iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Jedenaste przykazanie: kobiety o wiek nie pytaj!

Od najmłodszych lat słyszałam wokół siebie szepty i głośne zakazy. "Kobiety nie pyta się o wiek". Kiedy miałam lat kilka - sensu to dla mnie nie miało. Z biegiem lat zaczęło nabierać jasności, choć wciąż jestem w takim wieku, do którego śmiało się przyznaję i nie widzę powodu, by go ukrywać. Być może z biegiem lat mi się to zmieni i wtedy zasłyszane zdanie nabierze wreszcie pełnego sensu i brzmienia. Póki co, nie gniewam się na nikogo kiedy zada mi to niegrzeczne pytanie, ale wykorzystuję to przeciwko osobie pytającej. No przyznam się już - trochę bawię się kosztem takiej osoby.

Zauważyłam, że jest kilka typów osób zadających to niezręczne pytanie. Pierwszy typ to taki, który pyta bez ogródek, bez zająknięcia, który w swej bezpośredniości przekracza granice taktu w ramach zainteresowania drugą osobą. Typ drugi to typ nieokrzesany (może nie zna tej złotej zasady dotyczącej wieku kobiety?), który potrafi przy wszystkich wypalić głośne "Ile masz lat?", nawet do pani po sześćdziesiątce i nie zważa na jęki i posykiwania otoczenia ani rozpaloną do czerwoności twarz adresatki tegoż prostego wydawałoby się pytania. Typ trzeci to taki, który zna zasadę, ale ciekawość bierze górę i zanim popełni nietakt uprzedza go nieśmiałym "Może nie powinienem pytać, ale...".  Typ czwarty to taki, który w życiu sam nie zapyta, będzie się domyślał lub wypytywał wszystkich dokoła - znajomych tejże pani, rodzinę, przyjaciół.

Co jakiś czas i mnie zadawane jest to pytanie. Wtedy szybko dopasowuję pytającego do któregoś z wyżej wymienionych typów. Wykorzystuję to, iż popełnił on nietakt i odbijam piłeczkę: "A na ile wyglądam?" (choć pytaniem na pytanie się nie odpowiada :P ). Wyraz zmieszania na większości twarzy, może lekkiego wstydu - wynagradza mi wszystko inne. Niektórzy bronią się przed udzieleniem odpowiedzi jak lwy. No bo co jak pomylą się nie w tą stronę i dadzą więcej niż wypada, więcej niż takowa kobieta faktycznie tych wiosen przeżyła? Wtedy nietakt będzie jeszcze większy. Więc inteligentnie odpowiadają "Nie mam pojęcia, nie podejmuję się odpowiedzenia na to pytanie". Cóż, wówczas i ja "nie podejmuję się" odpowiedzi na pytanie o wiek. Ale co odważniejsi próbują zgadywać. Zwykle pierwszą odpowiedź zaniżają o kilka lat (na wszelki wypadek). Np. kobieta wygląda im na trzydzieści parę lat. Dla bezpieczeństwa podają więc liczbę 30. Dopiero druga odpowiedź jest zwykle tą prawdziwą, którą ktoś tam sobie w głowie zanotował.

A dlaczego kobiet się o wiek nie pyta? Bo wszystkie kobiety chcą się czuć  wiecznie młode i wszelkie pytania naruszające to łagodne przekonanie - są nietaktem, pozbawiającym złudzeń i marzeń. A więc panowie - traktujcie nas tak jakby czas stanął dla nas w miejscu. Dla Was istnieje jedenaste przykazanie: Kobiety o wiek nie pytaj! (bo zemści się to na Tobie podwójnie). Choć niektórzy powiadają, że kobieta jest jak wino - im starsze tym lepsze, bo nabiera mocy ;P.

Komentarze (14)
Do domu

DO DOMU

Jak ptak niosę w dłoniach
źdźbła suszonej trawy
splatam je w warkocze
całkiem nowych twarzy
układam na stosy
żółte i zielone
oddzielam myślami
świeże i suszone
zbieram glinę zdarzeń
w piecu słów wypalam
niech się łączą w zdania
wina w czystych dzbanach
codzienności imię
wyrwę z krwistych szponów
zacznę splatać gniazdo
taka myśl o domu

jak ptak płynący w chmurach
wraca wciąż na ziemię
będę wracać do domu
wracać do Ciebie

(marzec 2004)

Komentarze (6)
Zbliża się koniec... Powiedzieć czy nie powiedzieć?

Jak powiedzieć komuś bliskiemu, że umiera? Powiedzieć czy nie powiedzieć? Przygotować go na to czy nie? A może kłamać? Co byście wybrali?

Widzę, że ostatnio na blogu zrobiło się jakoś "medycznie" i w zasadzie mój dzisiejszy wpis poniekąd także taki będzie. A może nie tyle będzie dotyczył medycyny, co etyki i relacji międzyludzkich...

Od wielu lat obserwuję pewien niezmienny stan rzeczy. Jak nam Kasia dzisiaj ładnie opisała - jako pacjenci mamy prawo do informacji na temat stanu naszego zdrowia i do wskazania osoby, której ta informacja będzie udzielana. W rzeczywistości jednak najczęściej jest tak, że o stanie zdrowia pacjenta  informowana jest rodzina, a sam pacjent nie wie nic. Może nie jest to regułą, ale widywałam to nader często. Zwłaszcza w przypadku osób chorych nieuleczalnie. Były to osoby dorosłe, które mogły świadomie o sobie decydować - a jednak nie decydowały, nie wiedziały nawet, co tak naprawdę się z nimi dzieje.

A rodzina? Rodzina utwierdzała te osoby w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, jeszcze kilka badań, zabiegów. No bo jak powiedzieć komuś kogo się kocha, że właśnie umiera i niewiele można już dla niego zrobić?! Może to obawa przed tym, że chory po poznaniu prawdy zwyczajnie się podda? A może po prostu nieumiejętność dobrania słów w tak trudnym i bolesnym momencie...

Gdyby to o mnie chodziło - zdecydowanie wolałabym wiedzieć, że czas się kończy. Nie po to by się poddać czy pozamykać swoje sprawy jak mawiają niektórzy. Ale po to by jeszcze walczyć. A jeśli walczyć - to trzeba wiedzieć z czym ma się do czynienia, czego można się spodziewać, oczekiwać... Życie potrafi zaskakiwać a pozytywne nastawienie czasem (bardzo rzadko, ale jednak) potrafi zdziałać cuda. 

Tak, ja wolałabym wiedzieć. Ale wiem też, że gdybym kiedykolwiek znalazła się w takiej sytuacji - nikt z mojej rodziny nie przekazałby mi takiej informacji. Próbowaliby to przede mną ukrywać, składaliby mi obietnice powrotu do zdrowia... Tak, wiem, że na niektóych to działa lepiej, a prawda mogłaby spowodować kompletne załamanie. Ale czy nie wydaje Wam się, że osoba nieuleczalnie chora i tak wie, że umiera? Czyta to z twarzy najbliższych, z ich zachowania i półsłówek. Takie omijanie tematu wydaje mi się jeszcze gorsze. Tyle słów zostaje niewypowiedzianych...

A jak Wy myślicie? Mówić czy nie mówić? Czy chcielibyście wiedzieć, że zbliża się koniec gdyby to o Was chodziło?

Komentarze (12)
Takie wielkie NIC...

Czy Was też boli kiedy Wasi najbliżsi nie doceniają tego co mają? A może ja jestem jakaś nienormalna? Może tylko mnie robi się przykro kiedy słyszę "nic mi się nie układa"? Słyszę i zaraz analizuję - jak to? Jest rodzina - nie ma w niej żadnej patologii, nikt się z nikim nie rozwodzi, wszyscy są zdrowi - czy to tak mało? Bo zawsze wydawało mi się, że to najważniejsze... Jedno małe niepowodzenie czy nieporozumienie w pracy i od razu "nic mi się nie układa"?

I kiedy słyszę coś takiego to nagle czuję się tak jakby ta praca to było wszystko. Rodzina, znajomi, przyjaciele - jesteśmy bez znaczenia. Nie wystarczamy, żeby ktoś powiedział "dobrze, że Was mam".

I jest mi przykro. Chociaż wiem, że te słowa nie były wypowiedziane celowo - to przecież zdradzają stan umysłu i myśli. To znaczy, że my wszyscy, którzy podobno jesteśmy najbliżsi - nie znaczymy nic... Albo jesteśmy bo jesteśmy. Bo musimy być, bo powinniśmy być, bo byliśmy zawsze... Nikt się nie zastanawia co by było gdyby nas nagle zabrakło. Bo gdyby tak się stało to pojawiłaby się czarna rozpacz i stwierdzenia dużo głębsze niż to. Gdyby nie układało się i w domu, i w pracy, i generalnie w kontaktach międzyludzkich - to ja rozumiem. Można powiedzieć "nic mi się nie układa". Ale w sytuacji takiej jak ta, kiedy najbliżsi stoją murem, gotowi pomóc w każdej chwili - takie zdanie jest po prostu niesprawiedliwe i boli.

Dlaczego ludzie nie doceniają tego co najważniejsze? Dlaczego nie doceniają tego co mają, tylko skupiają się na rzeczach ulotnych, przejściowych? Czy każdy z nas potrzebuje zakopać się czasem na dnie smutku i rozgrzebywać jestestwo od podstaw? Jeśli zdarzy Wam się kiedyś coś takiego - pamiętajcie, że tuż obok są ludzie, którzy Was kochają. To oni są w życiu najcenniejsi. Nie rańcie ich nieprzemyślanymi słowami, które wcale nie oddają prawdy....

Komentarze (16)
Radość uczenia się

No i zaczęłam swój kurs na prawo jazdy. Chodzę dzielnie, nie opuszczam żadnych zajęć. Na razie mamy teorię. Okazuje się, że dużo pamiętam, drugie "dużo" pozostało tylko mglistym wspomnieniem, a pozostałe rzeczy są nowością. Tak więc wałkuję wiedzę od podstaw i wiecie co - sprawia mi to prawdziwą przyjemność. Już zapomniałam jak to jest!

W czasie studiów uczyłam się dużo, ale zawsze na ostatnią chwilę. Pierwszy semestr pierwszego roku to nie było coś czym można się pochwalić, ale potem stopniowo było już coraz lepiej. Na drugim roku urosły mi skrzydełka, bo wpadłam w rytm nauki, której zresztą przybywało i było sporo. Trzeciego roku prawie nie pamiętam, ponieważ cały swój czas spędzałam na uczelni, po kilkanaście godzin. Czytelnia stała się moim drugim domem, a  po powrocie do własnego znów zasiadałam do książek. Przedmioty były rozległe, a wiedza, którą trzeba było opanować - bardzo obszerna. Sporo osób wykruszyło się w tym czasie. Systematyczna byłam dopiero na czwartym i piątym roku, kiedy pisałam pracę magisterską, robiłam swoje badanka i było sporo zajęć w terenie. Nauki wciąż było sporo, ale wiedza już bardziej ukierunkowana. Znów mieszkałam w czytelni. :) Wtedy nawet przedmioty, których nie lubiłam naprawdę mnie cieszyły a ich nauka sprawiała olbrzymią radość. Właściwie - chyba nie było przedmiotów, których nie lubiłam. W każdym znalazłam coś dla siebie, każdy był ważny i interesujący. Wtedy zrozumiałam co to jest radość uczenia się.

I to samo mam właśnie teraz.

Dla mnie wiedza to skarb. Uwielbiałam się uczyć i wcale mi to nie przeszło. Wciąż lubię zdobywać informacje, poznawać nowe rzeczy, zdobywać doświadczenia. Lubię poszerzać i odświeżać wiedzę, którą już mam :)). Lubię WIEDZIEĆ. Oczywiście nie chodzi o informacje typu z kim sąsiad spędził ostatnią noc, albo o której sąsiadka wróciła do domu. Takie rzeczy są mi zbędne i zaśmiecają mi tylko mózgowe podwórko.

Pamięć to takie dziwne urządzenie. Pamiętam jak w podstawówce próbowaliśmy określić jakiż to rodzaj pamięci ma każde z nas. Ucząc się, czy powtarzając rzeczy przed klasówką - nie umiałam usiedzieć w miejscu. Chodziłam, gestykulowałam, tłumaczyłam sobie definicje po swojemu, sama odpowiadałam sobie na pytania i wyjaśniałam zagadnienia. To wskazywałoby na pamięć słuchową, lub słuchowo-ruchową. Ale oprócz tego miałam cechy wzrokowca, bo pamiętałam np. stronę na której znajdowała się dana informacja. Więc tak naprawdę nigdy nie określiłam się w tej kwestii.

Pewne rzeczy zostały mi do dziś - tyle że teraz zamiast łazić po korytarzach i gestykulować - piszę. Uczę się robiąc notatki i głośno potem powtarzając i tłumacząc samej sobie zagadnienia...

Dobrze mi z tym. To trochę jak powrót do szkoły :)). Odżywają wspomnienia, a nauka sprawia mi radość. Szkoda, że jako dzieci nie doceniamy tego, że możemy się uczyć. Może dlatego, że programy nie są odpowiednio skonstruowane, a większość lekcji nudna? A przecież lekcje mogą być ciekawe - mogą uczyć i bawić, lub uczyć poprzez zabawę...

Komentarze (12)
Zakręcona

Miałam dziś spotkanie z dziećmi - opowiadałam im o Indiach, pokazywałam zdjęcia, stroje, dałam do przymierzenia kilka innych rzeczy... Prezentacje oczywiście robiłam w nocy na ostatnią chwilę - dobrze że zdjęcia przygotowałam wcześniej. Wróciłam z tego spotkania wykończona taszczeniem torby zawierającej te wszystkie piękne drobiazgi, ciuchy, szale i biżuterię. Do tego jeszcze małe posążki, które przywiozłam z Indii. Wróciłam - i chciałam się położyć. Niestety przygotowując prezentację zagruzowałam łóżko tym wszystkim co mogłam wziąć ale już mi się do torby nie zmieściło. No więc najpierw musiałam to łóżko odgruzować. Skończywszy tę czynność w iście zawrotnym tempie - już już zamierzałam się położyć kiedy uprzytomniłam sobie że nie jadłam dziś nawet śniadania. No i dylemat - spać czy coś przekąsić. Jednak przekąsić, bo głodna nie zasnę....

Jakaś strasznie zakręcona chodzę ostatnio. To już nie te lata, kiedy robiłam pięć czynności jednocześnie i wszystko było na swoim miejscu. Coś się ostatnio pozmieniało i połowy rzeczy po prostu nie pamiętam. Nad innymi nie mogę się skupić. A i tak nie robię nawet połoy tego co kiedyś... czy ja się starzeję ???? NO tak, wiem ile mam lat, ale mam też koleżankę w moim wieku, która dwa lata temu zaczęła siwieć... Więc wszystko jest możliwe... I nawet moja organizacja mi nie pomaga. Gubię się w najprostszych czynnościach. Rozkojarzenie to mało powiedziane. Najgorsze jest to że zasadniczo naprawdę staram się być skoncentrowana i wydaje mi się że jestem - do chwili kiedy się okazuje że zapomniałam o najważniejszej rzeczy. Wytężam ten umysł i wytężam - i coś ostatnio nie działa. Przeciążone obwody czy jak? Nawet się wysypiam ostatnio za wszystkie czasy - i nadal nic. No to jak mam to nazwać? Normalnie starość....

Barankowy biorytm pokazuje że u mnie wszystko idzie do góry. Nie wiem tylko czy za pierwszym zakrętem ze zmęczenia nie padnie i nie usiądzie obok twierdząc, że nie ma siły. Ja zasadniczo siłę mam. Tylko siadła mi zdolność kojarzenia. Robię takie błędy, że nie mogę się samej sobie nadziwić... I na co to zrzucić? Wysypiam się, jem i ogólnie mam dobry nastrój... Za to myślenie się posypało...Ech...

No to idę coś zjeść a potem się zdrzemnąć... :))

Komentarze (13)
Pierwszy poranek jesieni...

POZNANIE SIEBIE

Najtrudniej jest poznać siebie
zapytać o wiek i o adres
odnaleźć gwiazdę na niebie
wymierzyć nagrodę i karę
najtrudniej jest znać swoje myśli
i wierzyć w to że ktoś zgadnie
może coś w nocy się przyśni
lub w duszy zostanie na dnie
najtrudniej jest żyć z sobą samym
rozumieć to w co się wierzy
patrzeć ja ludzi się rani
i bunt ze spokojem przeżyć
najtrudniej jest siebie zrozumieć
i innym siebie tłumaczyć
ze sobą współtstnieć umieć
i zechcieć sobie wybaczyć

 

PIERWSZY PORANEK JESIENI

Słońce ubrało moje ciało
w sieć nadzwyczajnych promieni
podniosłam się z ziemi
świtało
pierwszy poranek jesieni

Rosa spieniła mi włosy
wiatr się wśród nich rozszalał
głaskał jak złote kłosy
i w nich się marzeniem spalał

I morze łez w moich oczach
słoneczne bardziej się staje
tak jak po górskich zboczach
pędzące wesoło ruczaje

Mam tylko serce na dłoni
wzniesionej ku nieba obłokom
I zbliżam się
wciąż płynę do nich
umykam nocy półmrokom

I tylko cicha nadzieja
w pierwszy jesieni poranek
wszystko co dobre - przede mną
przede mną szczęścia przystanek

 

 

P.S. Miłego dzionka wszystkim życzę :)) I dużo uśmiechu :))

Komentarze (8)
Heroizm czy egoizm?

W godzinach przedwieczornych zauważasz, że przyplątał się jakiś katar. Głowa boli, paruje i prawie eksploduje. Czujesz się niewyraźnie. Wyciągasz termometr i mierzysz gorączkę. No tak... Jest. To tłumaczy dreszcze i ból całego ciała. Po godzinie pojawiają się bóle stawów. Pakujesz się do łóżka, łykasz coś na gorączkę i powtarzasz sobie, że rano będzie lepiej. Ale rano wcale nie jest lepiej. Pojawia się ból gardła, gorączka wcale nie spada, a ból mięśni i stawów nasila się. Pojawia się ogólne osłabienie. Nie jesteś w stanie ustać w miejscu nie chwiejąc się. Mimo to jak bohater dramatu zwlekasz się z łóżka i szykujesz do pracy. Bo przecież świat się bez Ciebie zawali.

Ile razy zdarzyło Wam się coś takiego? Pewnie nie raz. Zamiast zostać w łóżku i jak człowiek rozumny wyleżeć chorobę lub ewentualnie zasięgnąć porady lekarza, pchamy się do świata i ludzi, rozsiewając dobroczynnie zarazki. "A-psik!" -  może ktoś jeszcze nie ma, chętnie dzielimy się naszą chorobą z innymi.

Idąc do pracy czujemy się okropnie, ale jesteśmy z siebie tacy dumni - zobaczcie, oto z grypą czy z jakimś innym paskudztwem idziemy do pracy. Tam z uporem maniaka powtarzamy wszystkim, że nic ale to nic nam nie jest. Cyferki skaczą, literki tańczą, ludzie się dwoją - ale nic nam nie jest. Oto heroizm! Podziwiajcie! Bez nas zawali się świat, współpracownicy zawalą ważne spotkania, firma rozsypie się w drobny mak, szef trafi do wariatkowa i nie będzie do czego wracać. Prawda, że to heroizm??

I głupota. Bo jadąc do pracy autobusem czy tramwajem - dzielimy się swoimi zarazkami z innymi. W pracy obdzielamy nimi połowę personelu, jeśli nie cały. A nie lecząc choroby narażamy na zachorowanie także i najbliższych, którzy spędzają z nami najwięcej czasu.

Wiem. Są sytuacje, kiedy po prostu trzeba coś załatwić, pojawić się na ważnym spotkaniu itd. Ale dużo częściej mamy do czynienia z normalnymi sytuacjami, kiedy nikt nie wymaga od nas aż takich poświęceń. Sami pchamy się do świata ze swoją chorobą. Czy to heroizm czy egoizm? Chyba bardziej egoizm  - wydaje nam się, że jesteśmy niezastąpieni i narażamy na przykre następstwa innych ludzi...

Czyja to wina? Może systemu, może pracodawców, a może nas samych i naszych przekonań? Pewnie zależy to od sytuacji. Warto pamiętać o tym, że nie jesteśmy na tym świecie sami, są też inni ludzie. Nie ma ludzi niezastąpionych. Ważne jest nie tylko nasze własne zdrowie, ale także to by nie narażać na chorobę innych. Bo zdrowie to coś czego nie można kupić w sklepie na rogu....

Komentarze (5)
O gustach się nie dyskutuje.

Całkiem niedawno Marietka pisała o tzw. życzliwych i ich radach. Mój dzisiejszy wpis będzie nieco zahaczał o tą tematykę, a konkretnie o tematykę uszczęśliwiania innych na siłę. Tyle, że Marietka pisała o życzliwych doradcach, a u mnie będzie o osobach uznających tylko swoje racje i gusta.

Długo szukałam odpowiedzi na jedno zasadnicze pytanie - jak żyć z innymi bezkonfliktowo? No bo czy tak się da z wszystkimi? Znalazłam dwa słowa klucze: odmienność i zrozumienie.

Po pierwsze trzeba sobie wbić do głowy i zapamiętać raz na zawsze, że ludzie są różni. Mają różne potrzeby, gusta, lubią różne rzeczy. I trzeba umieć to zrozumieć.

Niestety ludziom wydaje się często, że mają wyłączność na rację. I zbawienne wydaje im się uszczęśliwianie tymi racjami innych. Nie potrafią zaakceptować tego, że ktoś może nie podzielać ich zachwytów w stosunku do sałatki śledziowej, muzyki czy oglądanych filmów. Ileż to razy słyszałam "Ależ te grzybki pyszne, spróbuj!". I zawsze grzecznie dziękowałam, ponieważ grzyby stają mi w gardle, nie mogę ich jeść. Ale słysząc taką odpowiedź z mojej strony częstujący rozpoczynał prawdziwą kampanię: "Co za bzdury opowiadasz, są pyszne, chociaż jednego spróbuj!". I za nic takiej osobie nie idzie wytłumaczyć, że próbowałam wielokrotnie i kończyło się tak samo. Bo wydaje jej się, że skoro jej smakują to wszystkim muszą.

Podobnie z gustem muzycznym. Większość z nas słucha wybranego rodzaju muzyki, czy to pop, rock, czy jazz, albo metal. Nie wszystko każdemu musi odpowiadać. Mogę lubić muzykę poważną, mogę ją nawet uwielbiać - ale nie będę nią uszczęśliwiać na siłę sąsiadów, którzy wolą disco polo. Za to sąsiedzi, którzy już nie są tak wyrozumiali, uszczęśliwiają piosenkami tej kategorii całą ulicę... Ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, żeby sobie prywatnie słuchali tego co lubią - ale kiedy ta "pasja" zakłóca spokój pozostałych mieszkańców, to już nieładnie. Ale discopolowi sąsiedzi nie dają sobie wytłumaczyć, że nie wszyscy muszą lubić ten rodzaj muzyki. Zresztą jaki by nie był - trzeba wziąć pod uwagę to, że ludzie są różni. I GUSTA są różne.

Dlatego wszelkie dyskusje o gustach uważam za zbędne. Bo każdy będzie miał swoje racje. O gustach po prostu się nie dyskutuje i nie powinno się ich krytykować. Trzeba uszanować prawo innych nie tylko do własnego zdania, ale i do słuchania wybranego rodzaju muzyki, oglądania wybranych programów, spożywania takiego jedzenia jakie lubią itd... Trzeba uszanować to, że komuś może nie odpowiadać to, co nam sprawia dziką radość i przyjemność. Oczywiście mowa o indywidualnych prywatnych sprawach każdego człowieka, nikomu nie zagrażających i nie czyniących krzywdy.

I gdyby wszyscy to rozumieli i pilnowali własnego nosa zamiast uszczęsliwiać innych na siłę narzucając im własne przyjemności i przekonania - świat byłby taki piękny! Dlatego trzeba pamiętać, że są gusta i guściki. I chcąc żyć bezkonfliktowo z innymi ludźmi, wystarczy szanować ich odmienność i nie wdawać się w dyskusje na ten temat w przekonaniu, że "tylko ja mam rację".

Komentarze (12)
Pierwsza pomoc, kodeks drogowy i edukacja polskiego narodu

Uzbrojona po zęby i pazury w zeszycik formatu A5 i rodzaj pisu, czyli długopisu (nie mylić z PiS - partią polityczną) - wybieram się dzisiaj na pierwsze spotkanie w sprawie kursu na prawo jazdy. Spotkanie będzie miało charakter organizacyjny, a potem będą mi wciskać do głowy teorię, która poniekąd gdzieś tam już zalega w zakamarkach mojego mózgu. Niestety bez wspomagania nie przypomnę sobie które to zakamarki. Toteż niezbędne jest odkurzanie i odświeżenie nabytych dawno temu wiadomości. A co to będzie jak siądę za kierownicą...!!! Ile to już czasu? Cztery albo pięć lat... Ale tym razem będę bardzo uparta i dokończę to co dziś zacznę. Poza tym nie mam w planach nagłego wyjazdu za granicę, jak ostatnim razem, więc jest szansa, że tym razem upragnione prawo jazdy zrobię. Zobaczymy.

Tak przy okazji nasuwa mi się jedna refleksja dotycząca naszego szkolnictwa i programu. Program ten jest na tyle osobliwy, ze niektóre przedmioty znajdują się w nim niepotrzebnie, a inne, które mogłyby się okazać nader przydatne - w ogóle nie istnieją. Z mojego punktu widzenia w programie należałoby umieścić (lub rozszerzyć) dwa zagadnienia.

Tuż obok mnie leży sobie kodeks drogowy a w nim przepisy obowiązujące nie tylko kierowców, ale także pieszych. O tym, że pieszych obowiązują jakieś przepisy dowiedziałam się bardzo późno. Na zajęciach przeprowadzanych w klasie trzeciej szkoły podstawowej, bodajże na przedmiocie zwanym "środowiskiem", nauczono mnie tylko, że zanim wejdę na pasy, główkę należy odwrócić w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo. Wyjaśniono mi także znaczenie poszczególnych świateł i oznajmiono, że należy chodzić lewą stroną drogi, jeśli nie ma chodnika. I to był koniec nauki w tej materii... I sądząc z zachowania pieszych na drodze - nie tylko moja nauka skończyła się na tych zagadnieniach. To co niektórzy piesi wyczyniają na przejściach dla pieszych przyprawia mnie czasem o zawrót głowy. Potrafią wejść prosto pod nadjeżdżający pojazd - bo "im się należy". Nie mają dość wyobraźni żeby zrozumieć że samochód nie zatrzyma się w miejscu.  Zgadzam się, że przepisów tych jest za mało, żeby stworzyć osobny przedmiot, ale można by zagadnienia rozszerzyć i położyć na nie większy nacisk. No i oczywiście - co jakiś czas je odświeżać. Nie chodzi o kolejne wyklepanie regułek na pamięć, ale o praktyczną umiejętność zastosowania wspomnianych przepisów i uzmysłowienie pewnych prawidłowości.

No i sprawa druga - pierwsza pomoc. W szkole podstawowej również, dawno temu, na zajęciach PO - przysposobienie obronne (znów nie mylić z PO - partią polityczną), miałam kurs pierwszej pomocy. Jednak przyznaję się bez bicia i otwarcie, że niczego mnie ten kurs nie nauczył. Dlaczego? Ponieważ była to tylko i wyłącznie teoria (właśnie te regułki wklepywane na pamięć), nic praktycznego, nie mówiąc już o ćwiczeniach na fantomie, które podobno miały być - ale się nie odbyły. I powiem szczerze, gdyby dzisiaj przyszło mi udzielać pierwszej pomocy - zwyczajnie bym się bała, że zaszkodzę bardziej niż pomogę. Może stąd biorą się te tłumy gapiów podczas tragedii. Ludzie stoją zamiast pomagać. Oczywiście część stoi bo stoi, po to żeby się gapić. Ale na pewno jakaś część zwyczajnie boi się udzielić pierwszej pomocy. Bo niektórzy nie znają tych zagadnień wcale, inni pobieżnie, jeszcze inni gdzieś o tym słyszeli. A przecież w takich sytuacjach liczy się każda minuta i decyzja. Ważne nawet to, żeby wiedzieć kiedy poszkodowanego nie wolno ruszać, ważne by wiedzieć jak go ułożyć i przede wszystkim - co robić i w jakiej kolejności. Ważne żeby wiedzieć jak nie zaszkodzić. Nie wiem jak jest teraz w polskich szkołach - ale chyba niewiele się w tej materii zmieniło... Takie sytuacje ludzi paraliżują, a nie powinny. Paraliżuje ich strach i niewiedza. Więc jeśli chodzi o pierwszą pomoc przedmedyczną - nie wiem na ile to realne - ale powinien być osobny przedmiot w szkole, który przygotowałby ludzi w tej kwestii. Czy to utopia? Może. I na pewno nie każdy by się nauczył. Ale może zmniejszyłoby to odsetek gapiów, na rzecz aktywnie działających i udzielających pierwszej pomocy ludzi. Poza tym - wypadki samochodowe to nie jedyne sytuacje wymagające szybkiej interwencji. Zdarzają się przecież zasłabnięcia, zadławienia, zawały serca, udary... I wiele innych rzeczy. Dlatego wydaje mi się, że na kwestię pierwszej pomocy powinno się kłaść większy nacisk w naszej edukacji. A dla kierowców takie zajęcia powinny być obligatoryjne.

Ufffff... no to się napisałam. A teraz spokojnie przejdę przez resztę dnia w oczekiwaniu na pierwsze spotkanie otwierające mi drzwi do świata kierowców.

Miłego dzionka życzę :))

Komentarze (33)
1 | 2 | 3 |