iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Indie i garam masala

Nieodłącznym elementem kuchni indyjskiej jest tzw. GARAM MASALA. Przeglądając strony internetowe znalazłam wiele tłumaczeń tych słów - występuje ona jako ostra przyprawa, ostra mieszanka, gorąca mieszanka. Jednak najbardziej poprawnym tłumaczeniem jest: gorąca przyprawa (hinduskie "garam" - gorący, ciepły; "masaalaa" - przyprawa) (www.wikipedia.pl). W praktyce nie jest to jedna konkretna przyprawa, ale mieszanka wielu różnych przypraw i ziół, które są prażone a potem mielone. Prażenie składników przed ich użyciem ma na celu wydobycie ich naturalnego aromatu. Wiele źródeł podaje, że przyprawy są prażone osobno i mielone już razem, jednakże w wielu polskich tłumaczeniach można znaleźć przepisy, gdzie przyprawy także praży się razem. W rzeczywistości w Indiach każda pani domu przygotowuje tę mieszankę wedle własnego uznania (lub kupuje gotową w sklepie). Zarówno skład jak i sposoby przygotowania przyprawy mogą się z tego powodu znacznie różnić, tak jak różnią się receptury w poszczególnych stanach, regionach a nawet domach w Indiach. W sklepach i na straganach natomiast, można kupić gotowe przyprawy - garam masala do kurczaka, garam masala do ziemniaków, garam masala do konkretnych potraw.

Garam masala używana jest dopiero pod koniec gotowania, sama lub w połączeniu jeszcze z innymi przyprawami. Jest składnikiem bardzo wielu potraw indyjskich.
Poniżej przepis na garam masala, najbardziej uniwersalny jaki udało mi się znaleźć, nieco zmodyfikowany wedle własnej wiedzy. Podobnie jak w przypadku masala tea - ilość składników można zwiększać lub zmniejszać wedle gustu.

Garam masala

2 łyżki stołowe nasion kminu (niektóre źródła podają, że można go zastąpić kminkiem)
2 łyżki stołowe nasion kolendry
2 łyżki stołowe ziaren kardamonu
2 łyżki stołowe ziaren czarnego pieprzu
1 pokruszona laska cynamonu
1 łyżeczka goździków
1 łyżeczka gałki muszkatołowej

opcjonalnie: pół łyżeczki szafranu, 2 pokruszone liście laurowe, łyżeczka imbiru

Sposób przygotowania: Kmin, kolendrę, kardamon, cynamon, pieprz i goździki (i liście laurowe) wrzucamy na suchą rozgrzaną patelnię, na średni ogień. Podgrzewamy 5-10 min, czasem mieszając, aż przyprawy staną się nieco ciemniejsze i pojawi się aromat. Studzimy.
Następnie wszystkie razem mielimy i mieszamy z gałką muszkatołową (ewentualnie też z szafranem i imbirem). Przekładamy do szczelnego naczynia. Przechowujemy kilka miesięcy.

Z racji tego, że nie zawsze można dostać niezbędne składniki w pożądanej postaci, przepis można nieco zmodyfikować. Jeśli wszystkie przyprawy mamy już dostępne w wersji zmielonej, podgrzewamy je na suchej rozgrzanej patelni ok. 30 sekund. Na koniec mieszamy z gałką muszkatołową i pieprzem. (źródło:http://www.przepisy.org/przepis3493-58_69.html)

Uwaga: najbardziej prawidłowe byłoby zrumienienie każdej przyprawy i zioła z osobna i wymieszanie ich dopiero po prażeniu.

Garam masala stosować szczyptę, dla podkreślenia smaku lub wedle przepisu. Osobiście wolę stosować ją w umiarkowanych ilościach. SMACZNEGO!

 

Komentarze (5)
O zmaganiach z tym co na głowie ;P

Wczoraj byłam u fryzjera.
W swoim krótkim życiu, z włosami zdążyłam już chyba zrobić wszystko. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć włosy kręcone. Dosłownie. Chciałam mieć burzę loków na głowie. Oczywiście moje włosy takie nie są, nigdy nie były i nie będą. Moje włosy są zupełnie proste i żadne zaklęcia na nie nie działają. Ale zanim się temu poddałam - próbowałam zmienić ich naturę wielokrotnie. Pierwsze były wałki  i po raz pierwszy użyłam ich jeszcze jako nastolatka. Okazały się strasznie niewygodne, szczególnie w nocy. A efekt był mizerny - zanim zdążyłam się nacieszyć loczkami, włosy już były proste. Potem zrobiłam sobie trwałą. Niestety, rezultat nie był zachwycający. A potem na wiele lat zagościły u mnie papiloty. Wreszcie - poddałam się. Zrezygnowałam z marzeń o lokach. I już tylko czasem, gdy potrzebuję odmiany lub czegoś szczególnego, próbuję namówić moje włosy na odrobinę szaleństwa, a i to przy użyciu niezliczonej ilości środków utrwalających skręt. Na trochę wystarcza:).
Nie mniej kłopotów miałam z kolorem. Była już wiśnia, ale po zrobieniu trwałej zmieniła się w kolor rudy. Był jasny brąz. Potem był kasztan, który zapamiętałam bardzo szczególnie, ponieważ kolor miał zejść po 24 myciach (miesiąc, dwa), a utrwalił się na dobre. I nie przykryło go nic. Ani nowy szampon ani farba. Przy wszelkich próbach ufarbowania włosów na jakikolwiek inny kolor ów wspomniany kasztan wyłaził i odnawiał się z całą zajadłością, a nowy kolor przyjmowały tylko odrosty. Szampon, którego użyłam do tamtej kasztanowej koloryzacji wrył się w moją pamięć dogłębnie łącznie z nazwą firmy, która go wyprodukowała (naprawdę znana firma!) w związku z czym mogłabym go polecać i reklamować z czystym sumieniem jako jeden z najtrwalszych środków koloryzujących. Skutek był taki, że musiałam poczekać, aż szanowne włosy trochę odrosną i zafundowałam im baleyage.
W międzyczasie miałam także włosy w kolorze miodu i moje naturalne. Ale najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że jak bym ich nie farbowała to ostatecznie i tak po 2-3 tygodniach wychodzą z nich rude, a w najlepszym przypadku złote refleksy. Przy czym rudy moim naturalnym kolorem nie jest. Na jednym z blogów przeczytałam niedawno, że rudy to nie kolor, tylko charakter (pozdrawiam!). No cóż, wychodzi na to, że to jednak prawda :) coś w tym musi być ;)
Póki co, moje włosy żyją własnym życiem. Pozwalam je sobie czasem przyciąć i ułożyć, i pokochałam to, że są proste. Natura jednak wie najlepiej ;P

Komentarze (1)
Dlaczego nie chcemy wierzyć w miłość

Chciałam zatytułować ten wpis "Dlaczego nie wierzymy w miłość?", ale to przecież nie jest prawda. Bo wierzymy. Czekamy, tęsknimy, marzymy... Z zapartym tchem śledzimy losy bohaterów telenoweli, którzy z łezką w oku wyznają sobie po raz kolejny najszczersze uczucie. Próbujemy i mamy nadzieję - staramy się znaleźć tą drugą połowę. Więc jednak wierzymy. Tylko że nie przyznajemy się do tego. Ukrywamy przed światem swoje pragnienia, unikamy pytań o życie osobiste, bo nikt nie chce mówić o tym co się nie udaje, co nie jest na plus, co boli. Wolimy powiedzieć, że samotność to sposób na życie i świadomy wybór, niż przyznać się, że "znowu nie wyszło". Oszukujemy innych po to, by móc oszukać siebie. Wtedy żyje się łatwiej. Jeśli inni w to uwierzą to i dla nas największe kłamstwo stanie się w końcu oczywistą prawdą. Slogan "Miłość nie istnieje" albo "Nie wierzę w miłość" jest na porządku dziennym. Kiedy widzimy szczęśliwą, zakochaną parę, to tak bardzo zazdrościmy jej szczęścia, że przepowiadamy im rychły koniec, mówiąc o zauroczeniu i przejściowej fascynacji. Osiągamy mistrzowski poziom w sztuce udawania i zaczynamy wierzyć w to co mówimy do tego stopnia, że gdy miłość puka do drzwi - nie chcemy jej otworzyć. Odwracamy się na pięcie i uciekamy, wciąż wmawiając sobie, że to nie to, że i tak się nie uda, że przecież jest nam dobrze. A potem żalimy się znajomym, że jesteśmy poszkodowani przez życie i uczucie, które przychodzi do wszystkich i tylko nas wciąż omija.

Właściwe pytanie powinno brzmieć: dlaczego nie chcemy wierzyć w miłość? Dlaczego nie dopuszczamy do siebie myśli, że istnieje i jest piękna? Bo bywa nieszczęśliwa? Bywa... Ale jeśli boli, to dlatego, że to, co czujemy, jest/było prawdziwe. A może dlatego, że boimy się, że do nas nie przyjdzie? Łatwiej jest myśleć, że coś, co nam się nie zdarzyło i tak nie ma racji bytu. Jeśli nas ominie - nie będzie żal... A może to strach przed odrzuceniem lub pomyłką powoduje, że nie chcemy w miłość uwierzyć? A może...

Może byłoby jeszcze więcej powodów i wszystkie byłyby prawdziwe. Faktem jest, że nie chcemy wierzyć w miłość, boimy się wierzyć. Bo tak łatwiej, bezpieczniej, wygodniej. A mimo to - szukamy, czekamy, marzymy... Bo miłość była, jest i będzie. I nic tego nie zmieni. A my? Możemy się z tym pogodzić lub nie:) Ale dużo łatwiej żyje się ze świadomością, że miłość jednak istnieje. Akceptacja pozwala wierzyć, wiara niesie ze sobą nadzieję, a nadzieja... Pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy - i dostrzec to, co wcześniej było dla nas niewidoczne :)

 

***
umarłam dla Ciebie
w puste odeszłam przestrzenie
daleko od domu
którym dla mnie byłeś

nie piszę
nie dzwonię
nie pytam
pozwalam nie myśleć o sobie

lecz i tak wiem
że część mnie
nadal żyje w Tobie
 

Komentarze (4)
W pogoni za... za czym?

Może to dziwne, ale lubię być i czuć się niezależna. Od nikogo. Jest tak, ponieważ zbyt wiele razy zawiodłam się na ludziach, którzy mieli mnie rzekomo wspierać, pomagać, opiekować się mną. Kiedy tego wszystkiego nagle zabrakło, okazało się, że świetnie sobie radzę sama. Nie muszę czekać, aż ktoś zechce coś dla mnie zrobić, nie muszę prosić, zabiegać o coś - po prostu idę i robię. Liczę na siebie. I często, nawet jeśli jest inna możliwość, to i tak wolę załatwić sprawy sama. W ten sposób ilość obowiązków zaczyna się piętrzyć i osiąga niebotyczne rozmiary. Zbyt wielkie, aby mogła to ogarnąć jedna osoba. Nie można być w dwóch miejscach jednocześnie, a doba ma tylko 24h. Do tego dochodzi obciążenie psychiczne. W końcu któregoś dnia siadam i zastanawiam się czemu jestem taka uparta? Czemu jestem tak głupio uparta? Przecież część tych obowiązków może wziąć na siebie ktoś inny. Byłoby mi lżej, miałabym więcej czasu na własne sprawy... Czy ja naprawdę lubię być aż tak zajęta? Czy muszę mieć zawsze wszystko dopięte na ostatni guzik? Chyba tak... To zapewnia mi uczucie pewnego komfortu - wiem, że nie będę musiała niczego poprawiać. Będzie zrobione raz i porządnie. Łącznie z kropką nad przysłowiowym "i".
A co z tego mam poza satysfakcją? Zmęczenie :) Jak widać nadmiar ambicji bywa szkodliwy :) A wszystko dlatego, że lubię czuć się niezależna. I tylko czasem myślę, że dobrze byłoby mieć kogoś, kto udowodni mi, że można tą niezależność dzielić na pół - i świat się przez to nie zawali... Kogoś kto zatrzyma mnie i powie, że nie muszę się już spieszyć. Że to, czego szukam - jest właśnie TUTAJ...

OCAL MNIE

ocal mnie
gdziekolwiek jesteś
pomyśl przez chwilę
że gdzieś ktoś myślą
wypisał Twe imię
i chociaż go nie zna
to sercem je wielbi
spójnością słowa
przenika do głębi

i marząc prosi
ocal to pragnienie
gdzie dwa losy zawarte
w jedno są istnienie

ocal ten wzrok
co tęskni przemgliście
i usta szepczące
zaklęcia soczyście

raz jeden pomyśl
i ocal mą duszę
żyć bez niej nie mogę
a bez Ciebie muszę
 

Komentarze (8)
Indie i mehendi

Tradycja mehendi sięga kilku tysięcy lat. Mehendi to tymczasowe aplikacje z henny dekorujące skórę. W Indiach wykorzystuje się głównie wzory roślinne, częsty jest też motyw pawia. Najczęściej dekoruje się dłonie oraz stopy, bowiem w tym miejscach kolor pozostaje najdłużej i ma najintensywniejszą barwę, co będzie widać na zamieszczonych niżej zdjęciach. Sama henna jest krzewem, którego liście zawierają naftochinon (lawson), czerwono-pomarańczowy barwnik.

W Indiach panny młode tuż przed weselem barwią stopy i dłonie. Jednakże tradycja wykonywania mehendi miała wcześniej głównie znaczenie nie tyle dekoracyjne co zdrowotne. Wierzono bowiem, że substancja barwiąca wyciąga z ciała wszelkie choroby. Obecnie wierzy się, że aplikacje z henny przynoszą błogosławieństwo i szczęście.

W Indiach w wielu miejscach można spotkać małe stoiska, gdzie odpowiedni człowiek wyrysuje henną piękne wzory. Zwykle dostępny jest album z fotografiami różnych motywów - można wybrać to co się podoba. Stoiska wyglądają tak, jak na zdjęciu poniżej.

Na małym stoliku widać album z fotografiami przykładowych wzorów, obok zaś leżą tubki z henną.

Czas nakładania henny zależy od skomplikowania wzorów. Tuż przed nałożeniem barwnika w skórę wciera się olejek herbaciany, ponieważ wzmacnia on i utrwala kolor. Etapy nakładania henny pokazują zdjęcia poniżej. Sam barwnik wygląda jak brązowa papka, jest zimny, a proces jego nakładania całkiem przyjemny.

 

 

 

Po nałożeniu henny należy odczekać około godziny, czasem mniej. Następnie zdrapuje się zaschnięty barwnik i ponownie wciera olejek. Tuż po zdrapaniu henny wzór na skórze jest bardzo delikatny, pomarańczowy i ciemnieje w miarę upływu czasu.

Na zdjęciu powyżej mehendi 2 godziny po nałożeniu i zdrapaniu barwnika. Na zdjęciu poniżej - kilka godzin później.

Po wykonaniu aplikacji zaleca się unikanie kontaktu z wodą przez kilkanaście godzin. Zaznaczam, że samo uczucie towarzyszące obecności barwnika na dłoniach w pierwszej dobie jest mało przyjemne - jest to uczucie parzenia, suchości i gorąca. I rzeczą, na której mi najbardziej zależało było właśnie umycie rąk, co okazało się niemożliwe przez prawie 24h. Sam zapach jest również bardzo intensywny. Efekt końcowy jest piękny i pozostaje na skórze przez kilka do kilkunastu dni. Barwnik znika wraz ze złuszczającym się naskórkiem. 

źródło informacji: http://www.belly-dance.pl/forum/showthread.php?t=966

zdjęcia: własne

Komentarze (3)
W pułapce testosteronu - kobiety czy mężczyźni?

Mając w pamięci wydarzenia ostatnich kilku tygodni, miesięcy a nawet i lat mojego życia, postanowiłam napisać o czymś, z czym spotykamy się każdego dnia. Uprzedzam, że biorąc pod uwagę, iż jest to blog kobiecy, tekst będzie "niepoprawny politycznie" a ja sama zabawię się w adwokata diabła.

Ile razy zdarzyło się Wam powiedzieć, że mężczyźni myślą tylko o jednym? Ile razy miałyście ochotę dać komuś  w twarz za uwagę na temat swojego kobiecego ciała? Ile razy idąc ulicą czułyście jak mężczyźni rozbierają Was wzrokiem? Ile razy próbowałyście poważnie porozmawiać z partnerem, ale jego myśli uparcie podążały w innym, bardziej cielesnym kierunku? Pewnie nie jeden raz, a przykłady takich sytuacji można wymieniać bez końca. Mamy z tym do czynienia na co dzień. Jesteśmy otoczone przez mężczyzn, którzy w mniejszym lub większym stopniu sprowadzają wszystko do jednej jedynej czynności życiowej jaką jest seks.
Czasem czujemy się tym urażone, czasem osaczone, czasem wydaje nam się, że lekceważony jest nasz intelekt a dostrzegane są tylko walory zewnętrzne. I rzeczywiście tak jest. A wszystkiemu winien testosteron.

Testosteron jest męskim hormonem płciowym, który odpowiada za potencję, przyrost masy mięśniowej, ale także reguluje wiele procesów życiowych. To on odpowiada za erotyzację psychiki, myślenie o seksie, wybuchy namiętności i postrzeganie kobiet z perspektywy atrakcyjności fizycznej (prof. Z. Lew-Starowicz). Hormon ten wpływa także na aktywność fizyczną, zmysłowość, agresywność oraz chęć i gotowość do rywalizacji. Im więcej testosteronu, tym większe nasilenie tych cech. To testosteron sprawia, że my kobiety tak często jesteśmy sprowadzane do roli obiektu pożądania. To jest winowajca wszystkich naszych problemów. Ale czy na pewno tylko naszych???

Jeśli któraś z Was przyjmowała kiedykolwiek pigułki antykoncepcyjne albo naklejała plastry  - dobrze wie, jak wielką władzę nad nami mogą mieć hormony. Wystarczy niewielka ich ilość lub jej brak, by nasze zachowanie uległo całkowitej zmianie. A tym z Was, które nigdy nie próbowały antykoncepcji hormonalnej, podam za przykład syndrom napięcia przedmiesiączkowego - to też wina zmian hormonalnych w organizmie! Płaczemy, bywamy agresywne, wszystko nas irytuje - tak działają hormony. Dlaczego więc nie potrafimy zrozumieć, co się dzieje w męskich głowach pod wpływem testosteronu? A dzieje się niewątpliwie. Spróbujmy sobie wyobrazić jak trudno jest przeciwstawić się naturze i zapanować nad tymi wszystkimi niedogodnościami. Spróbujmy sobie wyobrazić, jak trudno jest przebywać i pracować z kobietami, kiedy organizm bezustannie zalewa nas testosteronem. To musi być syzyfowa praca!
Ilość testosteronu u mężczyzn spada w stałych związkach, jeśli nie są one ożywiane wyobraźnią, dlatego warto o tym pamiętać i dbać o ubarwianie życia erotycznego!

Podsumowując, chyba warto czasem przymknąć oko na słowa lub zachowanie panów, którzy i tak nie są w stanie wygrać z naturą. Nie mówię, że trzeba akceptować wszystko, ale przyjmując powyższy punkt widzenia - więcej zrozumienia i tolerancji dla męskich słabości byłoby wskazane. Zwłaszcza, że duża ilość testosteronu skraca życie i sprawia, że mężczyźni są bardziej podatni między innymi na choroby serca.

Osobiście nie reaguję na zaczepki  i dwuznaczne słowa. Zawsze kwituję takie sytuacje jednym słowem: facet!  To mówi samo za siebie :)

Pytanie - czy obecność testosteronu krążącego we krwi mężczyzn usprawiedliwia absolutnie wszystko - pozostawiam bez odpowiedzi. Każda z nas musi sobie na nie odpowiedzieć indywidualnie...
 

Komentarze (0)
Zanim powiesz słowo...

Łatwo mnie zranić. Aż czasem sama się sobie dziwię, że tak łatwo. I nie przyznaję się do tego. Ani przed sobą ani przed nikim innym.
Zastanawiam się czy ludzie, którzy są mi bliscy, zdają sobie z tego sprawę. I myślę, że tak naprawdę to nie. Może czasami... Ale generalnie ignorują taką możliwość. Zawsze słyszę, że przecież świetnie sobie radzę, że jak trzeba, to i góry przeniosę, więc czemu miałabym sobie nie poradzić z taką drobnostką jak słowa czy gesty? Może dlatego, że to wcale nie jest drobnostka...
Postrzegam świat inaczej. W każdym człowieku widzę człowieka, zawsze biorę pod uwagę to, że moje słowa mogą kogoś boleśnie zranić i unikam tego. Uważam, że to zbędne. Przecież życie jest wyjątkowo trudne i bez tego. Doskonale wiem, że czasem wystarczy jedno paskudne słowo w nieodpowiednim momencie i ktoś może się poczuć gorzej niż źle. Nawet jeśli to drobnostka, bo z takich drobnostek składa się świat. Jeśli w ciągu dnia uzbieramy ich pięć, to więcej niż prawdopodobne, że szósta w końcu zaboli. Nigdy nie wiadomo w jakim ktoś znajduje się stanie, jakie ma problemy. Psychika ludzka jest bardzo delikatna, różnie reaguje na stres. Czasem wystarczy drobiazg, by zburzyć czyjąś pewność siebie, wiarę lub nadzieję. Można tego uniknąć...
Zabawny wydaje się fakt, że osoba z moim charakterem jest w środku tak strasznie delikatna i wrażliwa. Mówią mi - jesteś taka silna. Tak... Ale nie mają pojęcia, ile mnie to kosztuje. Czy silny charakter i zdecydowanie wykluczają wrażliwość? Nie wydaje mi się :)
W dzisiejszym świecie nikt nie bierze odpowiedzialności za słowa. Zupełnie jakby można było powiedzieć wszystko, a potem zaprzeczyć, wycofać się, obrócić w żart. I w ten sposób słowa tracą na wartości. W ten sposób przestajemy wierzyć sobie nawzajem - bo i po co? 
Zdumiewający jest fakt, że słowa, które ranią, mają nad nami tak wielką moc i tak łatwo je wymawiamy, a tych pięknych - już nie. Czy naprawdę tak trudno powiedzieć, że się kogoś lubi, albo że nam na kimś zależy? Nie. Wcale nie jest trudno to powiedzieć. Ale słowa zobowiązują. I trzeba mieć dużo odwagi, żeby się przyznać do swoich uczuć - najpierw przed sobą, a potem przed kimś innym.
Dlaczego tak rzadko mówimy sobie, że się kochamy? Dzieci rodzicom, rodzice dzieciom, małżonkowie swojej drugiej połowie... Dlaczego nie mówimy tego ludziom, którzy są dla nas cenni, ważni? Może dlatego, że nie pamiętamy jaką siłę i przekaz niosą ze sobą te słowa... Albo dlatego, że nie mamy odwagi ich wymawiać.
A dla mnie słowa są ważne. Potrzebuję ich. Jak każdy człowiek. Słów, które czasem uskrzydlą, ukoją, pocieszą. Słów szczerych i niosących konkretne przesłanie. Słów, które zobowiązują. Bo właśnie takie mają największą wartość...

Komentarze (0)
Wiosna w moim obiektywie

Kocham wiosnę. Za zieleń traw, za pączki, za kolory kwiatów, za motyle... Zresztą, za co kocham? To widać na tych zdjęciach...

 

Komentarze (1)
...

No i rozmiękczył mnie ten wczorajszy telefon na dobre. Nie mogę się dziś na niczym skupić. Jestem w jakimś innym świecie. Moje myśli gdzieś błądzą i nawet nie wiem gdzie... Nie umiem ich pozbierać. Jakaś eksplozja refleksji dzisiaj... Nad życiem, światem, nad sobą... Czasem chciałabym być znowu dzieckiem i o nic się nie martwić, nakarmić misia, i zapomnieć, że są jakieś problemy...

O ŚWIECIE

kiedyś świat był jak bajka
pamiętam bitwy na śnieżki
podróże po rynkach jarmarkach

pamiętam lalki zabawki
wciąż wystrojone w ubranka
i rozbujane huśtawki
wielkanocnego baranka

kiedyś świat był jak tęcza
jak słońce po deszczu wschodził
i z każdej pracy wyręczał

jak dobra kochana wróżka
w sukience wyciętej z firany
która ratuje Kopciuszka
nim zamkną się przed nią bramy

a teraz świat jest dorosły
już nie ma misiów i lalek
zostały strzępy bibuły
kilka podartych firanek

Komentarze (9)
Łzy macho

Wczoraj po północy zadzwonił mój telefon. Zdziwiona sięgnęłam po niego, spojrzałam na ekran i zamarłam... Odebrać? Nie odbierać? Odrzucić? Minęło tyle czasu, popłynęło tyle moich łez... Przycisnęłam zieloną słuchawkę. Może z ciekawości, a może przez sentyment... W końcu jestem tylko człowiekiem :). Chyba spodziewałam się usłyszeć wiele, ale nie to co faktycznie usłyszałam. Głos z drugiej strony był mi dobrze znany, pomijając fakt, że nieco jakby przygaszony i zwyczajnie smutny.
No i zmiękło mi serducho na sam koniec. Ja, kobieta silna i odporna na wiele czynników, prawie feministka, mam jeden czuły i słaby punkt. Męskie łzy. Jak facet zaczyna przy mnie płakać - to zwyczajnie głupieję. I mam tu na myśli człowieka, który nigdy nie okazuje swoich uczuć, który nie ogląda się za siebie, który idzie po trupach do przodu, nigdy nie przeprasza i zawsze wie wszystko najlepiej.

A wczoraj po prostu zadzwonił i przyznał się do błędu, do tego, że zepsuł coś pięknego, czego nie da się już naprawić, i że bardzo tego żałuje. Przyznał mi rację we wszystkich sprawach. Przyznał się do tego, że nie potrafi zapomnieć, przestać myśleć... Chociaż Mu nie wolno, nie powinien. Zadzwonił, żeby mi to wszystko powiedzieć. Tak po prostu, akurat wczoraj. A ja, słuchałam jak zaklęta, zdziwiona do granic możliwości, najpierw przez uprzejmość, a potem to już przez to zaskoczenie. I kiedy wreszcie popłynęły Mu łzy, to coś mi się w środku przekręciło. (Może jednak jeszcze mam serce... ???) Bo to było naprawdę szczere. Człowiek, który nigdy nie płakał, a nawet jeśli - to w samotności. A tu nagle otwierał przede mną swoje serce na oścież. I wcale nie uważam tego za słabość, bo znam Go doskonale, i wiem ile ten telefon, i te konkretne słowa, musiały Go kosztować. Czy to coś między nami zmienia? Nie... Już nic nie zmieni tego co się stało i co jest, nie można cofnąć czasu... Decyzja, którą wtedy podjął, miała swoje skutki. Nieodwracalne i wiążące. Gdyby wcześniej miał tej odwagi tyle na ile zdobył się teraz, może wszystko potoczyłoby się inaczej. A tak... Skazał siebie i mnie na bardzo wiele niepotrzebnego cierpienia. I po tym wszystkim miałam być twarda i nieugięta. I byłam. Zmiękłam dopiero przy łzach. Wzruszyły mnie dużo bardziej niż jakiekolwiek słowa...

W jakiś sposób oczyściło to atmosferę i przypomniało mi, że nadal żyję. Jest on i jestem ja. Ale od dawna nie ma nas. No proszę. Jednak są jeszcze na tym świecie rzeczy, których nie można kupić, i które potrafią ożywić głaz...

 

Komentarze (0)
1 | 2 | 3 |