iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

A gdyby rodzina zniknęła....

Posłusznie melduję się już z własnego domu :). Obok mój kubek z herbatą, przede mną mój kochany laptop, wszystko na swoim miejscu. Jedyne co nowe to to, że mnie połamało. Łamało tak kilka dni - zaczęło od barku i karku, a dziś połamało do reszty, wlazło gdzieś między łopatki i nie chce wyjść. No trudno się mówi.

Przeżyłam dziś rano horror znany z bajki (zabijcie - nie pamiętam tytułu). Budzę się rano, schodzę do kuchni - pusto. Zaglądam do pokoi - pusto! Wymiotło wszystkich czy jak? A dom powinien być dzisiaj pełen ludzi... W dodatku wszystko wygląda tak jakby jeszcze dwie minuty wcześniej tu byli.... W połowie dopita kawa, grające radio. Stoję i zastanawiam się - czy to mi się śni, czy to się dzieje naprawdę? Nawet uszczypnęłam się - trochę za mocno :/, bo zabolało. Wszystkie rzeczy widzę na swoich miejscach, i buty i okrycia wierzchnie - nic się nie zmieniło. Brakuje  tylko ludzi... Jeszcze bez paniki sięgam po telefon, dzwonię - brak sygnału.... Czy to ja zwariowałam??? Sprawa na szczęście szybko się wyjaśniła, w dość prosty sposób jak to zwykle bywa, ale co się przez te pół godziny nazastanawiałam to moje.

I tak sobie myślę teraz: co by było gdyby to moje życie potoczyło się inaczej, bez nich, bez tych wszystkich osób, które przy mnie były, bez prawdziwego domu, w którym dorastałam... Co by się stało gdyby to wszystko nagle zniknęło??? Znam ludzi, którzy odczuliby ogromną ulgę. Ucieszyliby się, że nie muszą się już niczym przejmować, tłumaczyć, kłócić, pamiętać o wszystkim i wszystkich. Znam takich, którzy byliby uszczęśliwieni taką sytuacją. Znam też takich, którzy nie chcieliby dalej żyć, bo rodzina jest dla nich sensem istnienia...

Ja na pewno NIE należę do pierwszego typu. Gdyby moi bliscy zniknęli czułabym się zagubiona, rozdarta, rozżalona. Bo wolność, o której niektórzy mówią w tym przypadku jest tylko pozorna. To wolność od obowiązków i problemów, które są naturalną częścią życia - nie będzie tych to będą inne. Ale czy tak naprawdę chcieliby się uwolnić także od ludzi, z którymi dzielą życie, radości i smutki??? Być może niektórzy.Większość - raczej nie. A ja na pewno nie. To droga, którą idziemy wszyscy wspólnie , to droga na dobre i na złe, w bogactwie, biedzie, kłopotach i szczęściu. Trochę brzmi jak przysięga małżeńska - ale czy nie tak właśnie powinno być?

Wiem, że rodziny bywają różne. Każda jedna ma swoje tajemnice i sekrety, którymi niechętnie dzieli się z innymi ludźmi, ale w rodzinie te sekrety są wszystkim znane. Spajają jej członków w jedno ogniwo, sprawiają, że w ten wyjątkowy sposób jesteśmy inni niż reszta. Jesteśmy jednością dzisiaj jutro zawsze na dobre i na złe.To jest właśnie rodzina.

Każdy o czymś marzy, ma w głowie jakiś model rodziny, który chciałby widzieć w rzeczywistości. Niektórzy dążą do tego by go zrealizować, inni nie. Dla mnie rodzina to ciepło. Dom. Ale nie budynek, tylko ludzie. Rodzina to ludzie, do których się wraca. Ludzie, o których się myśli. Ludzie, o których wiemy prawie wszystko. Ludzie, którzy mimo swoich wad są nam bliscy. Mimo tego, że czasem każdemu ciśnie się na usta "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu i to po środku, żeby nie wycięli", mimo, że zdarzają się kłótnie, nawet o drobiazgi, to jest to zawsze część naszego życia. Duża część. Czy chiałabym aby ta część zniknęła? NIGDY! Kiedy los rzucił mnie daleko od domu, te wszystkie niedoskonałości przestały się liczyć. Ważne było to, że Ci ludzie są. Może gdzieś tam daleko, ale myślą i tęsknią.

Często zapominamy o tym co czyni nas rodziną. Przedkładamy sprawy materialne nad duchowe. Martwimy się o pieniądze. Przytłaczają nas problemy. Ale najważniejsze jest to, że jesteśmy...

Moje życie bez rodziny byłoby zupełnie inne. A ja nie byłabym sobą. Może źle to określiłam. Po prostu nie byłabym tą osobą, którą jestem dzisiaj. Może byłabym teraz w zupełnie innym miejscu na Ziemi. Może zajmowałabym się czymś zupełnie innym. Może nie byłoby mnie tu wcale....Może... Ale jestem i są moi bliscy. I tylko to się liczy. Mam swój rozum, popełniam swoje błędy, które oni czasem akceptują, a czasem nie. Ale nie zmienia to faktu, że jestem częścią tej rodziny, należę do niej i tak będzie już zawsze.

Nie znam takiej rodziny, która byłaby idealna :). Nie znam takiej, która w pełni odpowiadałaby obrazowi, który mam w głowie. Ale znam takie, w których mimo wiecznego niedoboru środków finansowych i łatania dziur w domowym budżecie - panuje harmonia, spokój i rodzinne ciepło. Takich rodzin życzę sobie i Wam. Abyśmy zawsze umieli dostrzec to, co najważniejsze...

Komentarze (22)
Niewinna tylko kiedy śpię ;)

Ciemno wszędzie, cicho wszędzie... Co to będzie, co to będzie??? oczywiście noc będzie, a właściwie już jest :))).

Melduję się posłusznie wszystkim obecnym. Wciąż nie u siebie, lecz na wyjeździe. Świat okazał się całkiem cywilizowany - podobnie jak ja ma dostęp do internetu :). Toteż korzystając z okazji, że nikt nie patrzy i że akurat jestem zupełnie sama (jak to się stało nie wiem do dziś ;P), zakradłam się na chwilę do komputera tą późną porą.

Podobno to godzina duchów (właśnie minęła północ), ale jakoś żadnego ducha nie widzę - ani żywego ani tym bardziej martwego, który chciałby mnie nawiedzić. Te, które nie chcą, chowają sie po kątach i bardzo dobrze. Chwała im za to - wiedzą, że nie warto drażnić lwa. A jestem dzisiaj jak lew. Lwica. No dobrze - lwiątko....Oj już dobrze, dobrze - przyznaję się bez bicia - jak domowy kotek, który tylko pokazuje pazurki w czasie zabawy. Ale nawet taki kot potrafi nieźle podrapać. A zadane rany długo się potem goją, czasem paskudzą i mija wiele czasu zanim ślady po nich znikną...

Nie wszystko co wygląda niewinnie rzeczywiście takie jest. Słynne powiedzenie "Cicha woda brzegi rwie" zawiera w sobie złotą prawdę. Czasem zaczyna kierować nami taka siła, której w żaden sposób nie jesteśmy w stanie wyjaśnić ani nad nią zapanować. Czasem nie potrafimy jej nawet zrozumieć. Nie staramy się, nie chcemy... Ona po prostu jest i dajemy się jej ponieść. Z małego kotka zmieniamy się w tygrysa, ze spokojnej osoby w bestię, z łagodnego baranka w wilka (bez obrazy Baranku ;P). Czy to źle? Trudno udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Taka potężna siła, której nie umiemy kontrolować też ją musi mieć. Czy warto jej szukać? A może wystarczy się jej poddać i poczekać aż życie samo przyniesie odpowiedź? Pytanie czy w takim przypadku bilans zysków i strat okaże się dla wszystkich dodatni lub chociaż zerowy... Pewnie nie. Zawsze ktoś musi być stratny. Czy wolno nam się wtedy kierować swoim zyskiem a cudzą stratą?

Niewinność jak widać to także pojęcie względne. Zresztą czy na tym świecie jest jeszcze coś bezwzględnego poza życiem i ludźmi? Czasem jesteśmy owcami, czasem wilkami, a czasem działamy w przebraniu. I kiedy przychodzi moment próby, podobnie jak inni zastanawiamy się nad tym czy jesteśmy tylko owcą w przebraniu wilka czy może zawsze byliśmy wilkiem w owczej skórze...

I tym optymistycznym akcentem :) zakończę dzisiejsze bajanie. Kolorowych snów wszystkim życzę. A najbardziej tym, którzy nie wiedzą w czyjej skórze się teraz znajdują ;P.

Następny wpis prawdopodobnie dopiero z domu :).

Komentarze (8)
Intuicja prawdę Ci powie...

Czy zdarzyło Wam się WIEDZIEĆ o czymś, zanim zostało Wam powiedziane? Czuć, że coś ma miejsce, kiedy nie ma jeszcze żadnych symptomów? Mnie się zdarza bardzo często...

Wyobraźcie sobie sytuację, w której spotykacie się z kimś. Mówicie "ideał", choć podobno takich nie ma. Wszystko pasuje. Wszystkie elementy układanki idealnie wskakują na swoje miejsce, tak jakbyście znali się od dawna. Jest dobrze, jest pięknie, sielanka trwa. I jest tylko jedno "ale". Nie możecie się odblokować i zaangażować w pełni. "Coś" bliżej nie określone - bardzo Wam przeszkadza. Nie umiecie powiedzieć co to jest. Zaczynacie czuć frustrację. Bo oto przed Wami człowiek jakiego szukaliście tyle czasu - a Wy? Zamiast poddać się uczuciu stoicie z boku, ostrożnie przyglądając się sytuacji. Oczywiście wszystko składacie na karb minionych wydarzeń i przeszłych doświadczeń. Tłumaczycie sobie uparcie, że to zabliźnione lub jeszcze świeże rany na sercu nie pozwalają skoczyć w ten ogień. Mijają dni. Spotkanej osobie nie można nic zarzucić. Nic. Między Wami panuje harmoniczna równowaga. Jest tak jak powinno być. Tylko wciąż to wrażenie, że czegoś jeszcze brak, że coś jeszcze nie pasuje...I wciąż nie możecie się zaangażować. Opieracie się, zaczynacie uciekać. Bez powodu. Coś uwiera Was w myślach i nie potraficie sprecyzować co. Te myśli krystalizują się, ale to co przychodzi do głowy uważacie za absurdalne i odrzucacie daleko. Wreszcie przychodzi czas na poważną rozmowę, która wyjaśnia wszystko. Słuchacie, a na jaw wychodzi sekret, który przeszkadzał tyle czasu. Był zanim uświadomiliście sobie jego istnienie. Słuchacie i macie w pewnym momencie ochotę krzyknąć "WIEDZIAŁAM/-EM!!!". Wiedziałam, zanim zostało mi powiedziane...

Jak to nazwać? Telepatią? Intuicją? Wolę to drugie słowo. Intuicja często podpowiada dobrze, tylko rzadko jej słuchamy. Tłamsimy ten wewnętrzny głos i nie pozwalamy mu o niczym decydować. Dopiero po jakimś czasie mówimy - "czułem, że tak będzie!". No właśnie, czułem, ale nic z tym nie zrobiłem. Tak często mówimy sobie, że coś nam się wydaje, że nie jest prawdziwe, że to tylko nasza wyobraźnia... A prawda jest taka, że każdy z nas gdzieś w sobie nosi siłę zwaną intuicją. Ona nigdy nie podpowiada źle. Jeśli podpowiada źle - to nie była intuicja. Intuicja zawsze podpowiada dobrze, tylko czasem zbyt cicho. I ktoś kto nie jest przyzwyczajony by jej słuchać, może nie dosłyszeć...

Dlatego otwórzmy serca i słuchajmy tego wewnętrznego głosu....

P.S. nieobecna do wtorku lub czwartku - wyjeżdżam :) zamelduję się po powrocie. Bądźcie niegrzeczni - ale nie róbcie tego czego ja bym nie zrobiła :)))

Komentarze (7)
Łatwiej jeździć w małym czy w dużym mieście?

Kilka dni temu między mną a moimi znajomymi wywiązała się dyskusja na temat tego gdzie jeździ się łatwiej - w dużym czy w małym mieście. Oczywiście oni twardo obstawiali, że w małych miasteczkach jeździ się łatwiej. Ja twierdziłam coś przeciwnego. Oczywiście moja opinia nie została potraktowana serio, jako że jestem początkującym kierowcą, a nawet jeszcze nie kierowcą. Wczoraj temat powrócił i - o dziwo - przyznano mi rację.

Wcześniej moi znajomi argumentowali swoje stanowisko tym, że w dużych miastach ruch jest większy, skrzyżowania większe itd. Ja natomiast twierdzę, że w dużych miastach ludzie BARDZIEJ przestrzegają przepisów. Jest sygnalizacja świetlna, która w dużej mierze ułatwia poruszanie się po drogach. Piesi trzymają się przejść dla pieszych. A w małym miasteczku? Ludzie robią co chcą. Przepisy dawno umarły śmiercią naturalną. I panuje prawo dżungli. Piesi przechodzą gdzie chcą i kiedy chcą. Potrafią iść środkiem jezdni, nie zważając na to że chodnik znajduje się metr dalej. Rowerzysta zamiast jechać drogą przeznaczoną dla rowerów - naturalnie wybiera jezdnię. Każdy uważa że jeździ najlepiej. A znaki - jakie znaki??? Miasteczko o którym myślę jest fatalnie oznakowane - tzn. znaków jest dużo, ale część z nich stoi bez sensu. A większość przepisów jest łamana od zawsze.

Wczoraj moi  znajomi przyznali mi w tej kwestii rację, mieli bowiem okazję pojeździć po wspomnianym miasteczku. Wrócili z tej podróży jako kłębek nerwów.

Może jestem bardziej wyczulona na pewne kwestie,bo dopiero zaczynam jeździć i dostrzegam trudności o wiele łatwiej. Ale pozostanę przy swoim twierdzeniu. A Wy - jak myślicie? Gdzie jeździ się łatwiej - w małym czy w dużym mieście?

Komentarze (11)
Wyjątki od reguły?

Widzę, że temat pociągów i podróży wciąż jeszcze przewija się na blogu. A u mnie podróż prawie dzień w dzień. Więcej mnie nie ma niż jestem, a tam gdzie jestem też tylko bywam, bo zaraz biegnę dalej. Dzisiaj wpis o bardzo miłym zdarzeniu.

Wracając do domu busem byłam świadkiem bardzo miłej sytuacji. Sytuacji, która powinna być normalna i nie powinna nikogo dziwić, a jednak byłam nią naprawdę przyjemnie zaskoczona. Na jednym z przystanków wsiadło kilkanaście osób w wieku, który określiłabym jako "młodzież szkolna". Ta młodzież szkolna była chyba starsza niż młodsza, czyli bardziej licealna niż gimnazjalna, ale głowy dać nie mogę. W każdym razie rozsiedli się wygodnie na wolnych miejscach. Spodziewałam się hałasów, przekleństw - bo zdarzyło mi się już podróżować z osobami w tym wieku i podobnej grupie. Tym razem jednak panowała wyjątkowo kulturalna cisza. Na kolejnym przystanku wsiadły dwie starsze panie. Wszystkie miejsca były zajęte. I tu wspomniana młodzież szkolna zszokowała mnie zupełnie - bo kilka osób zerwało się, by ustąpić miejsca wsiadającym. Panie mówiły, że nie trzeba, że one tylko na chwilę, ale młodzi okazali się w tym względzie wyjątkowo uparci. Tak więc panie mogły sobie spocząć.

Biorąc pod uwagę wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia z młodzieżą w tym właśnie wieku i w podróży - byłam bardzo mile zaskoczona postawą wspomnianych osób. Muszę  przyznać, że teraz zdarza się to bardzo rzadko. Ale może jednak jest jeszcze nadzieja na lepsze jutro :).

Druga sytuacja, w której uczestniczyłam nie była już taka miła. Miała miejsce kilka godzin wcześniej. Młoda mama z dzieckiem w wózku próbowała wejść do sklepu. Ale żeby to zrobić musiała zejść po kilkunastu (może więcej) stopniach w dół. Obserwowałam to wszystko stojąc w kolejce do kasy. Wyobraźcie sobie przed dobrych 5-10 minut NIKT tej kobiecie nie pomógł. Niektórzy wręcz irytowali się, że stoi im na drodze, ale nikt się nie domyślił, żeby pomóc. Nie wiem, czy ta kobieta prosiła o pomoc, bo nie słyszałam, ale czy pomaga się tylko wtedy gdy ktoś o to poprosi??? Kiedy już wydostałam się z kolejki i wychodziłam ze sklepu, zapytałam Ją czy pomóc. Nie macie pojęcia jak Ona się ucieszyła. Wystarczyło tylko pomóc znieść wózek, który wcale nie był ciężki. A jakie to było miłe "dziękuję" - poprawiło mi nastrój na cały dzień.

Jak to jest, że nie zauważamy ludzi obok? Nie widzimy ich problemów, trudności? A może tak bardzo wszyscy próbujemy wtopić się  w tłum, że wszelkie zachowania wyróżniające nas na chwilę są nie do przyjęcia? Cieszę się, że mogłam pomóc. Dla mnie mała rzecz - a dla kogoś być może znacznie większa. Ludzie rozstąpili się na boki jakbyśmy co najmniej ładunek wybuchowy znosiły. Nie potrafię tego zrozumieć. Ale wiecie co? Późniejsze podziękowanie mamy i promienny uśmiech małej dziewczynki siedzącej w wózku wynagrodziły mi wszystko.

Baśniowego wieczoru życzę :)))

Komentarze (12)
Tragedie życia codziennego

I znów mamy żałobę narodową. Zdaje się, że prezydent K. pragnie przejść do historii jako ten, który ustanawiał ją najczęściej. A może to taki chwyt mający uzmysławiać nam szarym ludziom ileż to tragedii przeżył kraj podczas jego prezydentury - a on sobie z tym poradził? Zwał jak zwał. Nie lubię żerowania na ludzkiej tragedii. A ustanawianie żałoby narodowej ma najwyraźniej za zadanie przysporzenie naszej głowie państwa popularności i zapewnienie mu poparcia. Obraz prezydenta pełnego współczucia i pogrążonego w żałobie - to tylko chwyt marketingowy, na który powinniśmy się nabrać. Proszę bardzo - nie pierwszy taki, nie ostatni, ale wykorzystywanie do tego celu tragedii ludzkiej i rodzin uważam za mało etyczne. Choć jest to bardzo powszechne...

Tymczasem w Polsce dzieją się inne rzeczy, które mogą skończyć się tragedią wielu ludzi - i nikt z tym nic nie robi. Wszak nie tylko śmierć jest tragedią. Także niemożność posiadania dzieci. Tragedią jest patrzeć jak ktoś umiera, bo nie stać nas na leki dla tej osoby. Albo NFZ nie chce zrefundować czyjegoś leczenia w szpitalu. Tragedią jest, gdy ludzie, których nie stać na prywatne leczenie, umierają czekając miesiącami w kolejkach do specjalistów. Tak wielu chorobom udałoby się zapobiec i tak wielu tragediom. Tragedie dzieją się każdego dnia. To tragedie zwykłych ludzi, jak Ty, jak ja... I możnaby im zapobiec, gdyby osoby mające władzę naprawdę się tymi tragediami zainteresowały, zamiast liczyć na rozgłos za sprawą śmierci grupy ciężko pracujących ludzi... To państwo jest z jego obywatelami tylko po śmierci. Po śmierci każdy z nas może stać się dla władz ważny o ile uda się coś na takiej śmierci ugrać. A przed? Przed śmiercią jesteśmy tylko grupą wyborców, którzy mogą zapewnić poparcie. Nie liczą się nasze potrzeby - tylko nasze głosy...

Komentarze (12)
Obietnica nie daje gwarancji, że coś się zmieni...

"Zmienię się!" - pada obietnica. Jak często słyszeliście to w życiu? Zapewne tak często, jak często przebywaliście z ludźmi składającymi obietnice bez pokrycia. Tacy ludzie "zmieniają się" średnio kilkanaście razy do roku, a tak naprawdę - wcale. Jeśli ktoś od pół roku obiecuje Wam tą samą zmianę - to prawdopodobnie nic się już nie zmieni... Zawsze będą tylko te obietnice i słowa. Nic więcej... Oczywiście zdarzają się wyjątki, które potwierdzają regułę. Ale jest ich niewiele.

Zmiany możliwe są w dwóch przypadkach. Po pierwsze zmieniamy się na skutek kolei zdarzeń. Zmienia nas życie, to co ze sobą niesie, zmieniają nas doświadczenia. Takie zmiany zostają na długo, a czasem już na zawsze. Bo podłoże zmian jest bardzo głębokie i zachodzi poniekąd z wyłączeniem naszej woli. Podkreślam to "poniekąd". Po drugie zmiany mogą (ale tylko mogą, a nie muszą) w nas zajść jeśli sami bardzo tego chcemy i wypracujemy je. Chciałabym zauważyć, że kiedy mówi się o zmianie - powinna być ona trwała. Zmiana zachowania na tydzień czy dwa żadną zmianą charakteru nie jest. To tylko etap przeczekania, pilnowania się. Jeśli po tych dwóch tygodniach wracamy do starych nawyków - to znaczy, że żadna zmiana w nas nie zaszła. Na prawdziwą zmianę trzeba pracować długo i intensywnie.... I przede wszystkim - gorąco trzeba takiej zmiany chcieć. Jeśli ktoś nie chce, nic się nie zmieni. Żadna obietnica i słowa tego nie zmienią.

Więc kiedy słyszę entuzjastyczne "zmienię się!" - tylko kiwam głową, unoszę jedną brew i w duchu powtarzam sobie, że to już wcześniej było. Tydzień wcześniej, dwa, trzy.. Padły te same słowa i nic się nie zmieniło. Po trzech miesiącach już nawet przestaję tego słuchać, a po pół roku myślę serio o tym, że to chyba ja powinnam coś zmienić...

Czy ktoś kto tak łatwo składa obietnicę - potrafi jej dotrzymać? Chyba bardzo rzadko. Jeśli ja chcę coś zmienić - po prostu to robię, wprowadzam w czyn. Nie obiecuję, że coś się zmieni. Tak samo jak nie mogę nikomu obiecać, że nigdy się nie zmienię. To byłaby obietnica bez pokrycia bo życie zmienia nas każdego dnia. A ja nie składam obietnic bez pokrycia...

Komentarze (6)
Pociąg zwany Życiem

Życie jest jak podróż pociągiem. Na pewno słyszeliście to wiele razy. Od siebie dodałabym, że ten pociąg rzadko zwalnia i mija po drodze wiele stacji. Nie mamy zbyt wielkiego wyboru. Z chwilą narodzin wsiadamy na stacji ŻYCIE i nasz pociąg rusza. Zanim dotrze do stacji końcowej, mija po drodze wiele innych - dobrych i złych, ciekawych i mniej ciekawych. Każdy ma swój pociąg i przemierza stacje w różnych odstępach czasu. Nie można przewidzieć kolejnych etapów tej podróży. Dlatego właśnie jest ona taka porywająca, urzeka mistyką i tajemnicami, podbija nasze serca nadziejami, sprawia, że to co wydawało się niemożliwe nagle okazuje się być w zasięgu ręki. Wystarczy wyciągnąć wtedy dłoń i schwycić szansę - może tą jedną na milion...

Zdarza się, że mamy ochotę z takiego pociągu uciec. Wyskoczyć, zanim zatrzyma się na którejś ze stacji. Próbujemy czasem uciec przed życiem i od życia, bo wydaje nam się, że to co ze sobą niesie jest nie do udźwignięcia. Że to ponad nasze siły. Wydaje nam się, że wystarczy otworzyć drzwi i skoczyć, bo to najlepsze rozwiązanie. Ale ucieczka nigdy nie stanowi dobrego rozwiązania problemów. Ucieczka tylko pogarsza obraz sytuacji, podbudowuje wątpliwości, zabija wiarę w to, że jutro będzie lepiej. Zamyka nas w kręgu pytań bez odpowiedzi. Odpowiedzi, których nie znamy lub nie chcemy znać.

W czasie podróży do naszego pociągu wsiadają inni ludzie. Przynoszą ze sobą radości i smutki. Przynoszą zaufanie bądź wątpliwości. Niektórzy wsiadają na stacji RODZINA, inni PRZYJAŹŃ. Jeszcze inni są tylko przypadkowymi towarzyszami podróży. Ci, którzy wsiadają na stacji MIŁOŚĆ, często opuszczają nas na stacji ZDRADA lub OBOJĘTNOŚĆ. Ale to, że ktoś opuszcza nasz pociąg i kończy podróż nie oznacza, że nasza podróż również dobiega końca. Nasza podróż trwa. I nie wolno nam z niej rezygnować tylko dlatego że ktoś postanowił odejść lub przesiąść się do innego pociągu. Nie wolno nam wyskakiwać z pociągu i rezygnować z życia, bo nigdy nie wiadomo jaka będzie następna stacja...

Ci, którzy wybierają ucieczkę, ale nie w jej skrajnej postaci - czyli ci, którzy nie targają się na własne życie wyskakując z jadącego pociągu - próbują często tę podróż przespać. Nie wysiadają na żadnej ze stacji, nie podchodzą do drzwi i nie nawiązują żadnych nowych znajomości. Ludzie wsiadają i wysiadają a oni pozostają w swoim przedziale, obojętni na to co dzieje się tuż obok... A kiedy dojeżdżają do stacji końcowej zaczynają żałować, że nigdy nie sprawdzili kto podróżował w przedziale obok.

Są też tacy, którzy czekają aż ktoś otworzy drzwi ich przedziału i wyciągnie do nich rękę... Ale tak naprawdę dopóki sami nie wyjdą innym naprzeciw, niewiele może się zdarzyć.

Dlatego podróżując pociągiem zwanym ŻYCIE, nigdy nie wolno się poddawać ani tracić nadziei. Nie warto chować się i uciekać od tego przez co i tak musimy przejść. Lepiej usiąść przy oknie, patrzeć na roziskrzone kolorami niebo i trawy, odnaleźć w nich spokój i harmonię. Bo może tuż za zakrętem czeka na nas stacja SZCZĘŚCIE...

Komentarze (19)
Z ostatniej chwili

Wieczorową porą (ale nie brunet i nie brunetka;P) postanowiłam choć na chwilę zajrzeć na mojego bloga. Tydzień mam pełen niespodzianek i emocji, w rozjazdach, nie mam czasu spokojnie usiąść ani poczytać, że nie wspomnę o pisaniu.

Przede wszystkim jeżdżę. Zaczęłam część praktyczną mojego kursu na prawo jazdy. Jak jest? Już lepiej :). Pierwsza jazda wydawała mi się drogą przez mękę, nic nie pamiętałam, myliłam się i próbowałam dostosować prędkość myślenia do prędkości na drodze. Chciałam zrobić odwrotnie ale wtedy utrudniałabym innym ruch. Tak więc z paniką w oczach i duszą na ramieniu jeździłam modląc się po cichu by ze wszystkim zdążyć. Ale na drugą jazdę poszłam już bardzo spokojna. Okazało się nagle, że prędkość która wydawała mi się taka ogromna wcale nie jest jakaś nadzwyczajna. Wręcz przeciwnie. A dziś pod okiem instruktora przejechałam się z mojej miejscowości do miasta, w którym znajduje się ośrodek egzaminacyjny. Co będzie dalej - zobaczymy :).

Wiadomość dla Pantery: zamówiony deszcz dotarł do mnie dziś rano, a w gratisie nawet mgłę dostałam... ;P

K. chyba sam nie wie o co Mu chodzi. Najpierw mnie ignoruje, wysyła dziwne wiadomości, obraża, potem przeprasza i się kaja, a dziś znów mnie kocha. Już przestałam zwracać uwagę, bo nie jestem w stanie za Nim nadążyć. Nawet już nie staram się Go rozumieć tylko przyjmuję do wiadomości kolejne formy jego relacji ze mną. Dopóki nie sprawia mi bólu i nie zakłóca mojego normalnego trybu życia - nie reaguję. On sam musi się z tym uporać. Wszelkie próby interwencji kończyły się awanturami. Toteż po prostu nie zwracam już uwagi. Może za jakiś czas sam się jakoś określi i zdecyduje na jedną wersję wydarzeń. A może wreszcie przyjmie do wiadomości fakt, że ja nie czuję do Niego tego co On do mnie.

No i wreszcie ja - postanowiłam dać jeszcze jedną szansę życiu i sobie... Nie wiem co będzie dalej, ale na razie szeroko się uśmiecham :).

Tyle wydarzeń z ostatniego tygodnia. Ciąg dalszy wkrótce nastąpi, jak tylko wydrę trochę czasu dla siebie... Póki co - pociąg pędzi a ja jestem w środku. Ktoś mi mądrze powiedział, że nie wolno wyskakiwać z jadącego pociągu :). Toteż czekam aż zatrzyma się na kolejnej stacji i umieram z ciekawości co to będzie za stacja i co tam na mnie czeka... :)

Miłego wieczoru i tęczowych snów :)

Komentarze (10)
Historii przyjaciela ciąg dalszy...

Historii przyjaciela ciąg dalszy nastąpił. Wyobraźcie sobie - K. który jeszcze niedawno twierdził, że jest we mnie tak rozpaczliwie zakochany, zdążył już zmienić zdanie. Nie, nie na lepsze. Nie wróciliśmy do tego co było. Dzisiaj K. mi ogłosił, że mam się od Niego odczepić (że niby ja, wyobraźcie sobie...), że Go nudzę i nie ma ochoty ze mną gadać. Był niegrzeczny, opryskliwy i w ogóle nie dało się z Nim rozmawiać. Zachował się tak jakbym to ja męczyła Go irytującymi telefonami tyle czasu, jakbym to ja zrobiła Mu krzywdę. Aaaaaaaaa - zapomniałam dodać, że K. nie chce mnie znać i ogłosił, że mam się do Niego nie odzywać. Oczywiście to wszystko moja wina. Ale ja nie poczułam się winna. Było mi tylko cholernie przykro.

Wiem - ja wiem, że to nie on tylko ten żal przez Niego przemawia. Ale co On chciał w ten sposób osiągnąć? Agresja wywołuje u mnie agresję tuż po tym jak wyczerpie mi się cierpliwość. A tej teraz jakby mniej. A może nawet dużo mniej. Bo zdrowo została nadszarpnięta ostatnimi czasy przez różne ciekawe osobowości...

Po czym - K. zmienił ton, przeprosił mnie i już. Wiecie co? Jeśli kiedyś zrozumiem zachowanie jakiegoś faceta - partnera albo przyjaciela albo chociaż kolegę, to napiszę petycję z prośbą o ustalenie tego dnia święta narodowego. I takie święto powinno trwać przynajmniej tydzień.

A dziś będę w podróży i w biegu. Zamówiona pogoda widzę jest :). Więc odreaguję sobie gdzieś w drodze. Żeby mnie szlag nie trafił do końca.

Komentarze (11)
1 | 2 |