iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Żyć znaczy doświadczać

Moja koleżanka nie chce mieć żadnych zwierząt w domu. Powodowana poniekąd ciekawością zapytałam czy nie lubi zwierzaków. Ależ nie! Nic z tych rzeczy. Uwielbiam zwierzęta - odpowiada. Zaintrygowana pytam więc dlaczego nie ma ich w domu? Czy to z powodu braku miejsca? A skąd! Miejsca jest pod dostatkiem. Wystarczyłoby nawet dla kilku zwierzaków. Podobną odpowiedź otrzymuję na pytanie o czas i finanse. Wszystko jest, niczego jej nie brakuje i marzy o tym, żeby mieć psa, kota lub inne zwierzątko. Słucham i przestaję cokolwiek rozumieć. Pytam więc dlaczego nie ma żadnego czworonożnego przyjaciela w domu. Izka przez chwilę patrzy na mnie, po czym mówi, że po prostu nie chce.

W tym momencie poczułam się zwyczajnie głupia. Bo jak to jest? Iza ma warunki i możliwości, żeby zaopiekować się jakimś stworzeniem, lubi zwierzęta, marzy o tym, żeby mieć jakieś, ale jak przychodzi co do czego, to jednak nie chce??? Poprosiłam Izę, żeby mi to wyjaśniła.

Kiedy była mała, Iza miała psa. Piesek pojawił się w domu, gdy miała pięć lat. Praktycznie razem się wychowywali. Iza dbała o psa, a pies o Izę. Byli nierozłączni. Wszędzie chodzili razem, bawili się, razem poznawali świat, razem się uczyli. Trwało to dziesięć lat. Pewnego dnia pies nagle zachorował. Weterynarz podjął się leczenia, ale mimo to z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Okazało się, że dla pieska nie ma już ratunku. Pewnego dnia rano nie przyszedł do Izy, żeby ją obudzić. Nie przywitał się z nią, nie czekał by wyprowadziła go na dwór, jak to zawsze robiła. Tego dnia piesek po prostu się nie obudził. Iza bardzo przeżyła to, co się stało. Była bardzo zżyta ze swoim czworonożnym przyjacielem. Długo po nim płakała i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało. Wszyscy próbowali jej tłumaczyć, że takie jest życie. Od tamtej pory Iza nie chciała mieć już żadnego zwierzęcia. Bała się, że zaprzyjaźni się z nim tak jak ze swoim psiakiem, a potem przyjdzie czas się rozstać. Bała się, że znów będzie cierpieć i rozpaczać. Boi się do dziś...

Zastanowiła mnie ta opowieść. Kiedy odchodzi ktoś nam bliski - cierpimy, czy to zwierzę, czy to człowiek. Niektórzy mówią: przecież to tylko pies. No tak. Ale nie przychodzi im do głowy, że ten pies był wierniejszym przyjacielem niż jakakolwiek osoba. Nie opłakujemy psa. Opłakujemy przyjaciela. I w tym wypadku nie boimy się straty zwierzęcia - boimy się utraty przyjaciela, boimy się utraty kogoś bliskiego. Być może boimy się obcowania ze śmiercią, bo jest nieunikniona. Przerywa to, co wydaje nam się wieczne. Burzy złudzenia. A może nie boimy się śmierci, lecz tego co ze sobą niesie? Uczucia pustki, samotności, żalu, czasem wyrzutów sumienia, pytań bez odpowiedzi...

Niestety śmierć była, jest i będzie. Możemy nie mieć żadnego zwierzaka w domu, lecz  wciąż pozostajemy w kontakcie z wieloma ludźmi. Ludzie także są śmiertelni. Nie sposób przewidzieć ich losów. Nie sposób przewidzieć jak długo będą z nami. Otaczają nas. Nie można więc odciąć się od tego, co ludzkie. A mimo to wielu z nas próbuje tego dokonać. Nie utrzymujemy kontaktów towarzyskich nie dlatego, że nie chcemy ich mieć. Nie utrzymujemy ich, bo tak jest łatwiej. Bo mniej obciąża nas to psychicznie. Bo pozwala nabrać do wszystkiego dystansu. I nikt nie obarcza nas swoimi problemami. Dużo bardziej boli nas strata osoby bliskiej niż po prostu znajomej. Po co więc zbliżać się do kogoś? Po co kogoś kochać? Po co mieć dzieci? Przecież i przyjaciel, i partner, i dziecko może nas zranić...

Niestety, od tego nie da się uciec. Nie da się uciec od relacji, emocji, bo to wszystko jest ludzkie. To wszystko określa nas jako istoty myślące i czujące. Może więc nie warto uciekać od tego, co może nas zranić? Nie znaczy to, że powinniśmy dawać się niszczyć. Ale nie powinniśmy też w żaden sposób ograniczać się tylko dlatego, że boimy się bólu, smutku i żalu. Jeśli jest szansa przeżyć coś pięknego, a do takich rzeczy z pewnością zalicza się przyjaźń i miłość - nie powinniśmy się hamować tylko dlatego, że "coś" może nas zranić. A w chwili kiedy przychodzi czas rozstania - trzeba pamiętać te wszystkie dobre chwile, które dostaliśmy od losu. Bez względu na to co stanie się potem. Smutek i żal nie powinny nakładać na nas żadnych ograniczeń.

To tak jak z utraconą miłością. W chwili rozstania obiecujemy sobie, że już nigdy więcej... Ale mija czas. Mija i leczy rany. Okazuje się, że wciąż jesteśmy w stanie kochać. Jeśli więc możemy tą miłość komuś dać - kochajmy, zamiast bać się pustki, którą może ze sobą przynieść to uczucie. Życie jest pełne tylko wtedy, kiedy żyjemy naprawdę. A żyć naprawdę oznacza doświadczać - zarówno tego co dobre jak i tego co bolesne...

Komentarze (7)
Wielkich ludzi docenia tylko historia

W ciągu ostatnich dni dociera do nas tyle wielkich słów, wspomnień, rozmów, tyle pięknych wypowiedzi, które w obliczu tragedii nie znaczą nic. Nie cofną czasu, nie zwrócą życia tym, których już nie ma. Trudno nawet powiedzieć, czy choć w niewielkim stopniu łagodzą ból i żal...Sprawiają jedynie, że każdego dnia przeżywamy te koszmarne wydarzenia od nowa. Każdego dnia od nowa uderza w nas docierająca zewsząd informacja - informacja, która przytłacza swoim ciężarem...

Wciąż trudno nam uwierzyć w to co się stało. Trudno jest uwierzyć, ze to rzeczywistość a nie fikcja. A jednak życie potrafi zaskoczyć i dopisać zakończenie, o którym nikt nie śnił nawet w najgorszych koszmarach.

Gdzie się nie ruszyć, tam media biją prezydenckiej parze peany pochwalne. Prześcigają się w przybliżaniu nam sylwetki zmarłego Prezydenta i jego żony. Teraz. Dopiero teraz. Przedstawiają Go nie tylko jako polityka, ale przede wszystkim jako człowieka. Moje pytanie brzmi: dlaczego dopiero teraz? Przecież śp. Prezydent Lech Kaczyński - podobnie jak pozostałe osoby - był człowiekiem także przed katastrofą . Był nie tylko politykiem, nie tylko Prezydentem. Przede wszystkim był człowiekiem  - takim jak my. Miał rodzinę, marzenia, pasje i ogromną wiedzę. Miał swoje słabości, odnosił porażki i zwycięstwa - nie tylko jako polityk, lecz właśnie jako człowiek.

Za sprawą mediów postrzegaliśmy naszego Prezydenta tylko przez pryzmat polityki i decyzji, które podejmował, przez pryzmat tego, jakie poglądy reprezentował. Trudno było dostrzec człowieka w natłoku krytyki i nagonki jaka miała miejsce. Dostrzegaliśmy tylko polityka. To błąd. Przypięliśmy kolejną łatkę. Nigdy nie przyszło nam zastanowić się z czego wynikają podejmowane przez prezydenta decyzje, czym są uwarunkowane, skąd się biorą takie a nie inne poglądy. A odpowiedź jest prosta - z tego, jakim był człowiekiem. To co nas kształtuje  to przede wszystkim człowieczeństwo i wyznawane wartości. To rzutuje na wszelkie nasze działania. Cechy charakteru, dążenia, osobowość i odczucia wpływają na nasze postępowanie, na zdolność postrzegania świata, na to, kim jesteśmy. Decyzje i działania danej osobistości pochwalamy lub krytykujemy za jej życia. Ale wielkość człowieka dostrzegamy dopiero po jego śmierci...

Smutne jest to, że na co dzień  interesujemy się tylko zewnętrzną powłoką danej osoby. Widzimy lekarza, prawnika, czy jak w tym przypadku - polityka. Nie zauważamy jego prawdziwego wnętrza, wielkiego serca, emocji. Dopiero w obliczu śmierci reflektujemy się i dostrzegamy w zmarłym przede wszystkim człowieka. Paradoksalnie dopiero w obliczu tragedii zagłębiamy się w życie osób, których już z nami nie ma.

Aspekt emocjonalny, który za życia prezydenta zupełnie nie interesował mediów, teraz jest dla nich prawdziwą pożywką. Uczucia bliskich, znajomych i współpracowników tragicznie zmarłych osób, nagle stały się ważne. Wydaje mi się jednak, że najczęściej zadawane pytanie "Jak Pan/Pani się czuje?" jest po prostu nie na miejscu. To brutalne odzieranie ludzi z ich prywatności i brak szacunku w dobie żałoby. To zupełny brak delikatności, współczucia i taktu. Wszyscy czujemy się fatalnie, przeżywamy tragedię na swój sposób i trudno sobie choćby wyobrazić czego doświadczają osoby bezpośrednio związane z tymi, którzy odeszli - ich rodziny, dzieci, żony, mężowie, wnuki...

Osoby, które zginęły w katastrofie lotniczej uparcie walczyły o historyczną prawdę.  Przerażająca symbolika tych tragicznych zdarzeń dopisała zakończenie do sprawy Katynia. Zakończenie - lub nowy początek. Obudziła w Polakach uśpiony patriotyzm i uczucie solidarności. Jesteśmy bowiem jednością wobec historii i jej zdarzeń. Jesteśmy Polakami. Nasi przodkowie walczyli o wolny kraj. Walczyli za sprawę. Ten okrutny czas powoli zaczął zacierać się w naszej świadomości. Na szczęście znalazły się wśród nas osoby, które nie zapomniały i nie poddały się presji mijającego czasu. Do końca starały się o uwidocznienie prawdziwych zdarzeń. Polityka dała im moc i narzędzia, by tego dokonać. Ale ducha i siłę wyzwoliła głęboko zakorzeniona wiara w prawdę. Wiara w sprawiedliwość.

Tragedia, która się wydarzyła, sprawiła, że prawdę o Katyniu usłyszał cały świat. Spełniło się marzenie wielu ludzi. Za to marzenie 96 osób oddało życie. Taką cenę zapłaciły one za wierność swoim przekonaniom - za wierność sobie...

I choćby z tego względu należy im się nasz głęboki szacunek. Historia docenia wielkich ludzi. Doceńmy i my...

Komentarze (9)
Fatalny kwiecień

Kwiecień to jakiś fatalny miesiąc. Pięć lat temu (2.04 2005), rok temu w Kamieniu Pomorskim (13. 04. 2009) i dzisiaj (10.04.2010).

Wybaczcie proszę, ale nie mam dzisiaj nic więcej do powiedzenia. Nie potrafię znaleźć słów...

Wszystko oddaje cisza i milczenie....

[*]

Komentarze (11)
Życie na walizkach

Wkrótce czeka mnie przeprowadzka z miasta A do miasta B. Zaoszczędzi mi to nieustannych podróży i czasu, ale przede wszystkim ograniczy poziom zmęczenia. Obecnie wyjeżdżam przynajmniej dwa razy w tygodniu, moje życie składa się z pakowania, pośpiechu, wydłużonych dni, nieprzespanych nocy i powrotów. Czas wyjazdów jest różny. Wszystko kręci się wokół rozkładów jazdy.

Lubię podróże. Lubię wypady w nieznane - dalekie i bliskie. Nie przerażają mnie obce miejsca, hotele, pensjonaty ani jedzenie niewiadomego pochodzenia na talerzu. Kocham samoloty, pociągi i autobusy. Jednakże podróże w tym samym kierunku dwa razy w tygodniu na tak krótkim dystansie jak ten, który pokonuję, po pewnym czasie zaczynają męczyć. Dlatego dla własnej wygody postanowiłam się przeprowadzić.

Aktualnie jestem na etapie poszukiwań odpowiedniego lokum. Jak zwykle problem polega na tym, że wiem doskonale jak powinno ono wyglądać. W czasie studiów zebrałam sporo doświadczeń odnośnie mieszkania u kogoś, ze współlokatorami, z rodziną itp. Dzięki temu wiem czego unikać. Trzymajcie kciuki za powodzenie mojego przedsięwzięcia.

Tymczasem dokładnie dzisiaj mija rok odkąd umieściłam pierwszy wpis na blogu iWoman. Jak ten czas szybko leci! Wiele się w tym czasie nauczyłam, wiele zrozumiałam i bardzo wiele zmieniło się w moim życiu. Z tej skromnej okazji pragnę podziękować wszystkim wirtualnym znajomym - za to, że jesteście, pomagacie, wspieracie, ale również tym wszystkim, którzy pozostają niewidoczni, a tworzą to miejsce: autorom, administratorom, działowi wsparcia technicznego i informatykom oraz wszystkim tym, o których zwykle się nie wspomina.

A teraz już przestaję nudzić. Dziękuję i miłego popołudnia życzę :)

Komentarze (8)
Święta w obcym kraju

Święta powinno się spędzać z rodziną. Nie rozumiałam tego, dopóki nie wyjechałam za granicę. Wiem co mi powiecie: "To obgadywanie, to całe jedzenie, te dyskusje przy świątecznym stole! Nikt za tym nie tęskni!" To prawda. Ale dla mnie święta zawsze miały inny wymiar - bardziej duchowy - i tego zabrakło mi w dalekim świecie.

Pierwsze święta poza Polską były dziwne. Trafiło na Wigilię i Boże Narodzenie. Nie było opłatka, śledzia, pierogów z makiem... Nie było nic. Zamiast tego podano nam indyka, ponieważ ludzie którzy nas otaczali nie mieli pojęcia o polskich tradycjach. Pomylili Wigilię z amerykańskim Świętem Dziękczynienia. Nie było nawet normalnej choinki, tylko jej namiastka. Nie było refleksji, zadumy, nie było nic.... Nie było oczekiwania na pierwszą gwiazdkę. Boże Narodzenie w Indiach nie miało wymiaru duchowego, ponieważ Hindusi nie bardzo rozumieją ideę tego święta. Przyjęli do swoich tradycji to, co widywali w filmach: trochę ozdób, kolorowe światełka, które rozwieszają podczas każdego festiwalu, maleńką choinkę, św. Mikołaja... Wszystko to, co gwarantuje dobrą zabawę. Jedyną namiastką prawdziwych polskich świąt było śpiewanie kolęd.... po angielsku! A to czego brakowało najbardziej, to najbliżsi zgromadzeni przy jednym stole, ciepło rodzinnego domu, sianko pod obrusem...

Jeszcze dziwniejsza była Wielkanoc. Bez kolorowych pisanek, bez święconki, bez śmigusa dyngusa... Wcale nie czuło się świąt...

Nie można mieć pretensji do Hindusów - ich tradycje są inne, podobnie jak święta.  Festiwale w Indiach są radosne, głośne, taneczne i muzyczne. Ale przede wszystkim - rodzinne.

Tam daleko, wśród obcych ludzi, zdałam sobie sprawę jak bardzo tęsknię za świętami w domu. To było dwa lata temu.

Traf chciał, że zarówno ubiegłoroczne Boże Narodzenie, jak i tegoroczną Wielkanoc spędziłam w domu tylko częściowo. Znowu zabrakło mi świąt... Znów za nimi zatęskniłam...

Gdybyśmy częściej spędzali święta w obcym kraju, może potrafilibyśmy dostrzec w nich coś więcej niż okazję do wymiany poglądów politycznych, plotkarstwa, obżarstwa? Może przestałyby nas nudzić i męczyć, a zaczęły cieszyć? Może poczulibyśmy prawdziwego ducha świąt i wrócilibyśmy do tradycji, które zdają się nie mieć dla nas już żadnego głębszego znaczenia?

Komentarze (13)
Rozważania przedświąteczne

Chciałam tego uniknąć, ale skoro wszyscy już wpadli w ten radosny świąteczny nastrój i szał składania życzeń, dopiszę się i ja. Zanim jednak to uczynię - kilka przedświątecznych spostrzeżeń z przymrużeniem oka.

Po pierwsze - mężczyzna w kuchni. Mężczyzna, który nigdy nie gotował, za to lubi sobie zjeść. Mężczyzna ów postanowił pouczać mnie w kuchni - i tu popełnił błąd. Tak bowiem jak mężczyzny nie poucza się za kierownicą - tak kobiety nie poucza się w kuchni. Gdybyż jeszcze rozsądnie gadał, może puściłabym to mimo uszu. Ale herezje opowiadać zaczął i uczyć mnie jak przewracać kotlety. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam czy dotąd mu smakowały moje kotlety? Smakowały, a jakże!!! No to kiego mi się wtrąca? Na szczęście zreflektował się i zadośćuczynił winie przy krojeniu sałatki.

Spostrzeżenie drugie - dom i mieszkanie. Mieszkając w bloku sprzątania jest mniej. Tak, wiem co mi powiecie. Sprzątania jest tyle, ile bałaganu, a to nie zależy od  metrażu lokalu. Chodzi mi jednak o to, że domy zwykle mają ogródki. Jak nie ma ogródków, to jest podwórko, które trzeba wysprzątać. A jak nie ma podwórka to są przynajmniej drzewa, które rosną koło domu. Jak by nie było - sprzątania jednak więcej. Przynajmniej z tego punktu widzenia. Jak ktoś jest zdolny, to potrafi zrobić bałagan nawet w jednym pokoju - i to taki, że trudno się z nim uporać. Metraż jednak też ma znaczenie - im więcej przestrzeni, tym więcej kurzu do starcia.

Punkt trzeci - zdrowie. Okres przedświąteczny z punktu widzenia zarazków, to najlepszy moment na inwazję. Z naszego - niekoniecznie, bo przecież i tak mamy wolne. Nie ma nic gorszego niż chorować w święta. A tak łatwo się przeziębić ulegając złudzeniu wiosennego słońca, myjąc okna, szorując podłogi... Tu zawieje, tam zawieje i już - choroba gotowa. W tym roku psikusa zrobiły mi moje oczy, które dopadło jakieś zapalenie. Pani doktor chyba jest z nimi w zmowie. Stwierdziła, że to alergiczne zapalenie spojówek (nigdy w życiu nie byłam alergikiem - albo się uczuliłam albo ktoś tu kłamie). Dała kropelki - a po kropelkach jest jeszcze gorzej. W tym roku więc, dzięki zapuchniętym oczom, sama wyglądam jak królik wielkanocny.

I żeby tradycji stało się zadość - w Lany Poniedziałek powinna zepsuć się pogoda. Spodziewam się deszczu - jak co roku zresztą. Przygotujcie parasole.

Kończąc te czarne prognozy, pragnę życzyć wszystkim radosnych, spokojnych, pięknych Świąt Wielkanocnych i tego wszystkiego, czego życzy się z tej okazji: smacznego jajka, mokrego dyngusa, beczących owieczek, bogatego zająca i tego co najważniejsze: Bożego błogosławieństwa.

Bądźcie zdrowi, jak mawiał bohater pewnej książki :) Zmykam do swoich zajęć :)

Wesołych Świąt!

Komentarze (5)
Zgrupowanie młodzieży i polityka

Dawno dawno temu - chciałoby się rzec, że jeszcze w innej epoce mojego życia - miałam okazję uczestniczyć w zgrupowaniu młodzieży z całej Europy. Było to kilkanaście lat temu. Wszyscy uczestnicy zgrupowania mieli wtedy po szesnaście, siedemnaście lat. Wytypowano nas na podstawie konkursu w szkołach, a raczej wytypowaliśmy się sami. Zadanie należało do tych ambitnych - trzeba było napisać esej lub wykonać pracę plastyczną dotyczącą pokoju w Europie.

Zgrupowanie trwało tydzień czasu i minęło szybko, jak piękny sen. Zorganizowano je w Holandii. Każdy dzień poświęcony był integracji, zabawie, ale i refleksji nad motywem przewodnim zgrupowania. Opowiadaliśmy sobie historie naszych krajów, serwowaliśmy dania narodowe, próbowaliśmy tańczyć polkę i poznawaliśmy się - nasze zwyczaje, tradycje, przekonania.

Poznałam wtedy fantastycznych ludzi - takich, których nie zapomina się mimo upływu czasu. Ci ludzie właśnie nauczyli mnie, że można żyć bez uprzedzeń i dyskryminacji. Wystarczy chcieć.
Po powrocie do domu staraliśmy się pozostać w kontakcie. Udało się to częściowo, przez kilka lat. Wtedy nie było tylu możliwości co teraz. Internet nie był powszechnie dostępny, a komórki dopiero rozpoczynały podbój świata. Mieliśmy do dyspozycji tradycyjne listy i pocztę. Poza tym był to dla każdego z nas przełomowy okres w życiu - kończyliśmy szkoły średnie, wybieraliśmy się na studia, zmienialiśmy miejsca zamieszkania. Absorbowały nas nowe rzeczy, ludzie i sytuacje.

Parę tygodni temu wpadłam na pomysł odszukania poznanych podczas zgrupowania ludzi. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Doszłam do wniosku, że mogę wykorzystać internet, który - co by o nim nie mówić - oferuje szereg możliwości. Liczyłam się z tym, że nie będzie łatwo, że być może nie uda mi się znaleźć nikogo lub - że niektórzy nie zechcą dać się odnaleźć. Efekt przerósł moje oczekiwania. Do tej pory dotarłam do połowy uczestników zgrupowania, co uważam za duże osiągnięcie biorąc pod uwagę fakt, że do żadnego z nich nie miałam adresu email.
Odnalezieni do tej pory uczestnicy reagują dość  entuzjastycznie - pamiętają zgrupowanie, wspominają,  proszą o kontakty do pozostałych odnalezionych. Wciąż brakuje kilku najważniejszych dla mnie osób. Tu będę musiała wykorzystać pocztę, ponieważ jedyne czym dysponuję, to adresy do korespondencji. Adresy, które do tej pory mogły ulec zmianie wielokrotnie!!!
Nie poddaję się jednak, jestem dobrej myśli, napędza mnie pozytywna energia, którą przywołały wspomnienia. To wspomnienia zwykłych nastolatków, potrafiących podejmować dojrzałe decyzje i  znajdować rozwiązania dobre dla wszystkich.

Przez siedem dni zgrupowania, mimo tak wielu różnic kulturowych, potrafiliśmy dojść do porozumienia w kwestiach najważniejszych dla nas i przyszłych pokoleń - w kwestii pokoju w Europie. Nie potrzebowaliśmy debat, sal sejmowych, paragrafów. Wystarczyła nam przestrzeń i powietrze, którym mogliśmy oddychać. Potrafiliśmy się zrozumieć - mimo problemów językowych, mimo tego, że pochodziliśmy z odmiennych środowisk. Przyświecał nam jeden cel. Nie mieliśmy środków ani możliwości - mieliśmy tylko serca pełne zapału i głowy pełne pomysłów.

Jak to się dzieje, że politycy, którzy mają zarówno środki jak i możliwości, wolą je trwonić na bezowocne przekomarzanie się i wzajemne obrzucanie błotem, niż zrobić krok naprzód? Czemu nie potrafią wyzbyć się uprzedzeń w imię wspólnego dobra?

Grupa nastolatków pochodzących z różnych krajów potrafiła dojść do porozumienia w istotnych kwestiach w ciągu kilku dni. Politycy nie potrafią tego dokonać przez lata i całe dekady. Czy to oznacza, że brak im dobrej woli czy też może z biegiem czasu utracili klarowność widzenia i umiejętność dostrzegania tego co najistotniejsze?


Może powinna istnieć granica wiekowa, powyżej której bycie politykiem byłoby zabronione? Może potencjalni przywódcy narodu powinni nimi zostać zanim utracą zdolność analitycznego myślenia i zapał, zanim przesiąkną "polityką dla polityki", zanim uprzedzenia i słowne potyczki staną się dla nich ważniejsze niż dobro ogółu?

Komentarze (10)