iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Sceny deszczem malowane...

Oto jestem. Ani zmęczenie, ani ból głowy, ani brak snu od ponad 24h - nie przeszkodziły mi tu zajrzeć :). Nie mogłam się powstrzymać. Tak więc melduję się posłusznie.
Dziś niedziela - i bardzo dobrze. Niech ten tydzień się już wreszcie skończy. Ośmielę się nie zgodzić z twierdzeniem, że nieszczęścia chodzą parami. Nieszczęścia chodzą całymi stadami - są jak kostki domina - przewrócisz jedną i zaraz lecą wszystkie...

Niech pomyślę... Zaliczyłam w tym tygodniu dwie wizyty u stomatologa, pojawiły się poważne problemy natury prywatnej i sprawy, które trzeba było pilnie załatwić. Zdążyłam się pochorować i nie mogłam nic zjeść przez kilka dni. A weekend? Ufffffffffff............

Mój weekend zaczął się w nocy z czwartku na piątek, kiedy to coś leżącego mi na żołądku i wątrobie od jakichś czterech dni nie pozwoliło mi zasnąć po raz kolejny. To "coś" objawiło się dziwną niestrawnością, natychmiastową utratą apetytu i niemożnością przełknięcia czegokolwiek, i prawdopodobnie było spowodowane stanem silnego wzburzenia emocjonalnego (a to już za sprawą nieuniknionych w życiu konfliktów damsko-męskich i wzajemnego niezrozumienia płci; czytaj: faceci to dranie!). To "coś" trzyma mnie do dziś, ale na szczęście już jest nieco lepiej. Tak więc wymęczona nocą, wstałam, spakowałam się i po południu ruszyłam w drogę. Najpierw kawałeczek do przystanku busów. Naturalnie - o ile przez pół dnia świeciło piękne słońce, o tyle tuż po moim wymarszu nagle gdzieś zniknęło i pojawiły się chmury. No trudno, pomyślałam, zdążę.
Bus, którym miałam jechać, spóźnił się całe 20 minut. W tym czasie spadł ulewny deszcz i przemokłam zupełnie.

Godzinę podróży spędziłam trzęsąc się z zimna na fotelu pasażera. Kiedy wysiadłam na dworcu - zamiast godziny luzu zostało mi niecałe 40 minut. A z moją grupą byłam umówiona w zupełnie innym miejscu - więc znów musiałam dojechać. Zaszłam na chwilę do znajomych, przebrałam się szybko i ruszyłam na przystanek. I wyobraźcie sobie - przewidziane były dwa autobusy, którymi mogłam dojechać na miejsce, a żaden NIE PRZYJECHAŁ! Komunikacja miejska, żeby ich....! Wreszcie już i tak spóźniona, zmuszona byłam wziąć taksówkę, przy czym taryfiarz  zdarł ze mnie niemiłosierne pieniądze, ale nie miałam czasu się z nim kłócić. Ostatecznie dotarłam na miejsce z piętnastominutowym spóźnieniem (ku ogólnemu zdziwieniu). Potem znów dojazd i wreszcie praca. Wszystko pięknie gdyby nie komary, a raczej komarzyce, które urządziły sobie na nas prawdziwą krwawą ucztę.
Sobota miała być spokojniejsza. Niestety zanim dojechaliśmy na miejsce, rozpętały się burze. Droga była okropna, padał grad a wiatr łamał gałęzie drzew... Rozpogodziło się dopiero tuż przed osiągnięciem przez nas celu podróży.

Potem, w pracy, było już naprawdę fantastycznie całą noc, z wyjątkiem jednego drobnego epizodu. Najzwyczajniej w świecie zasłabłam. Zakręciło mi się solidnie w główce i nastąpiło bliskie spotkanie ze ścianą. Z dwojga złego wolałam tą ścianę niż podłogę.

Na szczęście rano, w drodze powrotnej, pogoda była już ładna.

Teraz leżę już we własnym łóżku, piję gorącą herbatę i rozmyślam o tym, do jakiego stanu doprowadziłam się w tym pechowym tygodniu. Bo tak niestety kończy się brak szacunku dla samej siebie i wieczne kompromisy. Jak widać, nie można iść na kompromis tak daleko, by ryzykować utratę zdrowia. Muszą istnieć pewne granice. Niezbędny jest dystans - do siebie, ludzi i życia oraz trudności, które ze sobą niesie. Stres, w jakim żyłam w tym tygodniu spowodował bezsenność, nudności, kołatania serca i bóle głowy. Nie mogłam jeść, nie mogłam spać, ciągle rozmyślałam... Poziom adrenaliny podniósł mi się tak znacznie, że wszystko robiłam trzy razy szybciej, jednakże w wielu sprawach przeceniłam  swoje możliwości, za co zapłaciłam wczorajszym zasłabnięciem i dzisiejszym zmęczeniem - znacznie większym niż zwykle. Nie liczyłam się z konsekwencjami. I naprawdę nie wiem czemu mnie to wszystko tak rozstroiło. Zawsze angażuję się w to, co robię i jak postępuję, szczególnie w związkach, ale żeby teraz dotknęło mnie to aż tak bardzo - tego bym się nie spodziewała. W dodatku jestem w tym tygodniu jakaś płaczliwa.... I powiedzcie mi, czy jakikolwiek mężczyzna na świecie, czy też cokolwiek innego, warte jest tego by przejmować się tak bardzo i tracić zdrowie??? Czy cokolwiek na tym świecie warte jest tego, by aż tak tracić nerwy??? Dobrze znam odpowiedź. Nic i nikt nie jest tego warte, zwłaszcza ktoś kto twierdzi, że wcale nie jestem osobą delikatną ani wrażliwą...

Na szczęście po każdej burzy wstaje słońce, a po nocy dzień  - jak pisze Natali. I w tym cała moja nadzieja... :)))

 

Komentarze (9)
A zaczyna się od słowa...

Zaczyna się niewinnie i wręcz biblijnie. Bo na początku zawsze jest słowo. Jednak "biblijność" w tym miejscu się kończy, a powstaje produkt cywilizacji. Słowo bowiem zamienia się w zdanie, a jedno zdanie w dwa, dwa - w dziesięć. Przechodzą z ust do ust. Zaczynają się mnożyć, piętrzyć, aż urastają do niebotycznych rozmiarów. I oto jest: PLOTKA.

Ludzkość zaprogramowana jest na domysły.
Homo sapiens, a więc człowiek rozumny - jak sama nazwa mówi - zwykł używać swego umysłu nader intensywnie. Dzięki temu mamy dziś komputery i z zapałem możemy uczestniczyć  w życiu naszej portalowej społeczności. Dzięki temu również osobniki, które zatrzymały się w rozwoju na poziomie neandertalskim, mogą zaciągać swoje potencjalne ofiary już nie do jaskiń, ale do ciepłych mieszkań. Te same osobniki mogą spokojnie konsumować zawartość puszki zakupionej w sklepie na rogu zamiast wyruszać na długie i żmudne polowania na grubego zwierza. Wreszcie wszyscy możemy śledzić na ekranie telewizora relację z meczu Barcelona - Manchester, obejrzeć ciągnący się w nieskończoność wątek rodziny Foresterów lub dowiedzieć, co akurat dzieje się na drugim końcu świata. Wdzięczne pozostają również konie, które zwolniono z obowiązku dostarczania poczty i pełnienia funkcji transportowej - na rzecz samochodów, pociągów, tramwajów i samolotów. To wszystko człowiek rozumny osiągnął dzięki wytężonej pracy trybików zlokalizowanych gdzieś pod sklepieniem mózgoczaszki. Praca trybików ma jednak także skutki uboczne, obserwowane głównie w czasach współczesnych, przy czym działanie to nasila się najpierw w kilkuosobowych grupach, potem w niewielkich skupiskach ludzkich, aby wreszcie zawładnąć całą ludzkością. Mowa naturalnie o plotce, która jest swoistym tworem umysłu człowieka współczesnego (Homo sapiens recens). Człowiek współczesny jako  podgatunek człowieka rozumnego z umysłu użytek robi nadal. Ale niekoniecznie w celach zbawiennych...

Któraż z nas nie doświadczyła podstępnego działania plotek?? Ile z nas okiem sąsiadów była w ciąży i to czworaczej (bo przybyły nam jakieś 3kg), szlajała się z wszystkimi (spotkanie z kolegą, który odprowadził do domu wieczorem), zdradzała męża (delegacja służbowa), była nieuprzejma (asertywność), zarabiała miliony (jednorazowa premia w pracy)? Plotka nie omija nikogo - im wyższą pozycję ktoś zajmuje, tym więcej się o nim mówi. Wystarczy popatrzeć na osoby publiczne, aktorów, reżyserów, piosenkarzy i wreszcie na nas - szare istoty, gdzieś u podstawy tej drabiny sławy. Warto zaznaczyć, że masowa produkcja plotek rozwija się głównie tutaj. A polityka? Temat bez dna - wszystkie chwyty dozwolone!

Zaskakujący pozostaje jednak fakt, że przyjęło się, iż to kobiety są strasznymi plotkarami - nie przeczę, odrobina prawdy w tym jest. Ale czy godzinna rozmowa z przyjaciółką przez telefon musi od razu oznaczać ploty? Może to być przecież niewinna rozmowa na temat tego w co się ubrać na imprezkę w czwartek....
A mężczyźni? Naturalnie, że plotkują. A najlepszym przedmiotem plotek i to niekoniecznie w dobrym guście jesteśmy oczywiście my - kobiety. Z tą drobną różnicą, że mężczyźni ograniczają się do własnego grona. Ale co oni potrafią wymyślić....!!! Czyżby byli większymi plotkarzami niż kobiety??? Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiicho... jeszcze któryś usłyszy :)

Tak więc praca nad "poprawianiem" wizerunku każdego z nas trwa nieustannie, bez względu na to czy bierzemy w tym udział czy też nie. Plotka ma działanie głównie destrukcyjne i szkodzące ogólnie. To zadziwiające, jak z jednego słowa zrodzić się może cała historia!!! Dla plotki granic nie ma. Jak to mówią - wszystko dobre, co nie szkodzi, czego w tym przypadku stuprocentowo zagwarantować nie można.

A ja za 2 godzinki wyruszam na mój cotygodniowy maraton, w ten weekend wydłużony także o piątek, tak więc prawdopodobnie odmeldowuję się aż do niedzieli, a może i poniedziałku. No - chyba że uda mi się gdzieś zakraść do internetu w celu podczytania najnowszych wpisów i umieszczenia komentarzy :))
Pozdrawiam wszystkich serdecznie, ściskam każdą z osobna i życzę fantastycznego weekendu :)

Komentarze (12)
To co dajesz - od innych dostajesz

Tak się czasem zastanawiam - jak to jest, że jedni kochają całym sercem a innym przychodzi to z trudem, nie potrafią okazywać uczuć, gubią się i co najgorsze - nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich postępowanie może kogoś zaboleć...
Najpierw tłumaczyłam to sobie wychowaniem, rodzinnym domem. W myśl tego - im mniej miłości w domu, tym trudniej ją potem okazać drugiemu człowiekowi. Ale przecież tak nie jest. Znam wiele osób, które nie miały prawdziwej rodziny, nikt im nigdy nie okazywał uczuć, a mimo to one aż "kipią" od emocji. Są czułe, miłe, serdeczne, wylewne. Nie jest to jednak regułą... Często zdarza się tak, że osoby takie uczuć jednak okazywać nie potrafią....
Tak naprawdę chyba tylko dwie rzeczy decydują o tym jak bardzo jesteśmy w stanie kochać - indywidualna wrażliwość na drugiego człowieka i świat oraz doświadczenia... Im większy bagaż, tym więcej w nas mądrości...
W jednej z moich ulubionych książek z lat szkolnych, zatytułowanej "Mały Książę" (Antoine de Saint-Exupéry), padło zdanie "Dobrze widzi się tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. "
I z tym jednym zdaniem idę sobie przez świat. Czasem, kiedy nie umiem podjąć decyzji, zamykam oczy i staram się już tylko CZUĆ. Odrzucam wszystko to co racjonalne, stawiam się na miejscu tej drugiej osoby i decyduję. Przede wszystkim NIE KRZYWDZIĆ. A można skrzywdzić na wiele sposobów... Czasem nieostrożne słowo burzy cały świat...
Ta wrażliwośc na drugiego człowieka czasem bardzo utrudnia mi życie - bo nie pozwala myśleć tylko o sobie :). Nie pozwala egoistycznie czerpać garściami z tego co jest. Każe brać pod uwagę to jak ktoś czuje się  w danej chwili, jak będzie się czuł po tym co mam do powiedzenia. Nie potrafię ranić ludzi - może dlatego że mnie zraniono tak wiele razy, uczynkiem, słowem, a czasem milczeniem... Znam ten ból - i nie chcę zadawać go innym...

Jak to więc jest z tą miłością? Dlaczego we mnie po tych wszystkich przejściach wciąż tkwią niewyczerpane jej pokłady, a inni nie wiedzą czym jest miłość???
Nie wiem czy miłości można się nauczyć... wiem natomiast że można ją ofiarować, a im więcej się jej daje, tym więcej zostaje dla nas. To nieprawda, że miłość nieodwzajemniona przynosi tylko ból... Ona także uczy - uczy jak stać się lepszym człowiekiem.
Dlatego mimo tylu nauczek w moim życiu - nadal kieruję się sercem, nie rozumem. Kocham, cierpię, wybaczam... Mam świadomość tego, że miłością - mądrą i dojrzałą - nikogo nie skrzywdzę... Im więcej dam jej światu - tym więcej mi zostanie. Więc nie muszę oszczędzać :)

Uczmy więc dzieci nie samej miłości, bo tej muszą nauczyć się same. Uczmy je rozumieć innych i ofiarowywać światu to co w nich najlepsze, tak, aby to co najlepsze pozostało także w nich samych. To co z siebie dajesz - to od innych dostajesz :)))

Ślę więc wszystkim radosne uśmiechy i duuuużo pogody ducha :)
 

Komentarze (24)
Bucikowy Dylemat Kopciuszka

No i już - wizyta u stomatologa odpracowana i na pół roku spokój. Boli.... Nie, nie ząb bynajmniej, ale noga od buta, czy też raczej nogi od niewygodnych butów, które postanowiłam włożyć mimo tego iż wiedziałam że jest spory kawałek do przejścia. Buty okazały się niewygodne dopiero po którymś kilometrze i zaalarmowały mnie krwawiącą piętą... Podstępne!

W mojej szafie bardzo ważne są tzw. cichobiegi - . Ma to swoje uzasadnienie, ponieważ na co dzień dużo i często chodzę, przy czym poruszam się energicznie i szybko. Dlatego nie lubię kiedy but mnie ogranicza. Stąd cichobiegi :))). Oprócz nich obecne są oczywiście klasyczne szpilki, które kocham nad życie. Wkładam je przynajmniej raz w tygodniu jeśli nie częściej - głównie w celach reprezentacyjnych :DD. Szpilki mają 8cm obcasiki i są bardzo wygodne - niestety do czasu. Po około 6-8 godzinach stania w nich mój kręgosłup mówi "pas". Wtedy szpilki zostają wymienione na równie reprezentacyjne czółenka, ale z delikatnym obcasikiem 2cm, który podobno dla kręgosłupa jest najzdrowszy (czasem też na tzw. baleriny z podeszwą płaską). To umożliwia mi "wystanie" kolejnych kilku, kilkunastu godzin.
Oprócz tego w szafie goszczą jeszcze buciki sportowe na wypadek gdybym zechciała wyjść do lasu, pospacerować nad rzeką lub pobiegać, trzewiki na niepogodę, klapki i sandały na słoneczne ciepłe dni - te ulubione to wiązane w okolicach kostki :D.

Mam kilka tez jeśli chodzi o buty :

1. BUT MUSI BYĆ WYGODNY. To jest warunek konieczny. Jeśli but jest niewygodny to choćby nie wiem jak był piękny - nie kupię go. Niestety niektóre okazują się nieodpowiednie dopiero po fakcie zakupu :/ i przeważnie nic już nie można z tym zrobić. Kupując buty zwracam uwagę przede wszystkim na:
- wysokość obcasa. Jeśli będzie bardzo wysoki, to kręgosłup się zbuntuje. Nogi również - po roku wkładania szpilek codziennie na kilka godzin, musiałam sięgnąć po krem przeciwko obrzękom i żylakom. Nogi puchły mi w okolicach kostek i łydek. O kolanach to już nawet nie wspomnę... Zupełnie płaska podeszwa podobno również nie jest zdrowa. Więc zawsze staram się wybrać coś po środku :)
- dobre wyprofilowanie - zdarzyło mi się kupić buty, które były dobre kiedy mierzyłam je w sklepie. Rozmiar pasował, ale jak się potem okazało cały ciężar ciała przenosił się do tyłu na pięty - nie było to zbyt wygodne:/

2. BUT MUSI BYĆ ZGRABNY I ŁADNY - a najlepiej także lekki. Tego chyba nie muszę tłumaczyć. Jeśli coś mi się nie podoba, to tego nie noszę. Chociaż zdarzyło mi się kilka razy w życiu pójść na wyjątkowy kompromis ze względu na wygodę butów.

3. BUT MUSI PASOWAĆ DO STROJU - i ładnie i elegancko dopełniać całość. Za pomocą odpowiednio dobranych butów można korygować i maskować nasze niedoskonałości. Polecam znakomity artykuł na ten temat na poniższej stronie:

www.pressmedia.com.pl/sn/index.php
 

I teraz już wiem dlaczego Kopciuszek zgubił pantofelek. BAJKI KŁAMIĄ! Po pierwsze uciekał z balu, bo buty były niewygodne - nie miał czasu kupić odpowiednich, bo przecież zajmował się garderobą sióstr. A po drugie to tak naprawdę Kopciuszek nie zgubił bucika, tylko łapał stopa, a ponieważ żaden pojazd się nie zatrzymał - rzucał za nimi butami ze złości ;). Wyszło to Kopciuszkowi na dobre - może ja też powinnam zacząć rzucać butami w stanie uniesienia??? Nie liczę na to, że znajdzie je książę, ale może trafię jakiegoś przystojniaka w głowę i w ramach przeprosin będę mogła zaciągnąć go na jakąś kawę :D.

Biorąc to wszystko pod uwagę szanse na to, że kupię sobie wreszcie buty idealne jest znikoma...:)
Więc póki co eksperymentuję pomiędzy wygodne, ładne i modne :D

Komentarze (13)
Kobieta inteligentna i związki

Kobietą bądź. I to głupią kobietą. Wtedy wszystko Ci się uda.
No, może przesadziłam nieco z tym odkrywczym stwierdzeniem. Ale faktem jest, że jak pokażesz swoją inteligencję (bo przecież wszystkie jesteśmy inteligentne), zwłaszcza w męskim gronie, to od razu żyje się trudniej. Najlepiej nic nie widzieć, nic nie słyszeć i tylko potakiwać głową.

Najtrudniejsze to być inteligentną w związku - inteligentniejszą niż Twój partner. Kiedy zdarza mu się "niewinne" kłamstwo - powinnaś potakiwać głową na znak, że w to kłamstwo wierzysz. Naturalnie jako inteligentna kobieta wiesz jak, gdzie i kiedy skłamał, wiesz nawet dlaczego - ale jeśli dasz mu to do zrozumienia  - będzie RED ALERT, czerwony alarm, czytaj: kłopoty! Mężczyzna - to stworzenie proste i dość prymitywne, toteż wyobraźnią nie grzeszy. Co za tym idzie kłamstwa jego do wyrafinowanych nie należą, a on sam jeszcze mniej uwagi poświęca zacieraniu śladów i uwiarygodnieniu bzdur, które podaje Ci na talerzu. Doprawdy szczytem ignorancji jest powiedzieć kobiecie, że się wyjechało z miasta - po czym wpaść na nią pół godziny później przypadkiem tuż pod jej domem (pod rękę z inną kobietą). Jeśli już mężczyzna kłamie - mógłby się postarać o to by kłamstwo było wiarygodne i nie wydało się. Tymczasem znaczną większość męskich kłamstw jako kobieta inteligentna odkrywasz od razu. Pojawia się dylemat - przyszpilić go czy nie. Naturalnie wybierasz opcję pierwszą, ponieważ nie możesz oprzeć się pokusie, żeby mu pokazać, że WIESZ! Poza tym sam fakt, iż ośmielił się skłamać sprawia, że szlag Cię trafia, czujesz się zraniona i żądasz wyjaśnień. I to jest droga pani BŁĄD. Bo kiedy on wie, że Ty wiesz (trochę skomplikowane :/), jego nieobeznany z intensywnym wysiłkiem mózg zaczyna nagle pracować na wysokich obrotach i zanim dojdzie do konfrontacji - znajduje wymówkę. Jeśli  jednak mimo ustawicznego myślenia nie udaje mu się takowej wynaleźć na czas, stosuje metodę numer dwa - odwracanie kota ogonem. W myśl powiedzenia, że najlepszą obroną jest atak - mężczyzna odwraca Twoją uwagę od własnego "wykroczenia". Uważaj - kiedy Ty będziesz próbowała dowiedzieć się o co chodzi usłyszysz jedną z następujących wersji:
1. jest bardzo zajęty, nie ma teraz czasu, przez Ciebie zaniedbał sprawy firmowe, odezwie się jak znajdzie wolną chwilę
2. naciskasz go, zaczyna czuć się jak w klatce, potrzebuje więcej swobody
3. robi ci awanturę o jakiś drobiazg i sprawia że czujesz się totalnie winna wszystkiemu, zapominasz o sprawie.

Naturalnie świetnie na tym wychodzi, kłamstwo idzie w niepamięć i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Jeśli jednak - jako kobieta inteligentna - widzisz co jest grane i nie odpuszczasz - mężczyzna posunie się dalej. Nagle okaże się, że wcale szczęśliwy w tym związku nie jest, bo Ty się ciągle "czepiasz", masz jakieś "nieuzasadnione" pretensje a on biedny nic złego przecież nie robi. Czuje się przez Ciebie zaszczuty i jest zmęczony związkiem.
Tak więc jako kobieta inteligenta powinnaś wybrać opcję drugą - pokiwać głową na znak, iż wierzysz w jego kłamstwa, po czym bacznie go obserwować, tak, by nie stał się podejrzliwy.  Jeśli bowiem mężczyzna zacznie choćby podejrzewać, że ma do czynienia z kobietą inteligentną - zejdzie z prostej ścieżki na zupełnie dziką, będzie knuł i wyobrażał sobie rzeczy, do których jakoby jesteś zdolna. Wreszcie popadnie w manię prześladowczą i z byle powodu będzie atakował.
Ba! zdarzają się tacy, którzy w kłamstwie są prawdziwymi wirtuozami, ale tylko wtedy gdy doceniają Cię w kwestii intelektualnej i traktują jak godnego przeciwnika.
Nie ma nic gorszego niż rozwścieczony własną pomyłką mężczyzna - pomyłką w ocenie Ciebie i Twojej inteligencji. Przysparza mu to bowiem mnóstwa problemów, nawet takich, o których wcześniej nigdy nie śnił.
Jako kobieta inteligentna jesteś przeważnie obiektem niepożądanym, ponieważ zadajesz trudne pytania i oczekujesz odpowiedzi, a konwersacja z Tobą wymaga szybkiej pracy trybików w mózgu, co w przypadku mężczyzn zaprogramowanych na śledzenie piłki na ekranie telewizora jest dość trudne. Powiem więcej - konwersacja z Tobą wymaga nie tylko zwykłego myślenia, ale i inwencji twórczej oraz choćby odrobiny błyskotliwości. To już wykracza poza standardowe "cześć, jak się masz" i wymaga uruchomienia najgłębszych pokładów wiedzy. Przychodzi rozmowa o sztuce, kulturze, muzyce... Większość mężczyzn w tej trudnej sytuacji zmierza ku temu by jak najszybciej zamknąć Ci usta - w sposób wiadomy.
Kobieta inteligentna to wyzwanie, ale i postrach. Kiedy patrzysz w oczy mężczyźnie, Twoja pewność siebie i lekkośc poruszania wielu tematów zwyczajnie go przeraża. Odnosi wrażenie, że wiesz do czego zmierza i nawet o czym myśli (co w 90% przypadków jest zupełną prawdą). Czuje, że przejrzałaś jego samego i jego intencje na wylot (zwykle się nie myli). Toteż Twoje randkowanie jako kobiety inteligentnej należy do średnio udanych.
Wniosek z tego taki,że jako kobieta inteligentna nie powinnaś tej inteligencji w żaden sposób przejawiać, ponieważ cecha ta stwarza wiele zagrożeń w pojęciu mężczyzny.

Jedynym źródłem i inspiracją tego wpisu są moje własne wieloletnie doświadczenia z naciskiem położonym na na ostatni tydzień, kiedy to zachciało mi się niefortunnie pokazać, że WIEM!

Miłego dnia wszystkim życzę!

Komentarze (19)
Granica

W życiu każdego człowieka przychodzi czas, kiedy musi wybrać - między kimś bliskim a sobą... Pojawia się granica, za którą "ja" to już nie będę ja.
Kiedy kocham, potrafię przenosić góry. Nic nie jest zbyt trudne, nic nie jest zbyt szalone, nic nie jest niemożliwe. Bo kiedy kocham - kocham całą sobą. Nie potrafię inaczej. Nie ma tu miejsca na półśrodki, wahanie, zastanawianie się. Mogę wszystko! Nie umiem kochać "trochę" ani "chyba". To jak w teleturnieju - wszystko albo nic. Albo jak w filmie - gra o wszystko. Tylko że ja nie lubię gier. Lubię to co jasne, czyste, oczywiste. Przynajmniej w związkach... Tak postępuję - uczciwie, szczerze. Nie lubię zgadywanek i zastanawiania się, co ktoś miał na myśli. Nie lubię domyślania się, co ON chciał mi powiedzieć. Jeszcze bardziej nie lubię sprawdzania czy mi zależy - bo jeśli mi zależy to moje zachowanie to odzwierciedla. A kiedy kocham - to już nie ma miejsca na żadne wątpliwości...
Ma to też swoje złe strony. Bo miłość, o której piszę, każe wybaczać wszystko. Niepokoje, łzy, smutki, poniżenia... Jest niezmiennie cierpliwa i wyrozumiała... Aż do bólu - mojego bólu. Bólu, który nie zna granic...

Jeśli w moim przypadku to miłość każe mi wybaczać, to co kieruje człowiekiem, który tą miłość sponiewierał - nie raz, nie dwa, nie trzy... Powiedzcie mi - ile razy można złamać serce tej samej kobiecie? Ile razy można zmarnować szansę, którą Ci daje? Dałam tych szans w swoim życiu tysiące... Zawsze z tym samym rezultatem. To ja cierpiałam. Bo ktoś kto raz mnie zawiódł - wracał i robił to ponownie. Bez końca i bez umiaru. A ja nie jestem z kamienia... Za każdym razem były potem przeprosiny i obietnice poprawy. A ja - wybaczałam. Zawsze... Zapominałam o każdym słowie, każdej łezce, nieprzespanych nocach i bólu, który niejednokrotnie mnie przerastał... Budowałam mozolnie od nowa zaufanie i znów byłam taka jak wcześniej - kochająca bez granic... A potem znów - wykorzystana, porzucona, samotna, z sercem rozbitym na pół... Za miłość...Za lojalność... Za wiarę... Za wierność...
Człowiek, o którym piszę porzucił mnie przynajmniej kilka razy, jeśli nie kilkanaście. Po trzecim przestałam liczyć. Przysporzył mi więcej cierpienia niż ktokolwiek inny na tym świecie... Mimo to niezmiennie Mu wybaczałam i przyjmowałam z otwartymi ramionami licząc na cud a podświadomie wiedząc, że znów zrobi mi to samo. Bo nie umie inaczej. Bo nie ma szacunku dla moich uczuć... Jeśli ktoś ofiaruje Ci miłość - to największy dar jaki możesz dostać... Można go nie odwzajemniać, ale trzeba szanować. Czy ktoś kto poniewiera moimi uczuciami - szanuje mnie? Nie... Taki ktoś nie wie czym jest szacunek. I na pewno nie wie czym jest miłość...

Długo trwało zanim dotarło do mnie, że jest pewna granica, której nie wolno przekroczyć. Powinnam mieć szacunek przynajmniej dla samej siebie. Ten ktoś nie zasługuje na mnie. Ani trochę... Nie zasługuje by czekać, tęsknić, kochać, myśleć. I na pewno nie zasługuje na to by cierpieć i płakać przez Niego... Dostał więcej szans niż ja kiedykolwiek dałam sobie - oglądając się w przeszłość i nie myśląc o przyszłości...
A dziś? Dziś wybrałam samotność i chwilę, w której żyję. Nie chcę wpaść w kolejny toksyczny związek. Boję się zaczynać od nowa... Moja miłość żyje we mnie - może kiedyś będę w stanie jeszcze ją komuś ofiarować. Komuś kto zasługuje na wszystko co najlepsze...
Muszę tylko pamiętać, że jest granica, której się nie przekracza. Granica, za którą nie ma już nic, a człowiek przestaje być sobą... Odpowiedzią na miłość powinna być miłość lub szacunek. Wiem o tym. Muszę jeszcze tylko to zrozumieć. I znaleźć swoją granicę...

NIE URONIĘ WIĘCEJ

nie uronię więcej
żadnej łzy
słowa
dźwięku

ani jednej nuty
z serca wymyślonej
ani jednej myśli
z tych niewydarzonych

i nie uronię więcej
żadnej łzy po Tobie

bo to co najważniejsze
noszę w samej sobie

 

Komentarze (10)
Broń się!

Scena: parking pod blokiem, samochód
Otoczenie: dość duże osiedle, nieopodal ruchliwa ulica.
Aktorzy: kobieta, mężczyzna, ja i mój kolega M.
Czas: koło północy


Wracam do domu, kolega M. mnie odprowadza, ponieważ nie wypada, żeby kobieta sama chodziła po ulicach w nocy. Tak więc dla mojego bezpieczeństwa (albo swojego???) zaoferował swoje towarzystwo i teraz idzie obok, niosąc torbę z moimi papierami. Nie idziemy główną ulicą, ale równoległą do niej osiedlową uliczką. Właśnie mijamy jeden z zaparkowanych samochodów. W środku - kobieta i mężczyzna. Dość głośno rozmawiają. Po chwili zaczynają się kłócić. My jesteśmy już kawałek dalej, kiedy ze wspomnianego samochodu zaczynają dobiegać krzyki i wyraźne odgłosy bicia. Kobieta zaczyna wołać o pomoc. Niewiele myśląc, zawracam i biegnę w stronę samochodu. M. łapie mnie za rękę, zatrzymuje i pyta co zrobię jak już tam dobiegnę? Bo skoro facet uderzył jedną kobietę, to druga nie zrobi mu różnicy. Wyrywam się, ale M. każe mi się uspokoić. Wyjmuje telefon i dzwoni po policję. Tam przyjmują zgłoszenie. Czekamy.
Kobieta krzyczy coraz głośniej, nie mogę tego znieść i proszę M. żebyśmy coś zrobili. M. spokojnie tłumaczy mi, że jest ciemno, nie wie czy mu gość z nożem nie wyskoczy, poza tym uważa, że nasza interwencja może tylko pogorszyć sprawę. Nikt z okolicznych bloków nie reaguje, gdzieś uchyla się okno na chwilę i zaraz zamyka z trzaskiem. Nikt nic nie widzi. Nikt nic nie słyszy. Ponownie dzwonimy na policję i otrzymujemy informację, że wysłano patrol. Teraz już nawet M. robi się niespokojny. W samochodzie robi się dziwnie cicho. Do głowy zaczynają mi przychodzić najgorsze myśli. "Zabił! A ja tu stoję, nic nie robię, tylko czekam!"
Widzę po M., że i on myśli to samo. Jednak za chwilę znów dobiegają nas głośne krzyki. Po kolejnych 10 minutach przyjeżdża patrol policji. Interweniują.
Biorę głęboki wdech - już, po sprawie...

Cała sytuacja miała miejsce jakiś czas temu. Zostały mi tylko wspomnienia tamtych chwil. Z całego zamieszania bardzo dobrze zapamiętałam to, co stało się potem. Policja poprosiła napastnika o to, by wysiadł, zrewidowali go. Kobieta, która błagała o pomoc jeszcze w czasie interwencji, miała pobitą twarz, rozmazany od łez makijaż, krew na bluzce z rozciętej wargi. Sprawa była oczywista. Jednak już za chwilę ofiara twierdziła, że nic się nie stało. Oskarżenia nie wniosła. Mężczyzna odgrażał jej się cały czas i tylko dlatego oraz za to, że stawiał opór - zabrano go na komisariat...
Sprawa zamknięta....

Jednak od tamtej pory bałam się chodzić sama po ulicach. Nie chciałam paść ofiarą jakiejkolwiek przemocy czy nie w pełni zrównoważonego osobnika. Nie chciałam być bezbronną kobietą. Zaczęłam czytać. Co zrobić, jak się bronić... Okazało się, że możliwości samoobrony są - ale czy takie znów wielkie? Oto co zapamiętałam:

1. Jeśli nosisz szpilki - można ich użyć! Silne przydeptanie obcasem stopy napastnika będzie dla niego bardzo bolesne. Zaboli, ale nie obezwładni - o ile w ogóle uda się użyć szpilek. Dlatego jak podaje artykuł

www.dziennik.pl/kobieta/uroda/article313920/W_wysokich_obcasach_na_zlamanie_karku.html

w przypadku samoobrony po zadaniu ciosu, trzeba zadać następny - lub uciekać, co w szpilkach jest wyjątkowo trudne.

2. warto nosić w torebce mały dezodorant (lepszy byłby gaz paraliżujący, ale gdzie to dostać???), aby w razie czego psiknąć nim w oczy napastnika. Fachowcy radzą, aby wieczorową porą ukryć go w rękawie, ponieważ przede wszystkim liczy się szybka reakcja.
3. klucze mogą być doskonałym narzędziem obrony

A tutaj jeszcze kilka rad, które znakomicie gromadzą niezbędne informacje, znalezione na forum Netkobiety.pl (bardzo mi się spodobało, więc przytaczam w całości! :) ):

  • nie wychodź późnym wieczorem sama; jeśli nie masz wyboru, weź taksówkę;
  • w każdym mieście są tzw. "strefy zagrożenia" - ciemne uliczki, miejsca gdzie zbiera się podejrzane towarzystwo, miejsca o złej opinii etc. - unikaj takich miejsc, nawet jeśli musiałabyś obejść pół miasta - Twoje zdrowie jest ważniejsze;
  • nie wsiadaj do pustego przedziału w pociągu;
  • jeśli idziesz ulicą i czujesz, że dzieje się coś niedobrego - uciekaj - jeśli masz buty na wysokim obcasie, zdejmij je i uciekaj - wykorzystaj swój strach - wierz mi, w chwili zagrożenia Twój organizm da Ci taki zastrzyk adrenaliny, że będziesz biec szybciej niż nie jeden olimpijczyk;
  • jeśli nie masz jak uciec, bo na przykład zasłonił Ci drogę - zaatakuj - napastnik zakłada, że nie będziesz się czynnie bronić - rzuć w niego czymś (torebką, kluczami, kamieniem z chodnika, butelką - cokolwiek ciężkiego trafi Ci się pod rękę)  - celuj w twarz - i uciekaj;
  • nie kop go w krocze - wszyscy faceci zdają sobie sprawę, że kobiety najczęściej atakują ich "klejnoty" - napastnik prawdopodobnie będzie się tego spodziewał - lepiej już kopnij go z całej siły w kolano, rań paznokciami oczy, uderz w krtań - i uciekaj;
  • jeśli założyłaś buty na szpilkach - zdejmij but i uderz go z całej siły obcasem w głowę - i oczywiście, uciekaj;
  • wyszłaś z parasolką? - bardzo dobrze - zaatakuj go parasolką, najlepiej taką ze szpikulcem - tylko nie wal parasolką na oślep jak cepem, tylko mocno, prosto dźgaj - w twarz - i nie miej litości - pamiętaj, to on Cię zaatakował;
  • jeśli chodzi tylko o Twój portfel - oddaj mu go, a potem zgłoś sprawę na policję - Twoje zdrowie jest cenniejsze;
  • jeśli wokół są jeszcze jacyś postronni ludzie - wołaj o pomoc - tylko pamiętaj, niech to nie będzie wołanie do nikogo - zapewniam Cię, nikt nie będzie chciał się w to mieszać i nikt Ci nie pomoże - znajdź szybko konkretną osobę, jakiegoś mężczyznę i poproś go o pomoc :"Proszę, niech pan mi pomoże!" - pamiętaj, konkretna osoba - jeśli nie ma facetów, idzie tylko jakaś kobieta - poproś ją o pomoc: "Niech pani mi pomoże!" - dwie kobiety to już nie jedna - napastnik powinien zwątpić;
  • i chyba najskuteczniejsza broń: GWIZDEK - kup sobie taki gwizdek - najlepiej duży, metalowy, taki jak mają sędziowie na meczach piłkarskich - jeśli coś będzie nie tak, zacznij z całych sił gwizdać - po pierwsze, na Twoje wołanie "pomocy!", nawet nikt nie wyjrzy przez okno (już lepiej krzyczeć "pali się!") - znieczulica? - tak, taki jest już ten świat - nikt nie chce mieć problemów, a przy gwizdaniu, wszyscy mieszkańcy pobliskich domostw wybiegną zobaczyć co się dzieje - po drugie, napastnik będzie tak zdezorientowany, że najprawdopodobniej ucieknie - gwizdek będzie mu się kojarzył z policją - i uwaga, nie noś gwizdka na sznurku przewieszonym przez szyję - jeśli napastnikowi uda się złapać ten gwizdek, jesteś przegrana, pociągnie Cię na nim jak na smyczy - lepiej już, trzymać gwizdek w kieszeni (nie w torebce - nie będzie czasu, żeby go odnaleźć), albo jako breloczek do kluczy; po trzecie, możesz taki metalowy gwizdek wsadzić mu w oko."

Niektóre punkty nawet mi wydają się nieco drastyczne, ale faktem jest, że to napastnik atakuje - i na pewno nie ma dobrych zamiarów. Jeśli nie będziemy bronić się skutecznie - czyli tak aby napastnika obezwładnić - obróci się to przeciwko nam.

A ja już od dawna obiecuję sobie pójść na normalny kurs samoobrony dla kobiet. Póki co, oglądam filmiki instruktażowe. Podaję linki także Wam:

www.spryciarze.pl/zobacz/jak-bronic-sie-przed-napastnikiem-czesc-1
www.spryciarze.pl/zobacz/jak-bronic-sie-przed-napastnikiem-czesc-2
www.spryciarze.pl/zobacz/jak-bronic-sie-przed-napastnikiem-czesc-3

Sama świadomość, że ktoś mógłby mnie zaczepić, złapać, uderzyć może paraliżować. Mnie napawa raczej wstrętem, zwłaszcza, że znalazłam się kiedyś w podobnej sytuacji (może kiedyś o tym napiszę) i nie chciałabym już nigdy więcej czuć się tak bezsilna jak wtedy. Cokolwiek się dzieje - nie musimy pozostawać bezbronne i zdane na łaskę potencjalnych przechodniów. Ludzie boją się interweniować - nikt nie chce ryzykować. Znieczulica i obojętność, strach i obawy - skutecznie powstrzymują ludzi od niesienia pomocy innym. Może czasem trafi się ktoś, kto nam pomoże, ale zamiast liczyć na taki cud - lepiej już dziś nauczyć się bronić. A więc brońmy się - mamy do tego prawo!

P.S. Idę kupić gwizdek...

Komentarze (9)
Oświadczyny

Były kwiaty, wyznanie miłości, nastrojowa muzyka... Było przyklęknięcie na kolano i pocałunek w dłoń... Publiczne oświadczyny...

Praktycznie każdy weekend spędzam w pracy. W pracy, która jednocześnie jest moją pasją. I chyba tylko dlatego niezmiennie co tydzień pozwalam sobie na brak snu, duży wysiłek i obciążenie. Tak więc każdy weekend spędzam tak samo, a jednak każdy jest inny. Może to za sprawą ludzi, których wtedy spotykam, może za sprawą szczęścia, które przeżywają, może za sprawą zmieniających się okoliczności... Każdy mój weekend jest wyjątkowy i pełen uśmiechu, mimo, że czasem bywa naprawdę trudno...
Co tydzień przytrafiają mi się rzeczy nieoczekiwane, czasem dziwne, zazwyczaj przyjemne, innym razem dające do myślenia. Czasem kiedy wracam z pracy, do busa wsiądzie jakiś gość z głośno grającą komórką, czasem młodzież wraca z imprezy....

Ta noc była niezapomniana. A to za sprawą człowieka, który zdecydował mi się oświadczyć. Tak po prostu. Podszedł, klęknął, pocałował mnie w rękę, wręczył kwiaty... I chyba długo nie zastanawiał się nad tym o co potem poprosił. Zrobił to publicznie, na oczach całej zszokowanej sytuacją rodziny. Jeszcze bardziej zaskoczona byłam ja. Wszystko to było piękne, romantyczne... I tylko ja pozostałam nieczuła i mimo, że wzruszona to publicznie powiedziałam NIE. Przecież ja nawet nie wiem jak ten człowiek miał na imię!!! :) Jego miłość od pierwszego wejrzenia pozostała więc nieodwzajemniona, głównie dlatego, że nagły przypływ uczuć spowodował dawkowany w dużych ilościach alkohol. Potraktowałam wszystko z przymrużeniem oka, w przeciwieństwie do mojego adoratora, który podszedł do sprawy niepokojąco poważnie. Nie chciał przyjąć odmowy. A kiedy już wreszcie dotarło do niego, że dzieci z tego nie będzie - postanowił uświadomić moim kolegom z pracy, że powinni mnie bardziej szanować i wielbić.
Takie to uroki pracy z ludźmi i dla ludzi :).

Mimo to praca niezmiennie pozostaje moją pasją. I chociaż wracam nad ranem zmęczona kilkunastogodzinnym maratonem, chociaż oczy zamykają mi się same, chociaż gardło zaczyna niepokojąco dawać o sobie znać i chwilowo mam dość wszystkiego, to już następnego dnia z niecierpliwością oczekuję kolejnego weekendu, kiedy to praca znów stanie się moją pasją, a ja połączę przyjemne z pożytecznym :).

Komentarze (11)
Palcami dotykam

PALCAMI DOTYKAM

widzę Cię
palcami dotykam

cały jesteś z mgły
pajęcza sieć
na wietrze

delikatne
zwiewne
myśli

muzyka

i jeszcze
czuję Cię blisko
wdycham jak powietrze
chłonę jak tęcza słońce
Twoje ciepło

jeszcze

widzę Cię
palcami dotykam
otwieram oczy

znikasz

 

P.S. Dziś nieobecna - miłego dzionka wszystkim życzę! :)

Komentarze (6)
Kolejka, problem koszykowy i pani kasjerka

Wracasz z pracy. Po drodze jeszcze musisz zrobić zakupy, bo pan i władca wczoraj nie poszedł - był mecz w telewizji, więc dziś spadło na Ciebie. Jesteś zmęczona i poirytowana samą myślą o robieniu zakupów i targaniu ich do domu. Wchodzisz do sklepu. A tu już czekają na Ciebie przynajmniej dwa problemy: kolejka i tzw. problem koszykowy. No i oczywiście trzeci. PANI KASJERKA.

Przed laty pracowałam w sklepie jako kasjer-sprzedawca. Praca dała mi się we znaki - zarówno godziny pracy, jak i sam jej charakter. U nas w kraju osoby pracujące "na kasie" z szacunkiem się nie spotykają. Przyjęło się uważać, że są to osoby bez wykształcenia i kultury osobistej, leniwe i winne złu całego świata. Pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Praca kasjera czy sprzedawcy jest wyjątkowo trudna - jak każda praca z ludźmi i w dużej mierze uzależniona od klienta. W dodatku w żaden sposób nie przekłada się ona na zarobki, które są niewielkie. Jednakże czasu spędzonego na tym stanowisku nigdy nie żałowałam, ponieważ nauczyło mnie ono anielskiej wręcz cierpliwości, opanowania i dokładności. Dlatego, kiedy sama robię zakupy - wiem dobrze na co zwracać uwagę. Wiem też kiedy pani kasjerce się po prostu "nie chce", a kiedy naprawdę jest zmęczona.

Robiąc zakupy, spotykam się z podstawowymi problemami:

1. problem koszykowy
2. kolejki
3. pani kasjerka

Problem koszykowy i kolejki nakładają się na siebie. Dajmy na to - stoję w kolejce w dziale mięsnym. Trzymam swój koszyk z boku. Miejsca jest dużo. Za chwilę ktoś staje za mną, oczywiście z koszykiem, który trzyma przed sobą, nie z boku. Co chwila wbija mi go w plecy. Czy nie można stać spokojnie nawet przez chwilę? Jeszcze bardziej "lubię" kiedy zamiast koszyków klienci mają do dyspozycji wózki. Wtedy mam jak w banku, że w takiej kolejce ktoś na mnie najedzie. Wózek mógłby stać z boku, nie robiąc nikomu krzywdy - ale niestety - jako poważny klient, wózek również stoi w kolejce. Przeważnie na moich kostkach. O bezpiecznym odstępie się nie pamięta - bo nie daj Boże ktoś wykorzysta te 20cm  i stanie przed wózkiem! Dlatego wózek stoi w kolejce tuż za mną doprowadzając mnie i moje kostki oraz biodra do rozpaczy.
Inny kolejkowy problem to grupa tzw. podpieraczy. Są to ludzie, którzy najwyraźniej przytłoczeni ciężarem życia i problemów nie są w stanie samodzielnie wystać w kolejce, i dlatego muszą się o coś opierać. Z braku wielu możliwości podpieracze wykorzystują zwykle stojące tuż przed nimi plecy ludzkie. Nie muszę wspominać, że plecy te zwykle do kogoś należą, a z moim szczęściem przeważnie jestem to ja. Stoję sobie spokojnie w kolejce, aż tu nagle czuję na karku czyjś oddech, czyjaś broda ląduje nagle na moim ramieniu - i już - właśnie po raz kolejny stałam się ofiarą podpieracza! Nie muszę mówić, że kończy się awanturą, ponieważ podpieracz nie przywykł do tego, iż czyjeś plecy mu odmawiają!

Znalazłszy poszukiwane produkty, targam swój koszyk w kierunku kasy (gdzie oczywiście znów kolejka, problem koszykowy i podpieracze). Pani kasjerka, pracująca tu od roku, znów ma zły dzień. Jak co dzień zresztą. Kiedy przychodzi moja kolej głośno mówię "dzień dobry", ale odzewu nie ma, bo pani kasjerka znów siedzi tu chyba za karę. Zaczyna rzucać produktami. Trochę mi się krew burzy, ale jeszcze nie komentuję. Biedne obtłuczone pomidory trafiają na wagę, a zaraz po nich banany - sztuk dwie. Waga pokazuje, że jest ich ponad kilogram (????????????). No tak, na rogu wagi wbudowanej w taśmę, stoi szklana tacka. Pani kasjerka jednak tego nie widzi. Zamyka rachunek i podaje kwotę. Proszę o ponowne zważenie owoców - PO USUNIĘCIU TACKI I WYZEROWANIU WAGI. Pani kasjerka robi to, ale jest oburzona. Nie czuje się winna. Nie przeprasza. Daję jej pieniądze a ona... RZUCA MI RESZTĘ! NO i w tym momencie moja cierpliwość się wyczerpuje. Pracowałam jako kasjerka, wiem, jak jest. Ale ciężka praca nie zwalnia ani z kultury osobistej ani z profesjonalnej obsługi klienta. Jeśli nie podoba jej się ta praca - na jej miejsce znajdzie się dziesięć kolejnych osób.

Zdarzają się przykre sytuacje i trudni klienci, którzy nie rozumieją, co się do nich mówi, którzy nie wykazują dobrej woli i za błędy innych pracowników obwiniają kasjerki. Ale z tym się trzeba liczyć podejmując ten rodzaj pracy. Nie zwalnia to z wykonywania obowiązków rzetelnie. A przede wszystkim słowa: dzień dobry, proszę, przepraszam, dziękuję i do widzenia - obowiązują wszędzie. Także w pracy. A może przede wszystkim. Chamstwa nie znoszę. Ani ludzi, którzy zachowują się jakby pracowali za karę.

Wniosek z tego taki, że na SZACUNEK trzeba sobie zapracować.

 

Komentarze (9)
1 | 2 | 3 | 4 |