iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Syndrom Pępka Świata

Są takie dni kiedy nie masz ochoty z nikim rozmawiać. Czasem jesteś pochłonięta pracą, czasem własnymi myślami. Czasem wypadnie Ci nagły wyjazd. Samo życie. Czasem jesteś zwyczajnie zmęczona lub skupiona na konkretnych rzeczach i sytuacjach. I wtedy, jakby jeszcze było mało, pojawiają się "ci ludzie", ze swoimi skargami, narzekaniami, żalami... To Ci, którzy wiecznie widzą tylko siebie i swoje potrzeby. Ci, którym wydaje się, że każde nasze zachowanie jest wymierzone właśnie w nich. Ci z SYNDROMEM PĘPKA ŚWIATA, którym wydaje się, że życie każdej osoby z ich otocznia kręci się tylko i wyłącznie wokół nich.

Ludziom z syndromem pępka świata (SPŚ) wydaje się, że są najważniejsi. Za wszelką cenę próbują zwrócić na siebie uwagę i znaleźć się w centrum zainteresowania. Stosują szantaż emocjonalny, często ustawiając się w roli ofiary. Płaczem i cierpieniem przekonują otoczenie do swoich racji. Zawsze wydawało mi się, że to głównie problem młodych osób. Jednakże coraz częściej spotykam się z tym u osób starszych, poważanych, szanowanych.... Ludzie z SPŚ nie mają problemów - oni je kreują, na własne potrzeby. Jeśli nie poświęcisz im dostatecznie dużo uwagi - powiedzą wszystkim dokoła, że się na nich gniewasz. Ustawią siebie w pozycji "ofiara", a Ciebie w pozycji "kat". Jesteś niedobra i skazujesz na cierpienie niewinną osobę, osobę, która tak wiele dla Ciebie zrobiła. Tak zostanie to przedstawione otoczeniu. I nikt nie będzie miał wątpliwości co do Twojej winy. Ludzie z SPŚ to świetni manipulatorzy i aktorzy, odgrywający codziennie swoje partie sztuki życia. Ale scenariusz w tej sztuce piszą oni sami. A Ty powinnaś się dostosować, w przeciwnym razie czeka Cię naprawdę trudna, długa i bolesna droga.

Ciężko jest żyć z ludźmi z SPŚ. Bowiem nawet jeśli nie robisz nic, by ich urazić i starasz się być neutralna, w pewnym momencie Twoje zachowanie zostanie odebrane jako obraza. I nawet nie będziesz o tym wiedzieć, ponieważ problem rodzi się w głowach wspomnianych osób i nie jest prawdziwy. Jest wymyślony. Jednakże potrafi przysporzyć wielu kłopotów i doprowadzić do bardzo nieprzyjemnych sytuacji.

Z ludźmi z SPŚ spotykasz się na co dzień. W związkach, w pracy, w rodzinie, w sąsiedztwie. Na pozór są to zwyczajni ludzie. Poznajesz ich od tej "cierpiącej" strony, bo tak siebie przedstawiają otoczeniu. Oni to "ci dobrzy", reszta świata to "ci źli".

  • W związkach takie osoby wymagają maksymalnej uwagi. Partner (partnerka) powinien ciągle dzwonić, sprawdzać, pytać, interesować się i co pięć minut wysyłać smsa. A kiedy tego nie zrobi raz czy drugi, to oznacza, że już nie kocha... Partner nie powinien posiadać swojego życia, cały wolny czas powinien poświęcać wybrance, nawet kiedy jest w pracy. Nie ma prawa być zmęczony i powinien pamiętać, że to ona jest najważniejsza. Ona i jej potrzeby, jej zdanie, jej opinie. Jeśli zapomni choć raz zapytać jak się czuje - to również oznacza, że już jej nie kocha. W tym przykładzie to Ona ma SPŚ, ale w życiu często zdarzają się sytuacje odwrotne, kiedy to facetowi wydaje się, że on, jego praca i koledzy są najważniejsi.
  • w pracy są to osoby, które nieustannie wymagają pomocy, zastępstwa, a najlepiej pracują kiedy mówią innym co mają robić. Nigdy nie podejmują się ciężkiej pracy, ponieważ mogłoby się to odbić na ich zdrowiu. Manipulują otoczeniem w taki sposób, że są wyręczane prawie z każdego obowiązku.
  • w rodzinie to często osoby, które nigdy nie są zadowolone z tego co mają. Wydaje im się, że cała rodzina powinna skakać na jednej nodze wokoło, dostarczać im rozrywek, odwiedzać, dzwonić, dopieszczać. Często są to osoby starsze, których nie obchodzi fakt, iż ktoś musi pracować i zarabiać. Bezwzględnie żądają poświęcania im całego czasu. Często doprowadzają do konfliktów. Każde zachowanie inne od tego, którego się spodziewają, uważają za wymierzone w ich osoby. Manifestują to płaczem, rozgoryczeniem i mocnymi słowami.

Życie z osobami z SPŚ jest wyczerpujące. Można je zadowolić tylko wtedy gdy robisz dokładnie to czego chcą, często jednak nie sposób jest określić do końca czego tak naprawdę się spodziewają. Wymyślone historie, problemy, sytuacje - stwarzają konflikty i napięcia, bo dla otoczenia ludzie z SPŚ przeważnie jawią się jako bardzo skrzywdzone, zranione i cierpiące ofiary przemocy psychicznej. Trudno udowodnić, że jest inaczej. Łatka kata, która zostaje Ci przypięta, zostaje na długo. Bo ludzie nie zadają sobie trudu, żeby poznać prawdę. Wierzą w to, co się im mówi. Zwłaszcza jeśli mówi to płacząca, cierpiąca osoba - ofiara....

Komentarze (6)
"Śpij, zamknij oczy, śnij"

Zazwyczaj tydzień liczy się od poniedziałku do poniedziałku. Czasem od niedzieli do niedzieli. Zdarzają się też tygodnie "przedłużone". I właśnie jeden taki się dla mnie zakończył. Nie miał 7 dni tylko 13, a więc w zasadzie mówimy o dwóch tygodniach. Ale ponieważ były one tak wyraźnie ze sobą połączone i określały pewien konkretny etap - zlały mi się w jeden naprawdę dłuuuuuuuuugi tydzień, który dopiero dzisiaj dobiegł końca. Nareszcie... Ostatnie 24h z niewielkimi przerwami odsypiałam błogo i namiętnie.

Najbardziej dokuczliwy w przedłużonych tygodniach jest brak snu. Te z Was, które choć raz miały problemy ze snem na pewno doskonale mnie rozumieją. Na własny użytek podzieliłam te problemy na następujące punkty:

  • zasypiasz bez problemu i śpisz normalną ilość godzin, ale śnią Ci się koszmary - rano wstajesz zmęczona i rozdrażniona, często z bólem głowy i nie wiesz gdzie rzeczywistość a gdzie sen;
  • ogólna liczba snu taka jak zawsze, ale budzisz się w ciągu nocy wielokrotnie, także na skutek koszmarów - rano ponownie jesteś zmęczona i rozdrażniona, dzień jest ciężki i długi, głowa pobolewa;
  • problemy z zasypianiem  - oglądasz trzecią powtórkę czegoś co Cię kompletnie nie interesuje, przeczytałaś książkę, policzyłaś barany i odbyłaś dwukrotnie spacer - raz po ulicy, drugi raz po domu. Ale nadal nie śpisz. Czujesz zmęczenie i jedyne o czym marzysz to sen - niestety, zanim uda Ci się zasnąć, mija kilka godzin... A zdarza się, że zasypiasz dopiero nad ranem.
  • Możliwe jest połączenie kilku problemów w jeden, np. problemów z zasypianiem i budzenia się w środku nocy, a do tego jeszcze koszmary senne... Ranek jest wtedy najgorszą porą dnia - musisz wstać, a Twoje ciało odmawia posłuszeństwa - głowa jest ciężka, boli, powieki opadają, ale ciśnienie krwi jest dość wysokie na skutek tego co śniło Ci się w nocy. Cały dzień prześladują Cię obrazy z nocnych koszmarów. Ciężko Ci się skupić i normalnie pracować.
  • Kompletna bezsenność - chyba najgorsze co może być. Wyobraź sobie, że wracasz do domu po bardzo ciężkim dniu, nawet po kilku ciężkich dniach. Jedyne o czym marzysz to prysznic i łóżko. Kiedy udaje Ci się z wielkim trudem odpracować część pierwszą i masz za sobą relaksującą kąpiel, pakujesz się do łóżka, zamykasz oczy i... NIC. Sen nie przychodzi wcale. W środku nocy zaczynasz już płakać, bo wiesz że zaraz zacznie się nowy dzień, a Ty nie przespałaś nawet pół godziny. Czasem udaje Ci się zasnąć dopiero nad ranem, na pół godzinki, a czasem wcale i taka "wczorajsza", wymęczona dodatkowo brakiem snu, udajesz się do swoich zajęć. Naturalnie w dzień chciałoby się czasem gdzieś przysnąć, ale po pierwsze nie zawsze jest możliwość, po drugie - jeśli zaśniesz teraz to co będziesz robić w nocy??? Kiedy więc przychodzi ta upragniona pora i kładziesz się do łóżka, myślisz, że ta noc będzie inna. Często jednak jest dokładnie taka sama - bezsenna. Po kilku takich nocach zaczynasz czuć się jak zombi. Spada Twoja aktywność i w pracy i w domu. Nie masz siły, nie masz energii, oczy szczypią i bolą, w głowie masz młot pneumatyczny, i jeśli ktoś Ci dokuczy - gotowa byłabyś zabić (gdyby nie fakt, że nie masz siły się ruszać). Nie masz ochoty słuchać nowych dowcipów kolegi z pracy, hałas drażni Twoje uszy bardziej niż kiedykolwiek, całe ciało boli i żąda odpoczynku...

Mniej więcej taki tydzień mam za sobą... Nie po raz pierwszy zresztą. Zdarzały mi się wcześniej całe tygodnie takiej walki z wiatrakami, sięgania po różne środki, herbatki, sposoby...

Bezsenność może mieć wiele przyczyn. Czasem jest ona uwarunkowana różnymi schorzeniami ciała, czasem problemami dnia codziennego, czasem jako taka staje się chorobą (insomnia). Bardzo często ma podłoże emocjonalne, kiedy to zamartwiamy się problemami dnia codziennego. Może mieć też charakter nawykowy lub związany ze zmianą stref czasowych oraz z długością dnia i nocy... Przyczyna bezsenności jest istotna, bowiem usuwając przyczynę, usuwamy problem.
Bezsenność bardzo często towarzyszy także stanom depresyjnym.

W moim przypadku bezsenność jest już poniekąd nawykiem. Każdy weekend to przynajmniej jedna zarwana noc - w pracy. Zmiany stref czasowych kilka miesięcy temu również odcisnęły swoje piętno. Największy problem jednak to to, że śpię bardzo czujnie. Wybudzam się łatwo, wystarczy niewielki hałas.
Niedawno zaczęły się wakacje, co odczułam dość boleśnie, bo w okolicach pojawiło się znacznie więcej młodzieży niż zwykle. Młodzież ta, nie mając innych zajęć ani obowiązków, nocami spaceruje ulicami i wcale nie zachowuje się cicho. Do tego doszedł ból zęba i problemy dnia codziennego. Wszystko razem na prawie dwa tygodnie zamieniło mnie w zombi, które było już bliskie załamania i zwariowania na skutek braku snu oraz efektów ubocznych i towarzyszących temu zjawisku. Na szczęście wszystko dobre co się dobrze kończy. Mój przedłużony tydzień przypieczętowałam solidnym, mocnym snem i czuję się dzisiaj jak nowo narodzona.

Mam wiele sposobów na dobry sen. Jednakże są dni kiedy nic nie skutkuje. Ani spacery ani krzyżówki ani książki i filmy, ani herbatki. Wtedy zostaje już tylko wziąć tabletkę, co robię niezwykle rzadko i bardzo niechętnie. Ale zdarza mi się. Za wszelkie rady odnośnie snu będę wdzięczna :))).

Od siebie mogę napisać, że aby sen był udany należy:

  • ostatni posiłek spożyć przynajmniej 2 godziny przed planowanym snem. Coś w tym jest, aczkolwiek ja zupełnie głodna nie zasnę. A zdarzało mi się nawet budzić w środku nocy z głodu. Także uważam, że jest to czas bardzo umowny i każdy musi go sobie wypracować indywidualnie. Gdzieś znalazłam informację, że dobrze jest spożyć wówczas coś bardzo lekkiego, także zawsze mam pod ręką jakąś przekąskę, choćby batonik a ostatnio tabliczkę czekolady.
  • kłaść się spać regularnie, najlepiej codziennie o tej samej porze. W przypadku większości z nas jest to dość trudne do zrobienia, a w moim często nawet niemożliwe, aczkolwiek próbować zawsze warto. Jeśli wyrobimy w sobie nawyk zasypiania np. o godzinie 23, to po pewnym czasie organizm sam będzie się domagał snu o tej porze.
  • unikać drzemek w ciągu dnia. Ja unikam, a potem w nocy i tak nie mogę zasnąć, więc nie przekonuje mnie ten punkt zupełnie.
  • popołudniu i wieczorem zrezygnować z kofeiny - kawę, herbatę, a nawet colę trzeba wyeliminować. Niestety, nie umiem rozstać się z herbatą, ale zamieniam ją na herbatki ziołowe.
  • zażyć dużo świeżego powietrza w ciągu dnia, a najlepiej tuż przed snem, uprawiać sporty i mieć dużo ruchu. Wieczorny spacer jest jak najbardziej wskazany, szczególnie w sympatycznym towarzystwie jakiegoś przystojniaka (choć nie wiem czy to nie zadziała w drugą stronę? - może dla bezpieczeństwa jednak iść bez towarzystwa).
  • "zrobić sobie dobrze" - żeby mnie nikt źle nie zrozumiał - chodzi o relaksującą kąpiel, muzykę, jogę, dobrą książkę, film (ale podobno żadnych trzymających w napięciu, bo rozbudzają - może więc komedia, np. obrady naszego sejmu)...

No i to by było na tyle. Pozostaje mi życzyć udanego wypoczynku. I Wam, i sobie. Z nową energią zaczynam dziś kolejny tydzień :)) A za wszelkie "złote środki i rady" na dobry sen będę wdzięczna. Na pewno przydadzą mi się w przyszłości :)). Jak widać dobry sen przywraca nie tylko energię, ale i  promienny uśmiech :)))

Komentarze (15)
Skrajności są niezdrowe

Myśleć o sobie - wciąż się tego uczę. Bez rezultatu. Ilekroć wydaje mi się, że już już robię jakieś postępy - nagle wydarza się coś co uświadamia mi, że nadal tkwię w tym samym miejscu i punkcie, i nie zrobiłam nawet małego kroczka do przodu...

Mówią, że egoizm jest zły, bo myślenie tylko o sobie zamyka nas na świat. Ale kompletny brak egoizmu jest chyba jeszcze gorszy. Egoista nie pozwala się wykorzystywać. To on wykorzystuje. Nie powiem, żeby było to godne pochwały. Ale przynajmniej nikt go nie zrani. Egoista dba o to, żeby jemu było dobrze...  A jego przeciwieństwo? No cóż... Pozwala się krzywdzić w imię przyjętych przez siebie wartości. To inni mają z nim dobrze. To on jest wykorzystywany i to jego najczęściej ranią inni i zostawiają z niczym. Altruista przedkłada dobro innych nad własne. Pomaga bezinteresownie. Zwykle nie prowadzi go to do niczego dobrego, z wyjątkiem samospełnienia. A może i też nie. Czasami pomaga, bo czuje, że nie może inaczej...

I niech mi ktoś teraz powie, że skrajności są zdrowe. Idąc w tym kierunku i przeprowadzając bilans zysków i strat, zaczynam dochodzić do wniosku, że z dwojga złego lepszy już ten egoizm, bo jednostka ponosi mniej strat i nie prowadzi do samodestrukcji. Brak egoizmu jest zły. Przykłady:

- Weekend...można pospać dłużej. Ale wstaję trzy godziny wcześniej, wyjeżdżam wcześniej, bo obiecałam pomóc znajomym. Pomagam, a potem jeszcze cały dzień i noc pracy przede mną... Wracam nieprzytomna....

- Niedziela rano. Wypadałoby się wreszcie położyć i odespać. Dzwoni telefon... Przyjaciółka ma po raz kolejny problem sercowy. Przecież nie powiem jej, że jestem zmęczona i w ogóle nie wiem o czym mówi. Włączam komputer i pocieszam ją na czacie kolejne dwie godziny... Po tym czasie wszystkie literki zaczynają już wyglądać tak samo.

- Zaplanowany trzydniowy wyjazd. Zasłużony odpoczynek. Kolega zachorował. Wyjazd zostaje odłożony a ja się nim opiekuję.

- Późny wieczór. Śpię od godziny. Dzwoni telefon. Awaria. Pilna sprawa - ktoś chce się wygadać. Przez godzinę wisimy na telefonie, po czym słyszę z drugiej strony, że już późno więc idzie spać. Rozłącza się a ja nie mogę zasnąć przez kolejne dwie godziny...

No i tak w nieskończoność... Można mnożyć przykłady, ale nie o to mi teraz chodzi. Analizując bilans zysków i strat doszłam do następujących wniosków:

  • Egoista nie ma przyjaciół. Ale jest tak zajęty sobą, że i tak tego nie zauważy.
  • Altruista ma wielu przyjaciół i drugie tyle fałszywych przyjaciół, którzy go wykorzystują. W związku z tym nigdy nie ma czasu dla siebie, bo zawsze ktoś potrzebuje jego pomocy.
  • Egoista dba zawsze o własny interes i wygodę. Rzadziej ponosi straty. Bardzo trudno jest go wykorzystać.
  • Altruista często ponosi straty moralne. Pomaga bezinteresownie, często też rezygnuje z własnych przyjemności dla wygody innych. Jest notorycznie wykorzystywany - pozwala się wykorzystywać świadomie i nieświadomie.
  • Egoista raczej dobrze sypia. Jeśli się czymś przejmuje to tylko samym sobą.
  • Altruista przejmuje się problemami całego świata, wszystkim i wszystkimi. Na sam koniec zostawia siebie.
  • Egoista jest raczej zadowolony z siebie. Nie bolą go niesprawiedliwości świata.
  • Altruista cierpi podwójnie - za świat i za siebie.

Tak źle i tak niedobrze. Skrajności są niebezpieczne. Najlepszy byłby ZDROWY EGOIZM. Złoty środek, w którym wszystkie proporcje są prawidłowo zachowane. Intensywnie nad tym pracuję. Chyba całe życie mi na tym zejdzie ;)

 

Komentarze (13)
Przychodzi baba do lekarza - czyli badania zrób sobie sam!

Postanowiłam poniekąd kontynuować temat wczorajszy, ale w nieco innym ujęciu. Dziś będą opowiastki z serii "Przychodzi baba do lekarza...". Z tą różnicą, że tą babą jestem oczywiście ja, a historie są jak najbardziej prawdziwe.Rzecz dotyczyć będzie naszej kochanej służby zdrowia. Nie chcąc nikogo obrazić zaznaczam, że od każdej reguły zdarzają się wyjątki, jednakże z zachowaniami, o których za chwilę napiszę, miałam do czynienia bardzo często. Co to ma wspólnego z tematem wczorajszym? Już wyjaśniam.

Wczoraj podkreśliłam kilkakrotnie, że stres, pogoda i hormony to wedle naszego sądu trzej najwięksi winowajcy - sprawcy wszystkich naszych mniejszych lub większych dolegliwości. Upraszczając - kiedy pojawia się problem zdrowotny, jest przez nas bagatelizowany. Dlaczego? Ponieważ winna jest jedna z trzech wymienionych rzeczy: stres, pogoda lub hormony. Takie przekonanie pokutuje w nas od dawna i przez to przekonanie właśnie wiele chorób rozwija się niezauważenie, do momentu kiedy są już w stadium bardzo zaawansowanym lub często kiedy jest już za późno na cokolwiek. Już dawno minęły czasy, kiedy z dolegliwościami zdrowotnymi szło się prosto do lekarza. Dziś, do lekarza - a po co? Tutaj zaczynają się moje opowiastki. Oto one....

Historia nr 1

Po powrocie z Indii postanowiłam się przebadać. Ot takie kontrolne badania - w końcu nie było mnie długo w kraju, różne rzeczy działy się w czasie wyjazdu. Toteż udałam się do lekarza.

Ja: Panie doktorze, chciałabym zrobić badanie krwi.
Lekarz: Czy coś pani dolega?
Ja: Nie, tak kontrolnie, bo długo nie było mnie w kraju, spędziłam mnóstwo czasu w Indiach, zdarzało mi się chorować. Pomyślałam więc, że dobrze byłoby zrobić takie podstawowe badania...
Lekarz: Rozumiem. Ale czy coś panią boli?
Ja: Panie doktorze, jak każdego. Czuję się trochę zmęczona, osłabiona.
Lekarz: To na pewno pogoda, zmiana strefy klimatycznej.
Ja: Ale ja wróciłam już dwa miesiące temu!
Lekarz: Widocznie tak pani reaguje. Poza tym pogoda nie jest teraz najlepsza, wszyscy są osłabieni.
Ja: To co z tym badaniem?
Lekarz: Wygląda pani dobrze, nie ma potrzeby robić jakichkolwiek badań. Nie dzieje się nic złego.

Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Badanie krwi zrobiłam sobie sama, odpłatnie i wykazało kilka nieprawidłowości. Na szczęście nic poważnego, aczkolwiek w rozmowie ze mną, pani z laboratorium stwierdziła, że wypadałoby zrobić kilka badań dodatkowych, aby wykluczyć poważniejsze schorzenia. Seria proponowanych badań wykonywanych ODPŁATNIE wyniosłaby mnie bardzo dużo. Lekarz skierowania nie dał.

Historia nr 2

Miała miejsce kilka lat temu. Między wyjazdami za granicę. Udałam się do lekarza.

Ja: Panie doktorze, chyba potrzebuję specjalistycznej pomocy.
Lekarz: A co się dzieje?
Ja: Jakaś taka drażliwa się zrobiłam, płaczliwa i w ogóle... Mam ogromne problemy z zasypianiem, a jak już zasnę, to i tak zaraz się budzę...
Lekarz: Czy je pani przed snem?
Ja: Tak jak zawsze, nic nadzwyczajnego...
Lekarz: A czy miała pani jakieś kłopoty ostatnio?
Ja: Panie doktorze, każdy ma jakieś kłopoty. To prawda, że ostatnio dużo się dzieje...
Lekarz: No to wszystko jasne, to po prostu stres. Proszę się tak nie przejmować i robić ćwiczenia relaksacyjne. Nie ma potrzeby wdrażać specjalistycznego leczenia. A na noc - herbatka ziołowa, i wszystko minie...

Nie minęło. Mój stan pogarszał się z miesiąca na miesiąc i z roku na rok. Ale naturalnie trzymałam się słów lekarza. Stres. I wypominałam sobie za każdym razem taką słabą odporność psychiczną. Dopiero dużo później, zupełnie inny lekarz, psychiatra, stwierdził u mnie ciężką i bardzo zaawansowaną depresję...W międzyczasie byłam u wielu lekarzy pierwszego kontaktu. Nikt nie potraktował objawów serio. Część z nich kierowała mnie do ginekologa - "może jest pani w ciąży?". "To pewnie zaburzenia hormonalne, które szybko miną". To słyszałam najczęściej. Ani razu nie skierowano mnie do specjalisty. Ani razu nie skierowano mnie na żadne badania hormonalne ani nawet podstawowe.

Cóż więc dziwnego, że i my obarczamy winą stres, pogodę i hormony, skoro są to słowa, które tak często słyszymy od lekarza? Nic dziwnego... I dopiero kiedy już w bardzo zaawansowanym stadium choroba przypadkiem zostaje odkryta - nagle wszyscy mają do nas pretensje, że nie zgłosiliśmy się wcześniej. Może gdyby nasze dolegliwości traktowano serio, byłoby inaczej. Ale iść do lekarza tylko po to, by usłyszeć, że to on jest lekarzem, a badania są zbędne - cóż, nie każdy ma ochotę. Obarczyć winą i odpowiedzialnością stres, pogodę i hormony mogę zupełnie samodzielnie, w zaciszu domowym... Nie potrzebuję lekarza, którzy powtórzy mi te słowa, nawet mnie nie badając. Jak często lekarze zlecają wymazy z gardła, w celu określenia jaka bakteria nam aktualnie dokucza? Prawie nigdy, tylko w przypadkach kiedy po kilkutygodniowym, lub nawet kilkumiesięcznym leczeniu choroba wciąż nawraca. Wtedy tak. W przeciwnym razie przepisują po prostu antybiotyki o szerokim spektrum działania, które szkodzą nam często dużo bardziej niż samej bakterii chorobotwórczej, ponieważ zabijają przy okazji mikroorganizmy pożyteczne. A wystarczyłoby określić co to za drobnoustrój i na jaki antybiotyk jest wrażliwy. Leczenie byłoby znacznie szybsze i skuteczniejsze. I naturalnie - mniej szkodliwe dla nas samych. Niestety - nierealne... Nikt nie da nam skierowania na takie badania... Nie mówię, że miałoby się to stać regułą, ale upowszechnienie takiej praktyki przyniosłoby korzyść wszystkim.

Nie obwiniajmy jednak teraz tylko i wyłącznie lekarzy, bo zapewne zlecaliby badania, gdyby nie kosztowały one tak wiele. Niestety w naszym cudownym kraju służba zdrowia musi się z wszystkiego rozliczać. A każde badanie kosztuje. Cięcia kosztów w służbie zdrowia zamieniają się więc w oszczędności na naszym zdrowiu. Moim prywatnym skromnym zdaniem np. badania podstawowe - krwi i moczu, mogłyby być w pełni finansowane przez państwo, tak by jednostki służby zdrowia nie musiały na nich oszczędzać ani rozliczać się z nich tak jak teraz. Obawiam się jednak, że rząd pochłonięty wynajdowaniem kolejnych cudownych ustaw i zajęty spychaniem kraju do poziomu ciemnogrodu, nie wpadnie na tak prosty pomysł, a już na pewno nie znajdzie na niego pieniędzy. Wszak trzeba ratować budżet państwa i łątać dziury. Najlepiej kosztem obywateli i ich zdrowia...

Komentarze (16)
Brak magnezu winien częściej niż pogoda

Zaczyna się niewinnie, od zmęczenia - w końcu każda z nas może być przepracowana. A jak jesteś przepracowana to źle sypiasz, zdarzają Ci się koszmary, bezsenne noce. Cóż więc dziwnego, że rano budzisz się zmęczona? Zmęczona idziesz do pracy, więc trudności z koncentracją nie wydają Ci się niczym nadzwyczajnym. Kiedy pojawiają się bóle i zawroty głowy - naturalnie przyjmujesz, iż jest to wina pogody i zmęczenia. Czujesz się osłabiona i zdarza Ci się tracić równowagę. Drętwienie rąk i skurcze łydek przyjmujesz jako naturalną kolej rzeczy po nieprzespanej nocy. Drganie powiek też może się każdemu zdarzyć. Wreszcie rozdrażnienie i płaczliwość przypisujesz hormonom, trudnej sytuacji życiowej i małej odporności psychicznej...

Stres, zmęczenie, pogoda i zmiany hormonalne - to najczęstsze usprawiedliwienia dla naszych dolegliwości. I naturalnie może tak być. Jednakże wszystkie wymienione objawy są także symptomami NIEDOBORU MAGNEZU.Moją ulubioną wymówką zawsze był stres. Na zmiany pogody reaguję słabo toteż nigdy się nimi nie zasłaniałam. Ale w ostatnich dniach zaczęłam. Oczywiście nie dało mi to do myślenia. Jednakże kilka dni temu spojrzałam wstecz, na ostatnie tygodnie i doszłam do wniosku, że to chyba nie jestem ja: płaczliwa, rozhisteryzowana, drażliwa, słaba... Czyżby znów depresja? Bardzo podobnie się zaczyna. Aczkolwiek jak na depresję zbyt wiele mam tych pozytywnych zrywów i myśli raczej dobre. Problemy z krążeniem, dziąsłami i zębami (wczoraj miałam kolejną wizytę, bo ciągle coś mi się tam dzieje, a wyraźnej przyczyny nie ma) - zignorowałam.Przecież każdemu mogą się zdarzać, tak samo jak łamiące się paznokcie. Moje straciłam kilka tygodni temu i do tej pory nie mogę odhodować, bo co troszkę odrosną, to zaraz łamią się prawie aż do krwi... Zdecydowanie gorzej sypiam, ale przyczyn może być tysiące. A skoro źle sypiam no to bóle głowy nie są niczym nadzwyczajnym. Ot, dzień jak co dzień... Zasłabło mi się raptem kilka razy, bo podłoga zaczęła wirować (co za podłogi teraz mamy ;P). Zmartwiło mnie jedynie to, że tak trudno jest mi się skupić na tym co robię, mówię, piszę. Chodzę rozkojarzona i nawet natchnienia ostatnio nie mam. Swoim zwyczajem obarczyłam winą stres. Stres naturalnie był, ale już jakiś czas temu, nie mam powodu żeby rozpaczać, moje reakcje są przesadzone, wyolbrzymione, przerysowane. Niestety nie wszystko mogłam stresowi przypisać, toteż część zwaliłam na hormony a kiedy i to przestało wystarczać - na pogodę :). Dumna z siebie byłam :D. Oczywiście sama nie wpadłabym na przyczynę, nawet po tym jak w ciągu ostatnich kilku tygodni zjadłam tyle czekolady co przez cały poprzedni rok (chciało mi się !!!). Dopiero rozmowa z jedną z koleżanek uświadomiła mi tę oczywistą rzecz : brakuje mi magnezu. Tak, właśnie to obstawiłam jako przyczynę wszystkich moich problemów. Naturalnie nie byłam w stanie wymóc na moim lekarzu skierowania na odpowiednie badanie, ponieważ w naszym kraju badania robi się w ostateczności. Jednakże rozmowa z panią w aptece utwierdziła mnie w przekonaniu, że mam rację. Zakupiłam więc ogromne pudło tabletek rozpuszczalnych (magnez plus witaminka B6) i tak sobie dawkuję od wczoraj. Może to śmieszne, ale już dziś jest nieco lepiej. Nie wiem na ile działa magnez a na ile psychika, ale fakt pozostaje faktem.

Najwięcej magnezu zawierają pestki dyni i  kakao (stąd moja rozpaczliwa ochota na czekoladę, której raczej nie jadam). Wymienia się też orzechy, koperek i soję, fasolę i nać pietruszki, kasze i pieczywo pełnoziarniste.

Niedobory magnezu mogą być spowodowane:
  • spożywaniem pokarmów, które utrudniają wchłanianie magnezu, np. herbaty, która zawiera związek zwany taniną i dużej ilości tłuszczów (a ja tak uwielbiam herbatę :( );
  • piciem kawy i spożywaniem dużej ilości cukrów (bo magnez "ucieka" z organizmu) ;
  • przyjmowaniem środków antykoncepcyjnych;
  • stresem (znów ten stres :/ );
  • nadużywaniem alkoholu (to chyba szkodzi na wszystko).

Naturalnie zapotrzebowanie na magnez zwiększa się w okresach zwiększonego wysiłku fizycznego i psychicznego. Szkoda, że zamiast zwrócić uwagę na to co mój organizm symbolizował mi już od dawna, wolałam tradycyjnie obciążyć odpowiedzialnością za swój stan wszystko i wszystkich dokoła, w tym niewinną pogodę.

Problem niedoboru magnezu u ludzi narasta, ponieważ jego zawartość w produktach spożywczych gwałtownie spada. Niegroźne zdawałoby się dolegliwości mogą z czasem doprowadzić do poważnych chorób, a rozdrażnienie i płaczliwość przemienić się w depresję. Ja nie zamierzam przez to przechodzić ponownie, toteż od wczoraj stosuję magnez jako suplement diety. Mam nadzieję, że moje paznokcie, włosy i zęby (zwłaszcza te ostatnie) też to docenią. Zamiast więc zamartwiać się i szukać przyczyny gdzieś w pokładach osobowości, stresie czy pogodzie - warto zjeść dziennie kilka tabliczek czekolady, ziemniaki posypać koperkiem i ograniczyć spożycie kawy i herbaty.

Więcej o roli magnezu, skutkach i przyczynach niedoboru znajdziecie na:

pl.wikipedia.org/wiki/Magnez

portalwiedzy.onet.pl/92441,,,,magnez,haslo.html

POLECAM!

Komentarze (26)
Dobry lokal poznasz po... toalecie!

Dobry lokal czy restauracja to nie tylko wnętrze - to także toaleta. Ileż to razy zdarzyło mi się widzieć wspaniałą salę i paskudną toaletę. To bynajmniej nie zachęca. Bo jeśli właściciel nie dba a zaplecze sanitarne, z którego korzystają goście, to aż strach pomyśleć co dzieje się tam, gdzie goście nie wchodzą - mam na myśli kuchnię. Dlatego też zawsze zwracam uwagę na to, jak wyglądają toalety w lokalach publicznych.

Ostatniej soboty pracowałam w przepięknym hotelu z restauracją o ciekawym, bogatym wnętrzu. Sala była ładna (może trochę smutna). Pomyślałam więc, że zajrzę tam, gdzie zawsze - czyli do toalety, żeby mieć pełny obraz lokalu. Gdyby ktoś popatrzył z boku, to nieźle by się uśmiał widząc mnie w akcji.

Co jest ważne przede wszystkim? Toaleta musi być dobrze oznaczona. Biorąc pod uwagę fakt, iż będą z niej korzystać osoby niekoniecznie trzeźwe, warto zadbać o to by nie błąkały się bez celu w poszukiwaniu tegoż przybytku. Ileż to razy zdarzyło się, że goście biegali po sali tam i z powrotem szukając odpowiednich drzwi... Tu na szczęście oznaczenia były wystarczająco wyraźne.

Punkt drugi - szerokie drzwi wejściowe i takie same do przynajmniej jednej kabiny. To z myślą o osobach niepełnosprawnych. Niestety wiele jest jeszcze w Polsce lokali, które zaniedbują ten element. Może nie tyle wynika to z ignorancji, co  z tego, że wszystko to dość stare budynki a remonty jak - wiadomo - kosztują. Niemniej jednak, jeśli lokal dostosował toaletę także do potrzeb osób niepełnosprawnych - to budzi to już mój szacunek dla właściciela.

Weszłam sobie dalej - wnętrze ładne, czyste. Kabiny odpowiednie. Jest gdzie postawić torebkę, jest gdzie powiesić żakiet. W każdej kabinie kosz na śmieci. Super. Papier jest.

No i wreszcie najważniejsze. Trzeba umyć ręce. Nie znoszę kiedy akurat kończy się mydło w dozowniku. Tu było ok. Woda ciepła, mydło w porządku, papierowe ręczniki i.... No właśnie. I trzeba było gdzieś ten zużyty ręcznik wyrzucić. Rozejrzałam się i nie dostrzegłam nigdzie kosza. Wreszcie schyliłam się mocno pod umywalkę. JEST! Tylko, żeby się do niego dostać musiałabym chyba wykonać jakąś mocno akrobatyczną figurę. Kosz umieszczony był tak głęboko, że gdybym chciała nacisnąć nogą właściwą dźwignię - musiałabym odchylić się bardzo do tyłu, licząc na to, że nie stracę równowagi. A otwierać pokrywę ręką to raczej mało higieniczne. Zobaczcie jak jeden drobny zdawałoby się szczegół może zepsuć dobry efekt! Nawet duże lustro na ścianie nie wyrównało tego braku... Nie muszę pisać, co działo się w toalecie nieco później, kiedy przyszli goście. Nie wszystkim chciało się wyginać, toteż ręczniki były wszędzie.Jedno wielkie pobojowisko.

Chciałabym, aby lokale i ich toalety, oprócz tego, że są eleganckie i czyste zadbały też o funkcjonalność pomieszczeń. Bo w wymienionym przypadku z racji niefunkcjonalnego ustawienia kosza na śmieci (taki drobny szczegół zdawałoby się), toaleta z czystej i sympatycznej po kilku godzinach zamieniła się w śmietnik. Nie można liczyć w tym względzie na ludzi - tym bardziej tych spożywających alkohol. Dlatego, jeśli nie chcemy sprzątać potem takiego bałaganu - warto zainwestować w suszarkę do rąk lub po prostu urządzić pomieszczenie z głową.

Komentarze (16)
Skazani na sukces lub porażkę

Miałam w planach pisać dzisiaj o czymś innym, ale komentarz pod jednym z dzisiejszych wpisów skierował moje rozważania w tym kierunku.

Rodzimy się, dorastamy, żyjemy. W ciągu całego życia nabywamy coraz to nowe doświadczenia - jedni mniej, inni więcej. Mamy swoje sukcesy i porażki. Pytanie - czy nasze życie jest z góry zaprogramowane? Czy My jesteśmy zaprogramowani, czy też sami kształtujemy koleje losu? Jesteśmy "czystą kartą" czy też nie? Naturalnie w ciągu wieków pojawiało się wielu zwolenników obydwu teorii. I mamy ich także dzisiaj, choć może nie każdy uświadamia sobie, że przynależy do którejś grupy.

Dziś psychologia zaprzecza teorii tabula rasa. Przyjmuje się, że umysł dziecka po urodzeniu zawiera już pewne dane i informacje, które są następstwem ewolucji gatunku ludzkiego - taka spuścizna po przodkach.
Na ile jednak jesteśmy zaprogramowani i czy zawsze biologia robi swoje?
Osobiście skłaniam się ku teorii doświadczenia i uważam, że jest głównym czynnikiem kształtującym ludzi. Geny determinują nasz wygląd i pewne ogólnoludzkie schematy. W genach mamy zapisane informacje, umożliwiające przetrwanie gatunku, a więc też przetrwanie jednostki. Geny określają też w pewnym stopniu naszą podatność na niektóre choroby. Podatność to nie to samo co pewność, że ktoś zachoruje. Biologia na pewno determinuje wiele rzeczy, ale nie jest wyrocznią.

Taką polemikę można prowadzić bez końca i tak naprawdę każdy miałby wiele racji. Jak już napisałam w jednym z komentarzy, zgadzam się z tym, że jesteśmy różni. Właśnie dlatego, że kształtuje nas tak wiele różnych czynników. Dlatego moim zdaniem nie możemy przypisać naszej odporności i wrażliwości psychicznej lub jej braku biologii. Każdy gatunek bowiem dąży do jednego - przetrwania, a więc do stworzenia takiej puli genowej w obrębie gatunku, która zapewni mu jak najlepsze dostosowanie się do środowiska, w którym żyje. Przyjmując, że tak właśnie jest, musielibyśmy też założyć, że jeśli konstrukcja psychiczna jest cechą uwarunkowaną wyłącznie (lub w większości) genetycznie, musielibyśmy być pod tym względem bardzo podobni. A doskonale wiemy, że nie jesteśmy. Stąd moje przekonanie o dominującym wpływie doświadczenia na naszą psychikę. Mówiąc doświadczenie mam na myśli nie tylko zdarzenia, które spotykają nas w życiu, ale całokształt wydarzeń jakie mają miejsce po naszym urodzeniu - a więc w tym przypadku włączam tu wszystkie epizody z jakimi mamy do czynienia w dzieciństwie i samo wychowanie również. Doświadczenie w tym konkretnym przypadku traktuję jako zbiór wszystkiego, co spotyka nas po urodzeniu - czynniki środowiskowe, rodzinne, wychowanie, sytuacje losowe... W końcu często jesteśmy zupełnie inni niż nasi rodzice pod względem psychicznym i reakcji na bodźce zewnętrzne... Gdybyśmy dziedziczyli psychikę po rodzicach to w pewnym sensie z góry bylibyśmy skazani na sukces lub porażkę, na podejmowanie takich samych decyzji, podobne postępowanie. A przecież tak nie jest...

No i odbiegłam od tematu, bo nie o tym miałam pisać (choć poniekąd łączy się on nierozerwalnie). Jak myślicie - czy ludzkie życie jest z góry zapisane od A do Z, czy też jest to jedna wielka niewiadoma, którą określają nasze decyzje? Czy przeznaczenie istnieje? Kolejny temat rzeka... Tak często narzekamy na życie - a czy nie jest ono tylko rezultatem dokonywanych przez nas wyborów? Czy to co nas spotyka nie jest konsekwencją naszego postępowania? A jeśli tak, to czy zawsze? Mam kilka własnych teorii na ten temat, ale sprawa jest trudna i dużo bardziej zawiła niż temat poruszony przed chwilą, bowiem dotyka zarówno kwestii religijnych, jak i indywidualnych odczuć każdego człowieka. Dotyka tego co nieznane, a niewiadome rzeczy zawsze nas przerażają.
Co by nie mówić i nie myśleć, każdy ma prawo do własnych opinii. Jeśli wierzymy w siebie i w przezwyciężenie trudności, to zwykle udaje nam się osiągnąć cel. Kiedy nie wierzymy, wszystkie podejmowane przez nas decyzje są konsekwencją tej niewiary, co za tym idzie - często się poddajemy twierdząc, że walka i tak nie ma sensu... Sami skazujemy się na sukces lub porażkę... I tak naprawdę chyba właśnie to, w co wierzymy, określa nasze istnienie...

************************

Kiedyś dawno temu stworzyłam "coś" co pozwalam sobie teraz tutaj pokazać, przy okazji tego tematu...

TABULA RASA Z TOBĄ W TLE

zgubiłam Cię
gdzieś w gąszczu codziennych spraw
w szpitalnej sali na oddziale noworodków
zabrała Cię Twoja matka
mnie moja
więcej nie pamiętam

zgubiłeś mi się tuż po urodzeniu
rozdzielili nas - dwie połówki pomarańczy
zostały nam tylko niezapisane prawie tablice
z jednym słowem
Ty

staliśmy w kolejce do urodzenia
szedłeś przede mną
szepcząc coś przez ramię
podzieliłeś się ze mną
herbatnikiem z bufetu na chmurze
podtrzymałeś
gdy potknęłam się o kawałek nieba

dałam Ci swoją tabliczkę
byś się zapisał w pamięci
Ty dałeś mi swoją

Ciebie wezwali pierwszego
czas było się rozstać na chwilę
podałeś mi ręce
spojrzałeś w oczy głęboko
składając tak przyrzeczenie
przypieczętowałeś własnymi ustami
"będę czekał, przyjdź szybko" mówiłeś
pożegnaliśmy się już umierając z tęsknoty

odszedłeś aby się narodzić
a ja cierpliwie czekałam
obraz Twojej twarzy
zatarł się w pamięci
aż nadszedł mój czas

przebudziłam się w szpitalu
wśród bieli nowych twarzy
Ciebie tam nie było
a na mojej tabliczce
widniało tylko jedno słowo
"Ty"
nie zapisałeś mi adresu

i teraz błądzę po świecie
szukam Ciebie
wiem tylko że jesteś gdzieś
może obok

zgubiłeś mi się
więcej nie pamiętam
moją tablicę pokrywają coraz to nowe napisy
i ten jeden
"na zawsze Twój"
maj 2003

Komentarze (6)
Takie sobie pisanie...o uczuciu

Miałam pomysł na wpis. Na wiele - bo ciągle się coś dzieje. Ale dziś nie jestem w stanie pisać. I nie wiem czy będę jutro. A przynajmniej nie tak, jak mogłabym tego chcieć. Dziś mogę się tylko użalać nad sobą. Czy to coś zmieni? Raczej nie... Nie będzie mi potem ani specjalnie lepiej, ani weselej. Ale wiem, że tu na blogu znajdę przynajmniej jakiś promyk...Może uśmiech i życzliwość...

Nie potrafię się uwolnić od czegoś co dawno nie ma prawa bytu. Koleżanka pisała o pakowaniu się w kłopoty - tak, z tego mogłabym zrobić doktorat a może i na habilitację materiału by wystarczyło... Wciąż pozwalam wracać do swojego życia człowiekowi, który za każdym razem robi mi to samo. I za każdym razem ja próbuję się wtedy z tego otrząsnąć i pozbierać. No i co? Znów do czasu... Jest to jedyny człowiek w moim życiu, w stosunku do którego jestem tak niekonsekwentna. I najgorsze jest to, że nie potrafię tego zmienić. Nie potrafię żyć inaczej. Nie umiem żyć bez niego. Ale z nim - chyba też nie... To nie jest związek. To tylko uczucie, które wciąż we mnie trwa. Próbowałam się od tego uwolnić tysiące razy - nie działa... Nie potrafię przeciąć tej pępowiny, która nas łączy... Ale nie potrafię też dłużej żyć tak jak żyję... Zabija mnie to. Miewam lepsze i gorsze dni. Po kilku, kilkunastu lepszych przychodzą takie jak dziś... One nie są trochę gorsze. One są dużo gorsze... I o ile zwykle radzę sobie - to w takie dni jestem jak jakaś bezmózga istota, która w ogóle nie myśli. Jakaś katastrofa...

Powiedzcie mi jak skończyć coś co przynosi Wam tylko straty - fizyczne i mentalne (no - jedyne co - to wzbogaca doświadczenie, ale tego mam chyba aż nadto do tej pory). Coś, przez co cierpicie i nie możecie sobie ułożyć życia a jednocześnie - nie potraficie się uwolnić w żaden sposób. Tysiące sposobów zawiodło... Nie mam w zwyczaju uciekać. A dziś jest to jedyna rzecz, na którą jeszcze mam ochotę... Uciec... Daleko... Jak najdalej...

Dziś rano jak zwykle po pracy umęczona wróciłam do domu. Myślałam tylko o łóżku, bo ostatnie 3 noce zarwane. Ale kuzyni wybierali się do Krynicy Morskiej. Uciekłam razem z nimi na te parę godzin. Może powinnam uciec gdzieś na dłużej... Zniknąć... Wychodzi mi, że musiałabym się również odciąć od internetu, telefonu i poczty. Jasne! Ciągle powtarzam sobie, że gdyby Mu zależało - nie pozwoliłby mi tak cierpieć... To zrobiłby coś... Tylko po co skoro wie, że następnym razem znowu wybaczę i pozwolę się emocjonalnie zabijać... Nie potrafię się uwolnić... To jedyne co wciąż podcina mi skrzydła i nie pozwala iść dalej i patrzeć przed siebie...

Powiedzcie mi co ja mam zrobić, żeby wreszcie przekonać siebie, że to moje czekanie na cud nie jest nic warte. Jak przekonać siebie, że On nie da mi tego czego potrzebuję... Bo gdyby miał dać - już by dał, prawda? Już by się coś zmieniło...

Potrafię obiektywnie ocenić sytuację, kiedy o tym piszę. Ale nie potrafię przekonać siebie, że mam rację. I nie potrafię sobie pomóc... Nie umiem się od tego uwolnić... Już nie wiem co mam dalej robić...

***

Bo Twoja miłość jest gorzka
łzami napiętnowana
szyderstwem szyte są kłamstwa

rzuca mnie na kolana
w rozpaczy
w żalu
w nicości

samotność ze sobą przynosi
to są wyrazy Twojej
najszczerszej dla mnie
miłości

Komentarze (15)
"Szczęście jest blisko"

Wczoraj coś sobie uświadomiłam. Coś, co nie dawało mi spokoju od dawna, dręczyło, męczyło, dopóki nie powiedziałam tego głośno. Byłam ślepa. A może po prostu ślepo zakochana?

Swego czasu w moim życiu było dwóch bliskich mi mężczyzn. Jeden był moim partnerem, drugi przyjacielem. Chłopak był na wyciągnięcie ręki, ale zawsze miał coś pilniejszego ode mnie. Nigdy nie miał dla mnie czasu. Wiecznie zajęty, zapracowany. Powiecie - to dobrze. I może kiedyś zgodziłabym się z Wami, ale nie dziś. Dziś dobrze wiem, że ktoś, kto naprawdę kocha, znajdzie czas. Może nie tyle, ile bym chciała - ale znajdzie go na pewno. Jeśli ktoś w ogóle nie ma dla mnie czasu - to może po prostu nie chce go mieć. Jeśli praca zawsze, wszędzie i nieustannie jest ważniejsza od miłości - to to nie jest miłość; a jeśli jest, to nie do końca szczera... Ale wracając do tematu - bardzo niewiele czasu spędzaliśmy razem. Nie dlatego że ja nie chciałam, tylko dlatego, że on "nie miał czasu". Mimo to zdążyłam go poznać bardzo dobrze. On mnie wcale. To też o czymś świadczy...

Mój przyjaciel z kolei poświęcał mi prawie cały swój czas. Zarywał noce, rezygnował ze snu, tylko po to by mnie wesprzeć, pocieszyć, pomóc, wysłuchać. Rozmawialiśmy godzinami. Cierpliwie wysłuchiwał skarg i żali, a innym razem peanów pochwalnych na temat mojego zapracowanego partnera. Nigdy otwarcie go nie skrytykował. Ani mnie. Mimo tego w jakim stanie zdarzało Mu się mnie widzieć - nigdy nie powiedział mi, że robię źle. Jedynie delikatnie dawał do zrozumienia, które decyzje popiera, których nie. Nigdy nie wywierał na mnie presji. Nigdy nie powiedział mi, że zachowuję się jak kretynka (chociaż tak było). Mój przyjaciel znał mnie tak dobrze, jak nikt na świecie. Był cierpliwy i wyrozumiały. On po prostu był...

Kiedy zachorowałam, to mój przyjaciel pytał kilka razy dziennie, czy czegoś mi nie trzeba i czy dbam o siebie. Mój chłopak wykonał jeden telefon, po czym pochłonęła go praca... Kiedy stwierdzono u mnie depresję, to mój przyjaciel codziennie ze mną rozmawiał, znosił moje dobre i złe dni. A mój chłopak - porzucił mnie... Odszedł....
Mój chłopak odchodził i wracał jeszcze kilkakrotnie. Miota się tak do dziś.
Mój przyjaciel nie zostawił mnie nigdy. Wie o mnie praktycznie wszystko. Nie opuścił mnie nawet w najgorszych momentach. Jest - nawet wtedy, kiedy go nie ma... Jest do dziś i nigdy nie zawahał się mi pomóc. Choćby z daleka.... Tematy do rozmów nie kończą nam się nigdy.
I wreszcie dotarło do mnie coś, co skutecznie ignorowałam przez tyle czasu. Z mojej strony to była przyjaźń, ale z jego - już nie tylko.
Stan na dzień dzisiejszy: chłopak odchodził za każdym razem gdy robiło się trudno i zostawiał mnie w najgorszych momentach, toteż nie ma go i dziś. Mój przyjaciel nadal jest moim przyjacielem. Jeśli był czas na to by przekształcić to w coś więcej - to już minął...

No i jak to jest w tym życiu, że czasem ślepo zapatrzone w jeden punkt gonimy za nim, choć wcale nam szczęścia nie daje. To prawdziwe szczęście zawsze jest blisko. Tuż obok. Podaje nam chusteczkę gdy płaczemy i mówi, że jesteśmy piękne, nawet wtedy, kiedy śmiało mogłybyśmy straszyć w nawiedzonym dworku... Dla niego jesteśmy cudowne, bez względu na to czy rozmazany tusz spływa nam po policzkach, czy przefarbowałyśmy włosy na niebiesko - nie zmienia to jego uczuć i fascynacji....
Przegapiłam to... Nie zauważyłam. Goniłam ślepo za kimś, kto nie poświęcił mi uwagi i czasu, kiedy tak bardzo go potrzebowałam. Już za późno by cokolwiek zmieniać. Ale Wy rozejrzyjcie się dokoła - może dla Was jeszcze nie jest za późno by dostrzec kogoś kto tylko czeka na jeden znak... Warto mieć oczy szeroko otwarte i pozwolić szczęściu nas znaleźć. Bo szczęście - jak mówi piosenka - jest blisko...

Komentarze (11)
Bo kobiety to istoty myślące!

Chyba mam dzisiaj dzień na żarty, bo przychodzą mi do głowy same śmieszne rzeczy. Jednak nawet w tych śmiesznych często kryje się dużo prawdy. Niedawno usłyszałam kawał, który utkwił mi w pamięci nie tyle jako zabawny, co jako bardzo prawdziwy. Przytoczę poniżej:

Młoda dziewczyna cierpiała bardzo z powodu silnych bólów głowy. Wreszcie udała się do doktora. Seria badań wykazała, że dziewczyna ma dużego guza mózgu. Kiedy jej o tym powiedziano, zaczęła płakać i mówić, że jest jeszcze młoda i nie chce umierać. Doktorowi zrobiło się jej żal, więc powiedział jej o nowej eksperymentalnej technice przeszczepu mózgu, ale zaznaczył, że nie daje ona żadnej gwarancji. Matka dziewczyny zapytała o koszt. Lekarz odparł iż zależy to od mózgu - za męski trzeba zapłacić milion dolarów, a za damski - tylko 25 tysięcy dolarów.
- Ale panie doktorze, dlaczego męski mózg jest droższy od kobiecego?
- Bo kobiecy jest używany - odparł lekarz....
No tak... Coś ostatnio moje myślenie zaczyna zahaczać o teorie feministyczne. Ale z wszystkiego na świecie najbardziej nie lubię, kiedy się mnie nie docenia. Kiedy nie doceniają mnie wrogowie - to pół biedy, ale kiedy nie docenia mnie ktoś bliski - to budzi to bardzo różne moje odczucia. Raczej mało pozytywne. Najbardziej oburza mnie fakt, że człowiek, który podobno dobrze mnie zna, obraża moją inteligencję idiotycznymi kłamstwami i spodziewa się, że ślepo we wszystko uwierzę. Czasem mam ochotę powiedzieć: "Skoro już kłamiesz to wysil się na jakieś ambitne oszustwo, bo te brednie którymi mnie częstujesz są po prostu żałosne". No niestety. Podobno każdy sądzi według siebie (z kim ja się zadaję w takim razie?!). Widocznie niektórym nawet łatwe do przejrzenia kłamstwo wystarcza jako wymówka. Mnie nie wystarcza. Mało tego - mniej boli mnie sam fakt kłamstwa (chociaż nie toleruję go w żadnej postaci i żaden powód go nie usprawiedliwia moim zdaniem) niż to, że jest to kłamstwo nieudolne. Szlag mnie trafia jak facet spodziewa się, że trzy czułe słowa i piękna bajeczka uśpi moją czujność.

Zresztą - nie będę się powtarzać, ponieważ wpis na temat kobiecej inteligencji i związków dodałam już jakiś czas temu. Jednakże temat ten wciąż przewija się w moim życiu w mniejszym lub większym stopniu. I czasem naprawdę odnoszę wrażenie, że mężczyźni z mózgów użytku nie robią. No bo po co, skoro naiwna zakochana kobieta uwierzy we wszystko? Tymczasem naiwna kobieta potakuje głową - już nie robi awantur. Zbiera dowody winy, kolekcjonuje coraz to nowe bzdurne bajeczki, wymówki i niewiarygodne historie. Któregoś dnia je wykorzysta. W momencie kiedy on najmniej będzie się tego spodziewał....Wszak mężczyzna może być głową rodziny - ale kobieta jest szyją i to ona tą głową kieruje.....

A odnośnie myślenia - naturalnie kobiety myślą więcej, częściej i intensywniej. Bo dwa razy - za siebie i za partnera niejednokrotnie. Począwszy od zastanawiania się co zrobić na obiad, pamiętaniu o zapłaceniu rachunków, zrobieniu zakupów, umówieniu dziecka na wizytę u dentysty, na pracy kończąc. Aha  - no i jeszcze zamartwianie się o różne rzeczy... Tak - kobiety zdecydowanie myślą więcej i gdyby im na to pozwolono, byłyby też dużo bardziej kreatywne i twórcze. Niestety lata historii i męskiej dominacji ograniczyły nasze możliwości i narzuciły pewien schemat zachowań. Przyjęło się sprowadzać istnienie kobiet tylko i wyłącznie do roli żon i matek. Na tyle pozwala nam świat. Na szczęście dla nas i na nieszczęście dla mężczyzn okazało się, że my także mamy ambicje, genialne pomysły i zdolność logicznego wnioskowania. Okazało się, że nie tylko potrafimy dorównać mężczyznom w wielu kategoriach, ale nawet przewyższać ich błyskotliwością, dokładnością i dociekliwością. Ale nie osiągamy takich sukcesów na jakie zasługujemy, bo niejednokrotnie pozwalamy, by rozum szedł w parze z sercem i okazujemy niepotrzebne współczucie. A w interesach - jak mawia mój kolega - nie ma miejsca na sentymenty.

Chciałabym kiedyś spotkać mężczyznę, który nie będzie obrażał mojej inteligencji banałami i patrząc mi w oczy będzie potrafił przyznać się do błędu. Jeśli mi się to kiedyś zdarzy - na pewno nie omieszkam tego opublikować!

Komentarze (12)
1 | 2 | 3 |