywała tego, że zyski materialne są dla niej ważne. Miała swoje plany i w ten sposób dążyła do ich realizacji. Współpraca z szefostwem układała się ciężko. Ola, bardzo ambitna dziewczyna, robiła więcej niż powinna, wykazywała inicjatywę, tryskała pomysłami. Szefostwo doceniło ją w bardzo dziwny sposób. Kiedy przyszło do zapłaty, dziewczyna dostała tylko połowę uzgodnionej kwoty. To znacznie ostudziło jej zapał. Szefowie nie uzasadnili swojej decyzji, ale stwierdzili, że są zadowoleni z jej pracy. Dotknięta niesprawiedliwością Ola postanowiła robić tylko tyle, ile musi. Ograniczyła się do swoich obowiązków. Dopiero wtedy szefostwo dostrzegło swój błąd i postanowiło wynagrodzić pracownicy niesprawiedliwą decyzję. Mimo wszystko Ola była dla nich bardzo cennym pracownikiem, którego nie chcieli stracić. Niestety, kwestie finansowe jeszcze kilka razy stały się powodem konfliktów między Olą a zwierzchnikami.

Minęło kilka miesięcy. Przed Olą otworzyły się nowe perspektywy. Wiązały się one z wyjazdem za granicę. Poinformowała szefostwo, że za pół roku opuści firmę i wyjedzie na jakiś czas. Reakcja przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Rozmowa skończyła się wielką awanturą. Dziewczynie zarzucano, że chce zostawić firmę na lodzie, że ciężko będzie znaleźć kogoś na jej miejsce z podobnymi kwalifikacjami. Ola przejęła się sytuacją i postanowiła wszystko wyprostować, czyli znaleźć zastępstwo na czas ewentualnego wyjazdu. Zapytała przyjaciółkę, czy podjęłaby się zastępstwa, gdyby ona musiała wyjechać. Iwona, bo tak miała na imię owa przyjaciółka, zgodziła się. Zastrzegła sobie jednak, że to tylko i wyłącznie wtedy, jeśli Ola naprawdę wyjedzie. Szczęśliwa Ola przedstawiła szefostwu kandydaturę potencjalnej zastępczyni.

Niestety, wszystko potrafi zmienić się z dnia na dzień. Wyjazd Oli został odwołany. Wydawało jej się więc, że będzie po staremu. Nie przewidziała tylko tego, że Iwona zmieniła swoje nastawienia do ewentualnej pracy i postanowiła ją zdobyć za wszelką cenę. Poszła do zwierzchników Oli i opowiedziała im wymyśloną historyjkę. Z jej ust padło między innymi stwierdzenie, że Ola oszukuje pracodawców, że jej wyjazd jest aktualny, ale nic nie mówi, bo chce się na nich zemścić.
Pracodawcy uwierzyli Iwonie, nie słuchali wyjaśnień Oli. Zawiesili ją, Iwonę przyjęli na okres próbny.

Obecnie Iwona chadza do kawiarni i klubów w towarzystwie jednego z szefów... Ola straciła pracę i została z niczym. Czy Iwona od początku chciała tak postąpić? A może przekonały ją ewentualne zyski finansowe? Tego nie wie nikt...

Życie nieustannie czegoś nas uczy.  Trzeba bardzo uważać na to, kogo nazywamy przyjacielem. Może się bowiem okazać, że pod maską dobra i życzliwości, ktoś skrywa zupełnie inne zamiary...

Komentarze (11)
Kultura wysiadania czyli o wyścigu do drzwi

Poszukiwania nowego lokum zakończone. Trochę to trwało. Może i wybredna jestem, a może po prostu starzeję się i wymagania rosną :). W każdym razie wkrótce czeka mnie przeprowadzka. Oj, będzie się działo! Ale to dopiero za jakiś czas. Na razie muszę podopinać sprawy na przysłowiowy ostatni guzik.

A teraz z innej beczki. Ostatnio podróżuję jeszcze więcej niż dotychczas, w związku z czym udało mi się poczynić kolejne obserwacji z serii "okiem pasażera". Przedmiotem szczególnego zainteresowania okazało się tym razem zachowanie ludzi wysiadających. Czy zauważyliście, że podczas wysiadania ludzi ogarnia jakiś dziwny szał? Autobus nie zdąży się jeszcze dobrze zatrzymać, a wszyscy tłoczą się w przejściu, przepychają. Wygląda to jak jeden wielki wyścig - kto pierwszy wysiądzie. Wyścig ów przybiera jednocześnie przedziwną formę agresji. Mało kto jest w stanie ustąpić pierwszeństwa osobie stojącej za nim.

Czy to dowód na to jak bardzo jesteśmy niecierpliwi? Czy ten dziwny pośpiech spowodowany jest jakimś podświadomym mechanizmem? Co pcha nas do takiego dziwnego zachowania? Chciałoby się rzecz, że nieprzyjemne doświadczenia. Ale przecież nie każdy je ma! Pośpiech? Nikt mi nie wmówi, że śpieszy się cały autobus! Kierowca zawsze spokojnie czeka aż wysiądą wszyscy pasażerowie, nie ma więc powodu, żeby rozdeptywać się nawzajem. Mimo to, gdy tylko pojazd zwalnia swój bieg, wszyscy wykazują niezdrowe pobudzenie. Każdy chciałby wysiąść pierwszy, zupełnie jakby od tego zależało jego życie. Nie daj Boże, żeby sąsiad siedzący z tyłu wysiadł przed nami!

Naturalnie niesie to za sobą pewne konsekwencje. Wiadomo, że szybciej wysiądą Ci, którzy siedzą bliżej wyjścia :). Toteż każdy chciałby usiąść z przodu. Na dworcu i przystanku niektórzy stawiają się dużo wcześniej, byle tylko zająć odpowiednie miejsca siedzący w autobusie, który pojawi się za kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut!

Nasze niezdrowe podejście, niestety, przekazujemy także dzieciom. Kiedy autobus zbliża się do miejsca przeznaczenia, mamy wypychają swoje pociechy ku przodowi, w kierunku drzwi. Nieważne, że pojazd się porusza, nieważne, że dziecko powinno w tym czasie bezpiecznie siedzieć. Ważne jest tylko to, by wysiąść w pierwszej kolejności.

Podobny mechanizm powstaje wszędzie, gdzie ludzie zmierzają do wyjścia - po seansie w kinie czy po mszy w kościele. Przykład z wczoraj. Występ znanego satyryka. Po bisie, sala nagradza owacjami występ, czeka na więcej. Niektórzy jednak zrywają się gwałtownie ze swoich miejsc i biegną w kierunku wyjścia. Skutek: ominęła ich porcja zdrowego śmiechu, ponieważ satyryk wyszedł na bis po raz drugi.

A najgorszy z tych schematów działa w sytuacjach zagrożenia. W wyniku dodatkowego stresu ludzie potrafią się tratować. Tak rodzi się panika.

Gdzie to ma swoje podłoże? Moim zdaniem po prostu nie lubimy tłumu. Nie lubimy, kiedy ktoś narusza naszą strefę osobistą, kładzie się nam na plecach, dotyka nas choćby ramieniem. Próbujemy tego uniknąć lub skrócić czas przebywania w tłumie, dlatego zrywamy się ze swoich miejsc, w nadziei opuszczenia pojazdu czy lokalu w pierwszej kolejności. Skutek jest dokładnie odwrotny do zamierzonego. Lądujemy w samym środku rzeki ludzi...

Szkoda, że nikt do tej pory nie wpadł na to, że jest prostszy sposób na uniknięcie tłoczenia się w przejściu i wyjściu. Wystarczy poczekać, aż pozostali pasażerowie wysiądą :) Czasem warto ustąpić miejsca drugiej osobie. Odrobina życzliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła. A kultury wysiadania i generalnie zachowania w środkach komunikacji powinniśmy się wszyscy uczyć od najmłodszych lat. Warto, żebyśmy uczyli dzieci właściwych zachowań. Wiadomo bowiem, że czym skorupka za młodu nasiąknie... Dajmy dzieciom dobry przykład, pokażmy, że nie ma potrzeby tratować się  w przejściu, uczmy je cierpliwości. To tylko kilka minut...

I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy zlepek przemyśleń i obserwacji :) Dobrej nocy życzę :)

Komentarze (10)