iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Życie to postęp

Tak często zapadamy się w szarej rzeczywistości. Zatracamy się bez pamięci w codziennych obowiązkach. Dom, praca, rodzina, dzieci - a potem znów od nowa i od nowa... Dni stają się do siebie podobne, wtorek wygląda jak czwartek czy środa. Poniedziałek wyznacza nam konieczność rozpoczęcia cyklu od nowa, piątek przynosi zmianę na tryb weekendowy. Dla tych, którzy pracują także w weekendy - nawet sobota i niedziela wyglądają tak samo, a niejednokrotnie kojarzą się z jeszcze większym wysiłkiem... I tak mija tydzień, potem miesiąc i wreszcie rok. Czas płynie i zanim się obejrzymy okazuje się, że minęło tak wiele lat, a my wciąż tkwimy w tym samym miejscu. Wszystko się zmienia - dzieci i ceny rosną, my- starzejemy się. Ludzie przychodzą i odchodzą - niektórzy w poszukiwaniu swojego miejsca na Ziemi, inni próbują realizować siebie, wreszcie jeszcze inni - odchodzą do lepszego świata. A my? Starzejemy się. Mijamy... Mijamy się z życiem. Ono omija nas....

Wszystko w przyrodzie zmienia się z czasem. Kolejne epoki przynoszą zmiany środowiskowe - niektóre gatunki wymierają, zastępują je inne... Zmienia się klimat. Nic nie stoi w miejscu. Od zawsze trwanie jednostek i grup odmierza cykl narodzin i śmierci...

Świat idzie do przodu. Rozwija się. Dążymy do doskonalenia techniki, wiedzy, umiejętności - lecz coraz rzadziej stawiamy na rozwój duchowy. Nasze życie duchowe ginie miażdżone ogromem obowiązków. Często rozwój duchowy mylimy z samorealizacją. A to nie to samo. Samorealizację bowiem najczęściej utożsamiamy z karierą zawodową, macierzyństwem, spełnieniem marzeń. Rozwój duchowy zaś wymaga czegoś więcej. Wymaga poświęcenia czasu samemu sobie, zastanowienia się nad sobą i zdobywanymi doświadczeniami. Wymaga wyciągnięcia wniosków na przyszłość. Rozwój duchowy ma na celu doskonalenie siebie jako jednostki ludzkiej. Rozwój duchowy to szersze pojmowanie otaczającego nas świata, zjawisk, dostrzeganie tego co niedostrzegalne i rozumienie tego co niepojęte. Rozwój duchowy to stawanie się lepszym człowiekiem.

Ktoś może mi teraz powiedzieć, że realizując się w pracy doskonali w sobie pewne cechy. Jednak czy zawsze są to cechy ludzkie? Ktoś inny powie, że oddając się macierzyństwu i rodzinie - poświęca się, a więc kształtuje swoją osobowość. Prawda. Poświęca się, ale czy naprawdę żyje?

Myślę, że wszystko to zazębia się i jest uzależnione tylko od tego, co nas uszczęśliwia. Jeśli bowiem potrafimy to szczęście docenić, to jego obecność bądź brak będzie odciskać piętno na naszej duszy. Jeśli przetrwamy próby, które zsyła nam los - zrobimy krok do przodu na ścieżce duchowego rozwoju. Nawet z pozoru trwając w miejscu.

Życie jest postępem, a nie trwaniem w miejscu twierdził Ralph Waldo Emerson. Pamiętajmy więc, że nawet fizycznie tkwiąc w jednym miejscu - duchowo zawsze powinniśmy iść do przodu, rozwijać się, doskonalić . Powinniśmy patrzeć przed siebie i nie cofać się. Bo życie to postęp a nie regres. Pamiętajmy o tym, by poświęcając się pracy lub rodzinie - żyć. Bo życie jest niezwykle krótkie i kruche. I zanim się obejrzymy - może nas ominąć...

Komentarze (12)
Najprawdziwsi przyjaciele

Towarzyszą nam od tysięcy lat. Małe i duże. Niektóre pełnią funkcje użytkowe, dostarczają nam pożywienia, pomagają w pracach domowych. Wreszcie część z nich staje się członkami naszych rodzin. Zaspokajają w jakiś sposób nasze potrzeby emocjonalne. Są naszymi przyjaciółmi. Mowa o zwierzętach.Są domy, w których zwierząt nie ma. Ze względów ekonomicznych, małej przestrzeni, alergii na którą cierpi ktoś z członków rodziny. Bywa też, że niektórzy ludzie zwierząt po prostu nie lubią. I staram się to rozumieć - choć dla mnie samej jest to nie do pomyślenia. Od najmłodszych lat miałam kontakt ze zwierzętami. Rozmawiałam z nimi, bawiłam się, spędzałam dużo czasu. Oczywiście nie mam żadnej alergii. Śmiem twierdzić, że właśnie dzięki temu ;).

Zwierzęta mają w sobie coś, czego moim zdaniem niektórym ludziom brakuje. Są wierne. Oczywiście wielu specjalistów mogłoby się ze mną teraz spierać w kwestii tego czy zwierzęta posiadają uczucia. Dla mnie kwestia ta nie ulega żadnej wątpliwości. Mało tego. Zwierzęta posiadają nie tylko uczucia i swoje emocje, ale i charakter. Jeśli ktoś poświęcił choć odrobinę czasu na obserwację zwierząt - na pewno zgodzi się ze mną w tej materii. Emocje zwierzęce zapewne odbiegają czasem od tych, które znamy my, ludzie. Nie ma się czemu dziwić. Wszak u wielu z nich najważniejsze są wciąż pierwotne instynkty. Mimo to zwierzęta przywiązują się do nas tak jak my do nich. Tęsknią. Za przykład niech posłuży historia psa Dżoka. Pies ten przez rok czasu oczekiwał na Rondzie Grunwaldzkim w Krakowie, na pana, który w tym miejscu właśnie zmarł. Czy nie jest to wyraz psiego oddania? Tęsknoty? Przywiązania? Dlatego też psu temu wystawiono pomnik - symbol psiej wierności.

link do historii psa Dżoka tutaj

Zwierzęta niejednokrotnie stają się powiernikami naszych tajemnic, bywają o nas zazdrosne i postępują zawsze wedle własnego kodeksu. Nie potrafią mówić po ludzku, ale czy my znamy język zwierzęcy? Nic nie umniejsza ich wartości i oddania.

Zwierzęta to także obowiązek. Trzeba je karmić, dbać o ich zdrowie, zaspokajać potrzeby. Trzeba się z nimi bawić i spędzać czas, bo podobnie jak my potrzebują tego. Są od nas mniejsze i słabsze, a kiedy trafiają pod nasz dach - to na nas spoczywa obowiązek opieki. A one potrafią się odwdzięczyć jak mało kto.

Oprócz domów, w których nie ma zwierząt są też takie, w których zwierzęta stają się członkami rodzin, ich integralną częścią. Jak napisała Hebe, dobrze, że niektórzy mają dwa serca, a nawet trzy. Dzięki temu potrafią przygarnąć nawet kilka zwierząt.

Obok zamieszczam kolejną ankietę. Serdecznie zapraszam do głosowania. Pytanie wydaje się proste :). Wystarczy wskazać, którym stworzeniem najchętniej byście się zaopiekowali. Dla posiadaczy dwóch i trzech serc, którzy nie mogą się zdecydować na wybór jednego zwierzaka - dopisuję opcję : "więcej niż jedno wymienione" :). 

Komentarze (22)
Częściej płaczemy na pogrzebach niż ze szczęścia. [W.A.]

Skrót W.A. - to oczywiście nic innego jak "wyniki ankiety". Zaniedbałam ostatnio ankiety zamieszczane na blogu, a raczej ich wyniki. Czas nadrobić zaległości. Wcale nie tak dawno prosiłam o odpowiedź na pytanie, z jakiego powodu najczęściej płaczecie. W ankiecie oddano 160 głosów.

Najczęstszym powodem do płaczu - jak się okazuje - są problemy w związku. Tę odpowiedź wskazało aż 20% osób biorących udział w ankiecie. Wynika z tego, że są to sytuacje, które najsilniej obciążają naszą psychikę i sprawiają, że czujemy się bezradni - najczęściej potrzebujemy więc "wypłakać" naszą bezsilność, złość, krzywdę... Wszystko to dlatego, że właśnie relacje z drugą osobą wyzwalają najwięcej emocji - pozytywnych lub negatywnych.

Dziwny wydaje się fakt, że z powodu rozstania płacze już tylko 9,4% ankietowanych. Kiedy jednak głębiej się nad tym zastanowić - tendencja malejąca jest prawidłowa. Najbardziej spalamy się podczas kłótni, awantur i problemów. Przeżywamy je wyjątkowo intensywnie z powodu zaangażowania. Im silniejsze uczucie, tym silniej odczuwamy wszelkie jego kryzysy. Często reagujemy płaczem czując się bezradnie wobec zaistniałej sytuacji. Kiedy natomiast dochodzi do rozstania - bywa, że uczucie częściowo już się wypaliło. Zdarza się również, że to, co mieliśmy wypłakać, wypłakaliśmy dużo wcześniej. Wszystko zależy od tego w jaki sposób doszło do rozstania i jak zakończył się związek.

Okazuje się, że dość często płaczemy ze wzruszenia - odpowiedź tą wybrało 11,9% głosujących osób. Dokładnie tyle samo ankietowanych płacze, kiedy ktoś wyrządzi im jakąś przykrość, a niewiele mniej, bo 11,3%, z powodu problemów rodzinnych. Oczywiście do tych rodzinnych można zaliczyć bardzo wiele sytuacji, trudno je  w jakiś sposób tutaj rozgraniczać. Faktem jest, że z rodziną związani jesteśmy od najmłodszych lat, a więc wszelkie problemy w tych relacjach naturalną siłą rzeczy będą budziły nasz niepokój, obawy, lęk i bezsilność.

Dobrą wiadomością jest to, że nie doprowadzają nas do łez problemy zdrowotne. Jedynie 1,3% osób biorących udział w ankiecie za przyczynę płaczu podało problemy ze zdrowiem. Nieco więcej, bo 2,5%, najczęściej płacze z powodu problemów w pracy, a 3,1% jako przyczynę wymienia problemy finansowe. Zła wiadomość jest natomiast taka, że aż 5% osób biorących udział w ankiecie nie potrzebuje konkretnego powodu by płakać. Być może jest to spowodowane obniżonym nastrojem, albo nawet stanami depresyjnymi, które pojawiają się szczególnie często w okresie jesienno-zimowym.

Ponad 2,5 razy częściej płaczemy na pogrzebach niż ze szczęścia. 5% ankietowanych najczęściej płacze podczas smutnych uroczystości pogrzebowych, podczas gdy w radosnych momentach płacze tylko 1,9% osób biorących udział w ankiecie. Tylko 0,6% osób przyznaje się, że płacze po to, by osiągnąć jakieś korzyści.

5,6% osób biorących udział w ankiecie płacze w zaciszu własnego domu bądź w kinie, bowiem za najczęstszą przyczynę łez podaje emocje wywołane oglądaniem filmów.

I wreszcie 10,6% ankietowanych podaje, że nie płacze wcale. Być może częściowo jest to spowodowane ich odpornością na sytuacje stresowe lub brakiem takich sytuacji w życiu poszczególnych jednostek. Częściowo także dlatego, że płacz generalnie postrzegany jest jako słabość, a nie każdy chce i lubi swoje słabości okazywać.

Komentarze (10)
"Na zbity pysk!"

Niektórzy ludzie to chyba jednak są pozbawieni serca....

Dzień: 25 stycznia 2010. Środek zimy. Śnieg jak okiem sięgnąć, przerażający mróz. Nadjeżdża samochód. Nagle drzwi samochodu uchylają się na chwilę i ze środka wypada puchata kulka. Mały piesek. Samochód jedzie dalej, zwierzę zostaje. Nieco poturbowane, zdezorientowane, samotne...W obcym mieście, zdane tylko na siebie i łaskę bądź niełaskę ludzi.

To miało miejsce wczoraj. Właśnie wczoraj, gdy temperatura tak bardzo się obniżyła. Na oczach przechodniów, w środku dnia, bez zahamowań, w moim rodzinnym mieście po prostu porzucono psa. Człowiekowi z domu wyjść się nie chce, a żeby potraktować tak bezbronne stworzenie?

Zwierzęta i tak cały czas mają pod górkę. Wmawiamy sobie, że mają z nami tak dobrze - bo mają dom, zagwarantowaną opiekę, jedzenie... Ale tak naprawdę nie mogą same o sobie decydować - od nas bowiem uzależnione są nawet ich wyjścia za potrzebą. A ile razy jest tak, że właścicielowi się nie chce? Że odkłada moment wyjścia z psem na potem? Dla niego być może jest to smutny obowiązek, ale dla psa? Konieczność!!! Żeby to zrozumieć trzeba spróbować postawić się w podobnej sytuacji. Jakby to było, gdyby wszystkie nasze potrzeby i ich realizacja były uzależnione od czyjegoś nastroju i chęci? Czy tak wygląda to wspaniałe życie, które oferujemy naszym czworonożnym przyjaciołom? Czy to jest ta rewelacja, której niektórzy psom zazdroszczą? To wolne od trosk życie?

Podobno zimą ludzie znęcają się nad zwierzętami dwa razy częściej. Dwa razy więcej zwierząt jest porzucanych, bitych, torturowanych. Czy zimą w ludzi wstępuje jakieś zło? Nudzą się? Jest im źle więc gnębią tych najsłabszych?

Nie ma ludzi nieomylnych. A ja nie mam monopolu na rację. Nie zawsze potrafię być obiektywna - jestem tylko człowiekiem. Ale takiemu okrucieństwu mówię zdecydowanie NIE! Zwierzęta, które tak wiernie przy nas trwają i niejednokrotnie są naszymi najlepszymi (a bywa że i jedynymi) przyjaciółmi zasługują na szacunek. Wyrzucanie zwierzęcia na pewną śmierć (tak, tak, już kiedyś o tym pisałam) to niehumanitarny akt tchórzostwa. W tym momencie to zwierzę ma więcej ludzkich uczuć niż my. Bo trwa przy nas i jest wierne, podczas gdy ludzie potrafią wyrzucić najlepszego przyjaciela w najgorszą pogodę "na zbity pysk"!

 

Tych, którzy są ciekawi, co jeszcze ludzie potrafią zrobić zwierzętom, odsyłam na następujące strony:

centrum.szczecin.kwp.gov.pl/poszukiwani-top-10/2854-okruciestwo-wobec-zwierzt

www.sowz.org/index.php

Komentarze (19)
Przyznanie się do niewiedzy - to wiedza, a do niemocy - moc.

"Przyznanie się do niewiedzy - to wiedza, a do niemocy - moc". Tak brzmi perskie przysłowie, które znalazłam w kalendarzu. Ale przyznając się, że czegoś nie wiem - wcale nie sprawia, że czuję się przez to mądrzejsza. To tylko świadomość, że muszę się jeszcze wiele nauczyć. Że proces edukacji tak naprawdę nigdy się nie kończy. Że pokłady wiedzy nie mają granic. I nie można wiedzieć wszystkiego... A najmniej zwykle wiemy o sprawach, o których chcielibyśmy wiedzieć najwięcej... Może to prawda, że im więcej się uczymy tym mniej wiemy i jest to proces prawidłowy? Bo zdobywając wiedzę, jednocześnie uświadamiamy sobie własne braki...

Chyba tak samo jest z doświadczeniem. Los bywa przewrotny. Najpierw stawia na naszej drodze kogoś kto traktuje nas okrutnie, potem nasze drogi rozchodzą się, mija nieco czasu i nagle okazuje się, że znów znajdujemy się w podobnej sytuacji - tylko tym razem jesteśmy po drugiej stronie. Nagle mamy okazję spojrzeć na historię sprzed lat cudzymi oczami. I... może zrozumieć więcej niż wcześniej? Może WYBACZYĆ? To tylko pokazuje jak jednostronny często bywa nasz osąd i jak wiele wciąż musimy się nauczyć...

A słabości? Trudno się do nich przyznać... Zwłaszcza jeśli od lat jesteśmy zdani sami na siebie. Trudno przyznać się, że z czymś sobie nie radzimy, że przerasta nas powaga sytuacji. A przecież w tym tkwi siła - w umiejętności przyznania się do błędów. Bo najpotężniejsza moc wyrasta z naszych największych słabości...

Komentarze (19)
Dlaczego mężczyźni nie lubią chodzić do lekarza?

Temat wszechobecny, obija się ostatnio o moje jestestwo bardzo wyraźnie i spokojnie spać nie daje. No bo niby dlaczego mężczyźni nie lubią chodzić do lekarza? Naprawdę nie lubią, czy to może kolejny stereotyp?

Z moich doświadczeń wynika, że nie lubią. Powiem więcej - nie znoszą! A nie znoszą z kilku przyczyn. Pozwólcie, że wypunktuję:

  • "To wstyd prosić o pomoc". Choćby ich skręcało z bólu - Panowie o pomoc nie poproszą. To uwłacza ich męskiej godności. Musieliby bowiem pokazać, że z czymś sobie nie radzą, poprosić o radę, co jak się wydaje - w ich mniemaniu - jest bardzo mało "męskie". Stereotyp macho zakodowany w genach i umysłach naszych lubych zdecydowanie sprzeciwia się okazywaniu wszelkich słabości. A przecież choroba to rodzaj słabości, prawda? I idąc do lekarza trzeba by było się do niej przyznać...
  • "Zrób to SAM, nawet jeśli nie potrafisz i kompletnie się na tym nie znasz". Mężczyzna zdecydowanie woli leczyć się sam. Zastosuje najgorsze w smaku lekarstwo domowej roboty, wynajdzie przepis na cuchnące smarowidło i zużyje zapas cebuli lub czosnku, ale do lekarza nie pójdzie. Gorączkę prędzej zbije lodowatym prysznicem niż paracetamolem i będzie stosował średniowieczne metody leczenia kataru. Będzie wypluwał sobie płuca twierdząc, że już czuje się lepiej, a w nocy zakradnie się do apteczki, by podkraść trochę syropu dzieciom. Na szczęście większość Panów przekonała się już do chusteczek higienicznych, choć nie jestem pewna czy nie wymusił tego na nich postęp cywilizacji.
  • "Nic mi nie jest". Z ogromną trudnością przychodzi Panom zaakceptowanie faktu, że choroba dopadła także ich. Na siłę próbują udowodnić sobie i otoczeniu, że mają po prostu gorszy dzień i cokolwiek to jest - to na pewno nie jest choroba! Kaszel? Ależ skąd! Nawdychali się pyłu w pracy. Katar? Nieee!!! Weszli z podwórka do ciepłego pomieszczenia! Gorączka? To w pomieszczeniu jest za gorąco!
  • "Już czuję się lepiej". Panowie są świetni w wymyślaniu wymówek, by nie pójść do lekarza. A to piątek jest akurat - to przez weekend wyleżą. A to weekend i przychodnia nieczynna. A to wreszcie przychodzi poniedziałek i nie ma ich ulubionego lekarza. Wreszcie wtorek i już czują się świetnie. Powinni dodać, że świetnie jak na kogoś, kto ledwo wstał z łóżka i nie może mówić, bo ciągle kaszle. Z uporem maniaka powtarzają, że to już końcówka choroby i zdają się zupełnie nie zauważać, że jest coraz gorzej. Podobno umysł to potęga, jednak sam w sobie pewnych chorób nie wyleczy.
  • "Nikogo nie zarażam!". No oczywiście. Bo bakterie i wirusy dopadające męską część cywilizacji są zupełnie nieszkodliwe. Każdy mężczyzna ma swoje zarazki, które innych nie dopadają i innym krzywdy nie robią. Dziecko na pewno złapało katar w przedszkolu, a żona w pracy. Ale nie od niego!!! A gruszki rosną na wierzbie i smakują jak czereśnie...

Zapewne można tą listę jeszcze wydłużyć i poszerzyć rozwijając poszczególne zagadnienia. Bo temat jest obszerny i można by wypracowania pisać. Chciałam jednak pokrótce odpowiedzieć na pytanie: dlaczego...? i zasygnalizować najważniejsze problemy, z którymi trzeba się zmagać mając chorego mężczyznę w domu.

Naturalnie, kiedy uda nam się lubego skutecznie przekonać do wizyty u medyka, nie jest to jeszcze koniec kłopotów. Bowiem mężczyzna usłyszawszy od lekarza, że jednak coś mu dolega, traktuje to niemal jak wyrok śmierci i do choroby poważnie podchodzić zaczyna. Na krok z łóżka nie wstaje, zupy sobie nie odgrzeje i czuje się tak słaby, że nie jest w stanie samodzielnie zmienić koszulki. Pilot od telewizora musi leżeć w zasięgu jego dłoni i nawet lekarstwa trzeba mu podawać, sam bowiem łyżeczki z syropem nie utrzyma... Przy tym robi się marudny i na wszelki wypadek cały czas powtarza jak to On się źle czuje, żeby nikt o tym nie zapomniał i jak zdrowego Go nie potraktował...

Oczywiście od każdej reguły jest wyjątek, więc i tutaj takowe się zdarzają. Z przymrużeniem oka życzę wszystkim miłego popołudnia :)

Komentarze (25)
Relaks w kinie

Kino to jedno z tych miejsc, do których naprawdę lubię chodzić (tuż obok teatru, spotkań towarzyskich, parku lub lasu i jeszcze kilku innych miejsc). Powód jest co najmniej jeden: relaks. Kino pozwala mi zapomnieć o realiach życia codziennego, odrywa mnie od moich problemów, a czasem uświadamia, że nie ja jedna z problemami się borykam. Niektóre filmy bawią, inne uczą. Z każdego czerpię coś dla siebie. Naturalnie, mówię o sytuacjach, w których idę na film a nie do kina ;). Kto chadza w to miejsce zapewne zna różnicę - tłumaczyć nie będę. W każdym razie kino stwarza także możliwość do poobcowania z innymi ludźmi - nawet nieznajomymi.

Tak więc co jakiś czas udaję się do kina by poobcować z lepiej lub gorzej rozwiniętą kulturą. Filmy, które wybieram, należą do różnych kategorii. Począwszy od tych, na których można się śmiać a kończąc na tych, które ukradkiem wyciskają łzy. Ostatnio natomiast zachciało mi się "czegoś innego". Byłam tak spragniona wrażeń, że kiedy stanęłam w obliczu wyboru między kolejną komedią a inną komedią - odwróciłam się na pięcie mówiąc, że chcę iść na horror. Horrorów raczej nie oglądam i nie jest to gatunek, za którym przepadam. Ale życie trzeba sobie urozmaicać. No to sobie urozmaiciłam!!! Żeby samego wyboru było mało, wybrałam godzinę jak najbliżej północy, stwierdzając, że tak będzie ciekawiej. No rzeczywiście, było. Zafundowałam sobie taki seans, że długo go nie zapomnę!

Wyobraźcie sobie: pusta sala kinowa - tylko ja i mój towarzysz. Ciemno, ani żywej duszy dookoła. Godzina bardzo późna. I ten film. Film nie był krwawy. Przerażający - tylko momentami. Film przede wszystkim był obrzydliwy! Niektóre fragmenty, jak to w horrorze, przejaskrawione do tego stopnia, że można było się z nich śmiać. Ale było kilka scen, na których po prostu odwracałam głowę i wciskałam się w fotel, mimo, że do aż tak wrażliwych nie należę. Jakby tego było mało, w połowie filmu, kiedy byłam bliska opuszczenia sali kinowej, mój towarzysz postanowił, że wyjdzie na chwilę. Ot tak, przyszło mu do głowy, że to urozmaici mój wieczór. Kiedy mnie  o tym poinformował, oprócz ostrego sprzeciwu spotkał się z kurczowym naciskiem - moich dłoni na jego ramię. Nie jestem pewna, czy nie wbiłam się palcami zbyt mocno. Chyba nie, sądząc z tego jak się śmiał. Oczywiście śmiał się ze mnie...

Wychodząc z kina byłam blada i jeszcze przez dobrą chwilę nie mogłam dojść do siebie. A to czego najbardziej nie mogę sobie darować to fakt, że film wcale nie był jakiś wyjątkowy, ani nawet naprawdę straszny. Pierwszy raz zareagowałam tak na horror. I długo go nie zapomnę. Może to ta godzina i pusta sala kinowa? Może udzielił mi się nastrój chwili? Co najlepsze - mój towarzysz cały czas powtarza, że był nie na horrorze a na dobrej komedii, bo to co ja wyrabiałam podczas tego seansu zrobiło na nim większe wrażenie niż sam film....

Tak oto próbowałam zrelaksować się w kinie. Zachciało się babie horroru. No to dostała...

A skoro jesteśmy w obrębie filmu i kina, nie mogę się powstrzymać i tego nie napisać: podobno Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze. Taki artykuł przeczytałam wczoraj.  Zainteresowanych odsyłam do linku poniżej :

Avatar wywołuje depresję i myśli samobójcze

Ja, nawet z perspektywy czasu, żadnej depresji po obejrzeniu tego filmu u siebie nie dostrzegłam, a przecież należę (podobno) do osób podatnych. Tym bardziej nie stwierdziłam u siebie myśli samobójczych. Może dlatego, że bajka jest tylko bajką i trzeba o tym pamiętać...A może dlatego, że ja wcale nie postrzegam swojej rzeczywistości jako szarej i nudnej :).

Komentarze (11)
Życie to bajka z dobrym zakończeniem.

Większość z nas wychowano na bajkach. Wpajano nam, że dobro zawsze zwycięża zło, wtedy, kiedy jeszcze nie umieliśmy tych dwóch rzeczy odróżnić. Niektórzy nigdy nie pojęli różnicy. Dla niektórych dobro jest wtedy, kiedy oni mają rację. Dla niektórych dobro to taki stan, kiedy oni mają wszystko a inni nic. Dla niektórych dobro zwycięża tylko wtedy, gdy osiągną jakiś cel. I idą do niego po trupach- bo przecież to dobrze, bo przecież to oni muszą zwyciężać. Bo oni to ta dobra strona mocy. Bo mylą dobro ze szczęściem.

Inni już dawno zrozumieli, że dobro to prawda uniwersalna. Nie da się jej przeciągnąć na żadną stronę. Po prostu jest. Choć nie zawsze zgadza się z naszym światopoglądem. Dobro ogółu nie zawsze równa się naszemu dobru.

A wreszcie jeszcze inni przestali wierzyć w dobro. Na skutek życiowych doświadczeń, obarczeni bagażem niesprawiedliwości i żalu - wierzą, że zawsze wygrywa zło. Że prawda nigdy nie stanie po ich stronie. I nawet już nie starają się bronić swoich racji. Po co? Przecież i tak nic z tego nie wyjdzie. Bo życie to nie bajka.

I chociaż sama powinnam należeć do tej trzeciej grupy (może nawet przez chwilę tak było), to dziś uśmiecham się i mówię, że wierzę w dobre zakończenia. W każdej bajce bohater musi zmierzyć się z serią prób, niejednokrotnie podupada na duchu, ale walczy do samego końca. Nigdy nie przestaje wierzyć. A nawet, kiedy traci wiarę i nadzieję, z pomocą przychodzi mu los. Czasem dobra wróżka, czasem przyjaciele, czasem obca osoba. Czy nie tak dzieje się i w życiu? Kiedy już wydaje nam się, że kolejny cios nas złamie, że nie damy rady iść dalej - pojawia się ktoś, kto wszystko zmienia. Jedno jego słowo, gest, pomocna dłoń... I znów zaczynamy wierzyć podobnie jak bohater bajki. Podejmuje on wyzwanie po raz kolejny, by dotrwać do końca i uzyskać nagrodę, a przy okazji wynosi ze swoich przygód nagrodę najważniejszą - popełnia błędy i uczy się je naprawiać.

Tak samo jest w życiu. Przechodzimy próbę za próbą. Popełniamy błędy, naprawiamy je i popełniamy kolejne. Ale jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia. Silniejsi. Lepsi. Bo każda próba losu kształtuje nasz charakter. Życie to jednak bajka, tylko trochę bardziej skomplikowana. Bo w każdej bajce dobro zwycięża zło, choć nie każda bajka dobrze się kończy. Tą różnicę musimy pojąć i tego uczymy się całe życie.

Dostrzegłam tą różnicę całkiem niedawno. Cokolwiek robimy, prędzej czy później wyjdzie nam na dobre, choć nie zawsze jest to coś czego pragniemy. I wierzę w dobre zakończenia. Choć nie zawsze są to zakończenia szczęśliwe.

Komentarze (14)
Chcesz mieć dzieci? Licz kilogramy!

Tak często mówimy, że trzeba o siebie dbać. Na forach dyskusyjnych najczęściej podaje się za przyczynę walory estetyczne. Bo kobieta powinna dobrze wyglądać, dbać o sylwetkę, unikać zbędnych kilogramów, które są mało estetyczne. Za drugi powód podaje się przyczyny zdrowotne - ale dużo rzadziej. Małe dziewczynki chcą wyglądać jak super modelki głównie ze względu na to, że kojarzy im się  to ze sławą, bogactwem, i kilometrowymi kolejkami mężczyzn, którzy się do takich kobiet ustawiają. Czy to modelka czy aktorka - talia osy pozostaje wiecznie modna.

Tymczasem, jak się okazuje, dużo istotniejszy jest aspekt zdrowotny. Naukowcy z Australii odkryli bowiem, że prawidłowa waga jest jednym z istotnych kryteriów warunkujących zajście w ciążę i jej właściwy przebieg. Bez względu na to czy wyglądasz jak top modelka czy też walczysz z nadwagą - jeśli chcesz mieć dzieci - powinnaś liczyć kilogramy!

Podstawą badań było obliczenie współczynnika(wskaźnika) masy ciała dla każdej kobiety poddanej obserwacji. Wskaźnik masy ciała, BMI (ang. Body Mass Index) obliczamy dzieląc masę ciała (podaną w kg) przez wzrost w metrach podniesiony do kwadratu. Swój współczynnik BMI możesz obliczyć za pomocą odpowiednich kalkulatorów na jednej z poniższych stron:

1. kalkulator BMI

2. kalkulator BMI

3. kalkulator BMI

Możliwe wyniki dla wskaźnika BMI i jego znaczenie jest następujące:

Niedowaga < 18,5
Waga w normie 18,5 – 24,9
Nadwaga 25 – 29,9
Otyłość stopnia I 30 – 34,9
Otyłość stopnia II 35,00 - 39,99
Otyłość stopnia III >>40

źródło: www.kobieta.wp.pl

Jeśli Twój współczynnik BMI mieści się w normie - nie masz żadnych powodów do zmartwienia. Jeśli jednak przekracza on 30, a chcesz mieć dzieci - musisz zastanowić się nad redukcją wagi. Do takich wniosków doszli australijscy naukowcy. W dużym skrócie chodzi o zmiany jakie zachodzą w płynie pęcherzykowym komórek jajowych. W pacjentek otyłych zawierał on:

  • duże ilości tłuszczów z rodzaju trójglicerydów, które mogą zmieniać metabolizm komórki jajowej i utrudniać tworzenie zarodka;
  • związki powodujące procesy zapalne, które uszkadzają komórki;
  • insulinę i androgeny - hormony męskie.

Ponadto u kobiet otyłych stwierdza się podwyższone stężenie estrogenów we krwi, co może zaburzać owulację - hamuje ją. A bezowulacyjne cykle prowadzą do niepłodności. Podobnie ma się sprawa w przypadku chorób ginekologicznych, które współistnieją z otyłością, jak mięśniaki macicy czy PCO (zespół policystycznych jajników).Otyłość może również zmniejszać skuteczność tabletek antykoncepcyjnych.

Panie zainteresowane tematem odsyłam do następujących artykułów:

Wpływ nadwagi na przebieg ciąży i porodu

Otyłość szkodzi jajnikom

Otyłość i ciąża nie idą w parze

Jak wynika z badań, o sylwetkę i kondycję powinni zadbać także panowie, ponieważ otyłość i nadwaga mogą obniżać sprawność seksualną panów i produkcję plemników.

UWAGA: nie tylko panie z otyłością mogą mieć problem z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Jeśli Twój współczynnik BMI wskazuje, że masz niedowagę - ten problem może dotyczyć także Ciebie. Po pierwsze znaczna niedowaga może powodować zaburzenia hormonalne, brak miesiączki a w efekcie - trudności w zapłodnieniu. Po drugie noworodki pań z niedowagą często wykazują pewną niedojrzałość, rodzą się z mniejszą masą ciała, często muszą spędzić jakiś czas w inkubatorze. Panie zainteresowane tym problemem odsyłam tutaj:

Wpływ niedowagi na płodność oraz przebieg ciąży i porodu

Cóż, jak widać - tak źle i tak niedobrze. Źle jest posiadać nadliczbowe kilogramy, ale niedobrze również kiedy nam ich brakuje. W jednym i drugim przypadku bowiem, mogą pojawiać się trudności z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Tak więc nie pozostaje nam nic innego jak zachować zdrową równowagę. Zarówno w jedzeniu, jak i w stosowaniu diet należy zachować odpowiedni umiar. Kobieta powinna dbać o siebie i swoją sylwetkę, ale mimo wszystko powinna wyglądać jak kobieta, a nie jak wieszak na ubrania. Nawet natura się tego domaga.

Komentarze (10)
Czy starszemu naprawdę wszystko wolno?

Czy wraz z wiekiem nabywamy jakieś prawo do mówienia więcej niż wypada? Czy osoby w podeszłym wieku nabywają jakieś nowe prawo mówienia co myślą bez względu na konsekwencje? Nawet jeśli to bzdury i kłamstwa?

Nie wiem co się porobiło z tym dzisiejszym światem. A może zawsze tak było? Osobom w wieku podeszłym - przerażającej większości tych osób - wydaje się, że mogą wszystko! Mogą wszystko powiedzieć - nawet jeśli nie jest to zgodne z prawdą. Mogą obrażać najbliższych - bo na pewno będzie im wybaczone. Mogą mieć dziwaczne zachcianki - bo zostaną spełnione. Pytanie: czy to przychodzi z wiekiem, czy też to postawa społeczeństwa tak kształtuje ludzkie charaktery? Założę się, że wielu z Was słyszało: "No trudno, On/Ona ma już tyle lat". Widząc, że granica dla pewnych norm jest im przesuwana, wiele starszych osób zdaje się to wykorzystywać.

Co byście zrobili, gdyby się okazało, że Wasze dziecko rozpowiada kłamstwa na Wasz temat? Zapewne staralibyście się dojść przyczyny problemu. W końcu dziecko jeszcze nie rozumie do końca, co jest dobre a co złe, szuka granicy - co wolno, na ile może sobie pozwolić. A co zrobilibyście gdyby to osoba dojrzała i dorosła rozpowiadała na Wasz temat nieprawdziwe rzeczy? Oczywiście - staralibyście się to ukrócić. Pojawiłaby się złość i agresja. Bo dorosła osoba powinna umieć odróżnić dobro od zła. A co się dzieje kiedy oczernia Was - zdawałoby się - przemiła staruszka? Cóż również pojawia się złość. Ale problem jest szerszy - bo starszym wszyscy wierzą. Bo niby czemu starsza pani miałaby coś wymyślać? I niewiele można z tym zrobić.

Starsze panie mają ten dziwny sposób wypowiadania się o młodszych pokoleniach, sugerujący, że one znają życie i wiedzą lepiej. Owszem, znają życie - ale to, które same przeżyły. Wszystko zmienia się z biegiem czasu. Czy przetrwałyby, gdyby przyszło im żyć w naszych czasach? Trudno powiedzieć...Czy umiałyby się dostosować? Niektóre z nich...

Osoby starsze, to osoby, które generalnie powinno się otaczać szacunkiem, zrozumieniem, miłością. Jakże trudno jednak otoczyć szacunkiem i zrozumieniem kogoś, kto opowiada niestworzone rzeczy o naszym prywatnym życiu! Kto mąci, roznosi plotki, jątrzy... Czy celowo? Hmm... Może z nudy? A może, żeby zwrócić na siebie uwagę? A może chce dobrze, ale nie uznaje innych metod niż te ogólnie przyjęte za czasów młodości? Trudno powiedzieć... Wiem natomiast, że podeszły wiek nie może być usprawiedliwieniem dla wymyślanych kłamstw czy obrażania kogoś. Każda próba usprawiedliwienia takiego zachowania i przymknięcie na nie oka owocuje przesunięciem granicy. Pojawiają się kolejne kłamstwa. coraz ciekawsze, barwne, powodujące coraz więcej problemów. Więc jak myślicie? Czy wiek powinien wszystko tłumaczyć? Czy powinniśmy przymykać oczy? Czy może należy takie sytuacje od razu prostować? Może wtedy będzie ich mniej? Czy to wiek powoduje, że ludziom wydaje się, że mogą wszystko? Czy też to społeczeństwo kształtuje nas w ten sposób, że nabieramy przekonania o swojej nieomylności?

Komentarze (22)
1 | 2 | 3 |