iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Głód przygód.

Moje życie to podróż. Od kilku lat nie tylko w sensie przenośnym, ale także i dosłownym. Podróże bliskie i dalekie, ciągłe wyjazdy - można powiedzieć, że jestem wiecznie w drodze. Potem wracam na chwilę do domu. Choć teraz moim domem stało się wiele miejsc. Wracam na chwilę - bo już po kilku dniach tęsknię za tym co znane i nieznane - a odległe.
W ostatnich miesiącach udawałam się tylko w krótkie podróże, miejsca znane, bliskie. Krótkie wyjazdy, jednodniowe, czasem kilkudniowe. Na początku to wystarczało. Ale przestało. Zaczęło mi brakować wędrówek w nieznane, poznawania nowych miejsc, obcowania z innymi ludźmi. Kiedy raz wyruszysz w daleką podróż w nieznane, potem zaczyna tego brakować....

Taka podróż, w której jesteś zdany sam na siebie to taka prawdziwa szkoła przetrwania. ZA pierwszym razem jest ciężko - daleko od domu, obcy ludzie, obcy język (jeśli to podróż zagraniczna), nic znajomego, inna kutura. Na początku trudno zrozumieć i pojąć wiele rzeczy. A potem z dnia na dzień po prostu wiesz. Rozumiesz. Zaczynasz lubić. A po powrocie - tęsknić. Tak było po moim pierwszym pobycie w Indiach. Krótkie wyjazdy poniekąd służbowe nie wystarczały mi zupełnie. Czułam wewnętrzny głód - pragnienie przygody. Serce rwało mi się w świat, a wraz z nim moje myśli i dusza. Potem już cała ja - wiedziałam, że nie usiedzę w jednym miejscu. Pojechałam więc drugi raz. Zostałam na dłużej. Ale przebywając w Indiach - też  podróżowałam. Z miasta do miasta...

Oczywiście zatęskniłam za Polską i rodziną. Kolejny powrót. Powiedziałam, że na stałe. I naprawdę się staram. Krótkie wyjazdy wystarczały mi przez jakiś czas. Teraz potrzebuję czegoś więcej. Muszę nasycić ten wewnętrzny głód, muszę uspokoić duszę, która rwie się w obce strony. Więc oto przede mną wycieczka. Właściwie w nieznane, bo nigdy wcześniej w Krakowie nie byłam. Oczywiście - kultura ta sama, język ten sam, ale jednak miejsce inne i myślę, że wyjątkowe. Mam nadzieję, że ten wyjazd dostarczy mi niezapomnianych wrażeń.

Także opuszczam Was na jakiś czas. Chyba, że znajdę gdzieś chwilkę i zakradnę się cicho do jakiegoś komputera. To jest możliwe ;), ale nie obiecuję. Za to obiecuję pełną relację po powrocie z całego wyjazdu. Aaa!!! Byłabym zapomniała. Cały wyjazd - czyli Kraków plus odkładane od dawna SPA.

Mam nadzieję, że będą to niezapomniane dni. I że zaspokoję w ten sposób to pragnienie gonienia w nieznane. Będę za Wami tęsknić - to jasne jak słońce. Ale jak przyjemnie stęsknionemu człowiekowi wraca się potem do domu! A tu w iWoman czyję się właśnie jak w domu :).

Pozdrawiam serdecznie. Ściskam tych od futer, tych z problemami, tych bez problemów i wszystkich, którzy -tak jak ja - udają się w nieznane - dosłownie i w przenośni :).

Komentarze (6)
Wspólne doświadczenia łączą.

Zauważyłam, że nic tak ludzi nie jednoczy jak kłopoty zdrowotne (to akurat potrafi także dzielić) lub wspólna podróż. To dwie sytuacje, w których ludzie najłatwiej zawierają znajomości. I dwa miejsca: przychodnia/szpital oraz środek transportu jakim jest np. pociąg.

W pierwszym przypadku ludzie roztrząsają swoje problemy zdrowotne przed zupełnie obcą osobą - bo wszyscy domownicy znają je już na pamięć. Poza tym nie uskarżają się na to samo, więc nie rozumieją chorego i w jego pojęciu wręcz bagatelizują problem. Tymczasem tu obcy człowiek w podobnej sytuacji, równie mocno spragniony zwierzeń to idealna okazja by wyrecytować listę dolegliwości i opisać etapy leczenia ze szczegółami. I tak oto dwoje obcych ludzi zaczyna znajomość.

W drugim przypadku ludzi łączy zmierzanie w tym samym kierunku. Podążanie w nieznane, pragnienie przygody, dreszczyk emocji... Wspólnie przeżyte chwile zostają w pamięci na długo.

Tak. Podobnie i w życiu. Łatwiej nam kogoś zrozumieć jeśli sami przeżyliśmy coś podobnego. Łatwiej wczuć nam się  wtedy w czyjąś sytuację, łatwiej współczuć i oferować pomoc. Bo rozumiemy co dana osoba przeżywa. W przeciwnym razie tylko nieliczni potrafią postawić się na czyimś miejscu i pomóc. Nic tak ludzi nie łączy jak podobne doświadczenia lub zainteresowania.

Podobnie i nas tutaj w iWoman łączy wiele rzeczy: pierwszą jest sam serwis i blogowanie, a na kolejne składają się nasze doświadczenia życiowe, którymi możemy się swobodnie dzielić i pomagać sobie... iWoman to taki nasz pociąg, dzięki któremu odbywamy wspólną podróż - w życie i po życiu :).

Komentarze (6)
Pomocy - co można i trzeba zobaczyć w Krakowie?

Dzisiejszy wpis będzie krótki. Potrzebuję Waszej pomocy. Za kilka dni wybieram się do Krakowa. Jeśli mieszkacie w Krakowie, znacie to miasto, byliście, wracacie do niego - bardzo proszę o informację co MOŻNA i co TRZEBA zobaczyć będąc w Krakowie. Będę Wam dozgonnie wdzięczna za informacje. Są oczywiście przewodniki - ale one nie piszą o wszystkim. Gdzie najlepiej się zatrzymać? Gdzie najlepiej coś zjeść? Tak więc jeśli moglibyście służyć radą - zamieniam się w słuch :).

Komentarze (16)
Jak coś robić - to dobrze albo wcale.

Od dawna wyznaję zasadę, że jak coś robić - to dobrze albo wcale. Nie lubię olewactwa. A robić po to żeby robić - po prostu nie ma sensu. Nie mniej jednak czasem każdemu się zdarzy. Czasem - to jeszcze nie zbrodnia. Wiadomo - zdarzy się gorszy dzień albo złożą się na to jakieś okoliczności i nie jest wtedy tak jak być powinno. Ale jeśli komuś wchodzi to w krew i nie potrafi inaczej - to jest to już problem. Dopóki dotyczy on tylko jednej osoby, to mnie nie obchodzi. Ale kiedy czyjeś działania mają istotny wpływ na cały zespół czy grupę ludzi - to momentami szlag człowieka trafia. Bo kilka czy kilkanaście osób wychodzi z siebie i staje na głowie, żeby było dobrze, a jednej zwyczajnie się nie chce. Nie raz na jakiś czas. Nie chce jej się wcale. Nie chce jej się nigdy. Robi tyle ile musi w najlepszym przypadku a i to rzadko się zdarza.

Mam znajomego, który wpadł na genialny pomysł otworzenia własnej knajpy. Niestety, chyba nie przemyślał tego do końca. Knajpę otworzył, owszem, i na tym swoją pracę zakończył myśląc, że reszta zrobi się sama. O brak zysków ma pretensje do personelu. Sam natomiast nie postarał się ani o reklamę ani o uczynienie lokalu atrakcyjnym dla klientów. Było kilka osób z pomysłami, które oferowały mu swoją pomoc, ale mój znajomy na nic się nie zgodził. W rezultacie pub dogorywa finansowo. I chyba nie ma się czemu dziwić. A szkoda. Bo mogłoby to być naprawdę fajne miejsce. Ale trzeba w to włożyć odrobinę wysiłku i pracy, żeby móc potem uzyskać pożądane rezultaty. Robić po to żeby robić - rezultatu nie przyniesie.

I znam jeszcze wiele innych osób, które zabrały się za coś spodziewając się nadzwyczajnych efektów. Potem okazywało się, że na efekty trzeba dłużej poczekać i więcej popracować, więc wspomniane osoby zaczęły poniekąd sabotować (chyba podświadomie) własne pomysły. Nie chciało im się zwiększyć ani chociaż utrzymać nakładu sił i pracy na tym samym poziomie co na początku. Efekt oczywiście był, ale negatywny. Potracili nawet najwierniejszych klientów. Bo nikt nie lubi jak się go "olewa" i ignoruje.

Wniosek z tego taki, że nie jest istotne czy pracujesz dla pięciu, dziesięciu, stu czy tysięcy osób - nakład pracy powinien być taki sam. Lub wręcz powinien rosnąć w miarę jak ilość klientów maleje. Bo wtedy najbardziej chodzi o jakość. Jeśli właścicielowi pomysłu czy lokalu nie zależy na jego własnym dorobku, to czemu ma na tym zależeć obcym ludziom? I zwykle nie zależy. Ludzie wbrew pozorom nie są głupi, mają oczy i uszy, widzą i słyszą co się dzieje. Jeśli nic nie przykuwa ich uwagi - odchodzą. Jeśli czują się ignorowani - odchodzą. Jeśli czują się niesprawiedliwie traktowani lub wyczuwają matactwa - odchodzą. A sami zainteresowani nie dostrzegają w swoim postępowaniu nic niewłaściwego i za niepowodzenia winią wszystkich dokoła, tylko nie siebie. Jeśli więc kiedykolwiek nie będziecie zadowoleni z efektów Waszej pracy, jeśli kiedykolwiek Wasz biznes czy pomysł nie wypali - zastanówcie się czy naprawdę nie ma w tym Waszej winy i czy ze swojej strony zrobiliście wszystko. Czy aby na pewno Wasz pomysł gdzieś w trakcie nie stracił na jakości? Czy może przypadkiem nie odpuściliście sobie gdzieś po drodze, przez co straciliście klientów lub odbiorców? Jeśli na każde z tych pytań odpowiadacie "nie" - to znaczy, że zrobiliście wszystko co w Waszej mocy, a przegraliście z okolicznościami. Jeśli jednak choć na jedno z pytań padnie odpowiedź "tak" - warto się zastanowić jak bardzo zaważyło to na rezultacie końcowym...

Dlatego jeśli nam na czymś NIE ZALEŻY - lepiej wcale się za to NIE zabierać. A jeśli już podejmujemy się jakiegoś zobowiązania, dbajmy o to by standard naszej pracy rósł a nie malał z upływem czasu. A przynajmniej żeby się nie zmieniał na gorsze, co niestety jest jednym z najczęstszych przypadków.  Jeśli już coś robić - to trzeba to robić dobrze. Same dobre chęci nie wystarczą, bo takimi to podobno piekło jest wybrukowane.

Komentarze (0)
Inwestycja w przyszłość czy naiwność?

Dość często wyświadczam ludziom różne przysługi. Czasem proszą mnie o coś przyjaciele, czasem znajomi. Czasem sama z siebie chcę coś dla kogoś zrobić i nie trzeba mnie o to prosić. Przysługi też bywają różne, od najprostszych do najbardziej skomplikowanych.

Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało. Zauważyłam jednak, że niektórzy zaczęli to wykorzystywać. "Odpracowuję" dla nich najczarniejszą robotę i poświęcam swój czas, kiedy oni sami tylko czekają aż skończę. I wiecie co w tym wszystkim najgorsze? Bywa, że potrafią być niezadowoleni z efektów :) i powiedzieć, że oczekiwali czegoś innego. Nie ma słowa "dziękuję" (w końcu ja przecież nic nie muszę, robię to z dobroci serca, mogłabym ten czas spożytkować zupełnie inaczej). Zamiast tego jest niezadowoleni, bo oni "zrobiliby to inaczej". Mało tego. Oczekują, że spędzę kolejne pół dnia dopasowując wszystko do ich widzimisię.

To wszystko dotarło do mnie całkiem niedawno. I pomyślałam: dlaczego ja się na to zgadzam? Ci ludzie nie są moimi przyjaciółmi, nie mam  z tego żadnych profitów, często nie pada nawet podziękowanie. Jak coś komuś potrzebne, to wie bardzo dobrze do kogo się zwrócić. Do mnie. Gdy trzeba coś znaleźć, załatwić, poszukać, poświęcić swój czas - jestem osobą idealną. Nie odmawiam pomocy, jeśli jestem w stanie jej udzielić.

I właśnie dotarło do mnie, że niektórzy to wykorzystali. Wykorzystali mnie, przypisując sobie potem moje zasługi. Czemu się na to zgadzałam? Chyba wierzę, że ludzie z natury są dobrzy. Mimo, iż mam świadomość tego, że gdy ja będę potrzebowała pomocy - mogę się o nią zwrócić tylko do nielicznych. Ale Ci nieliczni to ludzie zaufani. I nawet dla takiej garstki z nich - warto dawać z siebie wszystko.

Bezinteresowna pomoc to rodzaj inwestycji w przyszłość. Może i nie przynosi korzyści. Ale pozostaje satysfakcja i świadomość, że zrobiło się coś dobrego. 

Komentarze (6)
Praktyka czyni mistrza (mam nadzieję!)

Prawo jazdy odebrane jakiś czas temu. Leżało sobie spokojnie czekając aż zdecyduję się na pierwszą "oficjalną" przejażdżkę. Odkładałam to, bo jestem świadoma swoich braków. Z drugiej strony dobrze wiem, że jeśli nie będę jeździć - to przecież niczego się nie nauczę ani nie nabędę doświadczenia. Toteż dzisiaj podjęłam się prowadzić.

Jak było? W dużym skrócie: uffffffffffff....

Rezultat:

  • straty fizyczne i materialne: brak. Kierowca - cały, pasażer - cały, samochód - cały, samochody, koło których parkowałam - całe.
  • uszczerbek na zdrowiu psychicznym: u kierującej (czyli u mnie) - niewielki (chcę z powrotem do eLki!!!), u pasażera (też kierowca) znaczny. Auto strat moralnych ani psychicznych nie zgłosiło.

Wniosek:

  • muszę jeździć, jeździć i jeszcze raz jeździć. Tylko tak mogę zdobyć doświadczenie jako kierowca. Nie po to robiłam prawo jazdy, żeby teraz sobie leżało. Umiejętności, które nabyłam trzeba teraz ćwiczyć i rozwijać. Inaczej nigdy nie będzie naprawdę dobrze. To praktyka czyni mistrza a nie sama teoria.

Pozdrawiam wszystkich serdecznie wieczorem :)))

Komentarze (6)
Strzeżmy się samozwańczych znachorów!

Są Waszymi znajomymi, sąsiadami, rodziną. Albo odwiedzają kogoś z Waszej rodziny czy znajomych. Tacy, co to już niby przeżyli wszystkie choroby świata i znają na każdą lekarstwo. Delikatnie podsuwają Wam leki, które przepisał im dawniej lekarz, mówiąc: "Weź, na pewno Ci pomogą. Mnie postawiły na nogi".

Samozwańczy znachorzy.

Ileż to razy byliśmy w takiej sytuacji? Nie raz i nie dwa. Leczymy się, ale kuracja nie przynosi rezultatów (wszak nie od razu Rzym zbudowano). Umęczeni bólem i chorobą, zwierzamy się ze swoich dolegliwości sąsiadce. Ta wybiega jak oparzona z mieszkania i wraca po 10 minutach z listkiem tabletek w ręce. Pieczołowicie przyciska je do ciała jak największy sekret, po to by za chwilę zdradzić tajemnicę. Wreszcie kładzie na stole lub podaje nam mówiąc: "Miałam podobnie. Też miałam takie bóle i te tabletki mi pomogły. Dostałam je od lekarza [tu nieraz pada inne słowo: wujka, koleżanki, siostry, itp.] i od razu podziałały". A my? Niewiele się zastanawiając - próbujemy, bo co nam szkodzi jedna niewinna tabletka?

A jednak szkodzi...

Każdy lek przepisywany przez lekarza uwzględnia nie tylko samą chorobę, ale też możliwości wystąpienia alergii czy interakcji z innymi lekami, a dawka - stan chorego, wagę, wiek i nasilenie objawów. Lekarstwa to nie cukierki. Gdyby tak było - nie potrzebowalibyśmy na nie recept. Wiele leków jest ogólnodostępnych. Nie oznacza to, że są one zupełnie bezpieczne. Każdy lek dostarczany organizmowi to ingerencja w jego funkcjonowanie. Nie odczujemy tego dziś ani jutro - ale bardzo możliwe, że za kilka lat już tak jeśli będziemy nadużywać środków farmaceutycznych.

Polacy lubią leki

 A Polacy jak się okazuje przodują w przyjmowaniu wielu leków - głównie przeciwbólowych. Nosimy je przy sobie. Według danych GUS z 2004 roku, na pytanie czy w ciągu ostatnich 2 tygodni zażywałeś jakiekolwiek leki, ponad 54% pytanych odpowiedziało TAK. Najczęściej przyjmowane były witaminy, potem leki obniżające ciśnienie i wreszcie na trzecim miejscu pojawiają się leki przeciwbólowe! Przy najmniejszym bólu sięgamy po tabletkę, która przyniesie ulgę. Jeśli ból powtarza się codziennie - to codziennie faszerujemy się tym co mamy pod ręką. A nie ma z tym problemu, ponieważ część leków przeciwbólowych jest sprzedawana nie tylko w aptekach, ale i na stacjach benzynowych, w sklepach, kioskach... Mijają dni, potem tygodnie - i jakoś nie zastanawiamy się nad przyczyną pojawiających się tak często objawów. Zamiast tego łykamy pigułkę i zapominamy o sprawie. W ten sposób nieraz maskujemy naprawdę istotne choroby. Leki przeciwbólowe mogą być stosowane doraźnie, jeśli jednak ból jest przewlekły - należy zwrócić się do lekarza by znaleźć jego przyczynę. Poza tym przyjmując leki tak często - zwiększamy tolerancję organizmu na lek. Brzmi ładnie, ale wcale dobre nie jest. Po prostu małe dawki leku przestają nam pomagać i potrzebujemy coraz większych i silniejszych. Przy okazji niszczymy m.in. wątrobę.

Wróćmy jednak do dobrych dusz, o których pisałam na początku. Leki, które nam podtykają nie należą zwykle do ogólnodostępnych. Są to przeważnie leki dostępne tylko na receptę. Osoba, która nam ich użycza, zazwyczaj nie ma pojęcia o skutkach ubocznych leku i interakcjach, w które może wchodzić z już przyjmowanymi lekami. Nie uwzględnia też wieku ani postury chorego. Nie zna całej jego historii choroby, a nawet gdyby znała - nie potrafi odpowiednio łączyć faktów (wykluczamy przypadki w których dobrą duszą jest lekarz lub farmaceuta ;P). Skutek? Szkodzi zamiast pomagać. Każdy lek może być trucizną jeśli nie jest odpowiednio dobrany. Nawet tą samą chorobę u dwóch różnych osób leczy się czasem inaczej. Co roku koszty leczenia skutków nierozważnego stosowania leków siągają setek milionów złotych.

Zanim więc sięgniemy po lek, którego nie znamy, zastanówmy się czy to ryzyko naprawdę nam się opłaca. A najlepiej podziękujmy sąsiadce za troskę i odmówmy zażywania leku - wszak mogłoby się okazać, iż jest to prawdziwie niedźwiedzia przysługa...

Komentarze (0)
M jak MUSISZ!

Mam alergię na słowo "MUSZĘ". Nie lubię, kiedy ktoś używa tego słowa mówiąc mi, że należy coś zrobić. Całe życie wszystkim powtarzam, że ja nic nie muszę. Ja mogę lub nawet czasem powinnam. Ale czy muszę??? Nie jestem niczyim niewolnikiem, nie ubezwłasnowolniono mnie, a w świetle wyznawanej w tym kraju religii - posiadam wolną wolę i wolność wyboru. Wolności słowa niekoniecznie, bo to tylko slogan w dzisiejszym świecie. Wracając jednak do słowa na M, które mnie irytuje. Czasem ktoś użyje go niechcący - po prostu "powie" mu się. No trudno. Odpuszczam wtedy. Ale są takie sytuacje, w których ludzie używają tego wyrazu z premedytacją.

Wykaz tekstów, w których NIE powinno pojawiać się słowo "musieć" (a nawet powinno być zabronione):

  • MUSISZ mi wybaczyć
  • MUSISZ mnie zrozumieć
  • MUSISZ znaleźć czas
  • MUSISZ mnie wysłuchać
  • MUSIMY porozmawiać
  • MUSISZ coś dla mnie załatwić/zrobić

Kiedy słowo "musieć" pojawia się w takiej konfiguracji jak jedna z powyższych - zapala mi się czerwona lampka. Ostrzegawcze światełko. Bo nie muszę wybaczać ani rozumieć. Jeśli już - to chcę. Nie muszę znajdować czasu bo ktoś ma takie widzimisię - ale mogę go znaleźć jeśli ktoś o to prosi lub potrzebuję.Słowo "musisz" działa na mnie demotywująco i zawsze w jakiś sposób stawia mnie pod ścianą. Tak jakbym nie miała innego wyboru. A ja go mam. Zawsze. Każda z nas go ma.

Słowa mają ogromne znaczenie w życiu codziennym. I podświadomie (lub świadomie) za ich pomocą wywieramy presję na innych, a inni - na nas.

Komentarze (6)
Wspomnienia

Wzięło mnie dzisiaj na wspomnienia. Może nie jakieś takie bardzo życiowe, a może właśnie bardzo życiowe - związane konkretnie z serwisem iWoman.

Pamiętam jak trafiłam na tą stronę w kwietniu. Zupełnie inaczej tu było wtedy. Było już trochę osób, potem pojawiały się kolejne. Niektóre zostały do dziś... A inni? Cóż, mam nadzieję, że dobrze dzieje im się w życiu. Ja szybko się przywiązuję i trudno mnie potem odwiązać :))).

Dawno nie widziałam już naszej nadwornej poetki - Wodniczki, która wierszem opisywała zdarzenia nowe i stare. Pojechała podreperować zdrowie do sanatorium i zniknęła nam z pola  widzenia. Wodniczko - mam nadzieję, że u Ciebie wszystko dobrze, zdrowie zostało naprawione i z tego szczęścia jeździsz gdzieś po Polsce i korzystasz z uroków życia.

Dawno nie było Zyty, która wyszła za mąż... i już nie wróciła :). Ale to znaczy, że dobrze Jej się dzieje, jest szczęśliwą mężatką i rozpoczęła zupełnie inne życie.

Za mąż wyszła też Ninette. Pojawiła się na chwilę jeszcze we wrześniu i słuch po Niej zaginął. Zapewne znalazła upragnioną pracę i cieszy się nowym życiem.

Podobnie Anulka10 - zniknęła by walczyć z chorobą, potem pojawiła sięna chwilę by powiedzieć, że wygrała. Teraz zapewne cieszy się tą wygraną i świętuje ją do tej pory :).

W akcji zaginęła nam Manufaktura, ale obiecała, że odwiedzi nas koło jesieni :).

Co jakiś czas zaleci też Mrówka, obecnie zajęta zapewne życiem szkolnym i tym by czegoś nauczyć niepokornych młodych gniewnych.

Mam nadzieję, że Agńa też ma się dobrze i wszystko ułożyło Jej się tak jak chciała. Że Jej dni są teraz weselsze i bogatsze w uśmiech niż kiedyś.

Ankakonkursomanka zajęła się wychowywaniem gromady kociąt - ma więc ręce pełne roboty.

Agimixek wyruszyła w trasę i jakoś chyba do tej pory nie wróciła :). Tak Ją ta podróż wciągnęła.

Poza tym Anka_B, Aniołek, Heksa, Dudzinka, Mcblondi i wiele wiele innych. Mogłabym tak wymieniać... Sporo Was było i ubyło przez te wszystkie miesiące... Tak mnie dzisiaj naszło na wspomnienia, że wróciłam do Waszych blogów dziewczyny. Na chwilę... Dla przypomnienia...

Wszystko w życiu zmienia się, przemija, ale pamięć zostaje. Każda rzecz, którą robimy na tym świecie odciska jakiś ślad w życiu pozostałych ludzi. To jest właśnie takie piękne. Bo ten ślad zawsze gdzieś tam będzie mimo mijającego czasu i zmieniających się okoliczności. Ile razy ktoś wchodzi do naszego życia, przechodzi i znika, ale ślad - zostaje...

Jeśli to czytacie mam nadzieję, że dobrze Wam się dzieje. No i oczywiście - że jeszcze kiedyś tu wrócicie :))) iWoman czeka!!! pozdrowionka!

Komentarze (17)
Dobry fryzjer

Wszystkie wiemy jak ważny jest dobry fryzjer. Zajmuje się bowiem naszymi włosami, a włosy - to wizytówka kobiety. Powinny być zadbane, najlepiej ładnie ostrzyżone. Jednak trafić na dobrego fryzjera - nie jest już taką prostą sprawą.

Dobry fryzjer powinien mieć kilka istotnych cech, które pozwolą go za takiego uznać:

  • dobry fryzjer szybko ocenia sytuację - dotyka Twoich włosów, zadaje kilka pytań i już wie jakiego rodzaju pielęgnacji wymagają i czego najbardziej im trzeba;
  • dobry fryzjer umie dobrać fryzurę odpowiednią do kształtu twarzy, rodzaju włosów ale i Twojej osobowości;
  • dobry fryzjer nie forsuje na siłę swojej wizji i nie serwuje wszystkim dokładnie tej samej fryzury, ponieważ najlepiej mu ona wychodzi;
  • dobry fryzjer umie dostosować się do życzenia klienta, wzbogacając jego wizję swoimi spostrzeżeniami - umie znaleźć kompromis między tym czego klient sobie życzy a tym co dla niego najlepsze :))) ;
  • dobry fryzjer potrafi doradzić jak dbać o włosy, jakich środków używać do ich pielęgnacji i stylizacji;
  • dobry fryzjer to taki, który czyta Ci w myślach :) ;
  • dobry fryzjer podczas farbowania włosów umie dobrać kolory farb do koloru oczu i cery;
  • dobry fryzjer umie zaproponować nawet niewielką zmianę w strzyżeniu, która zmieni wiele w Twoim wizerunku;
  • dobry fryzjer idzie z duchem czasu, wciąż się uczy - jego wiedza obejmuje starsze i nowsze trendy, włącznie z najnowszymi technikami strzyżenia i modelowania włosów;
  • dobry fryzjer nie szarpie Twoich włosów podczas mycia, rozczesywania czy układania;
  • dobry fryzjer - mimo że strzyże Cię od lat - wciąż jeszcze potrafi pozytywnie zaskoczyć;
  • wreszcie dobry fryzjer to ktoś z kim można porozmawiać o wszystkim - zna swoich klientów, ich potrzeby, każdego traktuje indywidualnie. Dobry fryzjer jest człowiekiem i po ludzku podchodzi do swoich klientów.

Życzę  Wam takiego właśnie profesjonalisty :)

Komentarze (7)
1 | 2 |