iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Piosenka jest dobra na wszystko

Piosenka - muzyka i tekst... Jeśli harmonizują ze sobą, poruszą nawet najbardziej zatwardziałe serce. Wystarczy, że słowa opowiedzą nam historię, którą już znamy z życia, własnego lub życia znajomych. Wystarczy, że choć trochę nas dotyczą, opowiadają o tym co boli, cieszy, zastanawia...

Piosenka... Czasem jak balsam dla duszy, czasem energetyzująca podróż  w głąb siebie, świata, myśli... Za pomocą piosenek wyrazić można wszystko. Każde uczucie, każdą myśl, każdą emocję...

Nie mam ulubionej piosenki. Jest ich zbyt wiele, by wszystkie mogły być ulubione. Są jednak takie, które wiele dla mnie znaczą, łączą się ze wspomnieniami, wydarzeniami, zmianami... Dziś chcę Wam powiedzieć o piosence, której refren jest moim mottem życiowym. Credo, które dodaje mi skrzydeł, przypomina kim jestem i że jestem. Jestem tu i teraz - i stać mnie na wiele. Słowa, które zapadły mi w serce tak głęboko, że zostały na zawsze - to słowa piosenki wykonywanej prze Annę Jantar pt. "Radość najpiękniejszych lat":

To, co mam ,
to radość najpiękniejszych lat;
to, co mam,
to serce, które jeszcze na wszystko stać.
To, co mam,
to młodość, której nie potrafię kryć,
to wiara, że naprawdę umiem żyć - umiem żyć.

Te słowa niosą niesamowitą siłę i energię. Niosą nadzieję na dziś i jutro. Bo to wszystko czego potrzebuję by żyć - godnie i szczęśliwie - jest we mnie. W każdym z nas. Siła i wiara są w nas! Trzeba je tylko wydobyć i ... żyć :). Trzeba łapać to życie garściami, oddychać nim i cieszyć się z najmniejszych rzeczy. Bo życie jest piękne! Nawet wtedy, kiedy wydaje nam się, że świat właśnie się wali. To, co najpiękniejsze - mamy w sobie :).

Anna Jantar - "Radość najpiękniejszych lat" - posłuchaj tutaj.

Każdy z nas ma taką piosenkę-klucz. Bo piosenka jest dobra na wszystko...

Komentarze (19)
Wiekopomna chwila czyli Krokiety z mięsem a la Joanna

Jak powiedział Pawlak w znanym polskim filmie "Nadeszla wiekopomna chwila...". Oto przyszedł czas, abym pochwaliła się Wam swoim antytalentem kulinarnym. Pamiętacie piosenkę, w której Stuhr właściwie recytował: "Śpiewać każdy może"? A no, może, tylko nie każdy może tego słuchać. Podobnie jest z gotowaniem. Gotować każdy może, ale nie każdy może (i powinien) to jeść. Tak więc i ja gotuję, ale dalekie jest to od mistrzostwa. Niemniej jednak, jako że miałyśmy czasem wrzucać tu swoje przepisy, tak i ja dokładam swoją cegiełkę. Na tę okazję stworzyłam specjalną odrębną kategorię "Kulinarne zwycięstwa i porażki", przy czym porażek będzie zapewne zdecydowanie więcej, ale każdym zwycięstwem nie omieszkam się z Wami podzielić.

Nie należę do osób gotujących z przepisów. Gotując posługuję się intuicją i wyobraźnią (toteż skutki bywają różne). Przepis potrzebny jest mi tylko na początku. Potem zostaje szybko i niejednokrotnie BARDZO zmodyfikowany dla moich własnych potrzeb.Modyfikacje mają na celu ulepszenie końcowego produktu, ale skutek bywa też i odwrotny.

Na pierwszy ogień idą więc dzisiaj

KROKIETY Z MIĘSEM ALA JOANNA.Danie czasochłonne (zależnie od ilości jaką chcemy przyrządzić). Przygotowanie składa się z dwóch etapów, wykonywanych w dowolnej kolejności i zakończenia :D. Do pierwszych 2 etapów należy:

  • przygotowanie farszu;
  • przygotowanie ciasta naleśnikowego i usmażenie placków.

Osobiście wolę zaczynać od farszu. Zanim skończę smażyć naleśnikowe placki - farsz zdąży ostygnąć.

FARSZ - składniki:
  • mięso mielone (ilość zależy od Was, ja wykorzystuję całe 500g opakowanie, bo zawsze robię tych krokietów dużo)
  • olej
  • cebula
  • czosnek
  • sól, pieprz
  • 1 jajko
  • średniej wielkości ogórek, pomidor i ewentualnie czerwona papryka

Cebule obrać, pokroić w krążki lub półkrążki, zeszklić na oleju i podsmażyć aż zrobi się miękka. Przełożyć do rondelka. Mięso mielone rozdrabniając wrzucać na patelnię i lekko podsmażyć na oleju, mieszając i wciąż rozdrabniając. Trzeba pilnować, by nie zlepiało się w bryły. Podsmażone mięso przełożyć do rondelka z cebulą. Wymieszać i przez chwilę jeszcze podgrzewać w rondelku na bardzo małym ogniu. UWAGA: używać minimalnych ilości oleju, w przeciwnym razie farsz wyjdzie bardzo tłusty.

W dalszym etapie większość przepisów zaleca przepuszczenie mięsa i cebuli przez maszynkę. I dopiero wtedy dodawanie przypraw, warzyw i jajka. Ja tę część często pomijam. Zamiast tego bezpośrednio po zdjęciu z ognia do mięsa i cebuli dodaję jajko, sól, pieprz i drobno posiekany lub przeciśnięty czosnek. Ogórek myję, obieram, kroję w drobną kostkę i dodaję do reszty. Umytą paprykę kroję na pół, wycinam gniazda nasienna, drobno kroję i dodaję do farszu. Wszystko razem energicznie mieszam. Na sam koniec dodaję pokrojonego drobno pomidora. W czasie tych zabiegów - z mięsa, ogórka i pomidora - wytopi się nieco wody. Proponuję zostawić ją tak jak jest. Dzięki temu farsz nie będzie zbyt suchy. 

Macie tu pełną dowolność - możecie przepuścić mięso przez maszynkę lub nie. Przepis jest po to, żeby go modyfikować zgodnie z własnymi potrzebami :).

CIASTO NALEŚNIKOWE - składniki

(podaję tylko dla formalności, bo każda z nas ma swoje sposoby na jego przyrządzenie):

  • mąka (u mnie schodzi ok pół kg, może trochę mniej, ale jak wspomiałam robię te krokiety hurtem)
  • woda
  • mleko (proponuję dodawać go niewiele, 1 szklanka wystarczy. Im więcej mleka damy , tym mniej elastyczne będzie ciasto i będzie się łamać w trakcie zwijania)
  • 1 jajko
  • sól

Białko oddzielić od żółtka, ubić na pianę z dodatkiem soli (można pominąć ten etap i po prostu wymieszać z mąką całe jajko). Żółtko rozmieszać z małą ilością mąki. Dodać ubite białko. Delikatnie wymieszać. Dodać szczyptę soli. Następnie porcjami dodawać mleko, wodę i mąkę, stale mieszając aż do uzyskania pożądanej konsystensji i ilości ciasta. Trzeba pamiętać że ciasto nie może być zbyt gęste.Teraz wystarczy smażyć placki. Nie mogą być za grube (będą się łamać), ani zbyt cienkie (będą się rwać). Muszą być dość cienkie (jeśli ciasto będzie zbyt gęste, nie uda się takich usmażyć, bo będzie się źle rozlewać na patelni), na minimalnej ilości oleju, żeby nie były tłuste. Moja babcia dawno temu miała na to sposób: brała kawałek słoniny i tą słoniną smarowała patelnię przed każdym plackiem. Skutek - placki nie przywierały, ale nie były też tłuste.

ETAP 3 - składniki:
  • przygotowany wcześniej farsz
  • usmażone naleśnikowe placki
  • kilka cienkich plastrów sera żółtego
  • 1-2 jajka
  • bułka tarta

Na każdy naleśnikowy placek kładziemy połowę plastra sera żółtego. Na to farsz. Ilość trzeba wywnioskować samodzielnie - zbyt dużo farszu sprawi, że trudno będzie nam zwinąć placek. Ale zbyt mała - że nie będzie co jeść poza plackiem. Kiedy już zwiniemy wszystkie placki, w miseczce trzeba roztrzepać jajko (można dodać odrobinę mleka, sól i pieprz), a w drugiej przygotować bułkę tartą. Każdego krokiecika panierujemy - moczymy w jajku a potem obtaczamy w bułce tartej. Teraz wystarczy je usmażyć na rumiany kolor i podawać :D. Chyba Hebe wyrwała się z pomysłem dodawania zdjęć, toteż dodaję, na dowód, że przepis jest sprawdzony. Co prawda za każdym razem go udoskonalam, ale z ostatniego efektu byłam nawet zadowolona.

Smacznego!

Komentarze (12)
Kremowe prześladowania

Od trzech dni chodzą za mną kremówki i gniazda wiedeńskie. Chodzą i spokoju nie dają. To gorsze niż prześladowanie. Nic mi nie smakuje, bo ciągle chce mi się tych kremówek i gniazd. Żeby było dziwniej - generalnie nie jadam słodyczy. Od kilku lat. Nie dlatego, że jestem na jakiejś diecie i nie dlatego, że nie lubię. Raczej dlatego, że nie mam ochoty. Czasem tylko coś mnie napadnie i szukam jakiegoś cukierka albo skubnę kawałek ciasta. I to wszystko. A od trzech dni wszystko stoi na głowie bo ogarnęła mnie tak ogromna ochota na słodkości, że nie mogę się opanować.

Kremówka nie może być byle jaka. Nie może być za słodka, krem nie może być "perfumowany" ani mydlany. Takich nie lubię. Mam swoje ulubione, wiem gdzie je kupić. Niebo w gębie! A druga rzecz to te gniazda, albo pączki wiedeńskie (czasem tak je nazywają). Dwa dni zniosłam te tortury. A ciężkie były bo moja wyobraźnia jest bardzo sugestywna, zdaje mi się czasem, że czuję smak lub zapach... Więc dwa dni przecierpiałam. Dziś nie wytrzymałam. Przeszłam pół miasta - i co? I nic!!! Nie znalazłam tego czego szukałam. Musiałabym przejechać 50-60km, żeby znaleźć te łakocie. No ale jeszcze nie oszalałam. Aż tak... Wytłumaczyłam sobie, że w sobotę i tak tam będę :D. Do soboty jakoś wytrzymam. Chyba....

Wychodzę z założenia, że - w dużym uproszczeniu - mój organizm wie czego mu trzeba. I ma zakodowane gdzie to znaleźć. Mam ochotę na mleko - dostarczam mleko i jogurty. Mam ochotę na owoce - spożywam owoce. Ochota na cytrusy - to zapewne zapotrzebowanie na witaminę C :). Ale tych kremówek ani gniazd jakoś nie potrafię dopasować. Co tam w nich takiego może być, że nagle po takim czasie mam taką zachciankę? Ochotę na czekoladę mogłabym sobie jakoś wytłumaczyć. Ale kremówki? Pączki wiedeńskie?? Takie pragnienie jest strasznie uciążliwe, bo nie opuszcza mnie nawet na chwilę. Czy to śniadanie obiad czy kolacja - za mną chodzą pyszne kremówki i gniazda... Niechby chociaż w nocy dały spokój - ale nie. W nocy męczą mnie ze zdwojoną siłą. I chyba nie pozostaje mi nic innego jak tylko takie pragnienie zaspokoić. Jeszcze trochę i będzie jak z tymi gęsiami z wpisu Hebe. Wezwę redaktora gazety i powiem, że mnie kremówki prześladują - to dopiero będzie sensacja! :PPP

Zdarzyło Wam się kiedyś coś takiego?

Komentarze (26)
Gorąca linia świńskiej grypy

W Polsce co jakiś czas dobiegają nas wzmianki o kolejnych jednostkach zarażonych świńską grypą. Tymczasem w innych zakątkach świata medialna nagonka na świńską grypę spowodowała szerzenie się... zbiorowej paniki. Ludzie masowo ruszyli do lekarzy, nawet z najmniejszymi objawami, przeziębieniem i katarem. Brytyjczycy znaleźli na to sposób i leczą za pomocą...telefonu.Wczoraj odwiedził nas kuzyn M. z rodziną. Od kilku lat mieszkają w Wielkiej Brytanii i przyjechali z krótką wizytą. Kiedy przebrnęliśmy przez podstawowe zagadnienia familijne, naturalnie zeszliśmy na tematy zdrowotne. Chcąc nie chcąc wyciągnęliśmy na wierzch sprawę świńskiej grypy. M. zaczął opowiadać jak to wygląda w GB. Lekarze mają ręce pełne roboty, a zawdzięczają to ambicjom brytyjskiej prasy. Jeśli na pierwszej stronie gazety pojawia się zwrot "swine flu" - sprzedaż jest gwarantowana. Kto nie kupi gazety wcześnie rano, potem już jej nie dostanie. Wraz ze sprzedażą gazet rośnie liczba osób zgłaszających sie do lekarza - z objawami (różnych chorób) lub bez... Stuprocentowe stwierdzenie świńskiej grypy opiera się na odpowiednich badaniach. Ale przy takiej ilości zgłaszających się pacjentów - niemożliwe jest sprawdzenie wszystkich. Zwłaszcza, że większość z nich ma zwykłe przeziębienie lub inne infekcje układu oddechowego. Dlatego też Anglicy opracowali specjalny system telefoniczny - gorącą linię świńskiej grypy (Szkocja, Irlandia Płn. i Walia - o ile mi wiadomo, nie biorą udziału w tym programie).

Jak to działa?

System został stworzony dla osób, które podejrzewają, że mają świńską grypę. Potencjalny chory dzwoni na odpowiedni numer i rozmawia ze specjalnie wyszkolonym operatorem. Ma to odciążyć lekarzy i ułatwić dostęp do leków antywirusowych. Leczenie chorych przebiega w domu, z wyjątkiem kobiet w ciąży i bardzo małych dzieci (co jest oczywiste w przypadku każdej choroby, nie tylko świńskiej grypy).

Oprócz tego emitowane są specjalne reklamy promujące nowy serwis i nawołujące do znalezienia sobie "przyjaciela od grypy" - kogoś kto w razie Twojej choroby odbierze dla Ciebie leki z punktu dystrybucyjnego.

Czy system się sprawdzi?

Trudno powiedzieć. Na pewno pomysłodawcy mieli dobre intencje. Ale trzeba liczyć się z wszelkimi pomyłkami. System może zawodzić w dwie strony. Świńska grypa może być uznana za chorobę grypopodobną i odwrotnie - infekcja grypopodobna za świńską grypę. Ludzie mają tendencje do wyolbrzymiania pewnych objawów, inni - do ich przemilczania. Poza tym infekcja u różnych osób może przebiegać odmiennie. Więc skuteczność programu osobiście oceniam na jakieś 50%, co uzależnione jest od umiejętności trafnego zdiagnozowania pacjenta tylko za pomocą rozmowy telefonicznej.

W przeciwieństwie do stosujących system, widzę więcej minusów niż plusów tego programu. Jednym wielkim plusem jest łatwiejszy dostęp do leków antywirusowych. Ale czy każdy człowiek w porę zorientuje się, że są mu one potrzebne? Czy przyjmie je na czas? Jak częste będą błędne diagnozy? Z pewnością nie powinno się budować na takiej bazie statystyk, ponieważ są one zbyt niedokładne. I co ze zmiennością wirusa? Jego mutacje mogą przecież zmienić obraz kliniczny choroby. Wciąż pozostaje więcej pytań niż odpowiedzi...

Tak jest w Anglii. A u nas? Gdybym teraz zachorowała i miała objawy grypopodobne - to pewnie zwyczajnie w świecie pozostałabym we własnym łóżku, żeby chorobę "wyleżeć". Ewentualnie, gdyby było bardzo źle,  zgłosiłabym się do lekarza w celu wykluczenia infekcji bakteryjnej. Nie przyszłoby mi do głowy, że to może być świńska grypa. Widocznie medialna reklama świńskiej grypy w naszym kraju nie była wystarczająco sugestywna, by wywołać "pospolite ruszenie" mas do przychodni zdrowia. A może to zbiorowe lekceważenie?

Komentarze (17)
Jak stracić przyjaciela? Rozkochaj go w sobie!

Chcesz mieć wroga? Pożycz przyjacielowi pieniądze albo... rozkochaj go w sobie. Ostateczny efekt będzie ten sam.

Znamy się z K. cztery lata, a może już pięć. Znamy się na tyle dobrze by nazywać siebie przyjaciółmi. Tak mi się wydawało. Mieliśmy w czasie trwania tej znajomości lepsze i gorsze dni. Czasem trafiła się sprzeczka, czasem różnica zdań, czasem dłuższa przerwa w kontaktach, ale zawsze wszystko się prostowało. Jak na przyjaciół przystało. I teraz oto, całkiem niedawno, K. wpadł na ten genialny pomysł, żeby wszystko zmienić. Właściwie to pomysł wpadł na Niego. K. postanowił się we mnie zakochać. Chociaż - jak twierdzi - to przyszło samo. Masz ci los! Najpierw obracał wszystko w żart i ja też tak samo traktowałam wszelkie aluzje. A teraz co? Teraz się okazało, że to nie były żarty. K. normalnie się do wszystkiego przyznaje, jest szczery do bólu. Nazywa rzeczy po imieniu i czeka na mój ruch. A ja? A ja nie wiem co mam zrobic. Bo moje życie właśnie zaczęło być całkiem przyjemne i miłe. Bez kłótni, bez awantur, bez pytań o to gdzie byłam co robiłam i dlaczego tak długo. Moje życie zaczęło wreszcie wyglądać normalnie a ja  odzyskałam swój spokój ducha. Potrzebowałam tego. Chyba nadal potrzebuję. A tu K. wyskakuje mi z taką rewelacją! Mało tego - wczoraj ogłuszył mnie informacją, że to tak od pierwszego wejrzenia, od tych kilku lat!!! Nieźle się kamuflował w takim razie. Nie skomentowałam tego, ale dałam Mu do zrozumienia, że w to już nie uwierzę i żeby nie naciągał faktów.

Na razie przekładam tą poważną rozmowę. Chociaż K. nieco naciska. A ja chciałabym, aby ta rozmowa odbyła się naprawdę na spokojnie i w odpowiednim momencie. Bez presji. Bo czując najmniejszy nacisk - staję okoniem. Więc próbuję odkładać rozmowę na potem. Chociaż jestem świadoma tego, że to nic nie zmieni. Nigdy nie myślałam o K. w taki sposób. I teraz też nie myślę o Nim inaczej niż o swoim przyjacielu. Cenię szczerość, naprawdę. Szanuję Go za to. Ale... No właśnie. Jeśli pojawia się "ale" to raczej nie wróży nic dobrego. Nie potrafię określić się w tej sytuacji.

Ostatnie dwa lata prawie się z K. nie widzieliśmy, bo byłam za granicą. On twierdzi, że mnie zna, a ja powtarzam, że wiele się zmieniło. Wydaje mi się, że jeśli kocha (tak twierdzi i powtarza to z uporem maniaka), to raczej wyobrażenie o mnie, a nie mnie samą... Kocha kogoś kto być może wcale nie istnieje, kogoś kogo wyidealizował. Kogoś kim chciałby, abym była, a nie jestem...

Nie chcę Go skrzywdzić. Jest dla mnie bardzo cenny - ale jako przyjaciel. I nie chciałabym Go stracić. Chciałabym aby było tak jak wcześniej. Tylko że... wiem że już tak nie będzie. Wiem też, że kiedy dostanie odpowiedź odmowną (a ku takiej się skłaniam dużo bardziej) - zacznie mnie unikać. Nie mogę z Nim być. Nie odwzajemniam Jego uczuć. I nie mogę Go również oszukiwać.

Jak to jest, że w przyjaźń między kobietą i mężczyzną tak często wkrada się coś więcej? Czy to znaczy, że jedno z nich nie było szczere od początku? Albo oboje? Czy też może uczucie ewoluuje z czasem? A może to wcale nie jest miłość, tylko zwykła współzależność i przyzwyczajenie?

Pozostaje mi szczerość i nadzieja... Nadzieja, że nasza przyjaźń przetrwa....

Komentarze (26)
Sprint w szpilkach

Dziś rano pan kierowca wyświadczył mi przysługę. Jak zwykle po pracy spieszyłam się na busa do domu. Musiałam wyglądać zabawnie - w eleganckiej sukience i w szpilkach pokonywałam trasę jak najlepszy sprinter.

A wszystko przez moje gapiostwo i senność. Byłam tak zmęczona, że usiadłam sobie na chwilę i przysnęłam. Kiedy udało mi się ocknąć, okazało się, że zostało 5 minut do odjazdu busa. Następny miał być dopiero za 2,5 godziny. Nie zamierzałam tyle czekać. Ale od miejsca, w którym mój pojazd się zatrzymuje dzieliło mnie jakieś 10 minut zdrowego marszu. Wyjścia były dwa - zostać tam gdzie byłam i czekać na następny transport albo ruszyć biegiem. Wybrałam to drugie.

Dziś rano po pracy ogarnęło mnie takie zmęczenie, że nie tylko nie chciało mi się przebrać (jak mam w zwyczaju), ale nawet nie zmieniłam butów na wygodniejsze. Kiedy okazało się, że czas mi się kończy - nie było już czasu na zmiany. Ruszyłam tak jak siedziałam. Kiecka nad kolankiem i szpile, na ramieniu ciężka torba, na drugim torebka, w której godzinę wcześniej zepsuł mi się zamek. Niejeden kierowca musiał mnie dziś przekląć, kiedy przebiegałam przez jezdnię, mimo, że byłam na pasach. Nie mogłam pozwolić sobie na to, by stracić choć jedną cenną minutę. Zdrowym sprintem pokonałam dzielącą mnie od busa odległość, przybywając na miejsce w ostatniej chwili. To cud, że nic sobie nie złamałam, nie wykręciłam i że wszystkie zęby wciąż mam na miejscu. Jeśli ktoś myśli, że to żaden wyczyn, niech spróbuje biec z obciążeniem z maksymalną szybkością i w szpilkach z 8cm obcasem. Kiedy przebiegałam ostatnie pasy, mój bus właśnie ruszał. Mając nadzieję, że widok jest niecodzienny, wciąż biegnąć -  pomachałam kierowcy. POCZEKAŁ!!! Ufffffffffffffffffffffffffff....

Wnioski wyciągnęłam trzy. Po pierwsze są jeszcze życzliwi ludzie na tym świecie, także wśród kierowców. Po drugie - warto ryzykować, nawet wtedy gdy nie mamy żadnej gwarancji powodzenia podejmowanych działań. Niektóre rzeczy można osiągnąć tylko jeśli nie oglądamy się wstecz, podejmujemy śmiało decyzje i wkładamy w to sporo wysiłku. Po trzecie - zmieniać buty od razu po pracy, nawet wtedy gdy zasypiam na stojąco. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć...

Komentarze (17)
Pinglisz czyli komplikacje językowe

Pytanie. Szybko udzielam odpowiedzi. Odwracam się i widzę, że mój rozmówca stoi z szeroko otwartymi ustami nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Zmarszczone brwi dają mi do zrozumienia, że powiedziałam coś nie tak. Analizuję swoją odpowiedź. No tak. Znów to samo. Składnia się posypała. To znaczy właściwie ja ją "posypałam".

Dwa lata (z kilkumiesięczną przerwą) posługiwania się non stop językiem angielskim odcisnęły wyraźne piętno. Mówiłam po angielsku, myślałam po angielsku,pisałam po angielsku i oglądałam filmy w języku angielskim, po angielsku załatwiałam sprawy w urzędach, robiłam zakupy i nawet gestykulowałam ;). Słuchałam angielskiego i hindi. Efekt jest widoczny. Nie zapomniałam polskiego, ale ustawiam wyrazy w sposób niecharakterystyczny dla naszej ojczystej mowy. Nie dlatego, że nie wiem jak być powinno, tylko dlatego, że utrwaliłam sobie inne schematy. Kiedy się pilnuję, to jeszcze pół biedy, ale kiedy ktoś wyrwie mnie z zamyślenia to już jest koniec - łatwiej przychodzi mi sformułowanie treści w języku obcym niż w ojczystym...

Język angielski, którym posługują się Hindusi - jest dość specyficzny, często  z charakterystycznym dla hindi akcentem i wtrąconymi słowami języków hindi i urdu. Jest to tzw. hinglisz (Hinglish). Przebywając w towarzystwie osób posługujących się na zmianę angielskim, hindi, urdu i hinglisz nie sposób nie przejąć pewnych nawyków. Nie chciałyśmy być gorsze (ja i moja koleżanka) i z biegiem czasu zaczęłyśmy tworzyć połączenia angielskiego z językiem polskim (które są bardzo modne nawet u nas w kraju). W ten sposób powstał pinglisz :) lub jeśli ktoś woli polglisz. Nie wiem czy jest już na to fachowa nazwa, my znalazłyśmy własną. Przykłady można podawać w nieskończoność. Ale zaprezentuję Wam kilka różnych.
1. Podaj mi glass (podaj mi szklankę)
2. Mobajl mi się rozładował. (telefon mi się rozładował)
3. Szałeruję się (biorę prysznic).
4. Zszortuj to. (skróć to)
5. Łikenduję (mam weekend).

I dużo więcej, tylko zważywszy na moją sklerozę - akurat w tej chwili mam dziurę w pamięci i nie mogę sobie więcej przypomnieć ;P. Niemniej jednak, zwrotów, wyrażeń i określeń było sporo, powstających i stosowanych zupełnie spontanicznie. I tak mi zostało. Oprócz zapożyczania słów, zapożyczyłyśmy częściowo pewne schematy składniowe. I nie mogę się tego pozbyć do dziś... A przecież nie będę tłumaczyć ludziom na ulicy skąd mi się to wzięło :PP. Tak oto obce języki wpłynęły negatywnie (?) na jakość mojej mowy ojczystej. Nieraz powoduje to przeróżne komplikacje i zabawne sytuacje.

A Wy? Znacie jakieś zwroty, które śmiało można zaliczyć do powstającego języka pinglisz? A może jakieś nowe pomysły?

Komentarze (19)
Ubytki w pamięci

Jestem mistrzynią w gubieniu przeróżnych rzeczy. Nie. Nie w gubieniu. W chowaniu ich "dla pamięci". Nie jestem pewna jak to działa, mechanizm nie jest mi jeszcze dobrze znany. Ale jak już coś schowam "dla pamięci" - czyli żeby łatwo znaleźć - mogę mieć pewność, że nie znajdę przez bardzo, bardzo długi czas. I choćbym nie wiem jak wytężała umysł - nie przypomnę sobie.

Miejsce "dla pamięci" - jest zwykle ogólnie widoczne, łatwo dostępne i kojarzące się z chowaną rzeczą. Niestety, dotarcie do niego okazuje się trudne lub wręcz niemożliwe. Potrafię przypomnieć sobie wszystko, a to jedno miejsce w pożądanym momencie staje się białą plamą.

Gubię  w ten sposób nie tylko rzeczy małe, ale też takie, o których śmiało można powiedzieć, że nie da się ich zgubić, ze względu na gabaryty. A jednak! Ostatnio zaginęło mi pudełko płyt. Przepadło. Pamiętam kiedy miałam je w rękach po raz ostatni, ale co zrobiłam z nim potem??? Sprawdziłam miejsca prawdopodobne, mniej prawdopodobne i nieprawdopodobne. Pudełko wyparowało... Ginie mi także miejsce na dysku. Kupując nowy dysk do laptopa byłam pewna, że miejsca nie zapełnię przez długi czas. Tymczasem już po kilku tygodniach zaczęła wyświetlać się informacja "brak miejsca na dysku"...

Podejrzewałabym udział jakichś mocy - ale na co mocom moje pudełko, płyty i zaginiona wcześniej bluzka???

Nie lunatykuję o ile mi wiadomo, nie piję - więc film mi się nie urywa, nie zażywam barankowej mięty, a luki w pamięci coraz większe. Czy to już starość albo zużycie materiału??? Nawet na bałagan nie mogę zrzucić winy tym razem... Skleroza nie boli - tak mówią, ale ile nachodzić się trzeba!!!

Ubytkami w zębach zajmuje się dentysta. A ubytkami w pamięci???

Komentarze (47)
Bitwa o planetę Ziemia

Kobiety są z Wenus a mężczyźni z Marsa - tak zwykło się mawiać. Niby ten sam gatunek i tylko płeć inna, a różnice zasadnicze :). W mowie, stylu bycia, zachowaniu. Ludzie są różni. Różnie odbierani. Nie ma dwóch jednakowych egzemplarzy i żadna astrologia tego nie zmieni :). Nawet bliźnięta różnią się co najmniej detalami. Jakby tej różnorodności było mało -  od wieków toczy się wojna - między kobietami i mężczyznami. I rodzą się odwieczne pytania - która płeć lepsza, która silniejsza, która rozważniejsza, która powinna mieć większe prawa,  która jest bardziej...ludzka? To tak jak wybierać między lwicami a lwami, gdy jedno bez drugiego istnieć nie będzie. Chcąc nie chcąc tworzymy jedną wspólną całość. Możemy funkcjonować osobno, ale by zapewnić istnienie gatunku - niezbędny jest pewien rodzaj współdziałania. Każdy musi dać coś z siebie :). Dosłownie :).

I tak od wieków i tysięcy lat trwa bitwa o planetę Ziemia. W tej bitwie nie będzie zwycięzcy, bo całkowite zwycięstwo oznaczałoby zagładę gatunku. Jest to walka o dominację i władzę, a szala przechyla się to na jedną, to na drugą stronę. Walka o to, kto kogo bardziej upokorzy i odniesie przy tym mniejsze obrażenia :). A wszystko i tak zmierza do wypracowania pewnego rodzaju równowagi. To tak jak w dyskusji - podsumowanie powinno zawierać wspólne wnioski. I tak jak w życiu - nie jest sztuką żyć obok siebie. Sztuką jest żyć ze sobą.

Czekam więc na ten dzień, kiedy zamiast ze sobą walczyć, Marsjanie i Wenusjanki zawrą rozejm i skończy się bitwa o Ziemię :). Wszak nie mogą istnieć osobno, jedyny ratunek we współdziałaniu. Wydaje mi się, że tu w iWoman poczyniliśmy już pierwszy krok ku temu :).

W razie gdyby kogoś dopadły nagłe wątpliwości zaznaczam, że wpis  należy potraktować z przymrużeniem oka (zarówno kobiecego jak i męskiego).

pozdrawiam i życzę lekkiego popołudnia :))

Komentarze (42)
Mężczyźni nie radzą sobie z emocjami

Mężczyźni nie radzą sobie z emocjami. Może powinnam napisać inaczej. Mężczyźni, z którymi się spotykałam, nie radzili sobie z emocjami. Tak, to już bliższe prawdy. Nie spotykałam się z tyloma, żeby wyciągnąć wnioski dla całej populacji. Jednak jeśli wciąż trafiam na takich z problemami, to możliwości są dwie: pierwsza - podświadomie takich wybieram, druga - jest ich znacznie więcej niż tych kilku. Myślę, że prawda leży gdzieś po środku.

Na początku każdy wydaje się normalny :D i nie zdradza objawów jakichkolwiek zaburzeń. Może dlatego, że w pierwszej fazie brak jest sytuacji, które pozwalałyby zauważyć takowe. Zazwyczaj jest idyllicznie i bajkowo. Dopiero potem zaczynamy żyć. Pojawiają się problemy, trzeba podejmować decyzje. Trzeba umieć rozmawiać. Trzeba umieć określić co się czuje - przynajmniej przed sobą. Trzeba wiedzieć co można powiedzieć i ile. No i tu zaczynają się schody. Mężczyzn, z którymi się spotykałam śmiało mogę podzielić na:

  • takich, którzy nie wiedzą czego chcą - i wiecznie zmieniają zdanie w wielu kwestiach, doprowadzając mnie przy tym do obłędu. Nie znają ani mnie ani siebie samych. Często "wydaje" im się, że coś chcą. Mówią jedno, mija tydzień i zmieniają zdanie. Tym samym zmieniają wszystkie wspólne plany. Tylko zapominają o tym powiedzieć, co doprowadza do samych nieporozumień. Raz chcą związku, drugi raz się go boją. Ucieczka to ich najczęstszy sposób na rozwiązanie problemów.
  • takich, którzy wiedzą czego chcą, ale nie potrafią podjąć decyzji, bo się boją - schemat jak wyżej. Tyle, że wycofują się ze wszystkiego co powiedzieli i podają na tacy dziwaczne tłumaczenia. Argumentacja kiepska. Próbują przemilczać fakty i liczą na to, że zapomnę o obietnicach bez pokrycia. Dużo mówią, mało robią - o ile w ogóle robią cokolwiek. Ich słowa nie mają żadnego odbicia w rzeczywistości. Boją się odpowiedzialności i poczucia winy. Nie stanowią żadnego wsparcia.
  • takich, którzy mają problemy emocjonalne i zaburzenia osobowości, wiecznie przechodzą jakiś kryzys, w związku z czym powinnam być wyrozumiała i znosić każde ich zachowanie. Nie potrafią rozmawiać o tym co czują - bo tak naprawdę nie wiedzą co czują, nie potrafią wyrazić swoich emocji ani ich nazwać, mylą je ze sobą. Najtrudniejsze przypadki. Nie słuchają żadnych argumentów. I nie potrafią zrozumieć cudzych uczuć - bo nie rozumieją własnych. Bywają bardzo gwałtowni, nawet bez konkretnej przyczyny. Często niezrównoważeni.

Cecha wspólna dla wszystkich wymienionych - to ja muszę nosić przysłowiowe spodnie, podejmować decyzje,  myśleć za siebie i za nich. Muszę zgadywać co czują, czego chcą, kiedy mam się pojawić i zniknąć, kiedy powinnam wykonać jakąś cyrkową sztuczkę i wyciągnąć królika z kapelusza. To ja powinnam przepraszać, nawet za ich błędy. To ja powinnam czuć się winna, kiedy coś nie wychodzi.

Czy spotkałam kogoś normalnego? Nic mi na ten temat nie wiadomo. Czy ktoś taki istnieje? Podobno tak - krążą takie opowieści, niemalże już legendy. Jak spotkam takiego kogoś, to na pewno podzielę się tym z Wami. Tymczasem wprowadziłam pewne zmiany. Wsparłam się prawami matki natury i wyszłam z założenia że przetrwają tylko najsilniejsi. Toteż każdy dostaje najwyżej dwie szanse (i tak uważam że o jedną za dużo, ale nie potrafię na sobie wymusić aż takiej zmiany). Zrobiłam się asertywna. Gdy tylko osobnik zaczyna zdradzać któryś z powyższych objawów lub brak szacunku dla mnie - zostaje wyeliminowany. Wystarczy już tej dobroci. Czas zacząć szanować siebie i swój czas. I wiecie co? Chwilowo jest mi z tym naprawdę dobrze. Nikt mi tu nie marudzi, nie jęczy a ja mogę spokojnie spać (jak już uda mi się zasnąć) zamiast zastanawiać się co właściwie X miał na myśli i czy jutro znów nie zmieni zdania albo dlaczego Y nie umie podjąć decyzji, która dla każdego w jego sytuacji byłaby oczywista... Śpię. Dbam o siebie. Mniej się denerwuję, myślę logiczniej bo nic mi tego myślenia nie zaburza. Bo MYŚLĘ - zamiast przejmować się kolejnym nieporozumieniem.  Jestem z siebie dumna, bo nie pozwalam już obarczać się winą za cudze błędy. Zasługuję na więcej. Na dużo więcej. Jestem tego warta. Każda z nas jest tego warta.

P.S. I Baranki też :D

Komentarze (41)
1 | 2 | 3 |