iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

O aborcji raz jeszcze

Świat się zmienia. Wokół nas wciąż dzieje się coś nowego - pięknego lub tragicznego... Dawno tu nie zaglądałam. Ale dziś naszła mnie refleksja. I taka przerażająco silna potrzeba zamiany myśli w słowo pisane, podzielenia się tym, co mam w głowie, w sercu, że oto jestem...

O aborcji już było. Dawno temu dodałam na ten temat dłuuuuugi wpis. Wzbudził wiele kontrowersji - co wcale nie dziwi, bo sam temat jest kontrowersyjny i wywołuje wiele różnorakich emocji. Samo słowo "aborcja" prowokuje. Ale to tylko słowo. Kilka liter. To, co burzy, to jego znaczenie i ogromny ładunek emocjonalny, jaki ze sobą niesie.

Dzisiaj nie chcę prowokować. Choć pewnie tego nie uniknę. :) Dzisiaj chcę Wam powiedzieć, że życie ma tysiące odcieni szarości. Zawsze powtarzałam, że punkt widzenia zależy od punktu odniesienia. A punkt odniesienia od punktu siedzenia, itd. Mój punkt odniesienia się zmienił. Nie, nie zmieniam stanowiska w tej sprawie. Nadal bezwarunkowo szanuję życie i jestem przeciwna odbieraniu go. Ale dzisiaj, tych parę lat później, jestem bogatsza o nowe doświadczenia. Inaczej patrzę na świat i ludzi.

Dzisiaj - jestem mamą. Kiedy patrzę na moje dziecko - jak śpi, jak radośnie odkrywa świat, jak wyciąga do mnie rączki i spogląda prosto w oczy - czuję wdzięczność. Jestem wdzięczna, że moje poglądy w kwestii macierzyństwa zawsze były tak jasno sprecyzowane. Kiedy tulę dziecko w ramionach, wiem, że to właśnie tego zawsze mi brakowało. Kiedy uśmiechamy się do siebie, wiem, że to na to czekałam i nigdy bym z tego nie zrezygnowała. A kiedy patrzę jak moja pociecha się uczy - ja też się uczę: inaczej myśleć, inaczej rozumieć, dostrzegać drugą stronę medalu. I jestem wdzięczna, że nigdy nie musiałam zastanawiać się, czy chcę być matką. Zawsze chciałam nią być. W czasie, który sama wybrałam, lub w takim, który wybierze dla mnie los.

I dopiero teraz, kiedy już doświadczyłam tego cudu, zaczyna do mnie docierać, jak trudna musi być decyzja o aborcji. Może nie dla każdej kobiety. Może na początku część z nich wcale nie zastanawia się, jak będzie POTEM. Decydują pod wpływem chwili. Albo nie widzą innego wyjścia. Może czekają na lepszy moment, na inne okoliczności... A może rozważają tę decyzję tygodniami, aż zaczyna brakować czasu... Jest tak wiele możliwości, okoliczności, sytuacji... Tak wiele kobiet...

Właściwie mogę mówić tylko za siebie, bo siebie znam najlepiej i wiem, że nigdy bym sobie nie wybaczyła decyzji na tak. Nigdy nie przebolałabym tej straty i ten ciężar prześladowałby mnie już do końca życia. Należę do tych kobiet, które biorą byka za rogi i żyją z konsekwencjami swoich czynów. Może inne nie mają tyle odwagi. A może dla nich to ja nie mam odwagi. Bo ile trzeba mieć w sobie siły, żeby zdecydować się na aborcję? Co jest łatwiejsze? Urodzić i wychować, czy poddać się zabiegowi? Nie chcę używać mocnych słów - zabić, zamordować - bo to skrajność. Skrajności są niebezpieczne :)

Zapatrzeni w filmowych bohaterów nie zauważamy, że nasza egzystencja też jest jak film. Życie pisze scenariusze, a my gramy swoje role, trudniejsze lub łatwiejsze, ale nigdy takie same. Każdy z nas ma swój prywatny film, swój kanał, swoją ścieżkę. Kimże więc ja jestem, żeby mówić komuś co ma robić i jak postąpić? Kimże jestem, by kogoś oceniać? Jestem przeciwna aborcji. Jestem przeciwna temu, żeby traktowano ją jak spóźniony środek antykoncepcyjny i wygodne rozwiązanie. Ale to MOJE PRYWATNE zdanie. Nie mam prawa nikomu niczego narzucać, nie mam prawa nikogo krytykować. Żeby kogoś zrozumieć, trzeba się znaleźć w jego sytuacji. To taka refleksja poczęta z daleka od rozważań w kwestii etycznej i moralnej. To refleksja czysto duchowa.

I właśnie dzisiaj, patrząc na moje dziecko, pomyślałam, że podjęcie decyzji o aborcji dla części kobiet musi być traumatycznym przeżyciem, dla innych zaś jest niewiele trudniejsze od wyboru koloru ścian w kuchni. Może trochę brutalne porównanie, ale nie każda kobieta chce być matką. Nie muszę zgadzać się z tym co robią, nie muszę tego rozumieć i nie zamierzam nikogo usprawiedliwiać. Ja zawsze będę bronić życia. Ale nie mam prawa nikomu narzucać swojego punktu widzenia i sposobu myślenia. Każdy w zaciszu własnego sumienia rozważa to, co dla niego dobre, a co złe. Każdy będzie żyć z własnym sumieniem już do końca i robić jego rachunek miliardy razy. To, co dzisiaj nie boli, jutro może nieludzko dręczyć. I wracać... I nawiedzać... I przeciwnie - to co dzisiaj rozdziera, jutro może się zabliźnić...

Ja, choć mam własne zdanie, nie mogę go nikomu narzucać, tak jak nie chciałabym, żeby ktoś wymuszał na mnie swój sposób widzenia świata... Każdy ma swoją parę butów i ścieżkę, którą kroczy.

Jeśli byłaś kiedyś w takiej sytuacji, jeśli musiałaś podjąć tą wyjątkową decyzję - życzę Ci, żeby jutro było łaskawe i nie przyniosło wątpliwości. Żebyś zawsze była tak samo pewna słuszności swojego wyboru.

A tym kobietom, które wciąż się zastanawiają, powiem tylko, że mój punkt widzenia świata przemieniła właśnie obecność dziecka, a nie jego brak. Ono zmienia mnie na lepsze. Uczy dostrzegać ludzi i ich problemy. Uczy pokory. Uczy nowego spojrzenia na otoczenie i życie. Wreszcie - uczy mnie miłości nieporównywalnej z żadną inną...

Komentarze (0)
Do moich drogich koleżanek z iWoman :)

Pantero, tak sobie myślę, że życie jest niewiadomą. I ta niewiadoma nas zmienia - zmienia nasze poglądy, pragnienia, to, w co wierzymy. Zmienia nas, ale niekoniecznie naszych bliskich... Niekoniecznie naszych współpracowników. Albo wręcz przeciwnie - ich także zmienia, tylko w taki sposób, że drogi prowadzą nas w przeciwnych kierunkach... I jesteśmy od siebie coraz dalej, a dostrzegamy to dopiero, gdy dzielą nas już miliardy lat świetlnych... Czasem trzeba zostawić za sobą to co było ważne kiedyś, dla tego co jest ważne dziś. Czasem trzeba zamknąć jedne drzwi, żeby otworzyć następne. I dobrze jest zrobić to w porę, zanim zniszczymy nawet dobre wspomnienia. Głowa do góry. Jeśli coś się kończy, to coś innego się zaczyna. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Uratuj siebie, bo dla siebie Ty musisz być centrum świata. Bez Ciebie Twój własny świat nie mógłby istnieć. Pozdrawiam ciepło i trzymam kciuki. :)

Chinko - gratuluję :) Wiem z innych źródeł ;), że kipisz radością, rozwijasz się i cieszysz życiem :). Tęsknię za naszymi "rozmówkami", ale wszystko jest do nadrobienia. Jeśli nie tu, to gdzie indziej.

Luizo Joanno - mam nadzieję, że Opatrzność nad Tobą czuwa. I że dobrzy ludzie nie pozostają głusi na Twoje prośby, potrzeby, wołanie... Obyś tylko takich spotykała na swojej drodze.

Tęsknię za Wami dziewczyny i za tym czasem, który spędziłyśmy tu razem, śmiejąc się, plotkując, wspierając... Tęsknię za uśmiechniętą Marietką i rzeczową Mrówką. Za poezją Natali. Być może wkrótce przeniosę się do innego serwisu i zacznę wszystko od nowa. Oczywiście poinformuję o tym wcześniej. Może zajrzycie? Tu lub gdziekolwiek. Ciekawa jestem co u Was.

Pozdrawiam ciepło:)

Komentarze (8)
Pociąg do... alkoholu

Cicho wszędzie, głucho wszędzie... Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Minęło sporo czasu od mojego ostatniego wpisu, ale dzisiaj jestem i podzielę się kilkoma myślami.

Alkohol. Przerażające jaki wpływ wywiera na ludzi. Niektórzy robią się po nim łagodni jak baranki i grzecznie udają w objęcia Orfeusza. Innym rośnie poziom agresji, ochota na zwierzenia albo po prostu wyłącza się myślenie. To ostatnie należy chyba do najgorszych reakcji...

A dlaczego o tym piszę? Otóż niedawno przeprowadziłam się na inne osiedle. Któregoś razu, z okna, zauważyłam kilkoro uczniów gimnazjum, na pewno nie byli starsi. Stali za garażem, osłonięci od strony ulicy. Uczniowie wagarowali kiedyś, wagarują i dziś, pomyślałam. Ale zaraz potem chłopcy wyciągnęli puszki piwa. I bynajmniej nie podziwiali ich z zewnątrz, tylko szybko zajęli się zawartością.

Nie czekałam. Zadzwoniłam na policję. Ale nic z tego nie wyszło. Nie dlatego, że policja się nie zjawiła. Pojawiła się nad wyraz szybko. Problem polegał na tym, że chłopcy zauważyli jadący radiowóz i szybko uciekli. Nie wiedziałam gdzie, bo nie mogłam sobie pozwolić, żeby cały czas siedzieć w oknie. Widziałam tylko, że nie było ich, gdy pojawili się funkcjonariusze. I że wrócili, gdy policjanci sprawdziwszy teren pojechali dalej. Bardzo to wszystko chłopców rozbawiło.

I tak się to kończy za każdym razem, niestety. Dzieciaki rozpływają się w powietrzu. Wkrótce policja przestanie wierzyć moim słowom.

Powiesz "A komu to szkodzi? Jak my byliśmy młodzi, to też robiliśmy głupie rzeczy i powyrastaliśmy z tego". Może niektórzy. Ale znam takich, którzy z alkoholu już nie wyrośli. A przede wszystkim nie sięgali po niego tak wcześnie. Zresztą odniesienia do przeszłości nie sprawdzają się obecnie w każdej sytuacji. Zbyt wiele się zmieniło. Trzeba reagować. Zawsze. Możesz mi powiedzieć, że reagować można w różny sposób, nie musi być to telefon na policję. Bo angażowanie w takie sprawy policji przynosi wstyd rodzicom i dzieciom. Z całym szacunkiem - gdyby to było moje dziecko, wolałabym wiedzieć. Po to, żeby jako rodzic móc w porę zareagować, coś zmienić, jeszcze bardziej uważać, po prostu pomóc. Nie można wychodzić z założenia, że "moje dziecko jest inne". Niestety, żyjemy w czasach, w których w dużej części utraciliśmy kontrolę nad naszymi pociechami - na rzecz kolegów, czy też wszechobecnego internetu. A wiadomości z całego świata coraz częściej pokazują jak mało rodzice znają swoje dzieci. Możemy się starać, tłumaczyć, dawać dobry przykład, poświęcać jak najwięcej czasu, ale to nie daje żadnej gwarancji, że nasze dziecko nie sięgnie po alkohol. A jeśli sięgnie po alkohol, to czemu miałoby nie sięgnąć po narkotyki albo inne świństwa?

Nie wolno nam tego ignorować. Nie wolno nam nie reagować. Wszelkie dostrzeżone sytuacje tego typu trzeba zgłaszać. Wstyd? Wstyd będzie większy, kiedy pod wpływem alkoholu to dziecko zacznie robić inne - głupie, lub potępiane przez społeczeństwo rzeczy... Nic się nigdy nie zmieni, jeśli będziemy przymykać oko na dzieci i młodzież sięgające po alkohol. Albo na to, że osoby zdawałoby się dorosłe i świadome tego co robią kupują niepełnoletnim alkohol w zamian za puszkę piwa czy paczkę papierosów.

Jeśli uważasz, że młodzież i dzieci - bo takie sytuacje też się zdarzają - pijące alkohol to nie twój problem, to powiem, że bardzo się mylisz. Bo to jest problem nas wszystkich. Nie tylko rodziców, nie tylko szkoły. To jest problem całego społeczeństwa. I nie wolno nam tego problemu ignorować.

Tak, gdyby chodziło o moje dziecko, chciałabym, żeby ktoś interweniował i zadzwonił po odpowiednie służby. Musi wiedzieć, że nie ma społecznego przyzwolenia na takie zachowanie.

A czemu mnie to tak dotyka? Bo któryś z tych widzianych przeze mnie chłopców za parę lat może się upić a potem wsiąść do samochodu i kogoś zabić. Może moje dziecko, może twoje, może twoją mamę albo brata, może siostrę mojego sąsiada. Tylko dlatego, że ktoś wcześniej nie zareagował. Czasem jedno działanie może zmienić czyjeś całe życie. Albo komuś je zabrać. Chcesz się czuć za to odpowiedzialny? Chcesz mieć poczucie winy i zastanawiać się czy mogło być inaczej? Ja nie chcę...Dlatego to JEST mój problem. I twój też...

Komentarze (1)
Wstyd? Wstyd to kraść!

Nigdy nie przepadałam za piłką nożną. Nie potrafiłam zrozumieć o co chodzi w ganianiu jednej małej kulki po całym boisku. Ale w końcu zrozumiałam. Nie chodzi o piłkę. Chodzi o grę. Piłka jest jedna, bramki dwie, a kibiców.... No właśnie. Wbrew pozorom prawdziwych kibiców nie ma tak znowu wielu. Najgorsze, że zdecydowana większość z nas się za nich uważa, a nie ma pojęcia co to oznacza….

Prawdziwi kibice są ze swoją drużyną na dobre i na złe. Wspierają, kochają, cieszą się sukcesami i wybaczają wszelkie porażki. To prawie jak małżeństwo. Nie zawsze jest dobrze. Baaaa, w niektórych związkach przeważają problemy i smutek. Jest trudno i ciężko. A jednak mimo to partnerzy powinni stać za sobą murem. Zawsze, a nie tylko wtedy, gdy jest dobrze. Powinni się wzajemnie wspierać i szanować, bez względu na to, czy spełniają swoje wzajemne oczekiwania czy też nie. Ta zasada dotyczy każdego rodzaju partnerstwa. I idealnie przekłada się na naszą obecną sytuację w grze.

W tym roku postanowiłam się przełamać. Obiecałam sobie, że obejrzę każdy mecz z udziałem polskiej reprezentacji i każdy inny, który mi się uda. Jesteśmy współgospodarzami Euro 2012. Warto wiedzieć, co się dzieje w naszym kraju. Warto się orientować. I przyznaję, że gra mnie wciągnęła. Kibicowałam naszej drużynie, dzieliłam z nimi ich radości i smutki. Nie nastawiałam się (jak zdecydowana większość polskich kibiców) na wygraną. Podeszłam do tego obiektywnie, z dystansem. Efekt? Czuję niedosyt, ale nie czuję rozczarowania.

Nie zamierzałam w ogóle komentować, tego co się stało. Bo co tu komentować? Po prostu się nie udało. I tyle. Ale jak czytam nagłówki w prasie i artykuły na stronach internetowych to krew mnie zalewa! To naturalne, że mieliśmy nadzieję na „dłużej i więcej”. To naturalne, że chcielibyśmy zostać mistrzami i to najlepiej całego świata. Ale nie od razu Rzym zbudowano. I to jest to, czego nie potrafimy zrozumieć. My, Polacy, mamy jakąś dziwną mentalność. MUSIMY mieć wytłumaczenie na każdą okoliczność i porażkę. Nie jesteśmy w stanie uznać najprostszego: tego, że ktoś był lepszy. Zamiast tego szukamy winnych. Musimy mieć kozła ofiarnego i nie liczymy się z tym, czy nasza krytyka jest słuszna czy nie. Liczy się tylko to, żeby wskazać winnego i nie przebierając w słowach „wygarnąć mu”. Pytanie tylko: po co? Komu to pomoże? Co to da? Czy ktoś poczuje się przez to lepiej? Czy to coś zmieni? Odpowiedź: Nic nie da i niczego nie zmieni. Za to pogorszy ogólną atmosferę. Ale przecież uwielbiamy jątrzyć i mieszać, prawda? I to począwszy od uznanych dziennikarzy a na szarych ludzikach kończąc. Jesteśmy narodem, który kocha mieszać SWOICH z błotem. Uwielbiamy wyolbrzymiać porażki i kopać leżącego.  Nie szczędzimy przykrych i ostrych słów. Cóż, przykład idzie z góry, ale to nieistotne w tym momencie. Polskie przysłowie mówi: zły to ptak, co własne gniazdo kala. A my to robimy. Jak to o nas świadczy? Nie najlepiej…

Jak widzę słowa „wstyd i kompromitacja” to nie wiem czy śmiać się czy płakać. Wstyd to kraść. Ale na pewno nie jest wstydem przegrać z lepszym. Taka jest piłka, na tym polega gra. Wygrywa lepszy. Nasi piłkarze przegrali, ale przyjęli porażkę z pokorą, uznali wyższość rywala. Nie usłyszeliśmy od nich że „jeśli nie spełnili naszych oczekiwań to nasz problem” jak powiedział swoim kibicom kapitan drużyny rosyjskiej. Nasi chłopcy przegrali, ale nie próbowali udawać, że nic się nie stało. Nikt z nas nie jest w stanie zrozumieć co przeżywają teraz zawodnicy, jak wielka jest ich frustracja i zawód. Ale nie szukają sobie głupich usprawiedliwień. Przyznają się do swoich błędów. To postawa godna pochwały w kraju, w którym za swoje porażki zawsze obwinia się kogoś innego. Wstyd?! Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz pastwią się nad piłkarzami i trenerem, używając mocnych i niepotrzebnych słów. Wstyd to powinno być tym wszystkim, którzy teraz odwrócili się do nich plecami. Jak było dobrze, to byliście z nimi, a jak jest źle, to trzeba dobić? To się nazywa fałsz i obłuda. To jest właśnie wstyd! Ale to takie typowe. Podpisujemy się pod sukcesami, ale w razie porażki zostawiamy swoich na lodzie. Mamy prawo czuć smutek, ma prawo być nam przykro, ale nauczmy się wreszcie jedności. Nauczmy się wreszcie, że prawdziwy kibic jest ze swoją drużyną na dobre i na złe. Spróbujmy wczuć się w sytuację piłkarzy. Jeśli my czujemy rozgoryczenie, to co muszą czuć oni???

Wiecie, cholernie trudno być piłkarzem (a właściwie kimkolwiek) w kraju, w którym wszyscy na wszystkim się „znają”. Wśród aktorów, dziennikarzy, polityków i zwykłych zjadaczy chleba aż roi się od ekspertów. Każdy ma dyplom w każdej dziedzinie. Dlatego tak łatwo przychodzi nam krytyka innych. Tylko że gdybyśmy to my wyszli na murawę, to po 10 minutach część z nas trzeba byłoby reanimować lub znieść z boiska. Zawsze wydaje się nam, że wiemy najlepiej, bo łatwo jest wiedzieć, jak się siedzi z puszką piwa przed telewizorem. Nie rozumiemy emocji, nie czujemy presji, nie podejmujemy decyzji. Ale od tych, którzy grają oczekujemy perfekcji. Odbieramy im człowieczeństwo i prawo popełniania błędów. A kiedy przegrywają wyzywamy od najgorszych, przeklinamy. Obrażamy się, bo zawiedli nasze oczekiwania. A czy te oczekiwania nie były „lekko” wygórowane? Nakręcamy się, wmawiamy sobie zwycięstwo, a potem czujemy się rozczarowani. Niemal każdemu wydaje się, że byłby na tym boisku lepszy, czujemy się uprawnieni do wystawiania not i ocen. Zapominamy, że to sport i wygrywa najlepszy. Ktoś musi odpaść. Na tym to polega.

Moglibyśmy się wiele nauczyć od naszych piłkarzy ( i nie naszych kibiców, patrz Irlandia). Przede wszystkich przegrywać. Bo to też trzeba umieć. Trzeba umieć przyznać się do błędu. Większość z nas nie potrafi. Frustrację i rozgoryczenie ukrywamy w potoku złośliwości i obelg. To brak klasy i nieumiejętność radzenia sobie z porażką. Wykrzykujemy, że drużyna nie spełniła naszych oczekiwań, ale czy my sprostaliśmy zadaniu? Nie, jeśli odwróciliśmy się od nich po przegranej. Taka sytuacja oznacza, że nie zdaliśmy  egzaminu szanowni tzw. "kibice”, nie mamy więc prawa krytykować innych. 

I jeszcze słowo odnośnie trenera. Powinien zostać tam gdzie jest. Chyba nikt w Polsce nie rozumie, że na sukces trzeba zapracować. Jeśli buduje się drużynę od podstaw, to potrzebny jest czas, żeby coś osiągnąć. A dwa czy trzy lata, wybaczcie, ale to namiastka potrzebnej ilości. Wystarczyło na zrobienie porządków i tchnięcie ducha w drużynę. Ale zabrakło na to, żeby dorównać Hiszpanii czy Brazylii. To drużyny, które od dawna pracują na jakość, a my chcielibyśmy mieć wszystko od razu. Na to potrzeba o wiele więcej czasu. Każdy zasługuje na drugą szansę. Nigdy niczego nie osiągniemy, jeśli bez końca będziemy zmieniać selekcjonera. Nie będzie szans na to, by uczyć się na błędach. To jak zmieniać lekarstwo, zanim przekonamy się czy działa.

I wbrew temu, co się teraz mówi – drużyna ma potencjał i będą z niej ludzie. O ile ci wszyscy „eksperci” i „znawcy tematu” tego nie zepsują.

Euro trwa, mimo że nasza drużyna już nie zagra. Cieszmy się tymi mistrzostwami. Cieszmy się, że możemy w nich uczestniczyć. Pokażmy Europie, że mamy klasę. Bawmy się dalej. Zdajmy ten egzamin do końca, nie wolno wychodzić w połowie. Piłka jest nadal w grze!

Dziękuję tym wszystkim, którzy wiedzą czym jest kibicowanie, którzy tak pięknie dopingowali naszej reprezentacji i nadal stoją za nią murem. Dziękuję tym wszystkim, którzy mimo porażki wciąż służą drużynie wsparciem. Po burzy zawsze w końcu wychodzi słońce. My na swoje musimy jeszcze poczekać, ale w końcu wyjdzie ono i dla nas. Gorąco w to wierzę. Trzeba nam cierpliwości, dużo ciężkiej pracy i trochę więcej szczęścia. A przede wszystkim kibiców, którzy nie będą oceniać, tylko wspierać drużynę. Takich, którzy docenią serce włożone w grę, a nie tylko wynik. Takich, którzy oprócz flagi w samochodzie noszą też polską flagę w sercu, bez względu na okoliczności.

Komentarze (3)
"Zacznijmy od nowa - od tych małych rzeczy"...

Jako dziecko słuchałam opowieści o misjonarzach i byłam nimi zafascynowana. Myślałam wtedy, że ja też tak chcę, chociaż nie miałam jeszcze pojęcia co to właściwie oznacza. Oczami wyobraźni widziałam siebie w afrykańskiej wiosce, z lwami w tle. Dookoła rozpościerała się bezkresna sawanna. Głodne, afrykańskie dzieci przewijały mi się w tych wyobrażeniach dość mgliście... Dekadę później obraz nieco się zmienił, sylwetki dzieci stały się wyraźniejsze a lwy zniknęły z pola widzenia. Tylko wioska i sawanna pozostały bez zmian, a ja trwałam w swoim postanowieniu o dalekich podróżach. Wierzyłam, że któregoś dnia na pewno to zrobię - pojadę, może nie na misję, ale jako wolontariuszka. Z wypiekami na twarzy wysłuchiwałam kolejnych opowieści i żarłocznie czytałam wszystko, co dotyczyło tematu...

Kilka lat temu byłam już nawet zdecydowana. Afrykańska wioska tkwiła w mojej głowie, z tą różnicą, że dzieci z dużymi pustymi brzuszkami stały się prawie namacalne.Wiedziałam już mniej więcej co mnie czeka.Oprócz tego dopadła mnie wizja AIDS, malarii i wszelkiego rodzaju wirusów. To niczego nie zmieniło - nadal chciałam jechać! Szczególnie po tym, co widziałam w Indiach. Myślałam, że jestem przygotowana. Zaparłam się w sobie i postanowiłam, że jadę. Że to ten czas. Kropka. Niestety, w tym samym momencie zmieniły się okoliczności mojego życia. Nie wyszło. Przełożyłam więc na potem. 

Dziś wiem, że dobrze się stało. Oceniając sytuację z perspektywy czasu, jestem pewna, że nie poradziłabym sobie - z życiem, z odpowiedzialnością, a przede wszystkim z ogromem nieszczęścia, które dotknęło tych ludzi... Co innego przeglądać obrazki w książce i czytać, a co innego stanąć twarzą w twarz z chorobą i tym co dla mnie najgorsze - bezsilnością. Nie poradziłabym sobie, bo powody dla których chciałam jechać były niewłaściwe. Pomoc pomocą, ale najbardziej chciałam chyba uciec od samej siebie i problemów, które mnie tu otaczały. Czy w takim wypadku umiałabym poświęcić się sprawie? Szczerze wątpię i nie wstydzę się dzisiaj do tego przyznać. Tych ostatnich kilka lat nauczyło mnie dostrzegać więcej, słuchać pilniej i przyznawać się do swoich błędów i słabości, bo to one stanowią o naszym człowieczeństwie i wrażliwości...

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie, nie tylko w Afryce i nie tylko dzieci, ale też dorosłych. Nieszczęścia, śmierć, choroba, bieda, głód -są wszechobecne. Także tutaj, w naszym kraju, w tym samym mieście, może tuż za rogiem... Podziwiam ludzi, którzy odbywają dalekie podróże po to, by pomagać innym. Ale podziwiam także takich, którzy pomagają tutaj.Bo w każdym miejscu świata ludzie tej pomocy potrzebują - i to wszelkiego rodzaju. Nauczyłam się, że jednym dobrym uczynkiem nie zmienię od razu całego świata - ale mogę nim odmienić czyjś dzień. Mogę podarować komuś radość, spokój, szczęście bez konieczności wyjeżdżania. Mogę zrobić zakupy chorej starszej osobie, mogę wezwać karetkę do sąsiada, który przewrócił się na schodach, mogę poświęcić noc pocieszając kogoś w potrzebie. Mogę uczestniczyć w zbiórce żywności dla biednych rodzin czy też zorganizować zajęcia grupie dzieci, pomóc im w odrabianiu lekcji... Wreszcie - mogę się przez chwilę zastanowić co zrobić, by było jeszcze lepiej - ale nie mnie, tylko komuś kto ma sto razy gorzej ode mnie. Dziś wiem, że prawdziwe szczęście nie wynika z tego, czego pragniemy dla siebie. Nie wynika z posiadania wszystkiego, co się nam zamarzy. Nie wynika z tego co mamy, tylko z tego czy potrafimy być wdzięczni nawet wtedy kiedy nie mamy nic. Czy potrafimy być wdzięczni mimo tego.  Wdzięczni za co? Za życie, bez względu na to, jakie ono jest. Prawdziwe szczęście to umiejętność dostrzegania pozytywnych rzeczy tam, gdzie inni ich nie dostrzegają, umiejętność dzielenia się dobrą energią. Prawdziwe szczęście to umiejętność dawania go innym, czerpania siły z tego, że mogliśmy komuś pomóc, że ktoś dzięki nam będzie miał lepiej. Prawdziwe szczęście pochodzi od drugiej osoby. I to działa! Niesienie pomocy innym i uszczęśliwianie drugiego człowieka ma największą i najprawdziwszą moc, bez względu na to, gdzie tego dokonujemy. Czasem warto wyjrzeć poza krąg własnych potrzeb i dostrzec także potrzeby innych. Nasze "ogromne problemy" maleją wówczas w mgnieniu oka. Szczęście przychodzi ze szczęściem innych osób, a nie z zazdrością i próbą dorównania im

Nieszczęścia dotykają ludzi wszędzie. Nie ma potrzeby jechać na koniec świata, żeby się o tym przekonać. Ważne jest to, co możemy zrobić. Ważne jest to, co możemy dać z siebie innym. Nawet jeśli nie wyjdzie od razu, to kiedyś wreszcie się uda i jednym gestem możemy zmienić czyjeś życie na lepsze. Szczęście to dawanie szczęścia innym. I nikt mnie nie przekona, że można je kupić. Pieniądze ułatwiają życie - to bezsporna kwestia. I mogą zdziałać wiele w kwestii pomocy. Jednak nic nie zastąpi dłoni wyciągniętej w kierunku potrzebującego, życzliwego gestu, słowa czy uśmiechu. Nic nie zastąpi ludzkich odruchów. Szczęścia nie da się kupić, bo gdyby tak było, to wielu bogaczy tego świata dawno by to zrobiło. A życie pokazuje, że do szczęścia brakuje im całych lat świetlnych. Pieniądze nie gwarantują szczęścia. I można być bez nich szczęśliwym, jeśli tylko potrafimy cieszyć się z małych rzeczy. Wystarczy pamiętać, że są ludzie, którzy mają o wiele gorzej. Wystarczy doceniać codzienne drobnostki i ludzi, którzy są wokół nas. Wystarczy spojrzeć szerzej, by wiedzieć że szczęście jest w nas i możemy je dać innym. Wystarczy jeden prosty gest....Dzień, w którym zrobimy coś dobrego dla innych nigdy nie będzie dniem straconym! Dziś, kiedy kierują mną właściwe pobudki, mogłabym jechać na koniec świata. Rzecz w tym, że teraz rozumiem, że wcale nie muszę jechać tak daleko by komuś pomóc :).

Sylwia Grzeszczak - Małe rzeczy

 

Komentarze (1)
Gdzie byłam jak mnie nie było czyli Nie obiecuję niczego

Na ulicy zaczepiła mnie koleżanka. Zdenerwowana szarpnęła mnie za ramię, kiedy przeszłam obok nie zauważywszy jej.." Słuchaj, co się z Tobą dzieje? Nigdzie cię nie ma!" Przez chwilę nie wiedziałam o co kobiecie chodzi. No bo jak to - nie ma mnie? Przecież jestem, wszędzie jestem, biegam to tu, to tam, ciągle coś załatwiam. Jestem! Zrozumiałam chwilę później, wysłuchawszy długiej listy zarzutów i pretensji. No tak. Nie ma mnie. Nie piszę bloga, nie można się do mnie dodzwonić, nigdy nie mam czasu, a spotkać byłoby chyba łatwiej samego króla. Nie ma mnie... Połowa znajomych myśli, że wyjechałam z Polski. Cóż...

Jest w tym trochę racji. Ciężko mnie złapać. Ale znajomych nie unikam. Ani się nie ukrywam. Utrzymuję kontakty z tymi, którzy utrzymują je  ze mną. A blog....zaniedbałam. Wiele razy obiecywałam sobie, że wrócę, ale prawda jest taka, że nie było kiedy. A jak było, to brakowało natchnienia. Wciąż brakuje mi dawnej atmosfery, ludzi... Wszystko jest inne. Ja jestem inna. Wciąż tu zaglądam, podczytuję niektórych, bywa, że zostawię komentarz. Ale już nie łudzę się, że będzie jak wcześniej. Musiałabym zacząć zupełnie nowego bloga - z nowymi pytaniami, rozterkami, wnioskami, opiniami...Czy to realne? Może....

Ten rok był niezwykle intensywny. Ciągle próbuję nowych rzeczy. Przede wszystkim - ułożyć swoje życie wedle własnego widzimisię. Nie pod dyktando. A dyktujących znalazłoby się wielu :). Musiałam wyprostować wiele zaległych spraw. Szczęście wcale nie przychodzi łatwo :) Trzeba sobie na nie zapracować :). 

Widziałam informację o kolejnym konkursie iWoman:) I trzymam kciuki za swoich ulubieńców :). A ja? Ja niczego nie obiecuję. Jeśli wróci atmosfera sprzed lat - to czemu nie? Poznałam wtedy fantastyczne osoby, z niektórymi kontakt mam do dziś, a z jedną spotkałam się niedawno osobiście. I wiem, że zawdzięczam to pobytowi tutaj. Nie zapomniałam. I nie zapomnę. Dziękuję iWoman! :)

A teraz żyję nadchodzącymi wakacjami i wyjazdem, który mi się należy. Został tydzień i odliczam dni. Złota Praga czeka! Nie obiecuję niczego - ale będę zaglądać tu do Was!

Miłego popołudnia!

Komentarze (9)
ZAPLANOWAĆ SZCZĘŚCIE

Nie lubię robić planów. Śmieszne, biorąc pod uwagę jak dobrą jestem organizatorką. Kiedy trzeba, zaplanuję wszystko perfekcyjnie co do minuty. A jednak unikam planowania, szczególnie długoterminowego. Uważam, że to nakłada na mnie zbyt sztywne ramy. Skoro nie jestem w stanie przewidzieć tego, co wydarzy się za pół roku - jak mogę robić plan na najbliższych pięć lat??? Co innego marzyć, dążyć do czegoś, a co innego planować.

A jednak ludzie wokół mnie robią to cały czas. Na przykład planują wesela z dwuletnim wyprzedzeniem, licząc na to, że przez ten czas nic się nie zmieni. Wierzą, bo chcą wierzyć. I w niektórych przypadkach rzeczywiście nic się nie  zmienia, uczucie jeszcze się umacnia. Ale w wielu innych sytuacjach zmienia się wszystko. Narzeczony czuje się znudzony, narzeczona szuka pocieszenia w życzliwych ramionach... W życiu nie ma nic stałego ani pewnego. Moja koleżanka, R., wyszła dwa lata temu za mąż. Tuż po ślubie ukochany mężczyzna wyjechał do pracy za granicę, ona została tutaj. Tak uzgodnili. "Jeszcze zdążymy się sobą nacieszyć - mamy całe życie" - powtarzali. Pół roku po jego wyjeździe u R. zdiagnozowano ostrą białaczkę. Nie miała szans. Mąż zdążył się z nią tylko pożegnać. A mieli tyle planów! Miał być dom, dzieci, kariera... Zapomnieli tylko o najważniejszym - o byciu razem, o byciu ze sobą, o czasie dla siebie. Odłożyli go na potem. Ale "potem" nie było...

Rodzimy się z gotowym planem na życie. Nasi rodzice poświęcają dziewięć miesięcy na szczegółowy opis tego, kim będzie ich syn czy córka, jak to przejmie rodzinne interesy, jak będzie kontynuować rodzinną tradycję. Dobrze, jeśli na "gdybaniu" się kończy, a potem pozwalają nam pokierować życiem według własnego "widzimisię". Ale co jeśli to idzie dalej? Od najmłodszych lat wpajają nam ten sam schemat. Układają nam według niego życie, bez pytania czy się na to zgadzamy... Mówią: "Najpierw pójdziesz do szkoły, potem skończysz studia, założysz rodzinę, zrobisz karierę...".  Ta sugestia jest tak silna, że któregoś dnia budzimy się przeświadczeni, że musimy się spieszyć, bo mamy plan do wykonania. Tylko że to nie jest nasz plan. Ileż to razy życie pokazuje, że kolej rzeczy może być zupełnie inna! Szkoła tak, ale studia już nie - bo przyszło urodzić dziecko, bo nie było odpowiedniego zaplecza finansowego, bo przyszła ciężka choroba. Albo po prostu - chcieliśmy INACZEJ. Za przykład niech posłuży inna koleżanka, A., która tak bardzo zasugerowała się słowami rodziny o rychłym zamążpójściu, że całe dni, tygodnie i lata spędzała na poszukiwaniach kandydata. W rezultacie zaniedbała najpierw studia, potem pracę, wszystkich znajomych i samą rodzinę. Żyła jak w transie, o niczym innym nie mówiła. Stało się to jej obsesją, aż zaczęła podejmować desperackie kroki. Skończyło się ciężką depresją i próbą samobójczą, długą terapią. Dziś wie, że to wszystko wcale nie było jej potrzebne do szczęścia. Ona chciała żyć inaczej, ale nie umiała wyzwolić się z narzuconego jej schematu...

Są ludzie, którzy nie potrafią żyć bez grafiku. I nie ma to nic wspólnego z zatłoczonym kalendarzem i setką spotkań. To po prostu ludzie, którzy MUSZĄ mieć plan, aby odnaleźć się w życiu. Gdy nie mają gotowego planu - czują się zagubieni i zagrożeni.Tracą głowę, gdy wydarza się coś niespodziewanego. Nie potrafią reagować natychmiast - bo potrzebują planu działania. I nie wiem, czy takim osobom zazdrościć czy może współczuć...?

Plan jest dobry, jeśli przewiduje różne okoliczności. Plan jest dobry, jeśli potrafimy go dostosować do swoich potrzeb - a nie odwrotnie. Plan jest dobry, jeśli w żaden sposób nas nie ogranicza. I czasem dobrze go mieć, szczególnie w chwilach, kiedy wszystko wali się nam na głowę. Ale trzeba umieć być elastycznym...

Dlatego nie lubię robić długoterminowych planów. Życie mnie tego oduczyło. A jeśli już coś planuję - zawsze mam plan B, C i D, tak na wszelki wypadek. Zawsze biorę pod uwagę to, że będę musiała coś zmienić. Mój plan na życie uległ zmianie już wielokrotnie. I na pewno różni się od tego, co zaplanowali moi rodzice :). A mimo to (albo właśnie dlatego) jestem z tym szczęśliwa.

Robiąc dalekosiężne plany często zapominamy, że życie to wypadkowa wielu zmiennych i niewiadomych. Nigdy nie wiadomo skąd nadejdzie pomoc, ani skąd zawieje wiatr. Dlatego robiąc plany nie wolno zapominać o tym, że żyjemy tu i teraz. I mamy prawo do szczęścia właśnie tu i teraz, a nie za dziesięć lat.

Komentarze (11)
JUŻ JEST!

Już Mam!!!

Czekałam tylko jeden dzień, od wczoraj. Jeszcze w czasie weekendu złożyłam zamówienie, zrobiłam przelew i dzisiaj wreszcie JEST! Z niecierpliwością pilnowałam dzisiaj przyjścia listonosza i... Chyba się trochę przestraszył, że go tak napadłam na klatce schodowej, ale co tam :) Najważniejsze, że już jest :). Co jest? Oczywiście książka wydana przez naszą blogową koleżankę Marietkę! :) Dla tych, którzy jakimś cudem jeszcze nie wiedzą: Marietka wydała książkę! Tak, tak, nasza Marietka :). Tych, którzy chcieliby poczytać na ten temat więcej, odsyłam do źródła, czyli TUTAJ i jeszcze TUTAJ. Na tych stronach sama autorka opowie Wam o wszystkim :).

A ja - zabieram się do czytania :). 

Żeby Was zachęcić, dodam, że książkę otrzymałam z dedykacją :), a dodatkowo dołączone do niej zostało zdjęcie autorki z autografem!!!

Marietko - jesteś wielka! :)

Komentarze (8)
Poradnik (nie)szczęśliwego sprzedawcy

W wielu sklepach zaczyna panować jakaś dziwna epidemia. Nie wiem czy sprzedawcy zarażają się tym od klientów, od dostawców czy może od siebie nawzajem. Wiem natomiast, że jest to zjawisko coraz powszechniejsze i nader irytujące. Wspomniana epidemia polega na ignorowaniu klienta i spędzaniu dnia pracy na wykonywaniu prywatnych telefonów, piciu kawy i zajmowaniu się własnymi sprawami. Krótko mówiąc ma to na celu uprzyjemnienie nudnego dnia pracy i uszczęśliwienie sprzedawcy jak mniemam. Innych możliwości nie widzę. W dobie kryzysu, o którym wciąż się mówi, jest to zjawisko nader dziwne. Wydawałoby się, że sklepy będą walczyć o każdego potencjalnego nabywcę. Cóż - sklepy być może tak, ale sprzedawcy już niekoniecznie. Wydawałoby się, że w obecnej sytuacji nikt nie może sobie pozwolić na utratę posady. Najwyraźniej jednak wiele osób uważa, że już samo przychodzenie do pracy wystarczy by pobrać odpowiednią zapłatę. A skoro już się tą pracę ma - trzeba ją jakoś znosić. Podpatrzyłam jak to robią "najlepsi z najlepszych", prawdziwi fachowcy i oto kilka porad dla tych, którzy chcieliby pójść w ich ślady:

  • Po pierwsze i najważniejsze: nigdy, ale to nigdy nie okazuj zainteresowania klientom. Jak raz pokażesz, że potrafisz - już nigdy nie dadzą Ci spokoju. Skutek będzie taki, że kawę będziesz pić zimną, a przyjaciółka spragniona plotek umrze z nudów czekając na Twój telefon.
  • Jeśli klient wejdzie do sklepu kiedy rozmawiasz przez telefon - nie waż się kończyć rozmowy! Kontynuuj ją i nie zwracaj uwagi na pochrząkiwania niepożądanego osobnika. W końcu mu się znudzi i pójdzie sobie...
  • Nie trać czasu na wychodzenie z inicjatywą i nie proponuj klientowi pomocy w wyborze odpowiedniego zakupu. Niech się napatrzy na wystawiony towar, może sam się na coś zdecyduje? Zaoszczędzisz czasu i gadania -  możesz w tym czasie opiłować paznokcie.
  • Jeśli klient zada Ci pytanie, udawaj, że nie słyszysz. Nie podnoś wzroku i nie reaguj. Niech sam poszuka sobie ceny lub innego rodzaju towaru.
  • Nigdy, ale to przenigdy nie uśmiechaj się w pracy! Klient może to opacznie zrozumieć i już się go nie pozbędziesz! Najlepiej wyglądaj na osobę nieprzystępną i ponurą. Ryzyko zaczepienia przez klienta gwałtownie się zmniejszy.
  • Jeśli zauważysz, że mimo wszystko ktoś zamierza do Ciebie podejść, natychmiast udaj się w kierunku magazynu, mijając natrętnego klienta jak powietrze.
  • Jeśli już dojdzie do konfrontacji - nie możesz być zbyt grzeczna/-y. Nie trać czasu na konwenanse i miłe słówka. Bądź ironiczny/-a i opryskliwa/-y, wyraźnie okazuj swoje niezadowolenie.
  • Jeśli trafisz na klienta maniaka, który nalega byś mu doradziła  - doradź źle. Więcej nie wróci.
  • Dopij spokojnie kawę i delektuj się ciszą, poczytaj gazetę. A kiedy kończąc pracę zauważysz, że kasa jest pusta - nie przejmuj się tym. To nie Twoja wina, że klienci nic nie kupili. Przecież Ty zrobiłaś/-eś co w Twojej mocy!

Tak oto wygląda praca sprzedawcy - marudni klienci, którzy nie wiedzą czego chcą, trudności w wykonywaniu rozmów prywatnych no i ta zimna kawa... Jeśli jednak zastosujesz się do wypunktowanych przez mnie wskazówek, szybko umilisz swój dzień pracy.

Nie wiem tylko, czy sprzedawca, który odstrasza klientów i dba o swój komfort psychiczny zostanie doceniony przez pracodawców... Brak pieniędzy w kasie, może przekładać się na ubytki w wypłacie... Lecz cóż - przecież nie można mieć wszystkiego!

Na szczęście dla nas klientów - epidemia nie dotknęła jeszcze wszystkich. I z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować tym, którzy z uśmiechem i cierpliwością służą pomocą i dobrą radą. Jesteście niezastąpieni!

Pozdrawiam i miłego dnia życzę!

 

Komentarze (6)
Barwy jesieni

Wkrótce czeka mnie wielka uroczystość. Właściwie nie do końca mnie, tylko bliską mi osobę, a ja mam być jednym z gości. Jednakże stopień pokrewieństwa między mną a bliskim jest na tyle duży, że czuję się jakby ta uroczystość była moja. W związku z tym postanowiłam nabyć odpowiednie odzienie. Zarezerwowałam sobie na to cały dzień. Część udało mi się zakupić w zeszłym tygodniu, resztę zostawiłam na teraz. Przy okazji rodzina obarczyła mnie koniecznością nabycia pewnych elementów odzienia także i dla nich. Podejrzewałam, że będzie z tym straszny problem, ale mimo wszystko zgodziłam się dokonać ewentualnego zakupu.

Wczoraj, uzbrojona w wygodne buty (spodziewałam się wielu godzin spacerowania) i środki pieniężne, udałam się na łowy. Obskoczyłam wszystkie hurtownie odzieży, duże sklepy, mniejsze sklepy, sklepy z najnowszymi kolekcjami i nic. Wreszcie zdesperowana pomyślałam, że jest mi już wszystko jedno ile to wszystko będzie kosztować, byleby udało się kupić, wchodziłam więc do każdego napotkanego sklepu. Rezultat zerowy. Ach właśnie - jeśli chodzi o zakup pożądanych części garderoby dla rodziny, udało mi się go dokonać już podczas pierwszej godziny. Dla siebie nie znalazłam nic.

Wczorajsze wędrówki nasunęły mi jedną zasadniczą myśl. Gdziekolwiek weszłam  - wszystko było czarne, szare i mdłe. Gdybym kochała nad życie zieleń - to z pewnością z rozpaczy utopiłabym się w rzece. Zieleni bowiem - pięknej i soczystej - nie dostrzegłam wczoraj nigdzie. Ewentualnie tą zgniłą, która przyprawia mnie o mdłości. Niebieskiego także nie znalazłam w formie, która by mi odpowiadała. Ani czerwieni. Wszystko było albo szare, albo białe, albo czarne, albo innego koloru, ale w tak przygaszonym odcieniu, że zlewało się z resztą...

Wiem, że jest jesień. Ale czy to oznacza, że mamy wyglądać szaro i ponuro? Czy nie wystarczy nam to, że coraz krótszy dzień przybliża nas do jesiennej depresji i musimy dobijać się także kolorystycznie? Przecież od dawna wiadomo, że kolory które nas otaczają oddziałują na naszą podświadomość. Można w to wierzyć albo nie, fakt pozostaje faktem.

Jesień jest piękną porą roku. Cudownie kolorową. Niepotrzebnie odejmujemy jej uroku i doprawiamy szarościami. Jest w niej złoto słońca, czerwień, żółć i brązy spadających liści oraz zieleń tych, które jeszcze wciąż szeleszczą w koronach drzew. Do tego błękit nieba... Jest pięknie! Czemu nie oddać tego kolorystycznie w postaci ubioru? Nie znaczy to, że powinniśmy się ubierać szaleńczo pstrokato, ale może odrobina śmiałego koloru by nie zaszkodziła?

Wiem, że jest coś takiego jak moda, ale naprawdę chciałabym żeby była trochę bardziej kolorowa i żywa, szczególnie jesienią. Jeśli to co widziałam wczoraj jest teraz trendy, a przecież oglądałam najnowsze kolekcje, to ja chyba powinnam wrócić do Indii. Tam przynajmniej nie wpadałam w depresję po wejściu do sklepu . Oczy otwierały mi się szeroko i aż chciało się uśmiechać. A tutaj wszystko zlewa się z szarymi budynkami. Na tle szarych budynków szarzy ludzie, w szarych ubraniach... Smutne... A może jeszcze smutniejsze jest to, że sami - świadomie lub nie - uciekamy w szarości, nie chcemy się wyróżniać na tle całego świata. Wolimy być nijacy, nie mieć własnej tożsamości, wolimy powielać wzorce niż wykazać się inicjatywą i kreatywnością. Summa summarum, giniemy w tej szarości i przytłaczającej palecie barw. Sami wpędzamy się w depresję i postrzegamy świat tylko wyłącznie z tej szarej i smutnej perspektywy. Tak właśnie pani jesień zyskuje złą sławę i mówi się o niej że jest płowa. Płowe to jest przedzimie jeśli już, okres przejściowy między jesienią a zimą, zanim śnieg przykryje puszyście ziemię. Ale jesień tryska barwami!

Możecie mi powiedzieć, że nie znam się na modzie i wcale nie będę się z Wami spierać. Jeśli bycie modnym oznacza bycie szarym i przygaszonym kolorystycznie, to ja wolę być niemodna :). Lepiej być sobą, niż szarym elementem bezbarwnego tłumu.

Miłego dnia życzę!!! :)

Komentarze (14)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |