iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

Światełko znaczy pamięć...

Przede mną pierwszy wolny weekend licząc od kwietnia tego roku. Pierwszy, naprawdę zupełnie wolny, na który nic nie zaplanowałam, z wyjątkiem niedzielnego spaceru na cmentarz. Jakie to dziwne uczucie mieć wolny weekend po tak długim czasie...

W tym roku w marcu byłam  na pogrzebie przyjaciółki. Już o tym pisałam. Miała 24 lata. Oczywiście na pogrzeb przyszło wiele znajomych osób. Pojawili się ludzie z "naszej paczki". Niektórych nie widziałam już nawet kilka lat. Kiedy skończyliśmy studia, każde poszło w swoją stronę, porozjeżdżaliśmy się po Polsce i świecie. Ten pogrzeb to była pierwsza okazja od dawna by się zobaczyć. I jakież dziwne to było uczucie!!! Kiedy rozstawaliśmy się po pogrzebie, ktoś rzucił uwagę, że teraz to już tylko będziemy się widywać na weselach i pogrzebach... Wtedy pomyślałam, że to dziwne. Teraz myślę, że bardzo prawdziwe...

Od najmłodszych lat zawieramy znajomości koleżeńskie, przyjaźnie. Niektóre są w stanie przetrwać niejedną próbę czasu. Inne zacierają się wraz z mijającymi dniami. Każdy zaczyna wieść swoje własne życie, boryka się z własnymi problemami, pojawiają się nowi znajomi i tak jakoś nie starcza nam czasu na to, by kontynuować stare przyjaźnie. Może to brak czasu, a może zwyczajny brak chęci?  Zdarza się przecież, że myślimy o kimś kogo kiedyś znaliśmy, ale nie wystarcza nam już odwagi by do niego zadzwonić.

To święto, które jest przed nami, zmusza do refleksji. To nie tylko zapalenie zniczy na grobie. To święto to przede wszystkim pamięć. O tych, których już nie ma. A gdyby byli? Gdybyśmy mieli szansę coś im powiedzieć? Gdyby dano nam 24 godziny - co byśmy tym ludziom powiedzieli? Zazwyczaj to, na co nie starczyło nam czasu za ich życia... "Kocham Cię, jesteś dla mnie ważny." "Brakuje mi Ciebie", "Tęsknię..."... A czasem więcej, np. "przepraszam"... Czasem chcielibyśmy coś wyjaśnić lub sprostować - ale już nie możemy.

Dlatego wspominając tych, którzy odeszli, nie zapominajmy o żywych. O tych, których dawno nie widzieliśmy i o tych, których widujemy na co dzień. Nie zapominajmy o tym, że oni jeszcze z nami są i każdego dnia mamy szansę powiedzieć im, jak wiele dla nas znaczą.

Jeśli ktoś roświetla Twoje życie - nie zapomnij mu o tym powiedzieć. Dopóki jest. Bo potem może być za późno by to zrobić i jedyne co Ci zostanie to zapalić światełko i zapłakać nad zimną kamienną płytą....

Komentarze (7)
Spieszę z wyjaśnieniem

Nie było mnie ostatnio. Nie robiłam wpisów, nie komentowałam, nie miałam czasu Was czytać, nie było mnie dla świata. Zniknęłam. Ale już jestem i spieszę z wyjaśnieniem. Od zeszłej środy przygotowywałam się do egzaminu. Egzaminu na prawo jazdy. Robiłam testy, czytałam podręczniki do nauki jazdy i przede wszystkim jeździłam.

Egzamin odbył się dzisiaj rano. Testy zdałam. Plac zdałam. Jazdę po mieście zdałam. Ogólnie rzecz ujmując egzamin zakończył się wynikiem pozytywnym :))). Najbardziej zdenerwowana byłam podczas części teoretycznej - nie wiedzieć czemu, bo akurat testy miałam opanowane perfekcyjnie. Kiedy już byłam po - nerwy odpuściły. Może dlatego, że stwierdziłam, że plan na dziś już wykonałam i nie liczyłam na więcej. Na wszelki wypadek rodzinę i znajomych od 2 tygodni przygotowywałam na to, że pewnie mi się nie uda. A sama nie nastawiałam się ani pozytywnie ani negatywnie. Myślałam realnie - w końcu znam swoje mocne i słabe strony :).

Manewry na placu zrobiłam dobrze. Sama się zdziwiłam. Łuk przecież ćwiczyłam, ale na egzaminach bywa, że nerwy zawodzą. I to co wychodzi najlepiej, nagle przestaje wychodzić. Zdarza się kiedy emocje biorą górę. Ale moje nie wzięły góry nade mną tym razem. Wyszłam z założenia, że co ma być to będzie a ja dam z siebie wszystko.

I tym sposobem znalazłam się w mieście. Poszło szybko. Wróciłam do ośrodka. Tam dowiedziałam się, że zdałam :)))))). Cieszę się, że to już za mną. Nie spodziewałam się tego, że dzisiaj zdam. A może ja zbyt nisko siebie oceniam? I swoje możliwości? Może... Kto to wie... Nieważne zresztą!!! Ważne, że zdałam, że mam to za sobą. Siedzę i uśmiecham się do siebie - może jeszcze nie do końca zrelaksowana, bo stres ostatnich tygodni dopiero delikatnie puszcza. Ale naprawdę zadowolona:))).

Teraz mogę spokojnie wrócić do swoich zajęć i oczywiście do Was:). Mam mnóstwo zaległości do nadrobienia :))). Ściskam wszystkich mocno!!!

Komentarze (26)
Doprowadzona do ostateczności

No i musiałam być brutalna. Nie znoszę kiedy ktoś mnie doprowadza do takiego stanu. Ostatnio i tak żyję w dużym stresie, mam mało czasu na wszystko i chodzę niedospana, w dodatku trochę podchorowana. Moja cierpliwość znacznie zmalała.

I oto dziś, po kolejnych kilku tygodniach ciszy, zadzwonił znowu mój przyjaciel. Tak, tak, dokładnie ten sam, o którym pisałam wcześniej. Myślałam, że sprawa jest załatwiona i zamknięta. Jak widać - myśleć nie powinnam, ponieważ  myślałam źle po raz kolejny. Mój były przyjaciel (ten od zakochania), jakby nigdy nic, zadzwonił. Niewiele rozmawialiśmy, ponieważ był zalany w trupa i nie mogłam go zrozumieć. A jako że miał wiele do powiedzenia, z mojej strony linii wydobywał się  tylko pijacki bełkot. Już samo to podniosło mi ciśnienie, bo prosiłam żeby nie dzwonił do mnie po wspomagaczach i z promilami we krwi. Treść tego, co próbował mi przekazać zirytowała mnie jeszcze bardziej. Nadal mnie kocha. Szkoda, że nie potrafi mnie szanować i tego o co proszę... Ostatecznie po raz kolejny musiałam mu powtórzyć to co zawsze. Tylko, że tym razem to już nie było delikatne. Delikatność jakoś do tej pory nie poskutkowała. Dlatego dzisiaj byłam brutalna, tak bardzo jak nigdy nie chciałam być. Spokojna, ale brutalna w słowach, tłumacząc, że nie odwzajemniam jego uczuć i nie czuję tego co on do mnie. Już nie dawałam mu niczego do zrozumienia - byłam tak bezpośrednia że bardziej nie można.

Zrozumiał.... Po tych słowach powiedział tylko "przepraszam" i "dobranoc" i rozłączył się.

No... Niby z głowy... Ale czuję się paskudnie. Nie znoszę jak ktoś mnie doprowadza do ostateczności.

Komentarze (8)
Zawsze zachłanni = zawsze nieszczęśliwi

Ludzie to dziwnie skonstruowane stworzenia. Zawsze im mało, nawet wtedy gdy dostają to o co prosili. Przykładowo - co wieczór marzą by wygrać w totolotka 10 tysięcy złotych. Prawie nic na te wygrane, które padają, prawda? Uparcie powtarzają, że to by im wystarczyło. Przyjmijmy, że nasz hipotetyczny człowiek wygrywa tą sumę. Co się dzieje? Oczywiście cieszy się, ale tylko na początku. Potem automatycznie zaczyna mieć do siebie pretensje, że nie podniósł stawki, że mógł zagrać za więcej i o więcej.

Sytuacja druga. Nasz człowiek kupuje samochód. Pierwszych kilka dni cieszy się jak dziecko. Ale już potem dostrzega u sąsiada samochód lepszy, ładniejszy, z masą niepotrzebnych rzeczy. Oczywiście droższy. Ale nasz człowiek i tak jest niezadowolony - bo mógł się wstrzymać z kupnem kolejne X lat i wybrać coś lepszego, mimo że auto, które nabył w zupełności mu wystarcza i jest dostosowane do jego potrzeb.

Sytuacja trzecia. Nasz człowiek stara się o pracę. Zależy mu na jakiejkolwiek, bo znajduje się w trudnej sytuacji finansowej. Wreszcie zostaje zatrudniony i już po pierwszej wypłacie stwierdza, że mógł znaleźć coś lepszego. Nagle nie pamięta o tym dlaczego zdecydował się na ten etat i nie czekał na lepszy...

Sytuacja czwarta. Nasz człowiek jest zakochany. Co wieczór marzy o tym by ukochana odwzajemniła jego uczucia choć w małym stopniu. Kiedy ona wreszcie przełamuje się i zaczyna coś do niego czuć, nasz człowiek wcale się nie cieszy. Nasz człowiek pyta: dlaczego tylko tyle???!

Jak widać ciężko nam, ludziom, dogodzić. Kiedy prosimy o zdrowie i wydaje nam się najważniejsze, zapominamy o całej reszcie. Kiedy to zdrowie jest - nagle okazuje się że to za mało. Kiedy mamy przy sobie ukochaną osobę, która nas wspiera, w końcu przestajemy ją dostrzegać - jej gesty, słowa, wszystko co wskazuje na to, że jej na nas zależy. Bo chcemy więcej i więcej.

Nie potrafimy cieszyć się tym co jest. Zwłaszcza jeśli to mało. Niektórzy mówią, że wystarczy im chleb, woda i zdrowie a z resztą sobie poradzą. Tak mówią. I chociaż mają w rzeczywistości dużo więcej niż trzy wymienione rzeczy - średnio co dwa dni narzekają na braki w kasie rodzinnej, na to że dzieci (chociaż zdrowe) to takie niegrzeczne. A kiedy dziecko zaczyna być grzeczne, nagle zaczyna nam przeszkadzać, że tylko tyle, bo chcielibyśmy żeby jeszcze samo sobie ze wszystkim radziło...

Jesteśmy zachłanni - na wszystko czego nie mamy. Gdy tylko to dostajemy lub osiągamy - przestaje nam to wystarczać. Przestajemy to nawet dostrzegać. Spełnia się nasze życzenie, a my nie jesteśmy zadowoleni - bo wymagania nagle rosną i to już nie wystarcza....

I tak bez końca... Sami powiedzcie: czy to ma jakiś sens? W ten sposób nikt nigdy nie będzie zadowolony, bo nie będzie potrafił cieszyć się tym co ma. Zawsze trawa sąsiada będzie zieleńsza, dzieci kuzynki grzeczniejsze, koledzy będą mieli fajniejsze samochody...

Sztuką jest umieć docenić to, co już mamy - na co do tej pory zapracowaliśmy, co zostało nam dane od losu z kredytem zaufania. Jeśli nie docenimy tego w porę - to więcej niż pewne, że zostanie nam odebrane. Kiedy spełnia się nasze marzenie, chociaż w małym stopniu, trzeba umieć to dostrzec, docenić, pokochać i cieszyć się. Wystarczy pomyśleć o tych wszystkich ludziach, którzy nie mają nawet ułamka tego co nam zdążyło się już znudzić. O tych, którzy co wieczór modlą się by przeżyć kolejny dzień. O tych, którzy ciężko głodują od wtorku, bo nie starczyło do pierwszego... O tych, którzy nie mają domu, rodziny - nikogo...

Jeśli nie nauczymy się cieszyć tym co jest - nigdy nie będziemy szczęśliwi. Szczęście jest w naszych rękach. Każdego dnia pokornie spogląda nam w oczy z nadzieją i niemą prośbą: "Dostrzeż mnie... Doceń mnie wreszcie...".

Komentarze (12)
NIE JESTEŚ SAMA...

Są takie dni, kiedy nic nie układa się po Twojej myśli. Są takie dni, kiedy masz ochotę zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Dni, kiedy wydaje Ci się, że cały świat jest przeciw Tobie, kiedy nie widzisz szans na lepsze jutro... Jeśli tak się dzisiaj czujesz - chcę Ci powiedzieć jedną ważną rzecz: NIE JESTEŚ SAMA!

Jeśli czujesz, że spadasz w przepaść, która nie ma dna, chwyć się dłoni, którą podają Ci życzliwi ludzie. Złap się wyrastającego ze skał korzenia, walcz o siebie! Walcz o swoje życie, swoje ja, swoją duszę!!!

Życie jest naprawdę piękne - nawet jeśli trudno Ci w to w tej chwili uwierzyć. Ale jest!!! I przyjdzie dzień, kiedy i Ty to dostrzeżesz. Może jeszcze nie jutro i nie za tydzień. Ale przyjdzie. Bo zawsze przychodzi. I dla takiego dnia naprawdę warto walczyć o siebie. Nie ma sensu czekać na lepsze jutro - bo jutro zaczyna się dziś. I to jakie będzie zależy tylko od Ciebie.

A jeśli czujesz, że nie masz już siły by walczyć o siebie i chcesz spaść w tą przepaść - nie licz na to! Zanim dotkniesz dna - pochwycą Cię dłonie tych wszystkich, którym na Tobie zależy. Bliskich, dalszych bliskich i bliskich dalekich - jak my, tu, w iWoman. Podsuwamy Ci wirtualną poduchę, która zamortyzuje ewentualny upadek - o ile nasze ramiona nie będą w stanie Cię utrzymać. Stanie się tak tylko  jeśli nam na to nie pozwolisz...

Więc nie broń się. Wypłacz się w wirtualny rękaw, który podsuwamy, oprzyj na silnym ramieniu kobiet, które przeżyły lub przeżywają to co Ty w tej chwili i potrafią zrozumieć. Śmiej się z nami, płacz  z nami, dziel się z nami swoimi wątpliwościami, żalem, radością, smutkiem, entuzjazmem lub bólem. My to udźwigniemy, pocieszymy Cię, wesprzemy w trudnych chwilach... Daj nam szansę. Daj szansę sobie. I uwierz - NIE JESTEŚ SAMA!

Jeśli ten wpis jest o Tobie - dedykuję Ci dzisiaj tą piosenkę: Nie jesteś sama.

Komentarze (4)
Wyścig w rodzinie. Kategoria: małżeństwo...

Tydzień temu zjechali się goście. Goście nie widziani od miesięcy a przeze mnie nawet od lat. Rodzina.... Zaczęło się jak zwykle - od pytań o życie prywatne i zawodowe. Moje odpowiedzi nie wydały się chyba nikomu w pełni zadowalające, ale wystarczające by dać mi spokój. Babcie i ciocie zostawiły na chwilę udręczanie mnie i zajęły się omawianiem przeszłości, teraźniejszości i przyszłości innego członka rodziny... Pomyślałam sobie, że tym razem mi się upiekło - nie będzie kazań i wywodów na temat tego, jak to ludzie żyli kiedyś i że one w moim wieku..... Pomyślałam jak zwykle nie w porę, bo oto nadszedł dziadek i bez wstępów zadał mi to pytanie: kiedy wychodzę za mąż? Udzieliłam odpowiedzi wymijającej, co dziadka wcale nie zadowoliło i kontynuował swoją przemowę. O tym, że moja kuzynka z tego samego rocznika już wyszła za mąż, a przecież ja jestem od Niej starsza o kilka miesięcy i teraz już nie mam wyjścia, MUSZĘ się brać za siebie i szybko łapać męża (???!). Że teraz już nie mam na co czekać, bo skoro Ona to zrobiła to i mnie nie pozostaje nic innego. Ręce mi opadły!!! Na nic się zdały moje protesty, tłumaczenia i próby zmiany tematu. Dziadek był uparty do granic możliwości.

Kiedy wreszcie zostałam sama ze swoimi myślami, doszłam do wniosku, że zawsze tak było. Wyścig w rodzinie. Kto pójdzie do lepszej szkoły, kto się lepiej uczy, kto będzie miał lepszą pracę, kto ma większe osiągnięcia i wreszcie kto szybciej i lepiej ułoży sobie życie. Zawsze była skala porównawcza w postaci kuzynów i kuzynek w tym samym bądź podobnym wieku..Zawsze ktoś czuł się po takich spotkaniach rodzinnych niedowartościowany, a rodzice siłą wypychali swoje dziecko na naukę jakichś zbędnych umiejętności, tylko dlatego, że kuzyn czy kuzynka umiejętność tę nabyli....

I nic się nie zmieniło... Ale powiem Wam jedno. Nie lubię słowa MUSZĘ. Bo ja nie muszę - ja mogę, czasem powinnam, czasem sama sobie narzucam pewne rzeczy, ale wynika to z mojego widzimisię. Zawsze podświadomie i świadomie sprzeciwiałam się wszelkim konkursom rodzinnym na najlepsze dziecko i wszelkim wyścigom. Tym bardziej teraz. Kiedy słyszę że muszę coś zrobić - bo kuzynka to zrobiła - jakoś nie działa to na moją ambicję. Nie rozpatruję tego w tych kategoriach. Uważam że każdy ma swoje życie i może nim pokierować tak jak tylko ma ochotę i życzenie. Nie muszę powielać osiągnięć mojej kuzynki. To byłoby chore. Nie żyję Jej życiem tylko swoim własnym.

I pomyślałam sobie jeszcze, że ta presja rodziny jest straszna. Zwłaszcza wśród członków starszej daty. Nie zdają sobie sprawę, że takie nagabywanie i co gorsza porównywanie może budzić czyjeś kompleksy, jak mnie się zdarzało za dawnych lat. Teraz? Teraz budzi to tylko i wyłącznie mój sprzeciw...

Komentarze (18)
Dwa domy...

Cały czas powtarzam, że dla mnie dom to ludzie. Ludzie, których nie zastąpią najpiękniejsze wnętrza, pokoje ani mury. Dom to ciepło, którego nie zastąpią żadne bogactwa tego świata. Ciepło, którego nie można kupić. Można wynająć fachowców, by zbudowali fortecę - postawią fundamenty i ściany. Dekoratorzy urządzą je wedle najnowszych trendów, wyszukają idealne meble, dobiorą kolory... Ale nie ma takiego fachowca, który nadałby tej nowej przestrzeni charakter prawdziwego domu. Bo ten nadajemy my sami. My - ludzie...

Większość z nas ma jeden dom. Niektórzy (a może zbyt wielu??) nie mają go wcale. Wracają po pracy do pustych zimnych ścian, nikt na nich nie czeka... Nikt się specjalnie nie troszczy. Wszędzie pulsująca cisza... Można próbować ją zagłuszyć głośną muzyką, nastawić telewizor na maksimum - ale ta cisza nie znika. Ona przenika i przekrzykuje smutkiem wszystko inne. Ta cisza męczy i boli. Czasem ignorujemy ją i oszukujemy się by móc żyć dalej. Normalnie...?

Jestem pod tym względem szczęściarą.Mam dwa domy. Dwa prawdziwe domy - ludzi, z którymi mogę dzielić wszystko. Pierwszy dom to dom rodzinny. Tego nie trzeba tłumaczyć. Dom, w którym czekają rodzice, brat i babcia, pies merda ogonem, a kot wita w progu głośnym miauczeniem. To Oni, Ci najbliżsi są mi domem. Nieistotne gdzie się znajdują. Mogą być rozrzuceni po całym świecie. Ale to ludzie, do których chce się wracać. To Oni - mój dom.

I mam też drugi dom - równie prawdziwy. Ale z tymi ludźmi nie łączą mnie więzy krwi. Z tymi ludźmi łączą mnie więzy głębokiej przyjaźni. Ostatnio pomyślałam sobie właśnie, że są dla mnie jak rodzina. Nie "jak rodzina". Oni są moją rodziną! Może nie mamy wspólnych krewnych ani żadnych papierów, które wskazywałyby na pokrewieństwo. Nie ma takich. Ale jest rodzinne ciepło, zaufanie i wsparcie, którego wielu ludzi mogłoby mi pozazdrościć.

Jestem szczęściarą. Mam dwa prawdziwe domy. Ludzi, którzy są dla mnie, ze mną i stoją ramię w ramię, cokolwiek by się nie działo. Dom to te wszystkie małe rzeczy, których tak nie doceniamy: krzątanina w kuchni, płacz małego dziecka za ścianą, wspólny obiad, wieczorny rodzinny seans filmowy i długie rozmowy nawet o tych najprostszych rzeczach. Wydawałoby się mało istotnych... Dom to ciepło, które dajesz i otrzymujesz. Dom to miłość - bezinteresowna i czysta. Dom to ludzie, którzy znaczą wszystko...

Komentarze (16)
Prośba o łaskę...

w podróży dnia mojego

jesteś horyzontem o zmierzchu

czerwienią promieni spalasz nadzieje

i uczysz pokory odwiecznie

Panie daj siłę

by wzbić się w przestworza

daj wiarę

by kochać raz jeszcze

 

unieś mnie ponad chmury

pozwól świat zamknąć spojrzeniem

niech stanie się to  co być musi

ułaskaw mnie

nie chcę być więcej kamieniem

 

(2009)

 

 

Komentarze (3)
Dzieci - narzędzie zemsty na byłym partnerze!

Rozwód. W dzisiejszych czasach nikogo już nie dziwi, nie razi, coraz rzadziej starsze panie ze zgorszeniem szepcą sobie na ucho, że ona rozwódka, on rozwodnik. Liczba rozwodów tak gwałtownie wzrosła, że przestały być one tematem tabu. Czasami w życiu po prostu nie wychodzi, ludzie podejmują decyzje, które wydają im się trafne. Ale czas i okoliczności potrafią wszystko zmienić. Wreszcie dochodzą do wniosku, że nie chcą już ze sobą być i decydują się na rozwód. Najgorzej wychodzą na tym dzieci...

TROCHĘ STATYSTYKI ROZWODOWEJ

Statystyki podają, że w 2008 roku rozwiodło się 65,5 tysiąca par małżeńskich, o tysiąc mniej niż rok wcześniej. Prawdziwy rekord jeśli chodzi o rozwody Polacy osiągnęli w roku 2006, kiedy rozwód  otrzymało 72 tysiące par małżeńskich. Część załatwia sprawę "polubownie" i w 70% przypadków wina nie jest orzekana. Uwaga drogie Panie i Panowie - małżonkowie przed rozwodem średnio przeżywają  ze sobą ok. 13 lat! Wynika z tego, że po tym czasie następuje jakiś kryzys w związkach - nie sprecyzowano bliżej czy chodzi o kryzys wieku średniego czy inny, ale wszystko wskazuje na to pierwsze, ponieważ czas tego kryzysu przypada zwykle na 45 rok życia mężczyzny i 35 rok życia kobiety.

PRAWDZIWY DRAMAT

Niejednokrotnie rozwód jest najlepszym rozwiązaniem dla pary, która nie potrafi się już ze sobą normalnie porozumieć ani współistnieć. Zwłaszcza wtedy gdy para taka posiada dzieci. Spodziewam się teraz protestów i pytań - jak to?! Przecież tyle par jest ze sobą tylko ze względu na dzieci!!! Oczywiście - o ile potrafią się ze sobą dogadać i żyć tak by dziecko nie było narażone na nieustające kłótnie i awantury. W przeciwnym razie tylko pogarszają stan rzeczy. Dziecko, które wychowuje się w takich warunkach będzie zastraszone, zestresowane, a jego obraz świata i życia w rodzinie wykoślawi się i ukształtuje na wzór tego, co młody człowiek widzi na co dzień. W przyszłości może to zaowocować problemami w stworzeniu zdrowych związków i relacji międzyludzkich.

Jak podają statystyki, 63% par, które otrzymały w 2006 roku rozwód, wychowywały w tym czasie ponad 67 tysięcy małoletnich dzieci. Wyłączna opieka nad dziećmi zwykle przyznawana jest matce i bardzo rzadko ojcu. Często też prawo do opieki nad dziećmi przyznawane jest obojgu rodzicom. I tu zaczyna się prawdziwy dramat. Nie - nie dramat rodziców, ale dramat dzieci. Wielokrotnie w czasie rozwodu i walki o prawa do sprawowania opieki nad dziećmi, te ostatnie służą za kartę przetargową. Tak często zdarza się, że niezgoda między rozwiedzionymi już rodzicami odbija się na dzieciach! Chcąc sobie wzajemnie dokuczyć, dorośli ludzie (!!!) posługują się w tym celu swoimi pociechami. Mimo, że sąd nie ograniczył kontaktu ani władzy rodzicielskiej żadnemu z rodziców, starają się oni dokonać tego we własnym zakresie. Utrudniają widzenia, zabraniają dzieciom spotkań z drugim rodzicem (zwykle ojcem), posuwają się do szantażu emocjonalnego, często wmawiają dzieciom, że tata już ich nie kocha, bo przecież nie przychodzi, nie odwiedza, a więc na pewno też nie myśli. Na pewno zapomniał... Tyle, że tata nie przychodzi, bo mama mu tego zabrania. Ale tego już się dzieciom nie mówi...

Zdaję sobie sprawę z tego, że są różni ojcowie i różne matki - tacy i takie, które nie interesują się dziećmi. Tacy, którym wystarcza widzenie raz na dwa miesiące... Wiem, że są tacy. Ale są też tacy, którzy po rozwodzie pragną brać czynny udział w opiece nad dziećmi, chcą się o nie nadal troszczyć i uczestniczyć w ich życiu jak wcześniej. I uniemożliwiają im to urazy powstałe między rozwiedzionymi rodzicami. Dla niektórych są to urazy tak głębokie, że posługują się własnymi dziećmi - nie szanując przy tym ich emocji i uczuć - byleby sprawić przykrość byłemu współmałżonkowi.

WSZYSCY JESTEŚMY LUDŹMI

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Każdy może popełnić błąd. I sytuację każdego z nas należałoby rozpatrywać indywidualnie. Ale w boju o swoje ja i własne dobro, w walce, w której chcemy dać upust żalom i własnym rozterkom, często zapominamy o tym, że są jeszcze dzieci. Dzieci, które niczemu nie zawiniły i zasługują na to, by żyć w miarę możliwości normalnie dalej, już po rozwodzie rodziców. Sam rozwód rodziców i fakt, że jedno z nich znika z codziennego życia dzieci i wyprowadza się, jest już dla dzieci wyjątkowo traumatycznym przeżyciem. Każda sprzeczka, kłótnia czy awantura rodziców, nawet rozwiedzionych, jest dla dzieci bolesna. I nawet jeśli tego nie okazują - bardzo to przeżywają. Wszystko to wpływa na kształtujące się dopiero charaktery i poczucie wartości najmłodszych.

Każdy chciałby dorastać w pełnej rodzinie. Kiedy jest to niemożliwe, powinniśmy starać się zapewnić dzieciom w miarę normalny kontakt z drugim rodzicem. Dzieci to mali ludzie - czują i przeżywają często dużo intensywniej niż my. I rozumieją dużo więcej niż nam się wydaje. Nie powinny nigdy płacić za to, że rodzice nie potrafią się porozumieć. Wmawianie dzieciom, że tata czy mama już ich nie kocha, nastawianie ich przeciwko byłemu mężowi czy żonie, stosowanie przemocy psychicznej i grożenie karami cielesnymi w razie gdyby spotkały się z drugim rodzicem - jest karygodne i wypacza dzieciom cały obraz świata, w którym dorastają. Pozostawia to trwały ślad w ich psychice i piętno na sercu i duszy. Takim postępowaniem wyrządzamy dzieciom większą krzywdę niż samym rozwodem. A wykorzystywanie dzieci jako narzędzia zemsty na byłym współmałżonku uważam za nieludzkie i niemoralne.

Dlatego apeluję do tych, którzy być może nie zdają sobie sprawy z tego, że podświadomie krzywdzą swoim postępowaniem własne, niczemu winne dzieci - o więcej rozwagi. Niech wojna między byłymi współmałżonkami nie przekłada się na dzieci. Niech te ostatnie nie płacą za to, że dorośli ludzie nie radzą sobie z własnymi emocjami, uczuciami i życiem. Każde dziecko ma prawo do szczęścia. Przed nim całe życie. Pokażmy mu, że dorosłość to coś więcej niż kłótnie i awantury. Pokażmy, że dorosłość to mądrość i umiejętność znalezienia kompromisu bez krzyku, przemocy psychicznej i agresji. Dorosłość to umiejętność dojścia do porozumienia w imię wspólnego dobra...

Komentarze (14)
Jak mówić do mężczyzny, żeby nas słuchał...

Odwieczny problem: Ty mówisz, a On nie słucha. Ty tłumaczysz, a On nie rozumie. Albo przytakuje głową, a potem i tak okazuje się, że nic do Niego nie dotarło. Jakbyście żyli na innych planetach i posługiwali się innymi językami.

Jak mówić do mężczyzny żeby słuchał? Na pewno same macie wiele wypróbowanych sposobów. Od siebie mogę polecić kilka następujących:

  • MÓW KRÓTKO - my kobiety mamy tendencje do rozwijania każdego tematu ponad miarę. Coś, co można przedstawić w kilku zdaniach, potrafimy omawiać godzinę. A mężczyzna już po kilku minutach przestaje słuchać. Przygotowuje się na kolejne "kazanie".
  • MÓW KONKRETNIE - najlepiej od razu przejść do meritum sprawy. W kilku zdaniach wyjaśnić o czym chcemy rozmawiać i dlaczego.
  • BĄDŹ BEZPOŚREDNIA - daruj sobie wszelkie aluzje. Choćbyś nie wiem jak pięknie nawiązywała do tematu, który naprawdę Cię interesuje - rzadko kiedy coś z tego wychodzi. Mężczyzna zmęczy się już samymi aluzjami i zachodzeniem w głowę, o co właściwie Ci chodzi, po co to wszystko i gdzie jest haczyk. Lepiej w prostych słowach powiedzieć w czym rzecz - sobie zaoszczędzisz czasu, a swojemu mężczyźnie bólu głowy.
  • BĄDŹ SZCZERA - nigdy nie próbuj udawać, że coś Ci odpowiada, kiedy tak nie jest. Bo prędzej czy później to "coś" stanie między Wami, a On zarzuci Ci nieszczerość. I będzie miał rację! Jeśli boisz się, że to co masz do powiedzenia zrani Jego uczucia, pomyśl, jak będzie się czuł, kiedy okaże się, że nie byłaś z Nim do końca szczera? Pewne Jego zachowania irytują Cię - więc powiedz Mu o tym. Nie każ Mu się domyślać. W przeciwnym razie, kiedy nie zgadnie, pretensje możesz mieć tylko do samej siebie...
  • BĄDŹ SPOKOJNA - nie atakuj Go. Jeśli napastliwie zaczniesz rozmowę, to z pewnością nie skończy się ona happy end'em. Agresja rodzi agresję. Choćby nie wiem jak trudny był temat - bądź opanowana i spokojna do samego końca rozmowy.
  • NIE PŁACZ - kiedyś przyjaciel powiedział mi, że łzy to najgorszy element kobiety. Bywają odbierane właściwie, jako przejaw silnych emocji. Często jednak mężczyźnie wydaje się, że za pomocą łez próbujemy osiągnąć cel i wymusić na Nim zmiany lub podjęcie pewnej decyzji. I nawet jeśli Nam ulegnie - zatrzyma to w pamięci jako przejaw własnej słabości i presję z naszej strony. Jeśli musisz płakać, wyjdź na chwilę i zrób to tak, by tego nie widział. I nie histeryzuj w Jego obecności - mężczyzna czuje się wtedy bezsilny i jedyne na co ma ochotę to ucieczka.
  • BĄDŹ RZECZOWA - przede wszystkim trzymaj się tematu. Nie pozwól by rozmowa przerodziła się w kłótnię typu "a Ty zeszłego lata zrobiłeś to i to..". Nikomu to nie pomoże. Przeszłość zostaw przeszłości, skup się na tym co tu i teraz. Nie zostawiaj miejsca na niedomówienia i domysły.
  • NIE WYOLBRZYMIAJ PROBLEMÓW - nie rób z igły wideł. Skup się na rozwiązaniu problemu. Nie roztrząsaj tego kto jest winny w ogóle lub kto bardziej. To niczego nie zmieni.
  • BĄDŹ CIERPLIWA - czasem trzeba coś powtórzyć dwa razy lub trzy. Nie irytuj się i nie trać panowania nad sobą. Wyjaśniaj tyle razy, by żadne z Was nie miało wątpliwości. Mężczyznę może irytować Twój spokój. Będzie doszukiwał się podstępu, drugiego dna. Niech to przetrawi. W końcu zrozumie, że masz czyste intencje, tylko daj Mu na to czas.
  • BĄDŹ WYROZUMIAŁA - jeśli chcesz by mężczyzna Cię zrozumiał, spróbuj postawić się w Jego położeniu i spojrzeć na sytuację Jego oczami. Może z Jego perspektywy wygląda ona zupełnie inaczej?
  • WYBIERZ ODPOWIEDNI CZAS - pamiętaj, że każda rozmowa powinna odbywać się w odpowiednim czasie i miejscu. Jeśli temat jest poważny, postaraj się byście byli sami i by nikt Wam nie przeszkadzał. Miej możliwość patrzenia Mu głęboko w oczy i trzymania Go za rękę. To daje więcej szans na porozumienie. Nie naskakuj na Niego przy znajomych czy kolegach, bo tylko pogorszysz sytuację. Wasze sprawy powinniście załatwiać między sobą, a nie publicznie. Nie mieszaj w nie innych, bo zostanie to źle odebrane.
  • DOCENIAJ GO - jeśli widzisz, że się stara, powiedz Mu to. Daj do zrozumienia, że bardzo liczysz się z Jego zdaniem i szanujesz Je, nawet jeśli się z Nim nie zgadzasz. Powtarzaj, że rozmowa z Nim jest dla Ciebie ważna, tak samo jak to, byście doszli do porozumienia i znaleźli wspólne rozwiązanie problemu.
  • ZNAJDŹ RÓWNOWAGĘ - Nie unikaj trudnych tematów - bo to do niczego nie prowadzi. Staraj się jednak aby były one zrównoważone przez tematy przyjemne. Rozmawiaj z Nim o tym co jest dla Niego ważne, co sprawia Mu przyjemność, o jego hobby, pracy, kolegach. Bądź nie tylko partnerką. Bądź Jego przyjacielem na dobre i na złe - takim, który zawsze stara się rozumieć. Takim, któremu można powiedzieć wszystko i nie zrobi za to awantury.
  • NAJPIERW DAWAJ, POTEM OCZEKUJ - przede wszystkim dawaj dobry przykład. Jeśli chcesz żeby On Ciebie słuchał - Ty słuchaj Jego. Chcesz żeby rozumiał - Ty staraj się rozumieć Jego punkt widzenia. Chcesz żeby był cierpliwy - bądź cierpliwa, spokojna i opanowana.

To tylko kilka myśli, które nasuwają mi się w tym temacie. Nikt nie ma zdolności jasnowidzenia. Dlatego jeśli czegoś oczekujemy - musimy o tym mówić i to otwarcie, najlepiej wprost, żeby unikać nieporozumień. Do mężczyzny również. I nie oczekujmy natychmiastowej reakcji. Jeśli my miałyśmy czas przemyśleć sprawę - przedstawmy Mu swój punkt widzenia i dajmy czas do namysłu. Niech dobrze rozważy to co usłyszał. Niech ma czas to zrozumieć. Niech wie, że może pytać i nie urwiemy Mu za to głowy. Niech wie, że czekamy na Jego opinię w danej kwestii, bo liczymy się z tym co myśli i czuje. Niech czuje, że jest dla Nas ważny. Może nie wszystko zmieni się od razu, ale wiem, że zmiana nastawienia kobiety, daje dużą szansę na zmianę nastawienia mężczyzny. Jeśli postaramy się Go zrozumieć, On postara się nas słuchać.

Komentarze (21)
1 | 2 |