iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Dziecko mniej cenne niż dorosły? Zbrodnia i kara.

Aż mnie zatrzęsło!!!

Nie miałam ostatnio specjalnie czasu ani ochoty pisać. Podobnie też było dzisiaj. Do chwili, kiedy zobaczyłam TEN materiał.

Zmęczona zasiadłam przed telewizorem. Godzina Panoramy, której co prawda nie oglądam regularnie, ale czasami lubię dowiedzieć się co to nowego wyprawia się w naszym kraju. A wyprawia się wiele i to nie od dziś! A jednak za każdym razem jestem zszokowana.

Zbrodnia...

Matka, 28- letnia kobieta nadużywająca alkoholu, zakopała swoje nowo narodzone dziecko w przydomowym ogródku. Zakopała je ŻYWCEM. Tak twierdzi sama bohaterka tej historii. W stanie uniesienia alkoholowego bowiem zdecydowała pochwalić się swoim czynem. Jedna z sąsiadek przysłuchująca się tym opowieściom, w krótkim wywiadzie przed kamerą stwierdziła, że owej wyrodnej matce nie popłynęła nawet jedna łza, kiedy opowiadała o tym jak zasypywała piachem PŁACZĄCEGO noworodka.

Kobietę aresztowano i postawiono ją w stan oskarżenia pod zarzutem zabójstwa noworodka. Naturalnie obecnie przeprowadza się całe dochodzenie i szereg specjalistycznych badań. Zwłaszcza, że kobieta wskazała miejsce ukrycia zwłok trojga innych noworodków. Policja aktualnie to sprawdza.

... i kara. Absurdalne paragrafy?

Nie jest to pierwszy taki przypadek w Polsce. Wszyscy pamiętamy sprawę dzieci w beczce po kapuście. I kilka innych... Co dzieje się z tymi kobietami? Czy to zaburzenia psychiczne? Czy może znak naszych czasów? Czy to brak umiejętności odróżniania dobra od zła, brak kręgosłupa moralnego? Odpowiedź pozostawiam ekspertom.

Mnie nurtuje inna kwestia. Jak to możliwe, że wedle naszego prawa, za dzieciobójstwo grozi kara TYLKO od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności???! Tak mówi artykuł 149 kodeksu karnego. Jak to się stało, że tak nisko wyceniono życie dziecka?

Poczytałam trochę i jak się okazuje wyróżnia się coś takiego jak podstawowy typ zabójstwa, kwalifikowane typy zabójstwa (zwane morderstwami) oraz uprzywilejowane typy zabójstwa. Każdemu typowi przyporządkowane są pewne wymiary kar.

Artykuł 148 § 1 kodeksu karnego określa typ podstawowy zabójstwa i mówi tak : Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.

Moje pytanie brzmi: a czy dziecko nie jest człowiekiem?! Ale idźmy dalej. Omawiany przypadek dzieciobójstwa należy do uprzywilejowanych typów zabójstw, tuż obok zabójstwa w afekcie oraz zabójstwa na żądanie i pod wpływem współczucia. O ile mogę pojąć "uprzywilejowanie" dwóch ostatnich typów zabójstwa, o tyle nie potrafię dostrzec go w przypadku dzieciobójstwa.

Spójrzcie. Zabójstwo w afekcie grozi karą pozbawienia wolności od roku do 10 lat. Zabójstwo na żądanie i pod wpływem współczucia grozi karą pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat. Dokładnie tak samo jak w przypadku dzieciobójstwa!!!

Nie jestem prawnikiem. Nie znam się na paragrafach. Ale jestem człowiekiem i taki system kar wydaje mi się bardzo niesprawiedliwy. Dlaczego dzieciobójstwo uznawane jest za uprzywilejowany typ zabójstwa? Zabijasz dorosłego człowieka - grozi Ci od osiem, 25lat, a czasem i dożywocie. Zabijasz niewinne dziecko - i maksymalne grozi Ci pięć lat. Gdzie tu sens i logika??? Dzieciobójstwo jest na pewno szczególną zbrodnią - szczególnie okrutną i makabryczną - i powinien na to istnieć odpowiedni paragraf, ale z pewnością nie taki jak ten, który jest stosowany. Dzieciobójstwo zasługuje na surowy wymiar kary, dużo surowszy niż pięć lat.

I niech nikt nie mówi, że bywają różne sytuacje. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale te szczególne sytuacje powinno się chyba rozpatrywać pod kątem okoliczności łagodzących.

Zabójstwo dziecka powinno być traktowane tak samo jak zabójstwo dorosłego człowieka. Bo dziecko JEST człowiekiem. A "Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności"

Jak w takim razie możemy twierdzić, że nasze prawo jest sprawiedliwe? Jak możemy uważać, że wszystko jest w porządku? Zwłaszcza w obliczu tylu tragedii, które wydarzyły się na przestrzeni ostatnich lat! Prawo jest potrzebne. Prawo jest niezbędne. Ale chyba warto zweryfikować pewne przyjęte paragrafy i ustanowić nowe wymiary kar

Komentarze (13)
W niewoli pieniądza

Zainspirowana wpisem ati88 dotyczącym funkcji pieniądza, pozwolę sobie spojrzeć na pieniądz z zupełnie innej strony: pieniądz jako wartość. Jest to oczywiście wartość materialna, ale mimo to kształtuje nas i wpływa na wartości duchowe. Nie odkryję Ameryki pisząc, że pieniądz nas ogranicza. Już słyszę te głosy protestu. Ogranicza? Jak to ogranicza? Przecież za pieniądze można tyle kupić!!! Ano właśnie w tym rzecz. Ludziom wychowanym w świecie, w którym pieniądz gra pierwsze skrzypce, wartości duchowe kształtują się inaczej.

Pieniądz jest wartością, która w dużym stopniu warunkuje naszą edukację. Śmieszne? Nie, prawdziwe. Przecież to finanse określają to, czy stać nas na wymarzoną szkołę czy też nie. Ileż razy słyszałam od stroskanych matek, że Piotruś zdolny, to by się go na studia posłało, ale koszta utrzymania są za duże. I prawdy w tym wiele, bo utrzymanie dziecka, opłaty za stancje, internaty, wyżywienie - to spore wydatki. Dojazdy - też kosztują. Niejednokrotnie młodzi ludzie podejmują się pracy, by zarobić na czesne studiów zaocznych, co także oznacza duży nakład finansowy.

Pieniądz jest wartością, która warunkuje także nasz światopogląd. Ludzie wychowani w doskonałych warunkach, którym nigdy niczego nie brakowało - nie znają prawdziwej wartości pieniądza. Zwykle żyją w przeświadczeniu, że kupić można wszystko, a ludzi oceniają po zawartości ich portfela. Ci, którzy od najmłodszych lat zaznali dobrobytu i dostali od losu wszystko - zwykle mają problemy z poszanowaniem biedniejszej reszty świata. Traktują ich jak najemników. Ośrodkiem ich systemu wartości jest pieniądz i przez jego pryzmat patrzą na świat. Łatwiej ulegają własnym kaprysom, bo nie muszą martwić się o jutro. Ale w moim przekonaniu są to równocześnie  osoby mało zaradne w porównaniu do tych, które od najmłodszych lat uczą się wiązać koniec z końcem.

Na szczęście zawsze  i wszędzie można znaleźć wyjątki - i oby było ich jak najwięcej.

Pieniądz psuje. Pieniądz zniewala - odbiera nam możliwość wyboru dowolnego rodzaju edukacji, drogi życiowej i swobodę myślenia. Pieniądz uczy egoizmu i często niesie ze sobą samotność. Niektórzy mówią, że pieniądz daje wolność. Według mnie - on ją odbiera. Bo ciążą na nas stereotypy z pieniądzem związane. Pieniądz dzieli - kraje, kontynenty, społeczeństwa - nawet najbliższą rodzinę. Mimo wszystko jednak pieniądz pozwala na pewien komfort. A przynajmniej daje jego namiastkę. Usuwa z drogi pewne problemy - problemy natury materialnej, ale w zamian przynosi zupełnie inne. Te inne zwykle mają naturę duchową.

Wybór więc należy do nas: wolność materialna czy duchowa?

Komentarze (16)
Od dziś mówię "TAK"!

Od dziś mówię "TAK". Czy wiecie jak rzadko używamy tego słowa? Coraz częściej wszelkie propozycje i zapytania kwitujemy słowem "nie". Jesteśmy "na nie".

Jakiś czas temu oglądałam film "Jestem na tak" (Yes man). Film jak to film, czasem bawi, czasem śmieszy. Ale ten zmusza  też do pewnej refleksji. Boimy się ryzyka, boimy się podejmowania decyzji. Wolimy to, co dobrze znane - własne cztery kąty, wybraną grupę znajomych, wybrane show w telewizji. Coraz rzadziej wychodzimy do ludzi, a ich propozycje skierowane pod naszym adresem najczęściej kończą się odmową. Wybieramy rutynę zamiast życia, bez uzasadnionej przyczyny. Nie próbujemy rzeczy nowych - bo wydaje nam się, że to co nowe i nieznane na pewno będzie złe. I  w ten sposób omija nas wiele pięknych rzeczy.

Czasem dzwoni znajomy i proponuje wyjście wieczorem. Jakaś bliżej nieokreślona impreza, podobno fajni ludzie. Na samą myśl o tłumie obcych ludzi jeży nam się włos na głowie. Wynajdujemy pierwszą lepszą wymówkę i odmawiamy. Zamykamy się w domu i zamykamy się na ludzi. Stopniowo grono znajomych się kurczy - bo od dawna nie chciało nam się z nikim spotkać na kawie. Cierpimy na brak rozrywek - ale nie chce nam się ruszyć w nieznane po przygodę. "Nieznane", które mam na myśli, wcale nie musi być daleko. Czasem jest to koncert lub przedstawienie, czasem jakieś warsztaty, czasem grupowe spotkania, których boimy się bezgranicznie. Wmawiamy sobie, że to nie dla nas, nie dzisiaj, może innym razem, a najlepiej to w kameralnym gronie. W ten sposób odrzucamy okazję do przeżycia czegoś innego. Boimy się nowości. Brak nam spontaniczności i odwagi, by wyrwać się z szarych ram naszego grafiku.

Ile razy nie odbieramy czyjegoś telefonu, zmieniamy kanał w telewizji, bo film ma być z gatunku tych, których nigdy tak naprawdę nie widzieliśmy... ? A przecież inne - nie znaczy złe. Często zanim zdążymy na dobre przeanalizować sytuację - w naszej głowie od początku kołacze się słowo "nie". Podejmujemy decyzję zanim rozważymy sytuację, zanim zdążymy pomyśleć o korzyściach. Do tego w taki sposób przedstawiamy sytuację samym sobie, że dana czynność, wycieczka, wizyta - wydają nam się nader nudne i mało interesujące. Mówimy "nie" a potem mamy pretensje do życia, że nie dzieje się nic nowego, zaskakującego, ciekawego. I nie zdajemy sobie sprawy, że coś nas omija na nasze własne życzenie.

Dlatego od jakiegoś czasu stosuję zasadę bycia "na tak". Sprawdza się. Nawet kiedy nie chce mi się wychodzić z domu, a ktoś zadzwoni z propozycją małego wypadu czy wycieczki - zgadzam się. I powiem Wam, że ani razu tego nie żałowałam. Zobaczyłam dzięki temu wiele pięknych rzeczy, przeżyłam o wiele więcej przygód i doświadczyłam życia dużo bardziej niż kiedykolwiek. Nie mam już tego uczucia, że coś mnie omija, że życie przecieka mi między palcami i nie umiem go zatrzymać. Biorę z niego tyle, ile potrzebuję.

Oczywiście film, który wspomniałam, pokazuje czym kończy się popadanie w skrajności. Uczy, że najlepsza w życiu jest równowaga i zdrowy umiar. Pokazuje jednak także, że czasem warto zaryzykować, wyrwać się z zaklętego kręgu codziennych obowiązków i spróbować czegoś nowego. Czegoś, czego nie znamy, nie próbowaliśmy i zawsze byliśmy "na nie". Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że "TAK" to słowo, które niesie ze sobą radość. Asertywność jest zdrowa, ale wiecznie odmawiając pozbawiamy się możliwości zdobywania nowych doświadczeń. Doświadczeń, które mogą być przyjemne. Doświadczeń, które mogą odmienić całe nasze życie...

Komentarze (15)
Nasi najlepsi - Kowalczyk i Małysz

Mamy brąz!!! Justyna Kowalczyk wywalczyła trzecie miejsce w biegu łączonym. Nie był to łatwy bieg. Justyna mówi, że czuje się spełniona jako sportowiec i ma ku temu pełne prawo. Zdobyła już dwa medale olimpijskie! I to zaledwie w trzy dni, jak wszyscy podkreślają. Justyna się cieszy a my cieszymy się wraz z Nią.

Nie wszyscy jednak podzielają tę radość. Niektórzy wydają się być zawiedzeni. Liczyli na złoto. Widzieli w Justynie faworytkę. Byli pewni zwycięstwa. Jedyną pełną pokory osobą pozostała chyba sama Justyna, mówiąc, że nie jest faworytką, tylko dziewczyną w życiowej formie.

Presja bycia faworytem i oczekiwania fanów niosą ze sobą ogromny stres. Łatwo jest siedzieć przed telewizorem i komentować wszystkie posunięcia sportowców - trudno zaś być tam i walczyć o medale. Ilu z nas byłoby w stanie to zrobić? Nikt. Bo do tego trzeba lat treningu, żelaznej woli, konsekwencji. Do tego trzeba samozaparcia. Powiem więcej - trzeba też talentu i oczywiście ogromnego nakładu pracy.

Nie jestem jakąś ogromną fanką sportu czy samych igrzysk. Ale wczoraj usadowiłam się przed telewizorem, żeby zobaczyć jak nasza Justyna daje z siebie wszystko i wygrywa medal. Widok Polki w pierwszej piątce spełnił moje oczekiwania a zdobyty medal je przerósł. Jestem z Niej dumna. W Polsce nie ma lepszej od Niej, a na świecie nasza Justyna Kowalczyk mieści się w ścisłej czołówce. Czegóż chcieć więcej?

Zawsze jednak znajdzie się grupa malkontentów i narzekających. Zawsze znajdzie się grupa niezadowolonych i zawiedzionych. Tylko kto dał im prawo oceniania ciężkiej pracy innych? Nikt z nas nie pojechałby lepiej niż Justyna. Nikt w Polsce nie pojechałby lepiej niż Ona. I należy się Jej nasz pełny szacunek i uznanie. Pozostaje nam trzymać za Nią kciuki i życzyć dalszych sukcesów.

Niestety, Polacy mają już taką dziwną, trudną do nazwania wadę, że zbyt pochopnie wyciągają wnioski i popadają w skrajności. Przypomnijmy sobie, ile razy pojawiały się głosy, że Adam Małysz powinien skończyć karierę. Że nie skacze już tak dobrze jak wcześniej. Pozwólcie, że wtrącę tu pytanie: a czy któryś z Polaków skacze lepiej niż Małysz? Bez względu na to czy Adam jest w formie, czy też nie - i tak jest naszym najlepszym skoczkiem. Dlaczego więc chcemy zrezygnować z najlepszego spośród nas??? Poza tym  Adam już wielokrotnie pokazał, że potrafi odbudować formę. Wciąż zajmuje miejsca w czołówkach, a wśród Polaków jest bezkonkurencyjny. Skoro więc chce nadal skakać - niech skacze. Z pewnością wiele razy nas jeszcze zaskoczy. I swoich rywali także.

Nasi sportowcy są dla nas powodem do dumy. Z medalami czy bez - tutaj są najlepsi. Tak długo jak dają z siebie wszystko i spełniają własne oczekiwania - spełniają także i nasze. Możemy im tylko gratulować odwagi, pasji i hartu ducha. Trzymam za nich kciuki. Stanowią doskonałą ilustrację tego, że ciężka praca, konsekwencja i pokora pozwalają wiele osiągnąć. Dla mnie i bez olimpijskich laurów są mistrzami.

Komentarze (11)
Patrzysz, ale czy widzisz?

Tyle lat żyję na tym świecie, a wciąż tyle rzeczy potrafi mnie zaskoczyć. Codziennie odkrywam życie i świat na nowo. Sytuacje, które widzę nie po raz pierwszy, nagle uderzają mnie mocniej. Czasem zastanawiam się jak to było, że wcześniej czegoś nie dostrzegłam. I zaraz siebie poprawiam - dostrzegłam!!! Widziałam. Ale jak większość z nas po prostu przeszłam obok. Aż do dziś, do teraz. Może trzeba na coś patrzeć wiele dni, tygodni, miesięcy a nawet lat, by wreszcie to dostrzec? Może trzeba cierpieć dekadami, by wreszcie wstać i powiedzieć "dość!"?

Każdemu z nas zdarza się na coś patrzeć. Ale nasze obserwacje są pobieżne. Widzimy dokładnie tyle, ile chcemy widzieć - a potem pakujemy obraz do szuflady. Nie doszukujemy się ukrytych znaczeń. Nie mamy na to czasu ani ochoty. Bo może się okazać, że to co chcemy widzieć nie jest tym co faktycznie widzimy. Skomplikowane? Raczej nie. Idąc ulicą spotykamy innych ludzi. Widzimy ich w różnych sytuacjach. Przyszywamy im łatki dzięki pobieżnej obserwacji. Szufladkujemy. Nie zastanawiamy się dłużej. Bo nad czym? Widząc robotnika siedzącego przy drodze myślimy o nim "Nierób". Rzadko kiedy przychodzi nam do głowy, że może ten człowiek akurat źle się poczuł. W końcu nie jest maszyną i pracuje ciężko każdego dnia. Ma prawo złapać grypę, ma prawo nadwyrężyć kręgosłup. Ale nie zastanawiamy się nad tym. Mijając go przypinamy mu łatkę i wrzucamy do szuflady zapominając, że są wyjątki i różne sytuacje. Albo inny przykład - kasjerka w sklepie. Milcząca, ciągle się myli. Przypinamy łatkę, nie wiedząc o tym, że dziecko tej kobiety leży teraz w szpitalu i oczekuje na operację a ona nie może przy nim być, bo nie może pozwolić sobie na utratę pracy i grosza. Bo za te grosze musi wyżywić jeszcze pozostałą dwójkę... Dlatego jest w pracy, ale nie przestaje myśleć i się denerwować.

Nie wszystko jest takie, jakie wydaje się być. Patrzymy, ale nie widzimy. Dostrzegamy tylko to, co na zewnątrz, nie sięgając głębiej. Dlatego tak łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Musimy jednak pamiętać, że i nam przypinane są łatki. Nieustannie podlegamy cudzej ocenie. Bardzo pobieżnej. Bo ludzki osąd jest płytki i oparty na tym, co sami sobie dopowiemy, a nie na tym, co zaobserwujemy. Dlatego spróbujmy patrzeć głębiej pamiętając o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nauczmy się nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Nauczmy się dostrzegać drugiego człowieka. Nauczmy się dostrzegać w nim dobro - a nie tylko zło.

Komentarze (19)
Czy zawsze musi być okazja?

Walentynki mineły szybko i dość spokojnie. Choć miasto i lokale odnotowały w tym dniu nagły przypływ klientów. Starówka była zatłoczona jak nigdy - ciężko było znaleźć wolny stolik, nie wspominając już o miejscu do parkowania. Złamano chyba wszystkie możliwe przepisy dotyczące umieszczania samochodów w dozwolonych miejscach. Stłuczki, blokowanie pojazdów innych klientów i parkowanie w niedozwolonych miejscach - były na porządku dziennym...

Niby taka sama niedziela jak wszystkie - a jednak w klubach i lokalach zrobiło się nagle ciasno. Tego szczególnego dnia każdy chciał gdzieś wyjść ze swoją połówką. Tak często powtarza się, że to święto amerykańskie, ale mimo to przyjęło się u nas całkiem dobrze. I dlatego większość ludzi planuje spędzić ten dzień inaczej niż zwykle. Tu kolacja przy świecach, tam wyjście do kina, jeszcze gdzie indziej romantyczny wyjazd na weekend...

Czy to oznacza, że na co dzień tego wszystkiego nie robimy? Na to wygląda... Wyjścia do kina i lokali zdarzają nam się sporadycznie. Dlaczego? Głównym powodem są zapewne finanse. Ceny w pubach i restauracjach są dość wysokie jak na kieszeń przeciętnego Polaka. Nie każdego na to stać. Z drugiej strony branża gastronomiczna oferuje nam cały wachlarz opcji cenowych i zawsze można wybrać coś na własne możliwości. Ciekawa rzecz przykładowo, że stać nas na to, by regularnie żywić się fast food'ami typu Mc Donald, czy KFC, które wcale do tanich nie należą. Za cenę zestawu kupionego w jednym z wymienionych wyżej miejsc, można zjeść ładnie podany i zdrowszy posiłek.

Może więc finanse są tylko wymówką? Ale jeśli nie finanse - to co innego powstrzymuje nas od wychodzenia z domu? Można by rzec, że czyste lenistwo :). Polaków cechuje coś takiego jak "zasiedzenie" w domu. Nie mamy zwyczaju wychodzić. Wolimy własne cztery kąty, obiad przed telewizorem i kapcie. Oczywiście kobiety często marzą o tym, aby ktoś za nie ugotował i podał obiad a potem pozmywał. Marzą o tym, by mężczyzna zabrał je od czasu do czasu do lokalu, w którym ktoś inny będzie pełnił rolę kucharza, a one mogłyby się zrelaksować. Jednak dla mężczyzny wyjścia takie komfortowe nie są. Po pierwsze - trzeba zrezygnować z kapci. Po drugie przez cały czas obiadu czy kolacji mężczyzna jest zobowiązany zabawiać kobietę rozmową, co wcale nie musi być łatwe. Po trzecie w restauracjach zwykle nie ma telewizora, w którym można obejrzeć transmisję meczu. Po czwarte - po co płacić za coś, co ma się w domu za darmo? Dlatego panowie rzadziej są skłonni wychodzić z domu ze swoją wybranką...

Inna rzecz, że po -nastu godzinach w pracy, z domu zwyczajnie wychodzić się już nie chce. Nie ciągnie nas do gwarnych i tłumnych miejsc. Wolimy domowe zacisze...

Z tego wszystkiego wynika, że wychodzimy z domu głównie wtedy, gdy jest ku temu okazja. Imieniny, urodziny, święta... Amerykanie to sprytny naród - odkryli to wszystko o czym piszę dużo wcześniej. Potrzeba matką wynalazku - dlatego "wynaleziono" również mnóstwo okazji, które usprawiedliwiają spożywanie posiłków poza domem i  kupowanie prezentów. Jednym z takich świąt są Walentynki. Jest okazja - można wyjść, można świętować. Pytanie - czy nie potrafimy się już obdarowywać prezentami i cieszyć BEZ okazji? Wszystko wskazuje na to, że nie... Potrzebujemy okazji nawet do tego, by wyznać swoje uczucia. Potrzebujemy bodźca, który usprawiedliwi miłe słowa lub czyny. Czy to nie jest dziwne?

 

P.S. Widmo szpitala oddaliło się, ale jeszcze cały czas nade mną wisi. Wierzę jednak, że za kilkanaście dni pozostanie jedynie wspomnieniem :) Dzięki za pozytywną energię dziewczyny! :)))

Komentarze (10)
Zrozumienie - rzecz niemożliwa?

Jakie to dziwne, że tak trudno jest się porozumieć z drugim człowiekiem. Niby rozmawiacie, niby kiwacie głowami, niby słowa trafiają tam gdzie powinny - spotykają się ze zrozumieniem. Pięknie! Po prostu sielanka. Do momentu, kiedy się okazuje, że ktoś jednak nie zrozumiał zupełnie nic.

Wyobraźcie sobie, że tłumaczycie komuś, jak bardzo nie lubicie jakiejś rzeczy. Ponieważ to rzecz istotna, poświęcacie na to sporo czasu, wracacie do tematu kilka razy, wyłuszczając swoje powody, by upewnić się, że Wasz rozmówca ROZUMIE.

Mija dzień lub dwa. I ten sam rozmówca składa Wam propozycję nie do odrzucenia. Proponuje Wam dokładnie to czego nie lubicie. Początkowo wydaje się Wam, że się przesłyszeliście. Ale nie, On naprawdę TO miał na myśli. Więc przypominacie Mu ową rozmowę. Pamięta, a jakże. I twierdzi, że nadal rozumie!!! Jak to rozumie? Chyba jednak nie bardzo skoro wyjeżdża z taką opcją! I pokrętne tłumaczenia w stylu "Wiem, ale może jednak coś się zmieniło...". A co się miało zmienić przez 24 godziny????

Zaczynam tracić wiarę w to, że z drugim człowiekiem można się normalnie porozumieć. Bo nawet jak kiwa głową i twierdzi, że pojął - wcale nie musi tak być. Nawet więcej - może usłyszał to co chciał usłyszeć i tylko tyle przyjął do wiadomości....

Nie lubię, kiedy ktoś mnie nie słucha. Gdy poświęcam swój czas na tłumaczenie dość osobistej i trudnej dla mnie rzeczy licząc na zrozumienie słuchacza - nie znoszę, gdy udaje, że rozumie.

Bo zrozumienie to coś więcej, niż przytaknięcie mówiącemu. To umiejętność postawienia się w jego sytuacji i zastosowania tej wiedzy w praktyce, w życiu codziennym. Czy to w ogóle realne? Dotychczas myślałam, że realne, możliwe i zdarza się często. Ale powoli zaczynam tracić wiarę w drugiego człowieka. A może to ja nie potrafię solidnie wyjaśnić tego, że nie życzę sobie pewnych sytuacji w moim życiu? Wydawało mi, że byłam konkretna i dobitna - ale widocznie coś mi jednak umknęło: to, że mój rozmówca wcale mnie nie słuchał....

Komentarze (10)
Masz pieniądze? Postaw sobie znak!

A jednak wszystko można kupić!

Zdenerwowałam się dzisiaj sytuacją moich znajomych. Od lat mieszkają w tym samym mieszkaniu. Od lat parkują samochód pod domem, przy wjeździe do swojej posesji i nigdy nie było z tym problemu. I od jakiegoś czasu walczą z bardzo nieprzyjemnym i baaaaaaaaardzo bogatym sąsiadem, który ma tam swoją firmę. Sąsiad ów zachowuje się jakby należał do niego cały okoliczny teren. Dlaczego? Ponieważ go na to stać.

Dzisiaj rano pojawił się znak zatrzymywania się. Ni mniej ni więcej, tylko przy wjeździe w uliczkę, przy której mieszkają znajomi. Kilka godzin później pojawił się życzliwy policjant, który powiadomił ich, że nie wolno im dłużej parkować w tym miejscu. Podobno sąsiad wykupił całą ulicę łącznie z chodnikiem po tej jednej stronie - żeby mogły tam parkować samochody obsługujące jego firmę! Jednakże przy znaku nie ma żadnej tabliczki regulującej tą sytuację i wskazującej kogo zakaz nie dotyczy.

Skoro postawiono znak zakazu - to niech to chociaż będzie zgodnie z przepisami. Skoro znak nikogo nie wyklucza - to zakaz powinien dotyczyć wszystkich. Inaczej bez sensu było go stawiać. Mało tego, na wspomnianej uliczce, po tej samej stronie stoi w tej chwili znaków zatrzymywania dwa (zupełnie bez potrzeby bo wystarczyłby jeden). W dodatku pierwszy znak informuje o zakazie zatrzymywania się na całej długości ulicy, aż do skrzyżowania, drugi zaś (w połowie ulicy) od miejsca ustawienia tego znaku do tego samego skrzyżowania. Masło maślane.

Powiem więcej, ów sąsiad życzy sobie, żeby przechodnie chodzili drugą stroną ulicy - bo on wykupił chodnik dla siebie i swoich samochodów! Tu mnie sytuacja rozbawiła, bo naturalnie nie ma żadnego znaku informującego, że przejście drugą stroną ulicy.

To jakaś totalna bzdura i kpina. Można sobie wykupić kawałek ulicy, nie zważając na to, że ktoś na niej mieszka i że utrudnia się komuś życie. Można sobie nastawiać znaków - gdzie się chce i jak się chce, ignorując przepisy i innych ludzi. I to tylko dlatego, że ma się pieniądze.

Ten kraj jest pełen absurdów. I tak będzie dopóki prawo będzie tylko dla bogatych.

Komentarze (14)
Pechowe Walentynki

Los bywa przewrotny. Jeszcze wczoraj mówiłam komuś, że za żadne skarby świata nie poszłabym do szpitala z własnej woli i nie poddałabym się dobrowolnie operacji. I dlatego podziwiam. A dzisiaj? Dzisiaj uświadomiono mi, że ja sama mogę nie mieć wkrótce innego wyboru....

Ostatni raz jako pacjentka byłam w szpitalu dłużej mając dwanaście lat. Ogólnie wspominam ten czas dobrze - panie pielęgniarki były miłe, lekarze również. Pobyt wspominam tym lepiej, że nie zakończył się on żadną operacją. Ot, kilka dni badań. Żadnych nieprzyjemności... Potem trafiłam do szpitala jeszcze raz, w czasie studiów - z urazem kręgosłupa. Żeby było śmieszniej - były to Walentynki :). Niewinny upadek na lodzie skończył się dość nieciekawie. Kilka tygodni w kołnierzu ortopedycznym... Ale w szpitalu spędziłam wtedy tylko jedną noc. Zrobiono badania. Uraz spowodował czasowy niedowład ręki. Miałam zostać na obserwacji, ale ostatecznie wypisano mnie do domu. Bardzo na to nalegałam.Bo szpitale nie kojarzą mi się najlepiej. Szczególnie ten drugi raz. Całą noc leżałam na korytarzu, a lekarze w mojej obecności kłócili się o to, kto zapłaci za rezonans... W końcu doszli do wniosku, że jednak badanie jest konieczne.

Potem sporadycznie zdarzało mi się być pacjentką w szpitalu, ale nigdy nie trwało to dłużej niż kilka godzin. Za to wielokrotnie namawiano mnie na kilkudniowy pobyt w szpitalu, bo lekarze zawsze mieli jakieś dziwne podejrzenia względem mojej osoby. Kompletnie nie rozumiem dlaczego :))). Nigdy jednak do szpitala nie trafiłam. Zawsze następowała cudowna poprawa - na czas :).

Teraz mam na tą "cudowną poprawę" siedem dni. Za siedem dni kontrola (o ile tych siedem dni wytrwam). Jak nie stanie się cud - no to chcąc nie chcąc jednak jakiś szpital nawiedzę i nie będzie to kilka godzin...

Pacjentka ze mnie marna jak widać - bo uzdrawiam się niemal samą siłą woli. Wystarczy wymówić magiczne słowo "szpital" w mojej obecności i działa jak najlepsze lekarstwo. Za to wielokrotnie odwiedzałam innych w szpitalu. I te wizyty nie kojarzą mi się pozytywnie. Z wszystkich wyniosłam bardzo złe wspomnienia, bo były to bolesne przeżycia. Niektóre zatarły się w pamięci, inne trwają w niej do dziś, choć naprawdę wolałabym zapomnieć...Często odwiedzałam ludzi ciężko chorych i umierających... Te wszystkie emocje, przeżycia, uczucia - zostają w człowieku na zawsze...

W związku z tym wszystkim - nie lubię szpitali. Nie ze względu na personel czy warunki, tylko ze względu na moje wspomnienia. A zbliżające się Walentynki za każdym razem mi o tym przypominają. I to ironia losu, że akurat teraz, kiedy wszędzie już czuć, widać i słychać ten szczególny dzień - znów staję w obliczu prawdopodobieństwa, że trafię na salę operacyjną...

ALE - jestem bardzo dobrej myśli :). Mam całe siedem dni, pozytywne myślenie może zdziałać cuda :D. Akumulatory naładowane, uśmiech na twarzy i za siedem dni widmo szpitala oddali się na dobre. Bo nic nie uzdrawia tak, jak pozytywna energia. A tej mi nie brakuje. :)))

Dlatego wszystkim dobrej nocki życzę i pięknego jutrzejszego dnia. Słońca, słońca, jeszcze raz słońca i podwójnej dawki witaminy U (uśmiechu) :))))

Komentarze (28)
A jak Aborcja - towar ze zniżką dla studentek.

Internet to wielkie wysypisko śmieci, na którym można znaleźć wiele cennych informacji. Można też wykopać rzeczy, które nigdy nie powinny były się tam znaleźć. Naturalnie - z mojego punktu widzenia. Ktoś o odmiennych poglądach i doświadczeniach mógłby powiedzieć zupełnie coś innego. Jedno z takich "wykopalisk" zmusiło mnie do głębokich refleksji i utwierdziło w przekonaniu, że w dzisiejszych czasach wszystko można kupić i sprzedać. Za pieniądze można nawet całkiem legalnie zabić drugiego człowieka, by uniknąć konsekwencji swojej nieodpowiedzialności. Trzeba tylko znaleźć sposób i kogoś, kto to zrobi. A jeśli posiadamy legitymację studencką - możemy nawet liczyć na  zniżkę!

DZIECKO PRAWDĘ CI POWIE

Ostatnio wyjątkowo często wpadają mi w ręce artykuły dotyczące aborcji. Argumenty za i przeciw. I przyznaję pokornie, że miewałam sprzeczne uczucia odnośnie tzw. prawa do aborcji. Ale już ich nie mam. Wszelkie moje wątpliwości rozwiała dwunastoletnia Lia i jej wypowiedź dotycząca aborcji, przygotowana na szkolny konkurs. Co dwunastolatka może wiedzieć o życiu i tak trudnym temacie? Okazuje się, że wiele. Żaden dorosły człowiek nie przygotowałby tej wypowiedzi lepiej. W kilkuminutowym wystąpieniu dziewczynka odpiera najważniejsze argumenty zwolenników aborcji. Posłuchajcie sami:

Może dzieci, mimo całej swojej niedojrzałości, dostrzegają to, czego my próbujemy nie widzieć?

 

PRAWO DO ABORCJI

Coraz częściej słyszymy głosy zwolenników przerywania ciąży, mówiących o prawie aborcyjnym i prawie kobiet do decydowania o sobie i swoim ciele. Mówią głośno o tzw. prawie do aborcji. Celowo używam zwrotu "tak zwanym". Bo prawo powinno stać na straży porządku i sprawiedliwości. Prawo powinno bronić słabszych i tych, którzy sami bronić się nie mogą. Jak to się ma do zabiegu, którego efektem jest pozbawienie niewinnej istoty życia?

 

MOJE CIAŁO - MOJA DECYZJA

Jednym z argumentów najczęściej podawanych przez zwolenników aborcji jest fakt, że ciąża rozwija się w ciele kobiety, w związku z czym to kobieta powinna decydować o tym, czy chce ją donosić czy też nie. Podkreślają, że to prawo kobiety. A co z prawami dziecka?

Zwolennicy aborcji twierdzą, że kobieta powinna mieć wybór. Ale - jak słusznie zauważyła Lia w swojej wypowiedzi - kobieta dokonuje wyboru dużo wcześniej: dokładnie w chwili, kiedy decyduje się uprawiać seks bez zabezpieczenia. Ciąża jest naturalną konsekwencją tej decyzji. Jeśli kobieta nie jest gotowa na dziecko - powinna unikać "ryzykownych" sytuacji lub po prostu zabezpieczać się. W przeciwnym razie - prędzej czy później - dojdzie do poczęcia istoty ludzkiej i kobieta musi być tego świadoma. Nie może liczyć na to, że akurat dla niej natura zrobi wyjątek. Decydując się na seks bez zabezpieczenia - kobieta dokonuje ŚWIADOMEGO wyboru. Aborcja jest tylko próbą uniknięcia konsekwencji  nieodpowiedzialnego zachowania.

Ofiary gwałtu, kazirodztwa i kobiety, których życie jest zagrożone (a więc te wszystkie osoby, które mają "uzasadnienie" dla dokonania tak kontrowersyjnego zabiegu) stanowią znikomy procent wszystkich dokonujących aborcji kobiet.
 
ABORCJA ZAMIAST ANTYKONCEPCJI?

W niektórych krajach na świecie aborcja jest już wręcz traktowana jak jeden ze środków antykoncepcyjnych. Jest to totalną bzdurą - bo antykoncepcja ma za zadanie zapobiegać zapłodnieniu  a nie zabijać poczęte życie.

Tymczasem wśród milionów kobiet na świecie zapanowała dziwna epidemia. Objawia się ona tym, że kobiety nie myślą o konsekwencjach swojego postępowania, są nieodpowiedzialne i nie zabezpieczają się. Po co się zabezpieczać, skoro można rozwiązać ten "problem" inaczej? Aby uniknąć nieprzyjemności  związanych z niepożądaną ciążą - wybierają aborcję. Czegóż innego można się spodziewać po kimś, kto już raz zachował się nieodpowiedzialnie?

 

INTERNET SŁUŻY POMOCĄ

W Polsce aborcja jest nielegalna. Mimo to zabiegi te wciąż są wykonywane. Wszędzie znajdzie się "życzliwy" lekarz, który dopomoże w trudnej sytuacji. A jeśli nie - zawsze można skorzystać z internetu. Przypadkiem natrafiłam na stronę, która wspiera aborcję i informuje gdzie się udać, kiedy i za jakie pieniądze wykonywane są zabiegi. Spójrzcie:

 

 

"JAK MOGĘ USUNĄĆ CIĄŻĘ"

 

Jak się okazuje, kobieta chcąca dokonać aborcji, ma szereg możliwości. Podkreślone na zdjęciu powyżej na czerwono zdania zachęcają kobiety do dokonywania samodzielnej aborcji przy pomocy leków. Taka metoda jest podobno zupełnie bezpieczna. Kobieta może również skorzystać z innych możliwości. Może na przykład wyjechać do innego kraju, w którym aborcja jest legalna. Lub udać się w rejs statkiem, na którym zabieg zostanie wykonany.

 

Autorzy strony sugerują, że aborcja dokonana za pomocą tabletek - jest czymś naturalnym. Wg nich leki wywołują "spontaniczne poronienie". Wybaczcie, może się czepiam, ale moja definicja spontaniczności nieco od tego odbiega. Spontaniczne jest coś co nie jest zaplanowane - jak więc nazwać celowe połknięcie leków poronnych?

Według autorów wspomnianej strony syndrom poaborcyjny to nieudowodniony mit. Skoro tak, to czemu oferują sztab psychologów i osób, z którymi można rozmawiać przed i po zabiegu? Według mnie syndrom poaborcyjny to namacalny fakt. Oprócz komplikacji fizycznych, po zabiegu zachodzą również poważne zmiany w psychice poddającej się aborcji kobiecie. I nikt mi nie wmówi, że decyzja o aborcji jest dla kobiety czymś łatwym. Często jest to najtrudniejsza decyzja jaką przyjdzie podjąć kobiecie w ciągu całego jej istnienia. Decyzja, której konsekwencje wracają do niej całe życie.

 

ILE KOSZTUJE BRAK ODPOWIEDZIALNOŚCI?

Nielegalne, niebezpieczne i drogie - tak w skrócie można podsumować zabiegi aborcyjne dokonywane w Polsce. Ceny ich bowiem dochodzą do kilku tysięcy złotych. W gazetach czy internecie bardzo łatwo jest znaleźć ogłoszenia o następującej treści: Dyskretnie, farmakologicznie. 3000zł. I numer telefonu. Nie brakuje też kobiet, które z takich "dyskretnych" usług korzystają.

Nie każdego jednak stać na taki wydatek. Tym paniom strona oferuje inne możliwości.

 

Strona szczególnie poleca zabiegi w Niemczech i Holandii. Tym kobietom, które nie mogą sobie pozwolić na wydatek rzędu 200-300 euro, czyli 1150-1400zł (bo tyle kosztują zabiegi w wymienionych krajach) autorzy strony polecają wykonanie zabiegu w Czechach. Jest on dużo tańszy - a jeśli posiadamy legitymację studencką - możemy nawet liczyć na zniżkę!

Jak widać ceny są różne. Koszty zabiegu jednak znacznie przewyższają miesięczne i kilkumiesięczne ceny środków antykoncepcyjnych. Mimo to kobiety wolą się oddać w ręce "dyskretnych" lekarzy lub poddać mocy tabletek wywołujących poronienie, niż przejść się po receptę do lekarza czy do apteki po opakowanie prezerwatyw.

 

ABORCJA TO TYLKO TOWAR

Żyjemy w czasach, w których aborcja jest tylko towarem, a kobiety jego nabywcami. Można dokonać tego zabiegu taniej lub drożej, bliżej lub dalej, legalnie lub nielegalnie. Można nawet uzyskać na nią zniżkę, o ile klasyfikujemy się jako grupa"ryzyka", bo tak najwyraźniej potraktowano studentki. Nie chciałabym nazywać tego po imieniu, ale gdybym jeszcze studiowała, poczułabym się urażona samą sugestią. A sugestia jest dość jasna - studentki częściej zachodzą w niepowołaną ciążę, prowadzą bardzo nieodpowiedzialny tryb życia i nie liczą się z konsekwencjami. Wszystkie czytające to studentki proszę o wybaczenie - zdaję sobie sprawę, że to nie jest prawda.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że aborcja to coś więcej niż przejażdżka autobusem, na którą można dostać zniżkę. Sam fakt, że ktoś oferuje rabat na tego typu zabieg uważam za uwłaczający godności człowieka. Poniżający. I rażący. Bo okazuje się, że ludzkie życie nie jest wiele warte. Aborcja to coś więcej niż zakupy w supermarkecie z kuponem promocyjnym. Aborcja to odebranie życia dziecku, które nie może się bronić. Gdyby to dziecko było dorosłym człowiekiem - odebranie mu życia nazwalibyśmy morderstwem!

Tym, którzy wciąż mają wątpliwości sugeruję obejrzeć jeden z dwóch filmów: "Niemy krzyk" lub "Cywilizacja aborcji" - oba filmy dostępne na You Tube. Uprzedzam jednak, że zdjęcia do nich jak i treść są bardzo drastyczne. Na pewno powinna obejrzeć je każda kobieta, która zamierza poddać się aborcji.

Niechciana ciąża nie oznacza końca świata. I kobieta powinna mieć świadomość, że istnieją inne możliwości niż tylko aborcja. Bo to nie jest tylko usługa do wykupienia. Aborcja to wybór między życiem a zabójstwem ludzkiej istoty.

Na koniec proponuję krótki film, który pokazuje, że wbrew wszelkim trudnościom, ciężkiemu dzieciństwu i warunkom życia lub mimo braku odpowiednich warunków wychowawczych i bytowych - niektóre dzieci wyrastają na wielkich ludzi. Każde dziecko ma na to szansę, jeśli pozwolimy mu żyć.

 

Komentarze (42)
1 | 2 |